TYLKO U NAS!

Tulia: „Eurowizja rządzi się swoimi prawami. Wiemy, że może być różnie”

O smaku sukcesu, hejcie i tym, czego oczekują po występie w Izraelu w biało-czerwonych barwach

Konrad Szczęsny 27 kwietnia 2019 17:01

Asia, Patrycja, Dominika i Tulia. Cztery wyjątkowe dziewczyny ze Szczecina, które z impetem weszły na polską scenę muzyczną. Wygrały koncert Premier w ramach festiwalu w Opolu 2018 z utworem Jeszcze cię nie ma, ich coverem Enjoy the silence zachwyciło się samo Depeche Mode, w zeszłym roku wydały debiutancką płytę a teraz przed nimi ważny egzamin – udział w Konkursie Piosenki Eurowizji, który w maju odbędzie się w Tel Awiwie. W Izraelu wykonają nasyconą folkiem pop-rockową propozycję Pali się (Fire of love). O swoich muzycznych inspiracjach, poszukiwaniu tożsamości, czerpaniu z różnorodności polskiego folkloru i pasji opowiedziały w szczerej rozmowie z Konradem Szczęsny.

Konrad Szczęsny: Tulia, czyli... Joanna, Patrycja, Dominika i Tulia. Nie pomyliłem Waszych imion?

Zespół Tulia: Nie, wszystko się zgadza (śmiech)

Cieszę się, bo to był dla mnie największy stres przed naszym spotkaniem (śmiech).

Chyba żartujesz?

Tak właśnie było. Przejdźmy jednak do... Eurowizji. Jak czujecie się w roli reprezentantek Polski?

Bardzo dobrze. Czujemy się wyróżnione i zaszczycone. Dla nas jest to pewnego rodzaju honor, że reprezentujemy nasz kraj. Chcemy to zrobić jak najlepiej!

Czym jest dla Was Eurowizja w wymiarze osobistym oraz jako widowisko muzyczne?

To przede wszystkim konkurs, który śledziło się od maleńkości, najważniejszy i na największą skalę – zarówno z perspektywy kraju, jak i Europy czy świata. W tym konkursie widać radość, to również spotkanie między kulturami różnych krajów, niezwykle ciekawe i inspirujące. Wydaje nam się, że Eurowizja służy integracji: można usłyszeć, co dany kraj ma muzycznie do zaoferowania, często jest to okraszone spektakularnym występem, więc interesujące jest też samo oglądanie transmisji w telewizji. To też wydarzenie, które może jednoczyć pokolenia, przy którego oglądaniu spotykają się całe rodziny.

A z perspektywy uczestnika?

W tej chwili jest przede wszystkim wyzwaniem. Zawsze też warto zobaczyć, jak dane państwa przemycają elementy własnej kultury na arenę międzynarodową, a my przemycamy coś swojego, posługujemy się w końcu białym głosem. Dla nas też jest dużym wyróżnieniem to, że śpiewamy większą część utworu Pali się (Fire of love) w języku polskim. W naszym odczuciu to jest najciekawsze, gdy w piosence spotyka się język narodowy i element kultury danego kraju. To intryguje i sprawia, że ludzie chcą poznawać nowe zakątki świata i jest szczególnie ważne, gdy ktoś nie ma możliwości pojechania do danego kraju a dzięki Eurowizji jest w stanie zobaczyć jego koloryt lokalny, charakterystyczne dla danego państwa stroje, usłyszeć język.

Macie taki przykład z tegorocznej stawki?

Tak, na przykład reprezentacja Islandii, która zaciekawiła nas swoim wyglądem, później zobaczyłyśmy tytuł piosenki w ich języku ojczystym i to nas zaintrygowało, sam wygląd ich alfabetu! Do tego doszło brzmienie... Podobnie było w przypadku piosenek z Gruzji czy Portugalii, energetycznej Hiszpanii, dźwięcznego, melodyjnego języka z domieszką egzotycznego arabskiego w Soldi Mahmooda z Włoch. Język to niesamowity środek komunikacji, w naszym wypadku dźwięki budzą też często skojarzenia z obrazem: zaczynamy zastanawiać się, jak wygląda życie w tym kraju, krajobrazy, w jaki sposób ludzie się zachowują, co robią, jacy są, jaki mają temperament. Język oddaje to wszystko. Dlatego my na Eurowizji chciałyśmy śpiewać po polsku. Wydaje nam się, że to też może nadać autentyczność naszemu występowi.

Wiecie, że 25 lat, które w tym roku mija od debiutu Polski w konkursie, nie było pasmem sukcesów, statystycznie więcej było porażek. Nie boicie się, że po udziale w Eurowizji pojawi się fala hejtu? Polacy są mistrzami krytykowania, w jakimś stopniu już tego doświadczyłyście.

Nie obawiamy się, bo nie jedziemy na konkurs z nastawieniem jak na wojnę. Dla nas to przede wszystkim spotkanie muzyczne. Oczywiście, bardzo chciałybyśmy zająć jak najwyższe miejsce dla naszego kraju, ale nie zakładamy jakiegokolwiek konkretnego. Chcemy pokazać siebie i godnie reprezentować nasz kraj. Rywalizacja jest obok, mimo że ona oczywiście jest wpisana w istotę Eurowizji.

Przyznacie jednak, że dobrze byłoby nie zająć ostatniego miejsca...

Zdecydowanie! Zdajemy sobie sprawę, że na pewno świetnie się zaprezentujemy a co z tego dalej będzie... Eurowizja rządzi się swoimi prawami. Wiemy, że może być różnie. Na pewno jednak nie wzięłybyśmy w niej udziału, gdybyśmy twierdziły, że to bez sensu.

Z jakimi głosami spotykacie się w branży muzycznej, jeśli chodzi o Wasz udział w Eurowizji?

Często osoby uznane mówią, że w Polsce jest oczywiście wielu artystów tworzących świetną muzykę, na przykład alternatywną – która w naszym odczuciu przeszła w ostatnich latach do mainstreamu – zaś my łączymy jedno i drugie plus mamy ten naddatek w postaci wpływów folkowych, dlatego nasz udział w Eurowizji ma sens. To połączenie tradycji i współczesności i jeżeli w tym konkursie każdy kraj ma zaprezentować to, co najbardziej interesujące, to jesteśmy na właściwym miejscu we właściwym czasie – to najczęściej słyszymy od osób z branży.

Gdy rok temu w lutym opublikowałyście swój pierwszy teledysk podejrzewałyście, że w tak krótkim czasie będziecie miały okazję zaprezentowania się na arenie międzynarodowej?

Absolutnie nie! Wszystko wydarzyło się bardzo szybko, jeśli chodzi o naszą karierę. W życiu byśmy nawet nie pomyślały, że tak to wszystko się... skończy albo zacznie – zależy jak na to spojrzeć. Eurowizja zupełnie nie była w sferze naszych marzeń, byłyśmy skupione przede wszystkim na nagrywaniu płyty. Później przydarzyła się okazja, by wystąpić na festiwalu w Opolu. To o tyle ciekawe, że naprawdę my po prostu koncertowałyśmy i nie myślałyśmy o udziale w konkursach i wszystko wyszło bardzo spontanicznie, z inicjatywy wytwórni płytowej i managementu. Gdy zwrócono się do nas z pytaniem, pomyślałyśmy „Dlaczego nie spróbować?!”.

Gdy pojawiła się kwestia Eurowizji, od razu założyłyście, że będziecie chciały zgłosić do TVP utwór Pali się?

Nie. Nie wiedziałyśmy, że to akurat będzie ta piosenka. Proponowałyśmy inny utwór. Natomiast w trakcie dyskusji wszyscy doszliśmy do wniosku, że to właśnie Pali się ma szansę najlepiej się sprawdzić i wyróżnić na tle pozostałych piosenek w stawce przez to, że jest energetyczne i bardziej taneczne niż balladowe. Wydaje się nam również, że bardzo łatwo powtórzyć tę melodię.

Spodziewałyście się medialnego szumu, który nastał, gdy ogłoszono Was reprezentantkami Polski 15 lutego?

Zdawałyśmy sobie sprawę, że jeśli zostaniemy ogłoszone jako reprezentantki, pojawi się również zainteresowanie tym tematem, więc w pewnym stopniu tak, spodziewałyśmy się tego, jednak nie tyle szumu, ale zainteresowania. To też dla nas ciekawe doświadczenie, bo do tej pory przez to, że dużo koncertowałyśmy, nie miałyśmy czasu na spotkania, rozmowy, często byłyśmy zbyt nudne dla mediów. Teraz, nagle, wszystko się odwróciło...

Teraz wy rozdajecie karty!

(śmiech) Bez przesady! Ale prawda jest taka, że nigdy nie zagłębiałyśmy się w tematy pozamuzyczne, dlatego do tej pory dobrze nas nie poznano, unikałyśmy sensacyjnego rozgłosu i skandali. Wszystko dlatego, że jesteśmy normalnymi dziewczynami i skupiamy się na muzyce.

Czy kontrowersje i skandale, które za sprawą sensacyjnych nagłówków mimowolnie się pojawiły, bardziej Was przytłoczyły czy dały też szansę oswoić się z tą medialną machiną, której częścią jest Eurowizja?

To zdecydowanie przytłacza, zwłaszcza jeśli głoszone są nieprawdy albo rzeczy, które z naszego punktu widzenia i tego, co robimy, są nieistotne. Jesteśmy silne, wiemy jednak, że gdyby były wśród nas bardziej wrażliwe osoby, mogłyby sobie z tym nie poradzić. Dotykamy teraz tematu, o którym od dłuższego czasu dużo się mówi: bezkarności w Internecie. Takie rzeczy naprawdę boleśnie uderzają w tych, którzy zaczynają swoją karierę i stawiają na muzykę a nie tanie skandale i plotki. Wydaje nam się jednak, że najgorsze dawno za nami i nie chcemy w ogóle o tym pamiętać.

Jaka jest Wasza postawa obecnie, po tym, czego doświadczyłyście?

Niezmiennie pozytywna! Natomiast chcemy zaznaczyć, że nie wyrażamy absolutnie zgody na hejt i współczujemy wszystkim, których on dotyka. Dobrze też, że jesteśmy we czwórkę, bo wspieramy się w takich momentach, nie zagłębiamy się w to. Myślimy pozytywnie.

A czego te przykre sytuacje Was nauczyły?

Na pewno już nie staramy się wszystkiego wyjaśniać i odnosić do plotek i spekulacji, bo wiemy, że często nasze wypowiedzi są przekręcane, to się obraca przeciwko nam, także nie ma się co spodziewać komentarzy z naszej strony na jakieś dziwne tematy.

Wróćmy do Waszych początków... Znacie się od dawna, ale decyzję o współpracy podjęłyście dopiero w pewnym momencie. Jak wyglądał proces tworzenia grupy Tulia?

Poznałyśmy się w zespole pieśni i tańca, gdzie wszystkie występowałyśmy. Wszystko zrodziło się dzięki Tulii, która wzięła udział w konkursie na fanpejdżu Depeche Mode. Każdy miał szansę napisać tam, jak muzyka tego zespołu wpływa na jego życie. Było jednak tak, że trzeba było w jakiś sposób przekonać do siebie Depeche Mode, więc padł pomysł, żeby pokazać to, co robimy na co dzień. Wtedy Tulia zaprosiła nas, żebyśmy nagrały filmik, na którym śpiewamy w sposób archaiczny jedną z piosenek formacji. Wspólnie wybrałyśmy Enjoy the silence, zespół zamieścił to na swoim fanpejdżu i to stało się wiralem. Osoby, z którymi obecnie pracujemy, natknęły się na to nagranie i zaproponowały eksperyment: czy nie chciałybyśmy tego nagrać już w studio, wymyślić aranżacji i dalej potoczyło się już samo.... Czyli wyszło od propozycji, po której zawiązał się zespół.

Posługujecie się techniką białego śpiewu. Na czym ona polega i co jest w niej najtrudniejsze?

To nie jest trudne! Biały głos drzemie w każdym człowieku. W dawnych czasach był naturalnym sposobem porozumiewania się. Trzeba postarać się wydobyć go z wnętrza siebie, jest świeży, prawdziwy, czysty, przejrzysty... Sama technika nie jest trudna, ale najtrudniej zrobić ten pierwszy krok i rozpocząć ćwiczenia. Ludzie często się wstydzą, bo jest to głośny i odważny rodzaj śpiewu, zupełnie inny niż śpiew popowy. Tego nie da się z niczym porównać. Z drugiej strony tę umiejętność ma każdy, trzeba się tylko odważyć i dużo ćwiczyć.

A jednak w ludziach jest duża obawa przed posługiwaniem się nim.

Tak, bo ludzie na co dzień są jednak przyzwyczajeni do funkcjonowania w pewnych schematach, w każdym środowisku, szkoły lub miejsca pracy, obowiązują ścisłe zasady, na przykład niehałasowanie. W białym śpiewie natomiast chodzi o to, żeby jak najwięcej hałasować, zaangażować całe ciało, to technika bardzo wymagająca fizycznie, dlatego też nasze koncerty nie są często długie. Przypomina krzyk i w istocie tak jest, ponieważ to krzyczenie, któremu nadaje się melodyjność. Można też powiedzieć, że to właściwie technika bez techniki. Kiedyś otrzymałyśmy takie pytanie, czy można sobie zrobić krzywdę, posługując się nią nieumiejętnie...

A można?

Ktoś nawet nas oskarżył, że sobie zrobimy krzywdę, śpiewając w ten sposób! I to prawda, można ją sobie zrobić, ale trzeba się bardzo postarać. Dlatego jeśli ktoś jest zainteresowany białym śpiewem, zachęcamy do brania udziału w warsztatach z mistrzami, którzy są kompetentni i przekazują tę wiedzę w sposób zrozumiały. Nikt nie ocenia prób, jedynie pomaga, by robić to w sposób właściwy. A my na pewno sobie krzywdy nie zrobimy, ponieważ posługujemy się tą techniką od dawna i staramy się robić to odpowiednio.

Jak myślicie, z czego może wynikać negatywne postrzeganie białego śpiewu?

Z tego, że jest to coś niestandardowego. Kiedyś był sposobem porozumiewania się, teraz jest techniką używaną coraz rzadziej, natomiast podkreślimy raz jeszcze: biały śpiew drzemie w każdym z nas i można powiedzieć, że to bardzo pierwotne doświadczenie komunikacji międzyludzkiej.

Jak reagujecie na negatywne komentarze, które tę technikę przyrównują do krzyku dziecka?

Bawią nas, ponieważ wiemy, że wynika to z niewiedzy i zupełnej nieświadomości. Ludzie często myślą, że są osłuchani z różnymi rodzajami muzyki i śpiewu, a zapominają w tym wszystkim o rzeczy podstawowej, czyli historii tego, jak muzyka kształtowała się na przestrzeni dziejów. W tej części Europy taka postawa prezentowana jest często wobec muzyki ludowej, a nie jest ona wbrew pozorom prostacka i prosta. To ten obszar, który wymaga wielkiego kunsztu, zarówno w warstwie instrumentalnej, jak i wokalnej. Przy tym niezwykle różnorodny, kolorowy, szczególnie w Polsce, w której jest wiele regionów etnograficznych i każdy z nich czymś się różni.

Skoro już jesteśmy przy tym: pochodzicie ze Szczecina, który z ludowszczyzną i folklorem w powszechniej opinii się nie kojarzy!

Tak, mamy tego świadomość. Ten region nie ma swoich tradycji, to wynika z historii, Szczecin jest w granicach Polski od zakończenia II wojny światowej, wtedy to napłynęła tu ludność polska. W zespole pieśni i tańca, którego byłyśmy częścią, nauczyłyśmy się czerpać z różnych regionów kraju i ich dziedzictwa kulturowego. To nam pozostało do dziś.

Dlaczego to dla Was tak ważne?

Bo chciałyśmy odnaleźć swoje korzenie. Nie miałyśmy własnej tożsamości, nasi dziadkowie przyjeżdżali z różnych stron, nie było wspólnych punktów odniesienia, które łączą daną społeczność, tak jak w innych regionach Polski, tradycyjnie kojarzonych z ludowszczyzną, jak góry czy Kaszuby. U nas tego nie było! A przecież każdy szuka i ma taką potrzebę, to istotny element życia, tożsamości. Zespół pieśni i tańca jest świetnym rodzajem formacji, która poprzez zabawę zachęca do zainteresowania się elementami kultury i historii danego kraju i niezwykle rozwija! Bo choć są takie zespoły, które skupiają się na danym regionie, tym, co jest lokalne, zespoły pieśni i tańca w swej naturze wykazują się większą różnorodnością.

Jak się nauczyłyście techniki białego śpiewu i pieśni charakterystycznych dla innych regionów Polski?

Poprzez naśladownictwo, słuchanie różnych nagrań, na warsztatach wokalnych. Południe Polski ma o tyle szczęście, że tworzy tam mnóstwo zespołów, w których tradycje muzyczne i wokalne są przekazywane z pokolenia na pokolenie. Ma to miejsce także w codziennym życiu. U nas przez brak regionalizmów, miałyśmy nieco utrudnione zadanie. Same musiałyśmy szukać, słuchać, ćwiczyć, analizować i dowiadywać się wszystkiego, bo nie miałyśmy członków rodziny, którzy mogliby nam to pokazać. Można powiedzieć, że w teorii nie mamy takich predyspozycji genetycznie. Nikt z członków naszych rodzin nie był wykształcony muzycznie, co najwyżej byli to tzw. samouki.

Uważacie, że to kwestia talentu, by się tego wszystkiego nauczyć?

W jakimś stopniu na pewno. Zostałyśmy obdarzone talentem, to się nie bierze znikąd, ale trzeba pamiętać, że do tego dochodzi pewne wyczucie i wrażliwość na muzykę czy sztukę w ogóle.

To dosyć niestandardowe, że już w wieku pięciu czy siedmiu lat związałyście swoje życie z szeroko pojętą działalnością artystyczną: tańcem, śpiewem. Obecnie macie po dwadzieścia kilka lat i Wasi rówieśnicy zapewne studiują, chodzą na imprezy do klubów, a Was zajmuje najbardziej poszukiwanie własnej tożsamości i korzeni.

To kwestia charakteru, wychowania w otwartych domach, ale przede wszystkim nasza pasja i hobby, ale nie jest tak, że rezygnujemy z innych elementów życia! Mamy znajomych, spotykamy się z nimi, więc nie jesteśmy zafiksowane wyłącznie na naszej działalności artystycznej czy poszukiwaniu tożsamości. Łączymy to po prostu z normalnym życiem.

Macie misję edukowania, na przykład swoich znajomych?

Staramy się ich tym, co robimy, zainteresować, coś im przekazać. Zarażamy ich naszą pasją. Jako Tulia chcemy być pomostem między tym, co jest szeroko znane i mainstreamowe a właśnie tradycją i tym, co korzenne. Często zdarza się, że ludzie podchodzą do nas po koncertach i podkreślają, że nie byli fanami muzyki ludowej, a dzięki temu, co robimy, zainteresowali się kapelami folkowymi. Można też powiedzieć, że nasi rówieśnicy szukają tego, co my znalazłyśmy dosyć wcześnie. Mówią często: „Super, że macie pasję, realizujecie się, ja ciągle szukam, zmieniam studia z jednych na drugie i nie wiem, co mam robić”. A to przecież kwestia wyboru, hierarchii wartości i priorytetów. Niektórzy chodzą na siłownię i temu się poświęcają, my śpiewamy. Uważamy, że warto znaleźć swoje miejsce, bo to gwarancja szczęścia i samorealizacji.

Wam na pewno pomogło to, że byłyście jeszcze dziećmi, gdy zetknęłyście się ze sztuką ludową.

Tak, to czas, kiedy się chłonie i łatwiej znaleźć to, do czego ma się talent i w tym sensie było nam łatwiej, miałyśmy szczęście. Oczywiście rodzice mieli w tym swój udział, w dobrym momencie popchnęli nas we właściwym kierunku. To była duża pomoc, obserwowali nas, widzieli, w którym kierunku objawiamy talent.

A uważacie, że to, że odniosłyście sukces, było też kwestią szczęścia, nie tylko talentu?

Na pewno niesamowite jest, że w naszym wypadku udało się przedrzeć przez tysiące propozycji muzycznych, że ktoś nas zauważył. Przecież to, co robimy, nie jest niczym niespotykanym, mnóstwo osób posługuje się techniką białego śpiewu, ale to jest skomplikowane w odbiorze i gdy ktoś sobie puści płytę, może nie czerpać przyjemności ze słuchania tego rodzaju nagrań. Najlepszy efekt osiąga się na koncertach, ta muzyka po prostu dobrze brzmi na żywo, często nasi słuchacze mówią, że brzmimy na nich lepiej niż na płycie.

Być może dlatego, że przecież pierwotnie był to sposób komunikacji...

Kiedy ten sposób śpiewu się rodził, nie było takiego czegoś jak nośniki i nagrywanie. Kulturę ludową przekazywano ustnie, z pokolenia na pokolenie. W zespołach muzyki dawnej często nie używa się nut, to pewne dziedzictwo kulturowe, połączone z improwizacją, swoisty proces twórczy. A inne rodzaje muzyki powstały na tej bazie.

Wiem, że macie szerokie horyzonty muzyczne. Cenicie takie formacje, jak Massive Attack, Depeche Mode, kapele ludowe, muzykę klasyczną, operę... Pokuszę się o stwierdzenie, że jesteście przesiąknięte muzyką.

Proces poszukiwania tego, co nas porusza, to nasza codzienność. Potrzebujemy tego jak powietrza.

Czego Wam życzyć?

Jak najwyższej lokaty na Eurowizji (śmiech). A tak na serio to radości, dobrej zabawy i zdrowia, bo ono jest najważniejsze  ZOBACZ ZDJĘCIA

Wideo

Dziś wypada 3. rocznica ich ślubu. Oto historia miłości Agnieszki i Piotra Woźniak-Staraków

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Joanna Krupa w oczekiwaniu na córeczkę zdradza tajemnice nowego życia we troje. Anna Puślecka mówi wprost, że nie podda się chorobie, a Katarzyna Cichopek i Marcin Hakiel opowiadają nam o pokonywaniu trudności, 14 wspólnych latach i nowych wyzwaniach