TYLKO U NAS!

„W Polsce zawsze czułem się jak u siebie w domu, otoczony rodziną”

Wrócili do kraju, by spełniać marzenia. Poznaj historię Hanny i Tomasza Kokczyńskich! 

Krystyna Pytlakowska 28 października 2019 08:49

Tomasz, Hanna, Karolina, Michał i Timek Kokczyńscy. Wszyscy – z wyjątkiem Timka, który jest artystą – prowadzą rodzinny biznes. Pomaga im narzeczona Michała, Ola. O Park Cafe w Konstancinie Jan Kulczyk powiedział: „To fajne miejsce, wszystko będzie wam dobrze chodziło”. I chodzi. Zbiera się tu śmietanka towarzyska Konstancina i Warszawy. A na organizowanych tu koncertach są tłumy. Historii o niezwykłej „rodzinnej przygodzie” państwa Kokczyńskich wysłuchała Krystyna Pytlakowska.

Tomasz Kokczyński miał być rzeźbiarzem, a teraz pomaga synowi w tworzeniu restauracji. Siedzimy w ogrodzie na tyłach restauracji Park Cafe Konstancin, jednej z najpiękniejszych rezydencji konstancińskiego kurortu. Niedaleko altany, w której pan Tomasz znika, chcąc odgrodzić się od ludzi i świata, by pozwolić swobodnie płynąć swoim myślom. Nigdy nie zapomniał o tym, że przecież jest artystą i ma artystyczną duszę. Gdyby nie wyjazd do Australii i rezygnacja ze studiów na ASP, rzeźbiłby dziś, miał wystawy i zapewne osiągnąłby sukces. Ale wybrał inną drogę, która też daje mu mnóstwo satysfakcji. Park Cafe przy konstancińskiej ulicy Sienkiewicza jest już znana w całej Warszawie. Zbiera się tu śmietanka towarzyska Konstancina i Warszawy. Stolik trzeba zamawiać kilka dni wcześniej. A na organizowanych tu koncertach są tłumy. Dosiada się do nas syn Michał z dziewczyną Olą, córka Karolina i wkrótce potem żona Hanna. Przysłuchują się naszej rozmowie, od czasu do czasu dodając coś od siebie.

Tomasz: Ta młoda generacja prowadzi restaurację Park Cafe, a my z żoną jesteśmy właściwie na drugim, trzecim planie. Wyłamał się tylko najmłodszy syn, Timek, który poszedł własną drogą i jest tym, kim ja kiedyś chciałem być – artystą. Ma dopiero 29 lat i maluje dużo, z sukcesem. Czasami pomaga w restauracji ze swoją dziewczyną Domcią.

Wróćmy na chwilę do przeszłości. Najpierw pojechaliście do Australii jako młodzi ludzie, a potem wróciliście już jako rodzina – Pan, żona i troje dzieci.

Tomasz: Pojechaliśmy w 1979 do Australii na takie dłuższe saksy. Najpierw do Anglii, miałem tam kuzynów i u nich się zatrzymaliśmy. Mieliśmy pomysł dołączyć do mojego przyjaciela Antoniego Borzewskiego, który był już w Australii. Nie mieliśmy pieniędzy na dwa bilety, więc poleciałem do Australii sam, Hania dołączyła do mnie po trzech miesiącach, kiedy uzbieraliśmy na drugi bilet. Mieszkaliśmy w Melbourne przez 11 lat.

Ale w Australii żyliście zapewne wygodnie. Kto mógł, wtedy z Polski wyjeżdżał.

Tomasz: Tu był PRL i marne perspektywy. Moi rodzice nie byli zamożni, ojciec inżynier i mama – miłośniczka sztuki – współprowadziła Galerię Współczesną w Teatrze Wielkim. To było miejsce wysokiej kultury. Wcześniej wyjeżdżałem na saksy do Szwecji i do Anglii, trochę mówiłem po angielsku, więc nie było mi trudno podjąć decyzję o wyjeździe.
Hanna: Nie było łatwo tam działać, ale Tomek jest kreatywny. Wpadł na pomysł, żeby remontować stare wiktoriańskie domy.
Tomasz: Zaczęliśmy z przyjacielem Antonim robić to jako pierwsi. Jednocześnie prowadziłem studio fotograficzne obsługujące różne imprezy. A potem remontowane przez nas domy zaczęły nabierać wartości, zaczął się na nie boom. Zwłaszcza gdy konserwator zabytków zakazał burzenia starych budowli, na których miejscu wcześniej stawiano nowe. Cały czas odwiedzałem rodzinę w Polsce. To było przed 1989 rokiem. Po 11 latach w Australii podjęliśmy decyzję o powrocie. Wszyscy stukali się w głowę, mówili: „Żyłbyś sobie w tej Australii jak u Pana Boga za piecem, a wróciłeś w tych niepewnych czasach do Polski, w dodatku mając małe dzieci”.
Karolina: Coś pamiętam z tej nerwowej atmosfery, jestem przecież z rodzeństwa najstarsza.
Tomasz: Miałaś cztery lata, Michał dwa, a Tymoteusz niecały rok, gdy wróciliśmy na stałe. Niewiele możesz pamiętać. Australię znasz raczej turystycznie, ponieważ wyjeżdżaliśmy tam parę razy na krótko.

Nie bał się Pan wrócić do Polski, do tych „niepewnych czasów”?

Tomasz: W Polsce zawsze czułem się jak u siebie w domu, otoczony rodziną i przyjaciółmi. Ostatecznie wróciliśmy w 1991 roku, ale już kilka lat wcześniej przyjeżdżałem i rozglądałem się, a nawet zrobiłem w Konstancinie pierwsze zakupy – domy zasiedlone przez lokatorów. Konstancin znałem jeszcze z okresu szkolnego. Przyjeżdżałem tu na rowerze do stadniny koni. Żartowaliśmy sobie z przyjacielem: „To będzie moja willa, a tamta twoja”. Podobała nam się konstancińska atmosfera. Docenialiśmy wspaniałą architekturę tutejszych willi.

No i kupił Pan ten pałac.

Tomasz: A wszyscy mówili, że oszalałem, bo nie da się lokatorów stąd wyprowadzić. A jednak się dało. Przenieśliśmy niektórych do drugiego domu. Z jednego dużego pokoju zrobiliśmy dwa mieszkania. Albo proponowaliśmy lokatorom pieniądze, albo dach nad głową.

Jak wyglądało wtedy Casino Palace?

Tomasz: To była zrujnowana willa, kompletnie zdewastowana, ale miała zdrowe mury i wyjątkowe położenie w Parku Zdrojowym. Kupiłem ją od spadkobierczyni poprzednich właścicieli. Poszedłem do konserwatora zabytków razem z planami i on potwierdził, że będzie można dokonać zmian, jakie planowałem. Powoli zaczęła więc powstawać willa taka, jaką dzisiaj widzimy.
Hanna: Wszystko działo się bardzo optymistycznie. Dojechałam z trójką dzieci niby na chwilę i tak już jesteśmy tutaj 28 lat.

I to była szczęśliwa decyzja, prawda?

Hanna: Tak, bo w Australii byliśmy młodym pokoleniem emigracyjnym, które dopiero próbuje swoich możliwości, a Polska stwarzała nam drogę do innego życia. Wie pani, jak się tęskni, będąc w obcym kraju? Ale po urodzeniu trójki dzieci poczułam, że mój dom jest w Australii. Mieliśmy tam dużo przyjaciół, a tu zaczynaliśmy wszystko od nowa. Ale Tomek był optymistą i zaraził mnie swoim entuzjazmem. On właśnie taki jest. Nie ma w nim za grosz malkontenctwa. Postanowiłam więc pomagać mu, na ile mogę.

Na tym właśnie polega dobry związek. Kiedy wpadliście na pomysł, że powstanie tu restauracja?

Michał: Sześć lat temu pomyśleliśmy, żeby zaadaptować część domu na małą restauracyjkę. W Konstancinie właściwie nie było gdzie zjeść czy posiedzieć z przyjaciółmi. Była tylko jedna restauracja. Przed otwarciem naszej zabraliśmy z domu lodówkę, kilka patelni i kuchnię kupioną okazyjnie. A potem daliśmy ogłoszenie. Odpowiedział na nie zawodowy kucharz, przyjechał, rozejrzał się, miał fartuch, czapkę i był przygotowany do pracy w kuchni najlepszych restauracji. Bardzo nam pomógł na początku. Gotował dobre polskie jedzenie. Od pierwszego tygodnia waliły do nas tłumy. Ludzie, którzy przychodzili do Parku Zdrojowego, zaglądali i do nas. Na początku miały być tylko burgery i drobne przekąski.
Hanna: Ale wszystko ewoluowało w szybkim tempie. Park Cafe stała się popularna. Ludzie, którzy do nas przychodzą, znają się od dawna i my ich znamy, w weekendy trzeba rezerwować miejsce. Goście w kolejce potrafią na stolik czekać półtorej godziny.

A co dzisiaj mamy w menu?

Michał: Pyszności. Na przykład biały chłodnik i ryba według specjalnej receptury.

Cała Wasza rodzina to smakosze?

Michał: Wszyscy lubimy dobre jedzenie i mamy wyczulony smak.
Karolina: Zdecydowanie. Chociaż nasz gust się trochę różni. Dlatego mamy w karcie różne dania.

Bardzo smaczna jest ta Wasza ryba w warzywach!

Tomasz: Nasza kuchnia głównie oparta jest na polskich i europejskich standardach. Schabowego mamy też tak dobrego, że
nawet Magda Gessler dzwoni do nas, żeby jej go przygotować, bo jedzie właśnie do Konstancina ze znajomymi. Mamy wspaniały zespół w kuchni, świetnych młodych kelnerów, którzy są dużą częścią sukcesu tego miejsca.

Rozumiem, że nie żałujecie Państwo decyzji o powrocie?

Tomasz: Nie, bo tworzymy całą rodziną nową przygodę. Syn Michał z narzeczoną Olą są perfekcjonistami i tak prowadzą tę restaurację, żeby wszystko było na jak najwyższym poziomie. A Karolina zajmuje się reklamą i organizacją artystycznych wydarzeń w Park Cafe.
Michał i Karolina: I pomyśleć, że to wszystko wydarzyło się przez przypadek.
Michał: Ja studiowałem zarządzanie i nie miałem planów, żeby zostać restauratorem. To wszystko wydarzyło się nagle, nieoczekiwanie. W 2012 roku spotkałem się tu z kolegą, lato, piękna pogoda, a tata mówi, żebym coś tu zrobił. Tak narodził się pomysł najpierw na małą restauracyjkę, która zaczęła się rozrastać.
Tomasz: W okresie międzywojennym i powojennym była tu słynna restauracja Berentowicza, do której przyjeżdżało się na zupę rakową i kurczaka z nadzieniem po polsku. Już są w naszym menu. Staramy się odtworzyć tę międzywojenną atmosferę eleganckiego miejsca.
Michał: Prowadzenie restauracji to ciężki biznes, ale daje wiele satysfakcji.

I to jest teraz Pana miejsce na ziemi?

Tomasz: Chyba tak, bo jak mnie tu przez jeden dzień nie ma, to już czuję się nieswojo. Dzieci jednak cieszą się, gdy czasami wyjeżdżam, bo mają spokój i mogą pracować po swojemu.
Karolina: Tata cały czas nadzoruje i wszystko sprawdza.

Ale każde z Was ma tutaj coś do powiedzenia?

Karolina: Oczywiście. Michał jest właścicielem i mózgiem restauracji, a także głównym kasjerem.
Ola (dziewczyna Michała): Ja się zajmuję przyjęciami, kelnerami, i bieżącym dniem w restauracji. Przyjmuję maile, ustalam terminy przyjęć i mam kontakt z gośćmi. A Hania zajmuje się kuchnią.
Hanna: Mamy teraz nowego szefa kuchni poleconego przez Tadeusza Müllera, syna Magdy Gessler, który zdjął ze mnie sporo obowiązków oraz urozmaicił i wzbogacił naszą kuchnię. Mam więcej czasu dla naszych zwierząt. Mamy trzy psy i papugę.

Jest Pan dumny ze swojej pozycji w Konstancinie? Wszyscy tu Pana znają, kłaniają się, chwalą…

Tomasz: Na pewno jest to miłe.

Ciągnie Pana do sztuki?

Tomasz: Tak, ale bardziej do tworzenia klimatu restauracji, wnętrz, dekoracji i scenografii. Najmłodszego syna namawiam na rzeźbę, ale on bardzo dużo maluje i z sukcesem sprzedaje swoje obrazy. Jesienią zrobimy mu wystawę.

Czy prowadzenie takiej magicznej restauracji wymaga specjalnej osobowości?

Hanna: Nie, ale to jest obowiązek przez 24 godziny na dobę. Tu nie ma niedziel, nie ma życia rodzinnego. Z rodziną widujemy się przy pracy. A gdy wyjeżdżamy gdzieś na dwa tygodnie, zawsze ktoś musi zostać i czuwać.
Tomasz: Staramy się, żeby zawsze ktoś był w Park Cafe. Gości witamy osobiście. Taki zwyczaj dobrych restauracji. Gdy wchodziliśmy z żoną do restauracji w Australii, przyjemnie nam było, gdy ktoś z właścicieli dbał o nas.
Karolina: Atmosfera jest naprawdę niepowtarzalna. Nie ma w Polsce takiej drugiej restauracji. Często przychodzą goście, bo słyszeli, że można tu z właścicielem zagrać w szachy.
Tomasz: Mamy nawet szachowe turnieje. Często grywam z Jurkiem Gruzą. Przyjeżdża do nas na rowerku. Jest stałym gościem.

Pani Hanna też gra w szachy?

Tomasz: Żona jest brydżystką.
Hanna: Od kilku miesięcy mamy grupę panów, którzy regularnie grają u nas w brydża. Siadają w części bibliotecznej, podczas gdy restauracja działa normalnie.

Wszyscy umiecie gotować?

Tomasz: Żona dobrze gotuje, Ola trochę próbuje, a Karolina czasami piecze ciasta.Michał: Ja jestem mistrzem śniadań i na tym się kończy.
Ola: Michał jest mistrzem porannej kawy.
Tomasz: Ola codziennie dostaje kawę do łóżka.
Hanna: Nie uważam siebie za specjalnie zdolną kucharkę, ale od czasu do czasu lubiłam przygotować jakąś kolację. Przepisy brałam z dobrych książek, które kupowałam podczas podróży zagranicznych. Jednak odkąd jesteśmy tutaj, w Konstancinie, to już nic mi nie wychodzi. Straciłam wprawę, choć czasem coś ugotuję dla rodziny.
Karolina: Lubimy kuchnię mamy, lecz głównie jadamy w Park Cafe. Oszczędzamy czas. A poza tym miło jadać w ładnym otoczeniu.

 To miejsce nadaje się nawet do podejmowania królowej.

Karolina: Żadnej jednak tu nie było. Może w przyszłości się pojawi.
Tomasz: Królowej nie było, ale była u nas przyjaciółka i portrecistka brytyjskiej rodziny królewskiej, malarka Basia Kaczmarowska-Hamilton. Na ścianach wiszą portrety naszej rodziny jej autorstwa.
Hanna: Mamy dużo stałych gości, a poza tym odbywają się u nas różne uroczystości. Parę lat temu wesele Małgorzaty Rozenek z Radkiem Majdanem. To było pierwsze przyjęcie znanych osób. Wszędzie czyhali paparazzi.
Tomasz: A po nich rozsypał się worek z weselami, bo wszyscy chcieli u nas świętować ślub. Cafe Park już obrasta w tradycję. Moi przyjaciele organizują przyjęcia bożonarodzeniowe i wielkanocne. Ostatnio na „jajeczku” pojawił się u nas pan prezydent Aleksander Kwaśniewski, który powiedział: „Panowie, właśnie wróciłem z podróży i wykładów na świecie, byłem w wielu niezwykłych miejscach, ale takiego parkingu z tyloma wspaniałymi samochodami tam nie widziałem, więc w Polsce nie jest tak źle”.

Teraz na parkingu jest pusto, bo jeszcze nie ma pory obiadowej. Nie mogę więc potwierdzić tych słów.

Tomasz: Ale parkują tu rolls-royce’y, bentleye i ferrari. Dodają kolorytu otaczającemu ogrodowi.

Trochę snobizmu się przyda. A Pan jakim jeździ samochodem?

Tomasz: Najchętniej chodzę na piechotę albo dojeżdżam tu rowerem.
Karolina: Tata do domu też wraca spacerkiem przez park. To tylko 15 minut.

Ciekawe, które miejsce zajmujecie w rankingu restauracji?

Wszyscy chórem: Pierwsze.
Tomasz: Kiedyś w Galerii Mokotów kupiłem białego konia, bo wiedziałem, że on odegra jakąś rolę. Przez pierwsze lata stał w środku u nas w domu, jego głowa była w salonie, a zad w gabinecie. Ale potem wystawiliśmy go w restauracji na zewnątrz i od sześciu lat pełni funkcję naszego znaku rozpoznawczego.

Zadowolony jest Pan ze swojego życia?

Tomasz: Ogólnie tak, chociaż zawsze z perspektywy czasu wiele rzeczy można było zrobić lepiej i inaczej.
Karolina: Nie może być tak, że wszystko jest bez skazy. Ale jesteśmy tu szczęśliwi.
Ola: Na pewno cały czas się coś dzieje i nie ma nudy. To miejsce jest dla nas wyzwaniem, pozytywnym wyzwaniem. Staramy się sprostać oczekiwaniom przeróżnych ludzi.
Michał: Przypominam sobie anegdotę o naszej restauracji: sześć lat temu, w czerwcu 2013 byliśmy gotowi otworzyć podwoje w samo południe, to miał być nasz pierwszy dzień. Dwunasta piętnaście – nikogo
nie ma, dwunasta dwadzieścia – pusto i nagle wchodzi dwumetrowy, potężnie zbudowany facet w garniturze i czarnym krawacie, rozgląda się, nic nie mówi, a my nie wiemy, o co chodzi. Daje komuś znak i za chwilę za nim wchodzi doktor Jan Kulczyk i Zbigniew Napierała. Siadają przy barze, Kulczyk prosi o wodę, rozgląda się: „To fajne miejsce, wszystko to będzie wam dobrze chodziło”. Ostatni raz przyszedł do nas na pół roku przed śmiercią. Sobota, tłum, kolejka czekających na stolik, a on mówi: „Zobacz, Koko, byłem waszym pierwszym gościem i mówiłem, że będzie dobrze. Ja przynoszę szczęście”.

 A co jeszcze poza szczęściem jest dla Pana ważne?

Tomasz: Wolność szeroko rozumiana, rodzina, przyjaciele, zdrowie i trochę niezależności finansowej.
 

Wideo

Byli małżeństwem przez 3 lata. Oto historia miłości Agnieszki i Piotra Woźniak-Staraków

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

„Mama przy stole jest szczęśliwa”, mówią o MAGDZIE GESSLER jej dzieci – LARA GESSLER i TADEUSZ MULLER. „Ta tęsknota jest jeszcze gorsza niż na początku…”, wyznaje MAGDALENA ADAMOWICZ, żona tragicznie zmarłego prezydenta Gdańska PAWŁA ADAMOWICZA. OLGA TOKARCZUK, noblistka z dredami. RAFAŁ i GRZEGORZ ZAWIERUCHA. Aktor i uczestnik „MasterChef” – na czym polega siła braci? EWA PACUŁA i NICOLE SALETA - jak nieuleczalna choroba determinuje ich życie.