TYLKO U NAS!

„Moi bliscy umarli, nie chciałam, żeby tak to się skończyło również w moim przypadku”

To dlatego Agnieszka Kirchner postanowiła zwalczyć guza mózgu… głodówką!

Olga Figaszewska 22 lutego 2019 18:52

Wydawało się, że jej świat legnie w gruzach, kiedy usłyszała diagnozę – guz mózgu. Wyrok? Nie w jej przypadku. Ona mówiąc o swoim doświadczeniu pomaga innym, a na to nie każdy by się odważył. Niedawno o jej historii usłyszała cała Polska. Agnieszka Kirchner wyjechała do Kostaryki, by walczyć o swoje życie. Tam poddała się głodówce wodnej, której celem było oczyszczenie organizmu. Dlaczego nie zgodziła się na biopsję i operację? Jak dziś wygląda jej życie?

Agnieszka Kirchner o walce z chorobą

Agnieszka Kirchner od kilku lat mieszka w USA w stanie Georgia. Przyjechała tu jako fille au pair. Niespodziewanie znalazła miłość i szczęście. Dziś spełnia się jako żona i mama, a także prowadzi popularnego bloga i kanał na YouTube – Aga in America. Dla niej to coś więcej niż pamiętnik, w którym zachowuje ulotne wspomnienia. Tutaj dzieli się ze swoimi obserwatorami, przemyśleniami i doświadczeniem. Nie ma przed nami żadnych tajemnic, opowiada o weganizmie, frutarianizmie, rodzicielstwie, a także swojej chorobie. Kilka lat temu u Agnieszki Kirchner wykryto rzadką mutację genetyczną - LFS. To oznacza, że ryzyko zachorowań na raka jest dużo wyższe, niż w przypadku osób bez tej mutacji.

Jak dużo, osoba w tak młodym wieku, jest w stanie udźwignąć na swoich barkach?

Sama się nad tym zastanawiałam… Gdyby spojrzeć na wszystko z zewnątrz, miałam ciężkie życie i nadal mam. Wciąż coś się dzieje. W pewnym momencie zdałam sobie sprawę z tego, że muszę żyć tu i teraz. Pomógł mi w tym mój mąż. Otoczył mnie ogromną miłością, zrozumieniem i wsparciem. Dzięki niemu uświadomiłam sobie, że mogę w pełni zaufać swoim decyzjom.

Straciłaś bliskie osoby, w końcu choroba zaatakowała także Ciebie. Trzeba otrzeć się o śmierć, żeby docenić to, co mamy?

Śmierć moich bliskich i inne wydarzenia zmieniły wszystko. Nagle dostrzegasz to, co do tej pory było niewidzialne. W jednej chwili zmieniasz podejście, przewartościowujesz życie. W obliczu choroby człowiek potrafi się poddać, albo walczy o każdy kolejny dzień.

Mówiłaś, że to siostra Cię uratowała.

Gdyby nie choroba mojej siostry, nie wiedziałabym, że miałam komórki rakowe w polipie na moim jelicie, nie dowiedziałabym się o guzie mózgu. Za parę lat zaczęłabym zauważać objawy, ale wtedy byłoby już za późno. Jej stan sprawił, że zaczęłam się w to zagłębiać, szukać źródła.

Dopiero w Stanach dowiedziałaś się, że jesteś nosicielką zespołu Li-Fraumeni. W Polsce nie przeprowadzono takich badań?

Badania genetyczne na mutacje odpowiedzialne za raka piersi i jajników robiłyśmy też w Polsce. Powiedziano nam, że ich nie mamy. Nikogo nie interesowała medyczna historia naszej rodziny. Po stronie mojej mamy prawie wszyscy chorowali na raka. Dopiero w Stanach mój ginekolog skierował mnie na dodatkowe badania. Tak odkryłam zagadkę swojej rodziny. Okazało się, że mam zespół LFS, czyli bardzo rzadką, genetyczną predyspozycję do nowotworów.

Ponad 3 lata temu wycięto Ci kilkunastocentymetrowy odcinek jelita grubego, gdzie wykryto komórki rakowe. W wieku 24 lat poddałaś się profilaktycznej mastektomii. Mówiłaś, że dziś już byś się na to nie zdecydowała. Żałujesz?

Nie mogę powiedzieć, że żałuję czegokolwiek. To była najlepsza decyzja, jaką mogłam wówczas podjąć. Teraz nie zrobiłabym ani mastektomii, ani operacji na jelicie. Wiem, że można było temu wszystkiemu zapobiec i mój organizm poradziłby sobie z tym, co ma w środku, gdybym dała mu taką szansę.

Miałaś poczucie, że los jest dla Ciebie niesprawiedliwy? Czułaś złość?

Czy to była złość? Nie wiem… Na początku, kiedy dowiedziałam się o tej mutacji byłam raczej przerażona. W związku z tym, że moi bliscy umarli, nie chciałam i nie mogłam pozwolić, żeby tak to się skończyło również w moim przypadku. Byłam pięć miesięcy po porodzie, urodziłam pierwsze dziecko i myślałam: „To co, mam się teraz z tym światem pożegnać?”. To mnie napędzało do działania, do szukania odpowiedzi.

Planując kolejną ciążę, brałaś pod uwagę ryzyko związane z dziedziczeniem zespołu LFS? Poddaliście się z mężem trudnej i czasochłonnej procedurze.

Podczas pierwszej ciąży nie wiedziałam o mutacji. Było 50% ryzyka, że April odziedziczy LFS. Na szczęście po urodzeniu przeszła szereg badań i okazało się, że nie jest nosicielką. To był najlepszy dzień w moim życiu. Ale marzyliśmy o większej rodzinie. Wiedziałam, że przez wysokie ryzyko dziedziczenia mutacji, już nie możemy starać się o dziecko w naturalny sposób. Po zebraniu niezbędnej dokumentacji od wszystkich lekarzy, trafiliśmy na klinikę w Atlancie, w której przeprowadza się zabiegi in vitro z badaniami genetycznymi na zarodku. Nie chciałam, by moje dzieci miały podobne zmartwienia.

Kiedy dowiedziałaś się, że masz guza mózgu, diagnoza brzmiała dla Ciebie jak wyrok? Jak to przyjęłaś?

To nie zabrzmiało jak wyrok, ale przez kilka dni nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Mózg to organ, który kontroluje wszystko, kiedy to do mnie dotarło, przeraziłam się.

Narośl nie dawała wcześniej żadnych objawów?

Nic. Nie miałam nawet bólów głowy, zawrotów. Nie byłam śpiąca, nie czułam się przemęczona. Lekarze na początku uznali, że to narośl tak umiejscowiona, że nie dotyka mojego mózgu, ale jest z nim połączona żyłami. Nie zgodziłam się na biopsję, więc tak naprawdę nie wiadomo było, czym jest. W ciągu ostatniego roku, w trakcie trwania drugiej ciąży, urosła o 25 procent. Chociaż wcześniej sugerowano, że nie wpłynie ona na mój stan i nie ma żadnego ryzyka, stało się inaczej. Po serii badań lekarze oznajmili mi, że są pewni, że jest to guz, a nie zwykła narośl. Jest blisko ściany komory i wnętrza mózgu. Powoduje niewielki nacisk. Jeśli guz się powiększy, nie zmieniając przy tym kształtu i lokalizacji, zacznie bardziej blokować przepływ płynu rdzeniowego i może spowodować wodogłowie. Natomiast nie wiem, od kiedy jest w moim ciele. Powiedziano mi, że możliwe, że miałam to nawet od urodzenia. Trudno to zweryfikować, bo wcześniej nie miałam żadnych skanów głowy.

Właściwie nie wiem dlaczego nie zdecydowałaś się na biopsję?

Do biopsji bierze się jedynie kawałek guza. A co stałoby się z resztą? Jest ryzyko, że skoro nie wiedzą, co jest w środku i guz był wypełniony krwią, to mogłabym mieć krwawienie do mózgu w trakcie pobierania jego fragmentu. Znam historię ludzi, którzy po biopsji borykali się z wieloma komplikacjami… Po moim filmie dostałam wiele komentarzy od widzów. Mama jednej z dziewczyn miała biopsję guza piersi. Zmarła tydzień po wykonaniu wycinka. Takiego ryzyka wolę nie podejmować. Wolę najpierw wykorzystać wszystkie możliwości, które mam zanim dam komuś wkroczyć do mojego mózgu. To poważna sprawa.

Czy Twoja decyzja wynikała również z przykrych doświadczeń rodzinnych? Miałaś żal do lekarzy? Twoi najbliżsi zawsze poddawali się chemii i sugerowanemu leczeniu.

Nie ukrywam, że to odgrywało dużą rolę, bo każda z osób z mojej rodziny poddawała się leczeniu, każda miała operację plus chemioterapię lub radioterapię. I każda z nich zmarła bardzo szybko po diagnozie i rozpoczęciu leczenia, w bardzo młodym wieku. Najmłodsza osobą, która odeszła był brat mojej mamy. Miał 11 lat. To jest istotny powód.

Podkreślasz, że mąż jest dla Ciebie niesamowitym wsparciem. Po wspólnej rozmowie zdecydowałaś się tym razem na niekonwencjonalną formę leczenia?

Jest wspaniały, towarzyszy mi w każdym momencie, jeździł ze mną na wszystkie rezonanse. Zawsze o wszystkim rozmawialiśmy i doceniam, jak mnie wspiera i mi pomaga. Szuka w internecie każdej informacji, jaka mogłaby mi pomóc. Zaczęłam dużo czytać na ten temat, rozmawiać z innymi ludźmi, czerpałam z ich doświadczenia. Rak to nie wyrok śmierci.

Masz teorię, opartą na swoich obserwacjach po detoksie sokowym. Uważasz, że po nim guz zaczął dawać o sobie znać. Tak jakby organizm chciał go wyprzeć?

Ten detoks trwał dziesięć dni. Dostałam wtedy ogromnych bóli głowy. Nigdy takich nie miałam. Bolały mnie oczy, nie byłam w stanie robić czegokolwiek. Soki pobudzają układ limfatyczny. Myślę, że dlatego spuchły mi węzły chłonne. Pewnie też go jakoś poruszyłam. Stąd moje przypuszczenia.

W trakcie poszukiwań ratunku dla siebie, znalazłaś na YouTube kanał Lorena. Czym Cię przekonał, że wybrałaś akurat jego ofertę głodówki wodnej?

Oczywiście wszystko wcześniej sprawdziłam i wyczytałam w internecie. Loren w przeszłości sam ciężko chorował. Udało mu się pokonać swoje przypadłości dzięki głodówkom. Potem wyszedł z założenia, że będzie pomagał innym ludziom. Na swoim własnym przykładzie wiem, jak działa. Wiele rzeczy, o których mówi ma dla mnie sens, nie ze wszystkimi się zgadzam, część biorę je z przymróżeniem oka. Najbardziej przekonały mnie historie ludzi, którzy sami mówili o swoich doświadczeniach. Jedna z kobiet była na poście przez 30 dni i wróciła do domu zdrowa. Pokonała raka piersi. Był również nieco starszy mężczyzna z rakiem krtani, po badaniach okazało się, że guz zniknął. Wiele osób pokazuje wyniki badań, zdjęcia rezonansu przed i po. Nie miałabym powodu, żeby im nie wierzyć. Oczywiście zawsze znajdą się osoby, które stwierdzą, że jest to sfałszowane, jednak ja mam chyba większe zaufanie do człowieczeństwa i nie skupiam się na wynajdywaniu kłamstw dookoła mnie.

Nie miałaś obaw przed wyjazdem do Kostaryki?

Nie miałam pojęcia, jak się to wszystko potoczy, jak ja zareaguję. Ważniejsze było to, by spróbować, żyć dłużej dla siebie i dla mojej rodziny. Gdybyś zapytała, jaka była najtrudniejsza rzecz? Rozłąka z dziećmi. Zwłaszcza, że kilka miesięcy wcześniej urodziłam synka. Miał wtedy dwa miesiące.

Czy mogłabyś wytłumaczyć, na czym polega ten plan głodówki.

Przez 22 dni piłam jedynie wodę. W tym czasie organizm oczyszcza się z toksyn, podlega regeneracji. Potem przez sześć dni organizm znów przyzwyczaja się do jedzenia niewielkich porcji. Zaczynasz bardziej odczuwać wszystkie smaki i zapachy. Moje ciało również się zmieniło, skóra stała się bardziej promienna i jędrna, pozbyłam się przebarwień. Oczywiście, że przez większość czasu praktycznie spałam, odpoczywałam. W trakcie głodówki schudłam kilka kilogramów, ale obecnie powoli wracam do swojej wagi. Warto wyjaśnić, że to nie była żadna terapia. Nie leczyłam się wodą. Ona miała jedynie nawodnić mój organizm i wpłynąć na niego pozytywnie. Ponieważ w tym czasie niczego nie jesz, on nie zużywa żadnej energii na trawienie, dzięki czemu może skupić się problemach. W pewnym momencie organizm przestawia się na odżywianie wewnętrzne. Najpierw energię czerpie z tłuszczu, który dana osoba ma w ciele, potem bierze trochę tkanki mięśniowej, a następnie zajmuje się też wszelkimi nieprawidłowościami, czyli dosłownie zjada stany zapalne i inne patologiczne zmiany, jak np. guzy.

Przekonujesz swój organizm do tego, że z chorobą można wygrać?

Jest stworzony w taki sposób, by sam się leczył. Tak samo, gdy się skaleczymy, rana zrasta się idealnie. Podobnie jest ze wszystkim innym. Problem pojawia się wtedy, kiedy wrzucamy w siebie wszystkie śmieci: niezdrowe jedzenie, leki, używki, to, co niszczy nasze ciało.

Twoi lekarze nie próbowali Ci wyperswadować wyjazdu?

Po rezonansie od razu polecili operację. Bali się, że guz będzie dalej rósł, ale jednocześnie zaznaczyli, że to nie jest sytuacja, w której on zagraża mojemu życiu i zdrowiu. Nie zakładali, że nagle pęknie. Nie powiedziałam im, co dokładnie zamierzam zrobić. Konsultowaliśmy się z nimi głównie w kwestii czasu. Zanim padła ostateczna decyzja mój mąż zadzwonił do lekarza i zapytał go, czy możemy poczekać z rezonansem do marca. Dał nam zielone światło.

Nie wszyscy są w stanie zaakceptować Twoją decyzję. Większość osób martwi się o Ciebie, ale niektórzy wręcz zarzucali Ci, że nie jesteś w pełni świadoma podejmując tę decyzje.

Wiem, że moja decyzja mogła się wydać wszystkim dziwna. Ale miałam okazję rozmawiać z ludźmi, którzy zrobili to samo i pozbyli się guzów i innych chorób. Dali sobie czas i szansę, by ich organizm mógł sam się z tym uporać. W tamtym momencie to było dla mnie najlepsze rozwiązanie. Uważam, że każdy z nas sam decyduje o swojej przyszłości. Dobrze jeśli wymiana zdań jest kulturalna, z zachowaniem szacunku. Wiele wypowiedzi udowadniało, że ludzie nie obejrzeli nawet mojego filmu, ale komentowali go w nieprzyjemny sposób.

Jak reagujesz na te pretensje i sugestie, że wymyśliłaś sobie chorobę? Denerwujesz się hejtem wymierzonym w Twoją stronę?

To mnie najbardziej zdziwiło, kilka osób napisało, że według nich ja tego guza wcale nie mam, zmyśliłam to sobie, wyjechałam na wakacje, żeby zarobić na YouTube. To niedorzeczna sytuacja. Zaskoczyło mnie to, ale nie czuję złości, smutku, nie płaczę po nocach. Wiem, że to o czym mówię jest szczere, nie udaję nikogo kim nie jestem. Gdybym nagle zniknęła na pięć tygodni wszyscy zastanawialiby się, gdzie jestem, nie mogłam tego nie odnotować na swoim kanale. Nie myślę o tym, wolę skupić się na swojej rodzinie i sobie.

Do jakich przemyśleń doszłaś w trakcie trwania postu? Co się zmieniło w Twoim życiu?

Miałam bardzo dużo czasu na myślenie, nie mieliśmy właściwie dostępu do internetu, więc każdy był pozostawiony sam sobie. Było sporo czasu na analizowanie swojego życia. Powróciła do mnie przeszłość, nierozwiązane sprawy, złe wspomnienia. Nie pamiętałam o nich wcześniej i nagle znów wróciły. Dobrze było spotkać się z nimi i pożegnać raz na zawsze. Zdałam sobie sprawę, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Każde wydarzenie ciągnie za sobą konsekwencje, które odciskają się na naszym życiu. To mi bardzo pomogło. Poczułam się o wiele spokojniejsza, otwarta.

Wierzysz, że organizm sam się pozbył guza albo go zmniejszył?

Mam w sobie pewność, że wszystko jest ok. Niektórzy myślą, że to niepoważne, ale ja jestem bardzo spokojna. Nie wyobrażam sobie życia w strachu i stresie. Pozytywne nastawienie bardzo na nas działa. Cieszę się, że jestem po tej stronie.

Jesteś teraz przed rezonansem i badaniami krwi, powiedziałaś, że nie masz zamiaru ukrywać przed fanami swoich wyników.

Tak, choć nikomu nie mówię, kiedy dokładnie są. Na pewno podzielę się z moimi widzami wynikiem badań. Zaczęłam to, więc to skończę. Nie mam zamiaru przed nimi niczego ukrywać. Mam jedno postanowienie, nie będę wstawiać zdjęć dokumentacji. Raz już to zrobiłam, pokazałam wyniki morfologii i dostałam wiele komentarzy, że na pewno zostały sfałszowane, bo na diecie frutariańskiej nie mogą być tak dobre.

Ważne jest, że namawiasz swoich fanów do profilaktyki.

Według mnie jest bardzo mało osób na świecie, które tak naprawdę są zdrowe. Nie chodzi tylko o jedzenie czy leki, ale i powietrze, którym oddychamy. Lepiej sprawdzić, kiedy ktoś ma pewne wątpliwości, co do stanu swojego zdrowia. Niektórzy piszą do mnie ze swoimi problemami.

 Historie Twoich fanów bywają dla Ciebie przytłaczające?

Wręcz przeciwnie, doceniam, że tak bardzo mi ufają. Czasem warto jest wygadać się komuś, czasem wystarczy napisać wiadomości i wylać z siebie, nawet kiedy pozostaje to bez odpowiedzi. Patrzysz na tą sytuację z zupełnie innej, nowej perspektywy. Wysłuchuję ich, jak oni mnie. I wspieram.

Gdyby ktoś z Twoich bliskich, znajomych zachorował, proponowałabyś im głodówkę?

Nie chce nikomu dawać żadnych rad, natomiast moi znajomi doskonale wiedzą, co robiłam i sami podejmują swoje decyzję. Nikogo do niczego nie będę nigdy namawiać. Dowiedziałam się o chorobie mojej siostry, która poddała się chemioterapii, co mnie bardzo zasmuciło, wręcz przeraziło, ale nic nie mogłam zrobić.

Mówiłaś, że w Kostaryce zaczęłaś pisać książkę… Na jaki temat?

Napisałam dużo na temat moich doświadczeń życiowych, diety, tego, czego sama się nauczyłam. Poruszyłam tam również temat kosmetyków, wpływu środowiska. Ta książka z pewnością będzie dla kogoś, kto chciałby zacząć przygodę ze zdrowym odżywianiem.

Pogodziłaś się z chorobą?

Na początku inaczej to wyglądało. Żyłam od rezonansu do rezonansu. Teraz zupełnie tak nie jest. Całe szczęście. Można powiedzieć, że tak naprawdę o niej zapomniałam. Może to zabrzmi dziwnie patrząc na to, co teraz dzieje się w moim życiu, ale uważam, że wszystko dzieje się z jakiegoś powodu. W każdej sytuacji jest pewna ukryta wiadomość. I tak jest mi o wiele łatwiej. Dzieci również sprawiają, że chce mi się żyć. Mamy z mężem plany na najbliższy czas. Zamierzamy wyjechać z dziećmi na Florydę, w sierpniu lecimy do Nowego Jorku na Woodstock Fruit Festival, na który zjeżdżają się ludzie z całego świata, nawet z Polski, a we wrześniu lecę do kraju.

Rozmawiasz z mężem o tym, co będzie, jeśli wyniki badań nie okażą się optymistyczne?

Na razie o tym nie rozmawialiśmy. Nie mamy żadnego planu awaryjnego. Zupełnie nie zaprzątam sobie tym głowy. Żyję przekonaniem, że wszystko jest w porządku. Czuję się dobrze. Lubię to, że żyję tu i teraz. Gdybym martwiła się tym, co stanie się w przyszłości, odbierałabym sobie całą radość.
 

Mówisz, że żyjesz w zgodzie ze sobą. Podjęłaś niesamowitą walkę o swoje życie, przyszłość Twojej rodziny. Bije od Ciebie taki spokój i opanowanie… W perspektywie tego, co ostatnio dzieje się w Twoim życiu jest to naprawdę godne podziwu.

Czasami sama nie wiem, jak to działa. Wiele osób mi to mówiło już wcześniej. Zupełnie tego nie zauważałam, a teraz sama również to czuję. Mam wrażenie, że pozbyłam się w magiczny sposób strachu ze swojego życia. Ufam, że w będę wiedziała co zrobić, powiedzieć, jak się zachować.

Jerzy Stuhr w jednym z naszych wywiadów mówił: „To choroby budują, zmieniają osobowości i niesłychanie hartują”.

Dużo w tym prawdy, ale przypuszczam, że nie zawsze tak to działa. Wszystko zależy od człowieka, czasami może to doprowadzić do depresji, wyniszczenia, załamania. Ale w moim przypadku było tak, jak powiedział. Widzę to bardzo czysto. Mam trochę charakter wojowniczki, bo w walce z chorobą myślę przede wszystkim o swojej rodzinie. Sama straciłam mamę w młodym wieku, nie chcę tego samego dla moich dzieci. Walczę dla nich. Ich przyszłość, to również ja. 

 

Wideo

Poznaj historię miłości Agnieszki Woźniak-Starak i jej męża Piotra!

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Trzy kobiety, które w najnowszym serialu Polsatu „Zawsze warto” połączyło przypadkowe dramatyczne wydarzenie: Weronika Rosati, Katarzyna Zielińska i Julia Wieniawa. Edyta Geppert o pasji śpiewania i życiowych wyborach oraz Dominika Gwit i Wojciech Dunaszewski o tym, co ślub zmienił w ich życiu.