„Gramy do jednej bramki”. Agnieszka Dojlidko-Nawrocka i Michał Nawrocki to prawdziwa „power couple”
Jak połączyć ambicje zawodowe z codzienną bliskością, a rozwój firmy z życiem rodzinnym? Właściciele Nawrocki Clinic opowiadają o zaufaniu, podziale obowiązków i decyzjach, które zapadają w firmie i przy kuchennym stole.

Pracują razem, mieszkają razem i wspólnie biorą odpowiedzialność za decyzje, które mają realne konsekwencje. Agnieszka Dojlidko-Nawrocka i Michał Nawrocki odsłaniają kulisy prowadzenia dużego biznesu w duecie oraz codziennego balansowania między firmą a domem. Mówią też o tym, jak zbudowali klinikę stomatologiczną Nawrocki Clinic i dlaczego konsekwencja, komunikacja i spokój okazały się w tym procesie najważniejsze.
Hanna Zakrzewska: Wspólnie podejmujecie decyzje dotyczące inwestycji, technologii i kierunku rozwoju firmy. Jak wygląda u Was proces decyzyjny, gdy macie różne zdania na ten sam temat?
Michał: To proste – Agnieszka zawsze ma rację (śmiech). A mówiąc serio: nigdy nie mieliśmy większych problemów z podejmowaniem decyzji. Od samego początku bardzo jasno podzieliliśmy zakresy odpowiedzialności, co realnie wpływa nie tylko na funkcjonowanie kliniki, ale także na nasze życie prywatne. Każde z nas zna swoje miejsce, wie, za co odpowiada i ma pełną decyzyjność w swoim obszarze. Agnieszka zarządza firmą i całym zapleczem biznesowym, ja odpowiadam za leczenie. Po prostu ufamy swoim kompetencjom i wiemy, że każde z nas robi to, w czym jest najlepsze. Prowadzimy ten biznes jako partnerzy – przyjaciele, wspólnicy i małżeństwo w jednym. Wspieramy się, rozmawiamy, czasem podpowiadamy sobie różne rozwiązania. Zdarza się, że proszę Agnieszkę o spojrzenie na trudną sytuację z innej, bardziej ludzkiej perspektywy albo – na prośbę pacjentek ceniących jej gust – o poradę natury estetycznej.
Agnieszka: Rzeczywiście, odpowiedzialność biznesowa jest po mojej stronie, a decyzje medyczne podejmuje Michał. Ale wiadomo, że jeśli wydarzyłoby się coś trudnego, ta odpowiedzialność i tak jest wspólna. Gdy w grę wchodzą kwestie inwestycyjne czy finansowe, naturalne jest to, że rozmawiamy, wymieniamy argumenty, słuchamy się nawzajem. Ale my bardzo podobnie myślimy. Gramy do jednej bramki. Nie zdarzają nam się żadne „przepychanki”. Michał szybciej ustępuje w decyzjach stricte biznesowych, co wynika z zaufania i z jasnego podziału ról. Jesteśmy zespołem. I to jest ogromna wartość. Mieć takiego wspólnika i partnera – mówię tu czysto biznesowo – to coś naprawdę wyjątkowego.

Agnieszko, przekształcenie indywidualnej praktyki w dużą klinikę wymagało innego sposobu zarządzania. Jakie kompetencje z pracy w bankowości okazały się najbardziej przydatne w tym procesie?
Był to czas intensywnego rozwoju, zdobywania doświadczeń oraz udziału w licznych szkoleniach i treningach. Okres bardzo wymagający, ale mogłam sobie wtedy na to pozwolić – byłam singielką, a całe moje życie było podporządkowane pracy. Z perspektywy czasu widzę, że był to dla mnie niezwykle dobry moment.
Praca w korporacji nauczyła mnie przede wszystkim pokory. W dużych strukturach nikt nie jest niezastąpiony, co pozwala nabrać dystansu do siebie i zajmowanego stanowiska, a jednocześnie buduje ogromny szacunek do procesów oraz zespołu. Z bankowości wyniosłam także przekonanie, jak ważne jest patrzenie na firmę w sposób całościowy – jako spójny organizm, oparty na współpracy między zespołami, relacjach międzyludzkich i dobrej komunikacji. Miałam szczęście pracować z mądrymi liderami i ludźmi, od których mogłam się wiele nauczyć.
Z pracy w dużej organizacji wyniosłam też konkretny rytm działania i odpowiedzialność za „tu i teraz”. Każdy miesiąc ma swój początek i koniec – można go podsumować i wyciągnąć wnioski, ale kolejny zawsze oznacza nowy etap. Nie ma czegoś takiego jak „samograj”. Nawet gdy za nami bardzo dobry okres, nie można spocząć na laurach – trzeba dbać o jakość, podnosić poprzeczkę i wdrażać nowe rozwiązania. Korporacyjne doświadczenie nauczyło mnie także samodyscypliny i potrzeby ciągłego rozwoju. To doświadczenie ukształtowało we mnie dobre nawyki, które dziś stanowią fundament zarządzania biznesem.

Michale, zmieniła się też Twoja rola jako lekarza. Jak wyglądało dla Ciebie przejście od pracy stricte klinicznej do funkcjonowania w strukturze większej organizacji?
Obiektywnie rzecz biorąc, jeśli chodzi o moją codzienną pracę, wiele się nie zmieniło. Niezależnie od tego, czy klinika ma jeden gabinet, kilka czy piętnaście – ja nadal pracuję w jednym gabinecie, przy jednym pacjencie. W tym sensie skala organizacji nie wpływa bezpośrednio na sposób, w jaki wykonuję swój zawód. Największą zmianą było dla mnie nauczenie się funkcjonowania w dużej strukturze i nauczenie się „dzielenia” pacjentem. Od początku bardzo ważne było dla nas, aby budować zespół oparty na dobrych relacjach, empatii i wzajemnym zaufaniu. Zespół ludzi, którzy chcą łączyć swoje umiejętności i pracować razem na rzecz pacjenta.

Agnieszko, nowy obiekt kliniki był dużym przedsięwzięciem logistycznym i organizacyjnym. Co w trakcie jego realizacji okazało się większym wyzwaniem, niż zakładałaś na początku?
Decyzja o budowie nowego obiektu kliniki była od początku bardzo świadoma i dobrze przemyślana. Wiedziałam, że będzie to ogromne obciążenie – nie tylko organizacyjne, ale też fizyczne i emocjonalne. Na co dzień jestem mamą dwójki dzieci, odpowiadam za funkcjonowanie naszego domu i życie rodzinne, które zawsze było i jest dla mnie absolutnym priorytetem. Lubię też dbać o siebie, ważna jest dla mnie estetyka, kocham sztukę i modę. Połączenie tych wszystkich ról jest niezwykle trudne. Miałam pełną świadomość, że realizacja tak dużego projektu będzie wymagała ode mnie niezwykłej dyscypliny i ogromnej energii.
Najtrudniejsze było znalezienie przestrzeni na spokojne myślenie strategiczne: dokąd chcemy iść, co jest kolejnym krokiem, czego potrzebujemy, aby się rozwijać. Nawet takie projekty jak stworzenie własnego programu telewizyjnego zaczynały się od pomysłu, który trzeba było przemyśleć, potem konsekwentnie realizować, zdobyć zaufanie, przygotować się merytorycznie i organizacyjnie. Chyba właśnie ta skumulowana intensywność była największym wyzwaniem. Ale nie narzekam, bo zdecydowanie nie lubię nudy.

Czy praca nad wspólnym projektem pozwoliła Wam odkryć w sobie nawzajem cechy, które wcześniej nie były tak widoczne?
Agnieszka: Oj, pozwoliła [śmiech]. Przede wszystkim odkryłam, że kiedy Michał się na czymś naprawdę skupi, potrafi całkowicie zniknąć dla świata. Wiedziałam, że jest pracowity, ale nie spodziewałam się, że okaże się prawdziwym tytanem pracy. Skoncentrowanym, konsekwentnym i niezwykle odpowiedzialnym. Uświadomiłam sobie, jak dużą odpowiedzialność bierze na siebie – nie tylko za mnie i naszą rodzinę, ale przede wszystkim za firmę. Kiedy napięć, stresu i trudnych momentów jest naprawdę dużo, zawsze mogę na niego liczyć. Z pełnym przekonaniem mogę powiedzieć, że jest moim najbliższym, najlepszym przyjacielem. Z nim mogę się śmiać, mogę „kraść konie”, ale jeśli dzieje się coś trudnego, to do niego idę, żeby się wypłakać. I wiem, że nigdy mnie z tym nie zostawi – zawsze przytuli, wesprze i pomoże.
Zaskoczyła mnie także jego dojrzałość. Taka prawdziwa, głęboka dojrzałość i szerokie spojrzenie na życie. Dla Michała nie jest problemem to, że kliniką zarządza kobieta. Otwarcie mówi, że za wieloma decyzjami i sukcesami tej kliniki stoję ja. Michał nie myśli stereotypowo. Wie, że zarówno kobieta, jak i mężczyzna mogą być świetnymi lekarzami oraz z równym powodzeniem prowadzić dom i biznes. To daje mi przestrzeń do rozwinięcia skrzydeł. Jego spokój, opanowanie i dojrzałość są dla mnie czymś absolutnie wyjątkowym.
Michał: Ja nie wiedziałem, że Agnieszka jest aż tak uparta, w najlepszym możliwym znaczeniu tego słowa. To osoba, dla której nie istnieje „nie da się”. Jej kreatywność, inicjatywa i konsekwencja w dążeniu do celu naprawdę robią wrażenie. Wcześniej nie zdawałem sobie chyba sprawy, jak bardzo jest kreatywna, świadoma i dojrzała emocjonalnie. Do dziś mnie zaskakuje. Kiedy opowiadam jej o jakiejś sytuacji, ona często już widzi kolejne kroki i konsekwencje – i najczęściej ma rację. Ogromne wrażenie robi na mnie jej perfekcjonizm – trudny w codziennym życiu [śmiech], ale absolutnie kluczowy w pracy. Widzę też, jak bardzo musi być to dla niej wymagające. Połączenie stanowczości z ogromną wrażliwością, emocjonalnością i niesamowitą wielozadaniowością w tak drobnym ciele jest czymś, co naprawdę mnie „wywala z butów”.
Agnieszka: To, że tak dobrze się dobraliśmy – jesteśmy do siebie podobni, a jednocześnie świetnie się uzupełniamy – jest dla mnie ogromną wartością. Cierpliwość Michała do mnie, a trochę jej potrzeba, i jego partnerskie podejście są bezcenne. Oczywiście, czasem się na siebie złościmy. Jestem pewna, że czasem Michał ma mnie po prostu dość i coś tam mamrocze pod nosem. I bardzo dobrze – dziękuję, że to robisz zamiast podkręcać moje emocje [śmiech].

Czy po latach wspólnego prowadzenia firmy potraficie jeszcze całkowicie odłączyć się od spraw zawodowych poza pracą?
Michał: Ja potrafię się wyłączyć. Umiejętność odłożenia telefonu, odcięcia się od bieżących spraw i odpoczynku jest dla mnie absolutnie kluczowa. Na co dzień jestem bardzo mocno skupiony na pracy, więc możliwość „resetu” daje mi ogromny komfort psychiczny. Pozwala złapać dystans, odetchnąć i wrócić do pracy z nową energią, świeżą głową i pełnym zaangażowaniem.
Nie ukrywam też, że to poczucie bezpieczeństwa bardzo często zawdzięczam Agnieszce. Ona się nie wyłącza. Jest zawsze pod telefonem, pod mailem, niezależnie od strefy czasowej. Dla niej kluczowe jest to, aby mieć stały kontakt z kliniką i zespołem. Systemy, procesy, rozwiązania informatyczne i technologiczne, które wdraża w zarządzaniu kliniką, dają jej kontrolę i spokój. Przyznam, że czasem mnie to irytuje, zwłaszcza kiedy jesteśmy razem na wyjeździe, ale jednocześnie mam pełną świadomość, że właśnie dzięki temu ja mogę się odciąć.
Agnieszka: To ogromne skupienie na pracy i ten brak możliwości całkowitego wyłączenia się nie wzięły się znikąd. Wynikały z tego, że tworzyliśmy coś bardzo dużego – organizm, który rósł dynamicznie i wymagał stałej uwagi. Nie umiem po prostu powiedzieć: „teraz robimy dwa tygodnie przerwy” i wstrzymać tej maszyny oraz trybików, które już ruszyły. Moim celem jest stworzenie takiej struktury, która będzie działała stabilnie nawet wtedy, gdy ja zrobię krok w tył. Jestem przekonana, że to przełoży się również na spokojniejsze życie po godzinach pracy. Bardzo doceniam to, że moje otoczenie to rozumie. Nie tylko Michał, nie tylko nasza rodzina i dzieci, ale również nasi przyjaciele. Wiedzą, że na tym etapie nie mogę po prostu „wyłączyć” wszystkiego z dnia na dzień. Jednocześnie wiedzą też, że mam plan. Plan, że urlop kiedyś będzie naprawdę urlopem, a czas po pracy stanie się świętością przeznaczoną wyłącznie dla rodziny i bliskich. To jest moje osobiste wyzwanie i wiem, że to osiągnę.
Materiał promocyjny Nawrocki Clinic