Była jak egzotyczny ptak wśród wróbli i szpaków. Biografia Jadwigi Staniszkis ujawnia zaskakujące fakty z jej życia
Kojarzy ją każdy Polak, który choć trochę interesuje się polityką. Profesor Jadwiga Staniszkis często komentowała bieżące wydarzenia, nie szczędząc przy tym ostrych ocen naszym politykom, niezależnie od ich partyjnych barw. Radykalne sądy i wyraziste poglądy były jej znakiem rozpoznawczym. Podobnie jak czerwona szminka. Choć często zabierała głos, rzadko mówiła o swoim życiu prywatnym. Barwnym i bardzo skomplikowanym. Nieznane fakty ujawnia jej nowa biografia. Publikujemy jej fragment.

- Redakacja VIVA!
Była jedna z najsłynniejszych postaci powojennej Polski, ikoną socjologii. Jedni ją uwielbiali , inni wyśmiewali. Była odważna, nieszablonowa. Słynęła z wyrazistych poglądów i z ostro czerwonej szminki na ustach. Mówiła, że bez niej czuje się "jak rozebrana". Jej książki weszły do kanonu współczesnej socjologii. To ona wprowadziła do współczesnej debaty słowo postkomunizm, przenikliwie opisywała m.in. przemiany w Europie Środkowo-Wschodniej. Właśnie ukazała się nowa biografia pani profesor - „Radykalna. Wszystkie sprzeczności Jadwigi Staniszkis” , której autorem jest Krzysztof Katkowski (wyd. Otwarte, Kraków, 2026 rok) Opowiada ona o Jadwidze Staniszkis bardzo szeroko, zarówno o jej życiu prywatnym, jak przede wszystkim o jej fenomenie jako socjolożki – kobiety w zdominowanym przez mężczyzn akademickim świecie, i ważnej postaci w naszej debacie publicznej.

Kochała go, ratowała z nałogu, a on nazywał ją "docenciną"
Jadwiga Staniszkis żyła pełnią życia, chociaż jej związki nie były zawsze udane. Pierwszy mąż, ekonomista Marek Lewicki groził, że odbierze jej prawa rodzicielskie, gdy ona została uwieziona w marcu 1968 roku. W latach 70. głośny był jej związek z pisarzem Ireneuszem Iredyńskim, który ją bił, zdradzał, znęcał się nad nią, kazał by wymyślała sobie kary, był obsesyjnie zazdrosny. Gdy ona szukała go po knajpach, on pił na umór i nazywał ją pogardliwie "docenciną". Dopiero jej formalnie drugie małżeństwo z Michałem Korcem było udane. I choć też się rozwiedli pozostali przyjaciółmi, mieszkali razem. Jadwiga Staniszkis uchodziła za „platoniczną narzeczoną” Jarosława Kaczyńskiego. Wspominał ją jako „bardzo piękną kobietę”, z którą chodził na obiady do Hortexu.
Jadwiga Staniszkis zmarła dwa lata temu, na krótko przed swoimi 82 urodzinami. Chorowała m.in. na Alzheimera. Poniżej publikujemy fragment rozmowy z książki Krzysztofa Katkowskiego „Radykalna. Wszystkie sprzeczności Jadwigi Staniszkis", z jej przyjaciółką Joanna Wojciechowicz. Poznały się jako nastolatki i ta znajomość przetrwała całe życie. Śródtytuły, podkreślenia i skróty pochodzą od redakcji.
Jadwiga Staniszkis i jej chłopak, który pływał na statkach
Krzysztof Katkowski: Staniszkis wspominała, że byłyście przyjaciółkami – a ona nie miała zbyt wielu przyjaciół. Pani była chyba wyjątkiem.
Joanna Wojciechowicz: To był 1958 rok. To już prehistoria! Ja miałam wtedy czternaście lat, a Jadwiga szesnaście i pół. Była ode mnie starsza o dwa i pół roku. Ale ja już na nią wtedy nie mogłam się doczekać. Poznał ją mój najstarszy brat, Maciek. Pływał na statkach i spotkali się gdzieś tam, w drodze. Jadwiga płynęła na tym samym statku do Londynu jako opiekunka do dzieci. Zakochali się w sobie bez pamięci. Mój brat napisał mi o tej niezwykłej dziewczynie, która go urzekła, więc i ja byłam zafascynowana i ogromnie na nią czekałam.
A kiedy wreszcie się panie spotkały?
Kiedy tylko pojawiła się w naszym domu we Wrzeszczu, przy ulicy Waryńskiego. Mieszkaliśmy w dosyć dużym, przestronnym mieszkaniu. (…) Maciek przywiózł Jadwigę do domu, żeby poznała rodzinę. I to było dla mnie zauroczenie od pierwszego wejrzenia. Już wtedy miała tę bliznę. I miała też bardzo, bardzo czerwone usta, taką krwistą szminką sobie je pomalowała. A ta blizna… to było przez nieszczęśliwy wypadek. Śpieszyła się na pocztę, żeby odebrać telefon od mojego brata, i wpadła pod ciężarówkę. To był oczywiście dramat, ale dla niej to było jakby przejście w drugą stronę świata. Tak jak Alicja za zaczarowanym lustrem. Od tamtej pory zaczęła się tak malować – te bardzo wyraźne, czerwone usta. I to była pierwsza rzecz, która się człowiekowi rzucała w oczy. Zakochałam się w niej zupełnie. Od tamtego czasu, przez rok chyba, pisałyśmy do siebie listy. A jeszcze wcześniej jej rodzice zaprosili mnie na święta do Poznania, tam, gdzie mieszkała. Była wtedy w klasie maturalnej, bo do szkoły poszła wcześniej. Jej rodzice mieli podobne mieszkanie do naszego – też duże, ciemne, pełne staroświeckich mebli. A w środku była Jadwiga, taka, jak ją zapamiętałam. Wtedy już do siebie pisałyśmy, prowadziłyśmy regularną korespondencję. Dla mnie samo to, że ona mi tyle uwagi poświęcała, było fantastyczne. (…) I wiedziałam od brata, że z Jadwigą umówili się, iż jeśli cokolwiek się między nimi zepsuje, to spotkają się 13 czerwca w Szczecinie, w bramie jakiegoś domu. Chociaż zaraz, coś mi się tu miesza… musiało to być wcześniej, bo to był 1958 rok. A my teraz jesteśmy w 1959, kiedy spędzałyśmy razem wakacje.
Spokojnie
Jadwiga była dalej tak samo atrakcyjna, ogromnie atrakcyjna. Dalej malowała sobie usta tą charakterystyczną szminką, po której wszyscy ją poznawali. I między nią a moim bratem doszło do jakichś niedomówień. W każdym razie rok później, czyli w 1960, kiedy mój brat wrócił z kolejnego rejsu, wsiadł na swoją czeską Jawę 250 i pojechał do tego Szczecina na 13 czerwca. Ona się nie pojawiła. I to był z całą pewnością dramat dla mojego brata. Myśmy z Jadwigą dalej do siebie pisały, ale więź między nimi została zerwana. (…) Spotkałyśmy się, ale kilka lat później. Nie pamiętam dokładnie jak, wydaje mi się, że po prostu normalnie na dworcu. Ja kupowałam bilet do Gdańska, a ona odchodziła od kasy. Rozpoznałyśmy się i… było tak, jakby nic się nie zmieniło. Wiedziałam już, że zdążyła wyjść za mąż, urodziła dziecko, Joasię, która była o rok starsza od mojego syna. Znów miałyśmy wspólne dzieje i losy! Ona miała męża, którego zostawiła. Ja miałam męża, którego zostawiłam. Ona miała swoją córkę, a ja swojego syna, Michała. Umówiłyśmy się, że ja do nich przyjadę na święta Bożego Narodzenia.
Jadwiga Staniszkis do Joanny: jesteś moją jedyną przyjaciółką
Jadwiga jeszcze się upewniała: „Czy ty na pewno przyjedziesz? Bo ja to traktuję ogromnie poważnie. I ty jesteś moją jedyną przyjaciółką”. Przesada? Nie, tym razem nie. Bo rzeczywiście Jadwiga chyba nie miała innej takiej przyjaciółki. Miała mnóstwo znajomych, ale przyjaźni takiej jak nasza – nie. Była Nina Kraśko, też socjolożka, z tego, co pamiętam, którą matka uratowała z Holokaustu, bo wyrzuciła ją przez okno z pociągu jadącego do Oświęcimia. Ta kobieta była bardzo doświadczona przez wojnę i przez przeszłość. My też, oczywiście inaczej. Też rozstałyśmy się z naszymi pierwszymi mężami. Też doświadczyłyśmy przemocy domowej. Na przykład, Jadwiga mnie uczyła: „Nigdy nie zostawiaj kluczy w miejscu ogólnie dostępnym, przy drzwiach wejściowych, bo takimi kluczami to można zdrowo oberwać”. I wtedy się dowiedziałam, że zrobił coś takiego jej facet, z którym przez kilka lat mieszkała i była w nim absolutnie zakochana… Iredyński, podobno wybitny pisarz, ale okropny człowiek, który się nad nią znęcał. Przyjechałam wtedy na te święta ze swoim synem, Michałem. Michał miał trzynaście lat, Joasia czternaście. Te dzieciaki się natychmiast zaprzyjaźniły, bardzo! I przyjaźnią się do dzisiaj, są ze sobą bardzo związani. A w czasie tych świąt Jadwiga i ja opowiadałyśmy sobie oczywiście wszystko, co nam się przydarzyło od ostatniego spotkania.
Jadwiga Staniszkis i attaché niemieckiej ambasady z bukietem róż
„Jest taki dzień, bardzo ciepły, choć grudniowy…”
Na tamte święta – to był rok 1977 – zaprosiła do siebie dwóch panów. W pierwszy dzień przyszedł jeden z nich – Niemiec, attaché kulturalny ambasady, Ludwig Zimmerer, znany kolekcjoner polskiej sztuki ludowej. Pamiętam, że pojawił się z ogromnym, wręcz imponującym bukietem róż. Spędził z nami niemal cały dzień, rozmawialiśmy o wszystkim, atmosfera była bardzo miła. Muszę przyznać, że zrobił na mnie świetne wrażenie, ale był żonaty. Następnego dnia zaprosiła drugiego – Jurka Strzeleckiego. Chciała, żebym obu ich poznała i powiedziała jej, który z nich, moim zdaniem, byłby dla niej lepszym partnerem. Mnie zdecydowanie bardziej podobał się ten pierwszy, attaché z różami. Wiem, że miała z nim romans, ale się wahała. Bała się, by dla Joasi nie powtórzyła się żadna dramatyczna historia. I wtedy właśnie w jej życiu pojawił się Jurek Strzelecki. Potem była opozycja? Wtedy obie byłyśmy już mocno zaangażowane. Jadwiga siedziała w opozycji i ja też. Zaczęłam działać w latach siedemdziesiątych – tak, to się zgadza, bo mój syn, Michał, też już wtedy był w to wciągnięty. Wszyscy byliśmy w opozycji. (…)
Z Jadwigą byłyśmy bardzo blisko – właściwie nierozłączne. Ja mieszkałam w Gdańsku, ona w Warszawie, ale rozmawiałyśmy przez telefon prawie codziennie i spotykałyśmy się przy każdej okazji. Gdy tylko mogłam, jechałam do niej do Warszawy. Zawsze rozmawiałyśmy głównie o sprawach opozycyjnych, bo to nas wtedy najbardziej pochłaniało. I nasze dzieci się zaprzyjaźniły – ja zostałam chrzestną Joasi, która w ostatnich latach się zajmowała Jadzią, jak ta już była chora…
Uważa pani, że Jadwiga była osobą wierzącą? Została pochowana w obrządku katolickim. Ona twierdziła, że jest niewierząca.
I zazdrościła mi tego, że ja chodzę do kościoła – nieregularnie, ale chodzę – i nie czuję się tam zupełnie jak wyrzucona na brzeg ryba. To byli moi ludzie dookoła. Teraz to ja przestałam chodzić do kościoła, od dwóch czy trzech lat już nie chodzę, bo po prostu uważam, że to, co wyprawia ten episkopat, jest wprost niemożliwe, i nie będę tego popierać w żadnym wypadku.
Mówiła o sobie, że jest osobą autystyczną.
Tak, tak… Nie mam pojęcia. To znaczy, dla mnie wszystko, co ona mówiła, to była dosłownie prawda objawiona. Ale… musiały być jakieś braki. Coś tam było nie tak, ale nie wiem co. Czy to kierowało się w stronę autyzmu? Nie wiem. Nie, nie, nie była osobą autystyczną, na pewno nie. Była mądra, chwytała w lot wszystkie zagadnienia socjologiczne. Była po prostu dobrą osobą. Jadwiga kochała na przykład psy i traktowała je jak swoje dzieci. Kiedy wyjeżdżała i zostawiała psy, ja się przeprowadzałam do Mięćmierza, gdzie Jadwiga miała domek, i zostawałam ze zwierzętami – czasem ich było siedem, czasem osiem, kiedy dołączał do nich pies Tomka, artysty, który miał domek na tej samej działce. Więc miałam pod opieką siedem albo osiem psów i jeszcze ze trzy koty. Może ich było w porywach nawet więcej. Kiedy obie byłyśmy, chodziłyśmy po zakupy do Kazimierza, a wszystkie psy z nami – chodziłyśmy cztery i pół kilometra, proszę sobie wyobrazić!
A politycznie?
Była zaangażowana w opozycję, ja też. Ale teraz nie wiem, co się dzieje z dużą częścią ludzi – tyle do prawicy poszło…
To czemu utrzymywała pani kontakt z Jadzią?
Proszę pana, bo ona była zawsze lewicowa. Zawsze była lewicowa! Coś jej z tym PiS-em… odbiło. Może to był już początek tego… No, w każdym razie, na pewno to było wbrew temu wszystkiemu, co wiedzieliśmy o niej wszyscy wcześniej.
Co o niej wiedzieliście?
Że jest lewicowa… otwarta. Na kogokolwiek. Ale i psy miała, Łba i Bellę. A ktokolwiek przyszedł do domu, to był ważny. Ktokolwiek. Pamiętam, kiedyś mój syn coś powiedział takiego, że „Proszę pana, ale my teraz jemy obiad, może pan zaczeka” do kogoś u Jadwigi. Tak to ją wkurzyło niesamowicie! Walnęła jakimiś sztućcami o ziemię, w ogóle była strasznie zdenerwowana, że mój syn taki… no, źle wychowany po prostu, że się tak odezwał do kogoś. Dla wszystkich była serdeczna i życzliwa. Dla najbardziej obcych, takich ludzi ze wsi, to ona też była taka właśnie serdeczna i życzliwa. I tak było zawsze, że nawet wyróżniała tych biedniejszych, traktowała ich lepiej niż swoich znajomych. Pamiętam, jak Jacek Kuroń się nad nią litował, mówił, jak przykro było patrzeć na jej posiniaczoną twarz, kiedy mieszkała z Irkiem Iredyńskim i w nocy odbywała pielgrzymki po knajpach, szukając go. A kiedy już go znalazła… nierzadko dochodziło do rękoczynów. Stąd zresztą jej opowieści o kluczach, których lepiej nie trzymać na widoku – zdarzyło się bowiem, że tymi kluczami oberwała. Jej przyjaciele i jej nieprzyjaciele podobnie nie mogli zrozumieć, co ona w tym Iredyńskim widziała. Ja ją spotkałam po kilku latach przerwy, kiedy już była wolna od tej okropnej miłości i od wtedy do końca jej życia byłyśmy bardzo blisko. Wcześniej zaś, kiedy ją spotkałam, Jadwiga była jak egzotyczny ptak pośród wróbli i szpaków. Tylko że te szare ptaki mogłyby ją zadziobać…
