TYLKO U NAS!

Nie pije prawie od dziewięciu lat. Jak Peji udało się wyjść z nałogu?

„Na końcu są tylko trzy drogi: psychiatryk, więzienie lub cmentarz”

Olga Figaszewska 25 sierpnia 2018 15:55

Jak sam mówi wyszedł z domu alkoholowego, z okolicy kryminogenno-patologiczno-alkoholowo-popapranej. Sprawy w sądzie, nieciekawa przeszłość i towarzystwo, alkohol, narkotyki, sterydy – to wizerunek wypracowany za młodu. Peja stara się od niego oderwać. Wziął udział w Agencie Gwiazdy. Chciał pokazać, że również po czterdziestce ma coś do zaoferowania. Dziś to zupełnie inny człowiek, odpowiedzialny, kochający mąż i ojciec. Ryszard „Peja” Andrzejewski w rozmowie z Olą Kwaśniewską opowiedział  nie tylko o życiowych zakrętach. Raper zdradził, jak udało mu się uporać z uzależnieniem od alkoholu i zacząć życie od nowa.

Peja o uzależnieniu od alkoholu

Mama na co umarła?

Po prostu się nie obudziła… Nie była to śmierć naturalna. Nadużywała alkoholu. Sekcja zwłok nie wykazała udziału osób trzecich. Jakiś czas temu chciałem się z tym zmierzyć, podejść do Zakładu Medycyny Sądowej i zajrzeć w papiery, ale jakoś tam nie dotarłem. Już raz tam przecież byłem jako 13-latek. Pamiętam co nieco z tego dnia. W domu była milicja, prokurator, koroner, psycholog. Ten psycholog ze mną chwilę porozmawiał i tyle. Zabrali matkę i wyszli. We mnie tego dnia też chyba coś umarło. Pomimo że jestem wrażliwcem, na pierwszy rzut oka nie masz szans, żeby to dostrzec. Przez te lata traumatycznych doświadczeń uważałem, że ze wszystkim sobie poradzę. Ale pułapka alkoholowa dopadła i mnie. Reputację próbowałem początkowo zbudować na sporcie i dobrych ocenach. Bo byłem zbój z zachowania, ale średnią na koniec podstawówki miałem przyzwoitą.

Zmiana statusu społecznego pociągnęła za sobą zmianę systemu wartości?

Kiedy z dnia na dzień piszą o tobie w „New York Timesie”, w top 10 najpopularniejszych Polaków zestawiają obok papieża, zdobywasz platynową płytę i przez półtora roku nie schodzisz z listy najlepiej sprzedających się albumów, to możesz rzeczywiście zbudować swój system wartości od nowa. Pewne rzeczy przestają mieć znaczenie, bo chcesz czegoś innego. Na początku wszystkie pieniądze z rapu inwestowałem w długi moich rodziców, żeby nie zostać eksmitowany ze starej kamienicy na ulicy Staszica.

To trwało trzy lata, a właściciele i tak mnie stamtąd usunęli. Wtedy zdecydowałem, że nie będę inwestował w mieszkanie. Wynająłem kawalerkę i zacząłem inwestować w siebie – kupować ciuchy, imprezować, jeść w dobrych restauracjach. Rekompensowałem sobie wszelkie straty i braki. Zacząłem też kupować coraz droższe alkohole, kokainę. Trwało to jakiś czas, zanim doszedłem do wniosku, że wszystko, czego chciałem, to robić muzykę, coś osiągnąć.

To też było wołanie: nie jestem małym, biednym dzieciakiem! Wiedziałem, że zostałem spisany na straty, ale powiedziałem sobie, że ja tak nie skończę. Zbyt wielu rówieśników widziałem, jak się staczali, zaliczali domy poprawcze i zakłady karne. Dzisiaj jedni już nie żyją, inni jeżdżą na wózkach. Ja miałem instynkt przetrwania. Chciałem przeżyć i zmienić swoją rzeczywistość.

(...) I ja z tego dna ekonomicznego wskoczyłem na szczyt, żeby z powrotem wrócić na dno. Pozbawić się osobowości i duszy, obedrzeć się ze wszystkiego przez sześcioletni balet. To była kulminacja, gdzie moje słabostki wyszły na zewnątrz. Bo ja jako mały dzieciak funkcjonowałem jak dorosły, a w dorosłym świecie odezwał się ten dzieciak. Przytłoczyło mnie to, zacząłem tęsknić za rodzicami, nie wiedziałem, kto się ze mną przyjaźni szczerze, a kto interesownie.

Było przy mnie mnóstwo ludzi i każdy czegoś ode mnie chciał. A ja starałem się każdemu zrobić dobrze. Szukałem akceptacji. Wyszła duża niedojrzałość, by nie powiedzieć naiwność. Często ze swoimi problemami zostajesz sam. Czy to wtedy, gdy nie miałem co jeść i gdzie spać, bo ojciec nie wpuszczał mnie do domu i zmuszony byłem spać na klatce, czy to będąc topowym artystą w pięciogwiazdkowym hotelu. Życie.

To drugie odbicie od dna było jeszcze trudniejsze niż pierwsze?

Myślę, że było mi to potrzebne, żebym się czegoś znów nauczył. Potrzebowałem do niego jeszcze więcej siły. Nie jestem osobą mocno wierzącą, ale to, że mi się udało, postrzegam w kategorii cudu. Bo ja sam siebie spisałem na straty, nazywając degrengoladę hedonizmem. A to było zezwierzęcenie. Byle zrobić sobie dobrze w każdy, najbardziej prymitywny sposób. Myślę też, że ktoś nade mną czuwa. Wierzę, że moim aniołem stróżem jest moja matka. To nie jest przypadek, że nie piję, że od nowa zdążyłem wszystko poukładać. To, że mam wspaniałą żonę, zdrowe dzieci i sam jestem zdrowy. Miałem dużo szczęścia. Za dużo czasu straciłem na gorzałę, na bylejakość. Nie wiem, ile pożyję, ale ważne, żeby w momencie pożegnania być trzeźwym. Żeby moje dzieci powiedziały: „Jesteś fantastycznym gościem. Miałeś ciekawe życie, wiemy co nieco, ale to, w jaki sposób nas wychowałeś i jak do tego doszedłeś, budzi nasz szacunek”.

A w Tobie siedzi ta świadomość, że za chwilę będziesz w wieku, w którym żadnego z nich już nie było?

Mocno sobie kibicuję. Mój dziadek ze strony ojca zmarł w wieku 66 lat i też pił. W końcowej fazie już tylko denaturat. A geny dziedziczy się ponoć po dziadkach. Więc myślę sobie, że skoro mój dziadek przeżył wojnę, obóz pracy w Niemczech i pił od najmłodszych lat jakieś wynalazki typu paliwo lotnicze, a dożył tych 66 lat, to mam silne geny. Dobrze pamiętam, ile potrafiłem sobie wyrządzić złego i jak się po tym regenerowałem. Byłem naprawdę mocnym zawodnikiem.

Gorzej z kacem psychicznym. Głównie z tego powodu rzuciłem używki. Jeśli przestajesz kierować swoim życiem z powodu alkoholu lub narkotyków, na końcu są tylko trzy drogi: psychiatryk, więzienie lub cmentarz. Szczęśliwie udało mi się tego uniknąć. Paradoksalnie zacząłem się obawiać o życie i zdrowie dopiero, jak przestałem chlać. Wcześniej byłem niezniszczalny, tak mi się przynajmniej wydawało. Teraz jestem jakby bardziej wrażliwy. Pod każdym względem. Boli mnie robienie tatuaży, jakiś taki się zrobiłem miękki trochę (śmiech). Uczłowieczam się. To głównie zasługa mojej rodziny – żony i dzieci. I zmiany otoczenia. Poprawnych relacji z trzeźwo myślącymi ludźmi. Wiem, że trzeba żyć teraz i tutaj. Nie tym, co było wczoraj, i nie tym, co będzie jutro. Bo dzisiaj może zdarzyć się najfajniejszy moment twojego życia. Tego co wczoraj nie jesteś w stanie zmienić, a jutra możesz nie dożyć. Cała filozofia.

Cały wywiad z Ryszardem „Peją” Andrzejewski do przeczytania w najnowszym numerze VIVY! 

okładka, Kasia Kowalska i Ola Kowalska, VIVA! 17/2018
Fot. Mateusz Stankiewicz/AF Photo

Wideo

Zobaczcie 12 najgorętszych trendów na wiosnę 2020!

Akcje

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

EWA CHODAKOWSKA stara się żyć eko, ale mówi: „Popełnianie błędów to historia mojego życia. Słynny himalaista PIOTR PUSTELNIK długo wierzył, że zmiany klimatyczne są dziełem natury. Mylił się. EWA ZGRABCZYŃSKA, uratowała tygrysy, teraz ma nową misję. GRETA THUNBERG – świat wreszcie uwierzył młodej aktywistce.