Reklama

„Wolta” to nie tylko reportaż o przemianie, lecz także książka o kobiecym odzyskiwaniu własnego głosu. Czasem jest to głos zmieniony przez życiowe doświadczenia, ale wciąż należy do ich właścicielek. Czy w trakcie pracy był taki moment, kiedy szczególnie to poczułaś?

Joanna Gierak-Onoszko: To książka o zmianie, w której odnajdzie się każdy i każda, kto kiedykolwiek chciał albo musiał zmienić swój los. Przełom roku to dobry czas na robienie postanowień – kto z nas nie chce zmienić swego życia na lepsze? Kto z nas choć raz nie musiał poradzić sobie z kryzysem? Łatwiej to zrobić, kiedy widzi się swoją sprawczość. Praca nad „Woltą” to także zapis drogi do samej siebie. Oczywiście, wyraźnie czułam tę siłę płynącą z dobywania własnego głosu. Pamiętam dobrze chwile, kiedy te niezwykle poruszające opowieści wybrzmiewały najdonośniej. Paradoksalnie, nie były to momenty wyznań, ale ciszy w naszych rozmowach. Ale nie takich pauz, których byśmy się spodziewali, czyli na przykład momentów odpoczynku, które następowały po najbardziej wymagających opowieściach. Zazwyczaj była to cisza tuż przed tym, kiedy padły te najważniejsze zdania. Taki moment koncentracji, ale też zawahania, zebrania w sobie wszystkich sił. Trochę jak zaczerpnięcie oddechu i spięcie mięśni przed oddaniem skoku. To ważny moment w pracy reportera. Trzeba umieć wytrzymać to milczenie, nie wolno poganiać, nie wolno zagadać. Jak mówi jedna z kobiet w książce, zadaniem lekarza jest wytrzymać milczenie pacjenta. Tak samo myślę o reporterach, dlatego jestem ogromnie wdzięczna bohaterkom „Wolty”, że nie bały się odsłonić i pokazały się w takich momentach. Wszyscy możemy czerpać z tych doświadczeń. Wspólne przechodzenie przez trudności jest mniej straszne.

W książce bohaterki mierzą się z bardzo trudnymi uczuciami, m.in. poczuciem winy, wstydu lub lęku — które z tych uczuć najmocniej rezonowało z Tobą jako kobietą, nie tylko jako reporterką?

– Chyba wstyd jest tą najbardziej demokratyczną emocją. Dobrze ją tu w Polsce znamy, szczególnie my, kobiety. Mieszka z nami od pokoleń; latami dbały o niego szkoły, instytucje, domy – i te, w których kobiety dorastały, a potem czasem te, które same tworzyły. Na szczęście to się zmienia. Coraz częściej przekonujemy się, że czasy, kiedy byłyśmy śliczne i posłuszne, żeby posłużyć się tytułem porażającego reportażu Mariusza Szczygła – cóż, te czasy coraz częściej są już przeszłe dokonane. Kobiety przekonują się, że wstyd i umniejszanie sobie niepotrzebnie odbiera nam sprawczość, godność i siłę. Uczy nas posłuszeństwa, uległości i ciszy. Nie robić kłopotu, nie zawracać sobą głowy, na wszystko się godzić. Słyszymy: lepiej będzie, jeśli zrobisz to czy to. Dlatego warto zadać sobie pytanie: komu? Komu będzie lepiej? Bohaterki „Wolty” pokazują, że umiały znaleźć w sobie siłę, by te dawne zasady zakwestionować, odrzucić role napisane dla nich cudzą ręką, nie zgodzić się grać dalej kartami, które los wcisnął im do rękawa. Wspaniale było móc obserwować te przemiany.

Fot. Katarzyna Rymarczyk
Fot. Katarzyna Rymarczyk

A jakie emocje dominowały w Tobie, kiedy opuszczałaś spotkania z bohaterkami? I czy może musiałaś czasem „przepracować” w sobie poznane historie?

Na pewno wychodziłam z tych spotkań zmieniona, poruszona, bo każda z historii jest niezwykłym zapisem ludzkich losów, głęboko humanistycznego doświadczenia. Każdy, kto ma serce, przeżyje te historie w swoim rytmie, ale na pewno ich nie zapomni. Z naszych spotkań wychodziłam zawsze na miękkich nogach, uważnie niosąc w rękach historie, którymi właśnie podzieliły się ze mną bohaterki. Szłam ostrożnie, żeby niczego nie zgubić, nie uszkodzić. Najczęściej od razu siadałam w aucie albo nawet na najbliższej ławce, brałam do ręki zeszyt i notowałam szybko to, czego nie zdążyłam zapisać – impresje, wrażenie, jakieś powidoki z naszych rozmów. Detale, które z każdą minutą mogą uciec z głowy. Aktywne słuchanie to bardzo ciężka, wyczerpująca fizycznie praca. Łatwo zgubić koncentrację, a w reportażu ważne są szczegóły. Nie mogę napisać, co mi się wydawało. Muszę oprzeć się na tym, co widziałam i słyszałam.

Czy w którejś z opowieści zobaczyłaś odbicie własnych doświadczeń— coś, co sprawiło, że „Wolta” stała się dla Ciebie tym bardziej osobistą podróżą?

Och, wszystkie te rozmowy, na których opiera się książka, to nie były wywiady, lecz dobre spotkania, głębokie i osobiste wymiany myśli. Z każdej z rozmów wychodziłam z poczuciem, że choć jako kobiety jesteśmy tak różne, łączy nas niezwykła wspólnota doświadczeń. Choć bohaterki „Wolty” pochodzą z różnych porządków, ja sama odnajduję się absolutnie w każdej z tych historii. Przy każdym rozdziale mogłam powiedzieć: wiem, jak to jest, choć miałam przecież inaczej. Jednak istnieje uwspólnione doświadczenie przechodzenia przez kryzys oraz szukania oparcia w sobie i w bliskich. Myślę, że to także dlatego, że doświadczenie straty, a także doświadczenie podnoszenia się po kryzysie jest czymś głęboko uniwersalnym. Dotyczy każdego i każdej z nas, chociaż na różnych etapach życia i w różnych odsłonach.

Który fragment kobiecej drogi w „Wolcie” uważasz za najbardziej uniwersalny — taki, z którym mogłaby utożsamić się niemal każda kobieta?

Chyba ten moment, kiedy daje o sobie znać imperatyw życia. Kiedy w chwilach zwątpienia, w czasach nadciągających zmian i złej pogody, przychodzi gotowość do sprzeciwu i działania wbrew prognozom, czasem nawet wbrew rachunkowi prawdopodobieństwa. Taki moment pojawiał się w każdej z opisywanych przeze mnie historii. Żadna z tych kobiet nie była bezradna, choć stawały w obliczu sytuacji granicznych. To dlatego „Woltę” uważam za reporterski przewodnik po wychodzeniu z ciemności. Co ciekawe, nie zdecydowałam się na wskazanie czytelnikom, w którym momencie dochodzi do tej tytułowej wolty. Być może każdy z nas zobaczy tę zmianę w innym momencie. Być może ten punkt przegięcia zaznaczymy samodzielnie, ta iskra rozbłyśnie w różnych miejscach. Nie zawsze wielka zmiana jest widoczna od razu, czasem to dłuższy proces. Ale to podnoszenie się w kryzysie i negocjowanie nowego życia jest czymś absolutnie uniwersalnym. Każda ze znanych mi kobiet ma za sobą takie doświadczenie. Czasem dotyczy ono życia osobistego: związku, macierzyństwa, walki o dziecko. Czasem zawodowego. Zawsze jednak chodzi o godność, sprawczość i niegasnącą nadzieję.

Materiały prasowe
Materiały prasowe

Czy myślisz, że istnieje w ogóle coś takiego jak klucz do kobiecego doświadczenia zmiany? Chodzi o coś, co byłoby wspólne dla nas wszystkich – coś co jest w każdej z nas, chociaż możemy nie zdawać sobie z tego sprawy.

W liceum uczyłam się łaciny. Viva znaczy „niech żyje”, od vivere, czyli „żyć”. Radosny okrzyk, afirmacja życia. To właśnie jest klucz do tego doświadczenia zmiany – pragnienie życia. Bliskie jest mi hasło Zofii Nałkowskiej, pisarki znanej też z prokobiecych postulatów. Nałkowska mawiała: chcemy całego życia! Chcemy prawa do edukacji, wolności w życiu osobistym, prawa do decyzji o macierzyństwie, do rozwoju zawodowego. Chcemy pełni życia, bo mamy je jedno. Bohaterki „Wolty” dobitnie pokazują, że w sytuacjach trudnych, krytycznych, wręcz granicznych, też chcą całego życia dla siebie i ukochanych przez siebie ludzi. Walczą o to pazurami, walczą zaciekle i bez końca. Dlatego uważam, że to doświadczenie zmiany, które nas dotyka w sposób uniwersalny, jest możliwe do przejścia dzięki temu imperatywowi, by żyć w najpełniejszym możliwym wymiarze. Czasem taka zmiana jest planowana, wyczekana, a czasem bierze za rękę i nie pyta, czy chcemy iść, jak mówi jedna z bohaterek w książce. Jednak gotowość, by ze zmianą stanąć oko w oko i przeżyć w pełni to doświadczenie, jest moim zdaniem dowodem na istnienie nadziei.

Czy praca nad „Woltą” zmieniła zatem Twój sposób patrzenia na kobiecą solidarność, relacje między kobietami?

Pisałam tę książkę z miejsca zmiany – silna doświadczeniami, których mnie samej życie nie skąpiło, ale też historiami innych kobiet. Im jestem starsza, tym mocniej te kobiety we mnie istnieją i pracują. Z wiekiem zdaję sobie sprawę z siły tych doświadczeń. Cieszę się, że mogę wybrać, z których chcę skorzystać, a które z ulgą zostawiam za sobą. Ta wspólnota doświadczeń – kryzysu, straty, nadziei, odbudowywania się po pożarze – jest czymś uniwersalnym i bardzo krzepiącym. Czy jest w tym solidarność? Nie zawsze, nie ona mnie zresztą tu pociąga. Jako reporterka szukam raczej mechanizmów, które pozwalają przebrnąć przez mrok i znaleźć w nim nadzieję. To chyba najważniejsze zadanie, jakie stoi przed literaturą non-fiction. Nawet jeśli rzeczywistość bywa trudna, to należy nieustępliwie szukać dobrej drogi, nadziei, tych przynoszących ulgę szczelin istnienia. „Wolta” jest więc zapisem takiej drogi wielu silnych, dzielnych kobiet. Niesie nadzieję i jest potężnym dowodem na to, że zawsze, ale to zawsze można coś zrobić. To ważna lekcja, z którą dobrze wejść w nowy rok.

Materiał promocyjny marki GW Foksal

Reklama
Reklama
Reklama