#przełamującfale

Wanda Traczyk-Stawska, uczestniczka Powstania Warszawskiego, mówi: „Jestem żołnierzem pacyfistką” 

„Pistolet dostałam od kolegi, Zdziśka Wrony, który zresztą poległ”

Anna Maruszeczko 31 lipca 2019 12:54

Kiedy wybuchła II wojna światowa Wanda Traczyk-Stawska miała zaledwie 12 lat. Jako czternastolatka dołączyła do Szarych Szeregów, działała w „małym sabotażu”. Dwa lata później dołączyła do Powstania Warszawskiego jako strzelec i łączniczka: „Już pierwszego dnia dostałam pistolet od kolegi, Zdziśka Wrony, który zresztą poległ— mówi. 

ANNA MARUSZECZKO, URODA ŻYCIA: Z czego się bierze u pani ta ciągła potrzeba działania?
WANDA TRACZYK-STAWSKA: Z poczucia obowiązku. Przed wojną byłam bardzo pogodnym i aktywnym dzieckiem, ale nie w takim sensie, żebym się miała interesować sytuacją w kraju. Od innych dziewczynek różniłam się tym, że bardzo dobrze grałam w piłkę nożną, chodziłam swoimi ścieżkami, niczego się nie bałam. Dopiero gdy wybuchła wojna, zetknęłam się z tak ciężką traumą, że do dziś czuję, że muszę coś robić dla kraju. Dla jego bezpieczeństwa, dla jego szczęścia. Gdy w 1939 roku zobaczyłam, jak Niemcy strzelali do niemowlęcia, które matka trzymała na rękach w beciku, i ono się rozpadło na mnóstwo kawałków, poczułam, że skończyło się moje dzieciństwo. Myślałam, że oszaleję, nie mogłam poskromić strachu: skoro strzelają do niemowląt?! I chciałam szybko dorosnąć.

Po co?
Żeby móc walczyć, żeby coś zrobić z tym gniewem, żeby się z tymi Niemcami rozprawić, ale czas jest nieubłagany i nie chce szybciej biec. Chciałam coś zrobić, niezależnie od tego, co robili dorośli. Przed wojną już byłam w harcerstwie. Ale nie chcieli nigdzie przyjmować 12-latek. Dopiero wiosną 1942 roku cały mój zastęp wcielono do Szarych Szeregów. Zaczęły się szkolenia, musztry. Działaliśmy w małym sabotażu. Tam nawet wybierano takie osoby, które dziecinnie wyglądały. Brałam udział w akcji „N” ­– byłam „posłańcem śmierci”, bo moim zadaniem było doręczanie do rąk własnych listów z warunkowym wyrokiem śmierci dla Niemców, zdrajców, szmalcowników. Działaliśmy parami. Ja byłam w parze z Tadeuszem Zürnem, pseudonim „Karolek”, z batalionu „Zośka”. Poległ w Powstaniu. Mówię o tym, bo trzeba po nich zostawiać ślad.

Gdy wybuchła wojna, miała pani zaledwie 12 lat. I od tamtej pory dobro kraju nie schodzi pani z ust.
Okupacja niemiecka to przede wszystkim poniewieranie człowieczeństwa. Dla mnie najważniejsze jest to, żeby człowiek miał poczucie swojej godności, czy to jest mieszkaniec okupowanej Warszawy, czy niepełnosprawny 18-latek, którego nie stać na buty. Ale ja mam ponad 90 lat i zdaję sobie sprawę, że zostało mi niewiele czasu, kiedy mogę być aktywna. Śpieszę się, ale co chwila wpadają jakieś nowe sprawy, nieprzewidziane, tak jak protest rodzin osób niepełnosprawnych, co też mi bardzo dużo czasu zajęło. I zdrowia, i nerwów. Rozumiem te matki, wiem, o co one walczą. O przyszłość swojego dziecka, o jego godność człowieczą, żeby w przyszłości miało na tyle sprawności, żeby samo poszło do toalety. I w tym wypadku nie ustąpię nigdy!

Matki wieczne nie są.
Właśnie. W tej chwili mamy premiera, który jest ekonomistą. To dlaczego on nie liczy, ile państwo zapłaci za pobyt tego niepełnosprawnego dziecka, gdy matka odda go do ośrodka opieki, bo powie, że już nie może, że sobie nie radzi albo zachoruje.

Kiedy stwierdziła pani: „Nie wytrzymam, muszę wejść do akcji”? 
Od początku chciałam się dostać do tych matek. Ale zawsze mam na uwadze dobro mojego cmentarza. Muszę wykonać zadanie. Nie chcę, żeby ktoś powiedział, że działam przeciwko PiS-owi. Ja nie jestem ani z PiS-u, ani z PO, jestem żołnierzem. Serce mi mówiło, że mam tam pójść i pomóc, ale powstrzymywała mnie odpowiedzialność za to, co robię na CPW. I czekałam. Do momentu, kiedy zobaczyłam, jak te matki są zrozpaczone. Ja czuję ludzi, obserwuję ich twarze, zachowanie, i pomyślałam: „Będą się łamać, muszę iść, podnieść je na duchu”. Najpierw mnie nie wpuścili. Było bardzo gorąco, upał, nie było możliwości, żeby usiąść. I pić mi się chciało. W policjantach nie było zrozumienia. Kiedy chciałam spocząć gdzieś na brzeżku ławki, a oni mi nie pozwolili, to pomyślałam, że to nie mój kraj, poczułam się, jakbym nie była u siebie. Ja, taka stara, a nie pozwalają mi usiąść?

Jednak wróciła pani pod Sejm. 
Chodziło mi o dzieci. Najbardziej bałam się o dwie dziewczynki na wózku. Siostry, jedna ma 18, druga 17 lat, one w ogóle nie mówią. Nigdy nie osiągną samodzielności. Bez rodziców już dawno by nie żyły. Ci rodzice to wspaniali ludzie. Byłam pod wrażeniem, jak wiele miłości jest w tej rodzinie. Bardzo się też martwiłam o dwóch chłopaków, właściwie dorosłych mężczyzn. Był we mnie bunt: jak skończył 18 lat, to już mu się nic nie należy? Jego żołądek się nie zmniejszył. To są bardzo inteligentni chłopcy. Niesłychanie wrażliwi. Przy dobrej rehabilitacji jeden z nich na pewno mógłby być dziennikarzem. Może któryś napisałby ciekawą książkę o tym, jak to jest być uwięzionym w swoim ciele. Ale nie ma co marzyć o dobrej rehabilitacji, bo im brakuje na jedzenie!

Przyniosła im pani pączki i małpkę z Powstania.
„Pączek” to mój pseudonim. Wybrałam sobie inny, „Atma”, co znaczy dusza, ale koledzy się śmiali, że to do mnie nie pasuje i zostałam „Pączkiem”. Z małpką też wiąże się powstańcza historia. W konspiracji marzyłam, żeby mieć pistolet, żeby móc się bronić i żeby walczyć. Okropna była ta nasza bezbronność. Powstanie dlatego było takie ważne, że wreszcie mogliśmy z Niemcami stanąć twarzą w twarz, a nie tylko pod murem, bez broni. Wreszcie dostałam pistolet od kolegi, Zdziśka Wrony, który zresztą poległ. Dał mi go pierwszego dnia Powstania, gdy miałam przenieść meldunek do generała „Montera”. Musiałam przebiec ostro ostrzeliwaną ulicę Sienkiewicza, gdzie co chwila jakaś dziewczyna, która biegła z meldunkiem, dostawała i ściągali ją bosakiem. Zdzisiek mnie ubezpieczał. Gdybym i ja dostała, to on musiałby mnie ściągnąć, żeby wyjąć meldunek. Wiedział, że mogę nigdy nie wrócić, a mimo to dał mi ten swój pistolet. 

Później, 23 sierpnia, za zasługi podczas walki o komendę policji i kościół św. Krzyża dostałam Krzyż Walecznych i pistolet maszynowy Błyskawica. Na własność! To była wielka sprawa, bo to też było marzenie większości chłopaków. Traktowałam ten pistolet serdecznie, z miłością. Dbałam o niego, czyściłam nawet wtedy, gdy padałam na nos ze zmęczenia. Traktowałam go jak psa, co bardzo śmieszyło, ale i wzruszało moich kolegów. Gdy ogłoszono, że kapitulujemy, trzeba było oddać broń. I dla mnie to był dramat. Przede wszystkim dlatego, że czułam się winna, że żyję, tylu moich przyjaciół poległo, a ja się poddaję. Obiecali, że jej nie zniszczą, tylko zakopią. I przynieśli mi tę małpkę. Nazwali ją Peemek. Powiedzieli, że już nigdy nie będę sama, tylko mam jej nie zgubić. Na tej małpce była cała historia Powstania. A potem wychowały się na niej moje dzieci i wnuki. Mój synek, który miał nocne lęki – jednak to, co się przeżyło w Powstaniu, odbija się na dzieciach – uspokajał się, gdy mógł się do niej przytulić. 

Wanda Traczyk Powstanie Warszawskie
Fot. Zuzanna Szamocka

Wanda Traczyk-Stawska – działaczka podziemia niepodległościowego w czasie II wojny światowej, harcerka, należała do Szarych Szeregów, żołnierz AK, walczyła w Powstaniu Warszawskim jako strzelec i łączniczka. W 1947 roku na pierwszym po wojnie spotkaniu swojego dawnego Oddziału dostała rozkaz znalezienia mogił kolegów, którzy zginęli w Powstaniu, pochowania ich godnie i oznaczenia grobów. Poświęciła temu całe życie. Powołała Komitet ds. Cmentarza Powstańców Warszawy. Dziś nadal myśli, że nie wykonała rozkazu, bo niektórzy polegli w Powstaniu wciąż są bezimienni, a to tak – mówi – jakby ich w ogóle nie było. W maju 2018 roku wsparła protest rodziców i opiekunów osób z niepełnosprawnościami, którzy przez 40 dni protestowali w gmachu Sejmu.

Mówi pani, że odsunęła się od kwestii dla siebie najważniejszej. Co jest dla pani najważniejsze tu i teraz? Na co pani oszczędza siły?
Muszę wykonać zadanie z Powstania. Jeśli nie zrobię tego do końca, to nie będę mogła odejść spokojnie. Chodzi o pamięć o moich koleżankach i kolegach, o ludziach, którzy dali z siebie wszystko, nie otrzymując w zamian nic. Uważam, że do tej pory nie ma o nich pamięci takiej, jaka im się należy. 

Nie uważam, że jesteśmy bohaterami. W czasie II wojny światowej robiliśmy bardzo dużo, żeby odzyskać niepodległość, a równocześnie swoją godność człowieczą. Człowiek zniewolony zawsze cierpi z powodu tego upokorzenia. Wojna jest czymś najohydniejszym, co ludzkość spotyka. To, co widziałam, słyszałam... Moim obowiązkiem jest pilnowanie, żeby to nigdy się nie powtórzyło. Teraz musimy tak gospodarzyć, żebyśmy nie utracili wolności, którą odzyskaliśmy dzięki Solidarności i pośrednio dzięki Powstaniu. Nie ma nic na zawsze.

Gdy wojna się skończyła, miała pani 17 lat.
Byłam wtedy w niemieckim obozie jenieckim w Oberlangen. Przebywało tam 1700 dziewczyn z Powstania. 12 kwietnia 1945 roku odbili nas żołnierze generała Maczka. Urodziny też mam w kwietniu. Ale koniec wojny to była taka sól z cukrem. Chcę pani opowiedzieć taki fragment mojego życia. W Oberlangen byłam w grupie dziewcząt, które się uczyły. Nawet wtedy, kiedy mdlałyśmy z głodu, nawet gdy było tak zimno w baraku, że rano budziłyśmy się wszystkie siwe – ze szronem we włosach. Uczyłyśmy się, bo chciałyśmy coś umieć i jak najszybciej coś robić dla Polski.

Wiedziałyśmy, że osiem kilometrów od nas już była Holandia i że tam, w miasteczku Ter Apel, są „Maczki”. Postanowiłyśmy przez dziurę w ogrodzeniu z drutów się tam przedostać. Prowadziła nas Hanka Pruszkowska z mojego Oddziału, starsza od nas, bardzo mądra i dzielna dziewucha, elegancko ubrana. Szłyśmy o świcie przez pola pełne tulipanów, pachnące od hiacyntów, mijałyśmy kompletnie puste chałupy, liczyłyśmy na to, że nam dadzą lifta, czyli nas podwiozą, jacyś Anglicy czy Amerykanie albo nasi. A tam nic, pusto. Wreszcie usłyszałyśmy śpiew i szłyśmy za tym śpiewem. Dotarłyśmy do miasteczka i wydawało nam się, że śnimy: na rynku gromadzili się ludzie, tańczyli w kręgu, ktoś grał na fortepianie. W końcu Hanka kogoś zaczepiła po niemiecku. Tłumaczy, że jesteśmy z obozu jenieckiego. „Niemożliwe!”. Przecież miała mundur, wprawdzie niemiecki, ale z powstańczą opaską. Ten Holender nie chciał w to uwierzyć. On się upierał, że my jesteśmy na robotach. „A jakiej narodowości?” „Polki”. Wreszcie Irka Radwańska, która była pianistką, też miała 17 lat, podbiegła do fortepianu i zaczęła grać Etiudę Rewolucyjną Chopina. I nagle ten cały krąg ludzi zamarł, a z holenderskich domów wysypały się „Maczki”, nasi żołnierze. Dobiegli do nas, zaczęli nas ściskać, podrzucać do góry. I wtedy ci Holendrzy zapytali, dlaczego nasze „Maczki” nie świętują razem z nimi końca wojny. A ci chłopcy odpowiedzieli: „My się cieszymy, bo to są nasze dziewczyny, bo wojsko z Zachodu spotkało się z powstańczym wojskiem, ale nasz kraj nie jest wolny, trudno w takiej sytuacji świętować”. 


To jest chyba jedna z najpiękniejszych historii, jakie przeżyłam. Choć jednocześnie bezbrzeżnie smutna, bo wszystkie narody się cieszyły z zakończenia wojny z wyjątkiem tych na Wschodzie. 
Ci od Maczka przeszli przez Związek Radziecki. Przeprowadził ich jak Mojżesz generał Anders.

Generał Anders naraził się pani w pewnym sensie.
A naraził. 

Usłyszała pani od niego, że Powstanie było niepotrzebne.
Że to była zbrodnia.

Pamięta pani okoliczności?
Tak. Dwa, trzy miesiące po uwolnieniu „Maczki” wysłały nas do Andersa, do Włoch. Tam w Maceracie mieliśmy obóz. Starsze z nas, „Pestki” (Pomocnicza Służba Kobiet), które były już po szkole, jechały do Anglii, bo dla nas wojna jeszcze się nie zakończyła. Liczyliśmy, że będzie trzecia wojna i odzyskamy niepodległość. Dowództwo na Zachodzie tak to sobie wyobrażało. Ja byłam w trzeciej klasie gimnazjum, chciałam zrobić czwartą klasę i iść do liceum, więc miałam przed sobą lata nauki. I Anders niewielką grupę dziewcząt wysłał do Palestyny, do Szkoły Młodszych Ochotniczek. Było tam ponad tysiąc młodych kobiet, które przeszły z nim Związek Radziecki, nas z Powstania było 38. I my chciałyśmy do domu wracać. Chciałyśmy wracać do Warszawy, by ją odbudować. A te od Andersa mówiły, że patriotyzm polega na tym, żeby zostać na Zachodzie i stale przypominać o krzywdzie Polski. Na tym tle były nieporozumienia między nami.
Ja miałam tam tak silną nostalgię, że nie mogłam normalnie funkcjonować. Nie mogłam jeść, nie mogłam spać, zachorowałam na gruźlicę, stale myślałam, żeby wracać do domu.

Do jakiego domu?
Dom był spalony. Mama umarła. Ale dowiedziałam się, że żyje mój ojciec, a chłopaki z Powstania zaczynają wracać do kraju z Włoch. Nawet ci, co dostali się na wyższe studia, w Anglii, w Szwajcarii, wracali. Zrezygnowali z tego.

I do czego pani wróciła?
Wróciłam do kraju, który był zniewolony. To był 1947 rok.

Nie próbowano pani zatrzymywać?
Ale w ogóle była cała akcja! Byłam harcerką, prowadziłam drużynę w Nazarecie. Oni wiedzieli, że miałam duży wpływ na inne dziewczęta, że jeśli ja ruszę do Polski, to one też. Bośmy wszystkie tęskniły. Mimo idealnych warunków, jakie nam tam stworzono, nie mogłyśmy zostać. Wszyscy mieliśmy to poczucie, że musimy odbudować Warszawę, że musimy robić wszystko, żeby kraj był wolny.

Nie bała się pani wracać? To już była inna Polska.
Ja „do lasu” się nie wybierałam. Zamierzałam studiować, żeby w ten sposób przysłużyć się walce o niepodległość. Śmieszne, bo chciałam zostać archeologiem. Moi wychowawcy w szkole o tym wiedzieli i nawet wysłali mnie na wycieczkę do Egiptu, ale ja, gdy zobaczyłam na Nilu most podobny do Poniatowszczaka, zaczęłam płakać. I powiedziałam: „Mnie już nic nie interesuje. Ja muszę do domu i koniec”. Prawie wszyscy moi koledzy wrócili. I dowódca wrócił. Zebrał nas w 1947 roku na mszy w kościele św. Krzyża i tam właśnie wydał ten rozkaz Andrzejowi Koryckiemu „Sokołowi” i mnie, że mamy odnaleźć tych, którzy byli przez nas pochowani podczas Powstania w płytkich mogiłach, w trawnikach, chodnikach. Pamiętaliśmy, gdzie są. Warszawa musiała wracać do życia, więc z tych mogił przeniesiono ich najpierw do wspólnych mogił, i wtedy pogubiły się częściowo dokumenty, jakie mieli, a potem to już PRL zdecydował, że nie było o nich żadnej wiadomości w księgach cmentarnych, bo nie zostali wpisani.

To było wybitnie trudne zadanie do wykonania.
Bo się ciągnęło i ciągnęło. Tego dowódca nie mógł przewidzieć. Porucznik Stefan Berent, pseudonim „Step”, ostatni dowódca naszego Oddziału, umarł na zawał w 1949 roku, przed aresztowaniem. Wiedział, że go będą aresztować. To był wspaniały człowiek. Miał córkę w moim wieku. Gdy zrobiłam maturę, to on wyręczył mojego tatę i urządził wspaniałe przyjęcie dla kolegów. Tak samo, gdy dostałam się na uniwersytet. Trudno to przekazać, ale w czasie tak ciężkich walk, jakie były naszym udziałem podczas Powstania, rodzi się niezwykle silny rodzaj braterstwa. W takich sytuacjach różnica płci nie istnieje, tylko potrzeba wspólnej walki i wzajemnej ochrony.

I to przetrwało. Odnaleźliście się wszyscy po wojnie?
Tak. I spotykamy się do dzisiaj w pierwszą niedzielę listopada. Z plutonu już nikt poza mną nie żyje, z Oddziału żyje Kruczek, pół Polak, pół Gruzin. Ten jest nie do zdarcia. Ma już 97 lat i pisze podręcznik fizyki dla szkół średnich. Żyją dwie „Minerki” [patrol minerski – red.], Baśka „Bomba” – Barbara Matys-Wysiadecka – i Adzia „Bomba” – Eliza Grabowska-Sznajder. 

Wykonywanie rozkazu trwało całe pani życie, do 2014 roku!
Tak, dokąd się nie zameldowałam do prezydenta Komorowskiego, który pomógł mi w wykonaniu rozkazu. On uważa, że rozkaz już wykonany. Ja tak nie uważam, bo nie ma jeszcze Izby Pamięci i Ściany Pamięci. Na Cmentarzu Powstańców Warszawy, na którym leży 104 tysiące 105 ludzi, jest jedno miejsce, gdzie leżą prochy ponad 50 tysięcy ludzi, ale nikt nie ma wyrytego na Ścianie nazwiska, choć my te nazwiska częściowo znamy. Nie ma gdzie ich wykuć.

To tylko o to chodzi?
Taka prawda. 

Myślałam, że nie ma pewności.
Nie! Mamy absolutną pewność! To jest cmentarz wojenny, jedyny tego rodzaju, gdzie wojsko i cywile leżą razem. My bez cywilów byśmy nie walczyli tak długo. Cywile bez nas też nie mogliby trwać.

Dzięki pani i pani kolegom z Towarzystwa Przyjaciół Woli w 2015 roku przyjęto uchwałę ustanawiającą 2 października Dniem Pamięci o Cywilnej Ludności Powstańczej Warszawy.
To przeszło przez aklamację w Sejmie. Według mojego serca ludność cywilna była głównym bohaterem Powstania. Nie wiem, dlaczego uczeni tego nie uwzględniają. Pierwszego dnia Powstania myśmy nie zdobyli ani jednego obiektu strategicznego. Był chaos, dużo strat, chłopaki z gołymi rękami biegli do ataku. Zasadą sztuki wojennej jest, że jeśli jesteś słabszy, to musisz działać z zaskoczenia. Niemcy wiedzieli wszystko. Ludność cywilna, widząc to, udzieliła nam wszelkiej pomocy, zaczynając od tego, że zorganizowali pomoc medyczną, poili, karmili, kwaterowali, i co najważniejsze, pokazali, którędy można Niemców podejść, żeby ich zaskoczyć. I już drugiego dnia zaczęły się sukcesy. Teraz tylko trzeba przekonać tych wszystkich uczonych, którzy stale piszą rzeczy niezgodne z prawdą. Zaczynając od tego, dlaczego wybuchło powstanie. 27 lipca Niemcy rozlepili w całej Warszawie zarządzenie, że sto tysięcy mężczyzn ma stanąć do kopania umocnień. I wtedy wszyscy warszawiacy zrozumieli, nasze matki i ojcowie w pierwszej kolejności, że nikt nie ocali dorobku swojego życia i swoich dzieci. Mieliśmy doświadczenie z getta. Że Warszawę mogą zamknąć, a nas wyłapać.

Niewielu zostało rzeczników tej sprawy.
Już bardzo mało. Bardzo mało. Ale mamy sojuszników. Mamy miłość mieszkańców Warszawy i mamy miłość młodzieży.

Dlatego tak chętnie jeździ pani na spotkania do szkół?
Mam z nimi dobry kontakt, bo z zawodu jestem nauczycielką. Trafiłam do szkoły specjalnej nr 6 przy Ząbkowskiej, założonej przez matkę „Rudego”, Zdzisławę Bednarową. To była jedna z pierwszych takich szkół w Polsce. Chciałam studiować archeologię, ale jak zobaczyłam dzieciaki w tej szkole, tak strasznie zaniedbane w czasie wojny, to uświadomiłam sobie, że to jest robota na już. 

Dlaczego wybrała pani pracę w szkole specjalnej? Nie miała pani wcześniej wystarczająco dużo ciężkich doświadczeń?
To była bardzo ciężka praca, ale też dawała ogromną satysfakcję. Dzieci niepełnosprawne umysłowo wszystko sercem odbierają. Ale to była szkoła, o której dziś powiedzielibyśmy: integracyjna. Uczyły się tam także nierzadko dzieci bardzo inteligentne, tylko porzucone, zaniedbane. Kto nie uczył takich dzieci, ten nie wie, co to jest wdzięczność. One mnie bardzo dużo nauczyły.

Przydała się pani ta wiedza?
Bardzo. One mnie nauczyły szacunku dla swoich matek. Miałam uczennicę, śliczną dziewczynkę. Mam ją na zdjęciu, niedawno dostałam je powiększone. Mała, drobna, chodziła boso. Kończył się październik, przymrozki, a ona dalej boso. Dostałam pierwszą swoją nauczycielską pensję, a przy boisku szkolnym był sklep z obuwiem. Zabrałam ją tam i kupiłyśmy buciki. Byłyśmy obie takie szczęśliwe! A następnego dnia ona przyszła bez bucików. „Co się stało, Helenko?” „Mamusia dała je do szewca, żeby blaszki przybił”. Minęły dwa tygodnie, aż wreszcie się zezłościłam i powiedziałam do niej ostro: „Powiedzże mi wreszcie prawdę”. A ona się rozpłakała: „Mamusia przepiła te buty”. To ja wtedy krzyknęłam: „To potwór, nie matka!”. A ona do mnie z  piąstkami: „Jak pani może tak mówić o  mojej mamusi?!”.

I co pani o tym myśli?
Że dzieci kochają bezwarunkowo. Alkoholik to chory człowiek. On nie musi być zły. One wiedzą, że ta matka jest i taka, i taka. Dzieci więcej czują, aniżeli myślą. 

Studiowała pani psychologię na Uniwersytecie Warszawskim u najlepszych, u profesora Baleya, profesora Witwickiego. Chodziło o to, żeby sobie poradzić z pamięcią okrucieństw wojny?
Nie, żeby lepiej uczyć. Ale nie skończyłam tego. To nie uniwerek mi pomógł, tylko moje koleżanki nauczycielki ze szkoły, w której pracowałam. Pierwsza zasada: im ktoś jest słabszy, tym bardziej trzeba mu pomóc.

Wspomniała pani o synu, który się budził w nocy...
Przez lata mieszkaliśmy w pokoju z kuchnią. Do mnie przychodzili koledzy i ciągle opowiadaliśmy o Powstaniu. Dzieci tego słuchały. A potem im się śniło. One się bały. No ale gdzie mieliśmy się spotykać? 

A pani mogła spać?
Różnie to było. Miałam dwa tragiczne momenty w powstaniu. Jeden z nich wracał we śnie przez wiele lat. Bałam się spać, żeby mi się nie przyśnił. To było związane z walką o kawiarnię i ogród Bliklego. Znalazłam się tam oko w oko z żołnierzem niemieckim, który w ręku trzymał granat. Byłam ranna, miałam zacinający się pistolet. A ten Niemiec na mój widok wykrzyknął: „Jezus Maria!”. I mnie zatkało – bo widziałam że ten handgranat dymi, a po drugie, że wrzasnął po polsku. On widząc, że ja nie strzelam, rzucił we mnie tym granatem, który kręcił się jak bąk koło mojej nogi i syczał. Wiedziałam, że za chwilę mnie rozerwie, ale nie mogłam powziąć decyzji. Cokolwiek bym zrobiła, zagrożone byłoby życie moje albo kolegów. Nie było dobrego rozwiązania. Sytuacja nie do rozwiązania rozwiązała się sama. Nie wiem dlaczego, ale gdy granat uderzył mnie trzonkiem w but, otrzeźwiałam i wybiegłam do ogrodu. W ostatnim momencie wszyscy zdążyliśmy się wycofać. Trzeba wierzyć w to, że człowiek sam nie decyduje o swoich losach. 
Potem przez wiele lat śniło mi się, że jestem na stanowisku sama, w oknie jakiegoś budynku, za mną są moje dzieci, wnuczki, mnóstwo ludzi z małymi dziećmi. Widzę, że biegnie Niemiec z granatem. I ja wiem, że on mi wrzuci przez okno ten granat, a ja nie mogę do niego strzelić, ponieważ zaciął mi się pistolet.

Wanda Traczyk Powstanie Warszawskie
Fot. east news

Wanda Traczyk-Stawska na Cmentarzu Powstańców Warszawy (powyżej).

Straszna męka.
Straszna. Bo jako dorosły człowiek zawsze czuję się odpowiedzialna za każde dziecko. Ten sen po latach ustąpił. Ale przeżyłam też coś, co sprawiło, że jestem pacyfistką. 

Pani, która mówi o sobie zawsze: „Jestem żołnierzem”?
To z kolei było na Chmielnej, broniliśmy Kielmana. Niemcy falami wbiegali w taki tunel śmierci, ich dowódca, idiota, tak nam ich wystawił, że myśmy ich po prostu rozstrzeliwali. Ja już nie byłam w stanie strzelać, więc kazali mi rzucać granaty za okno. 
Co pewien czas Niemcy wywieszali białą flagę, żeby zabrać zabitych i rannych. Wykorzystywali do tego warszawiaków, których wcześniej wzięli do niewoli. Wtedy mogłam się wychylić przez okno i zobaczyć, jakie są skutki moich granatów, jak strasznie ci ludzie cierpieli. I po raz pierwszy zobaczyłam w tych Niemcach ludzi. Płakałam, ale rzucałam dalej, bo wiedziałam, że nie ma innego wyjścia, inaczej oni wejdą i będą mordować kobiety, dzieci, nas wszystkich.

Czy wspomnienia wojenne, rozkaz z 1947 roku zdominowały pani późniejsze życie?
Nie. Dzieliłam swój czas, siebie, na połowy. Byłam matką i żoną, ale dalej byłam żołnierzem.

Czy to zadanie, z czasem misja, mobilizowały panią, czy raczej frustrowały?
Ja jestem człowiekiem, który się mobilizuje, gdy wie, że to, co robi, ma sens. A to ma głęboki sens.

W powojennej Polsce musiało być trudno zadbać o godność Powstańców.
Robiliśmy swoje. Chociaż byliśmy inwigilowani. Niedaleko cmentarza był budynek MO. Mój Oddział nie należał do ZBOWiD-u, a bez tego trudno było cokolwiek zrobić. Jednak ludność cywilna Warszawy wspierała nas od początku. Ja wiedziałam, że ciała czy prochy moich kolegów są na CPW i że muszę to udowodnić i wykuć na wspólnej cmentarnej tablicy ich nazwiska. Później problemem było to, żeby ten cmentarz był godny ich walki i cierpienia, żeby został uporządkowany i wyszedł z zapomnienia.

Ciągle są nieupamiętnieni Powstańcy?
Ciągle. Przy drugim przebiciu na Starówkę zginęły dwie dziewczyny: przepiękna sanitariuszka Ela i łączniczka „Żywia”. Ktoś przedwcześnie podał meldunek, że budynek jest zdobyty. I dziewczyny weszły wprost pod ckm. One jeszcze żyły. Umierały, a my nic nie mogliśmy zrobić. Prosiliśmy o zawieszenie broni, żeby je zabrać, ale Niemcy tego nie honorowali. Zostawiliśmy je. Mam straszne wyrzuty sumienia. Ela była wyjątkowej urody dziewczyną. Ja to mówię dlatego, że pani jest od urody (śmiech). Chłopaki kochali się w  niej na potęgę. Jeden miał więcej względów i dostał od niej adres, i dzięki temu znaliśmy jej nazwisko: Wasiukiewicz. Piękna Ela znalazła się na Tablicy Pamięci. „Żywia” natomiast dostała Krzyż Walecznych, ale była szarą myszką i akurat przeżywała straszliwy dramat, bo dowiedziała się że na Woli rozstrzelano jej rodzinę. Toczyłam długie negocjacje z dyrektorem Muzeum Powstania Warszawskiego, że należy jej się miejsce na Tablicy Pamięci. Nie znamy jej nazwiska, ale znamy pseudonim, to też jest coś! Dyrektor mi obiecuje, że w Ścianie Pamięci MPW będą wyryte wszystkie pseudonimy.

Wanda Traczyk Powstanie Warszawskie
Fot. Zuzanna Szamocka

Gdy ogłoszono, że kapitulujemy, czułam się winna, że żyję. Tylu moich przyjaciół poległo. Nie chciałam oddać broni. Wtedy koledzy przynieśli mi tę małpkę, nazwali ją Peemek.

Czy pani tą misją zaraziła rodzinę?
Oni mieli tego dość! Oni chcieli słuchać dobrej muzyki, a nie historii o poległych powstańcach. Chcieli normalnie żyć. I to mam na sumieniu.

Mówi pani poważnie?
Wiem, że zamiast kolejny raz jechać na cmentarz czy do Czerwonego Krzyża albo pieklić się w Radzie Narodowej, powinnam była pójść z nimi na spacer, mieć dla nich cierpliwość. Nawet im nie mówiłam wszystkiego, co robię. W szkole miałam dzieci tak trudne, że czasem nie wiedziałam, jak się nazywam. Wracałam do domu, jedno moje grało na dole, drugie grało na górze, a ja w kuchni gotowałam. Pilnowałam tylko, żeby drzwi wszędzie były zamknięte. A i tak cały czas myślałam, jakie pismo napisać, co wysłać do Opola, bo tam mieszkał mój kolega razem ze mną wyznaczony do wykonania rozkazu. 

Dzieci się skarżyły czy to pani refleksja?
One się nie skarżą, one są ze mnie dumne. A ja z nich, są świetnymi muzykami i wspaniałymi ludźmi. Ale wiem, że miałam dla nich za mało czasu. Gdyby nie te ciągłe spotkania, miałyby zdrowsze nerwy.

A pani małżeństwo nie ucierpiało?
Wyszłam za mąż za kogoś, kto był w obozie koncentracyjnym w Norwegii, kto miał uraz, traumę, która nigdy nie mogła się skończyć. Czasem nie można się od tego uwolnić, choćby się bardzo chciało. Wybrałam człowieka, który był mi bardzo bliski intelektualnie, ale okazało się, że inaczej naznacza Powstanie, a inaczej obóz koncentracyjny, to są różne doświadczenia. On jako 19-latek woził trupy w obozie, ja byłam żołnierzem. Mój mąż był pesymistą i realistą. Ja zawsze widzę wszystko w trochę jaśniejszych barwach. Nawet jak jest bardzo źle, to myślę, że będzie lepiej.

Czy ktoś, kto tak jak pani, tyle przeżył, jeszcze się czegoś boi?
Nie, jestem optymistką z natury. Nigdy nie tracę nadziei.

Wmawia to sobie pani?
Ja to mam, taka się urodziłam. Od początku byłam dzieckiem sprawnym fizycznie. To też powoduje, że człowiek jest pewniejszy siebie.

Może dzięki temu przeżyła pani Powstanie, bo wtedy – jak się patrzy na filmy – ciągle się biegało, robiło uniki...
To prawda, ja miałam szybkość i instynkt samozachowawczy. 

I nie jest pani bezwolną staruszką, którą można manipulować, jak mówiły niektóre media po pani wizycie w Sejmie?
O nie, co to, to nie! Ja miałabym się czegoś bać? To jest pewność siebie, która wypływa z doświadczenia. Nigdy nikt mną nie manipulował. Jestem staruszką, ale zachowałam jasność umysłu, energię i poczucie obowiązku. Stale jestem na służbie.

Jak dziś ocenia pani rzeczywistość?
Świat się bardzo zmienił, ale młodzież jest taka sama. Oni są tak samo wrażliwi, chłonni, żeby widzieć piękno, dobro, jak kiedyś. Tak piękna jest młodzież, która coś czuje i robi razem. Razem! Trzeba im dać odczuć coś pięknego. I trzeba, żeby było więcej ludzi, którzy chcą coś robić, którym zależy na czymś więcej niż tylko na tym, żeby się zabawić, wypić i zjeść.

Rozmowa z Wandą Traczyk-Stawską ukazała się w „Urodzie Życia” 8/2018

Wideo

Dziś wypada 3. rocznica ich ślubu. Oto historia miłości Agnieszki i Piotra Woźniak-Staraków

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Wydanie La Dolce VIVA!, a w nim: Ania Starmach, jurorka polskich edycji MasterChef oraz MasterChef Junior, o związkach – tych rodzinnych oraz ze sztuką i kuchnią. Piotr Adamczyk naszym przewodnikiem po Rzymie. Jak to się dzieje, że Monica Bellucci z każdym rokiem staje się… piękniejsza. Włoszka Tessa Capponi-Borawska o arystokratycznych korzeniach i o tym, kto zaszczepił jej pasję gotowania.