VIVA! Tylko u nas

Diagnoza: rak – dodała jej sił. 

Joanna nie bała się żyć mimo druzgoczącej diagnozy.

Anna Maruszeczko, red. naczelna miesięcznika „Uroda Życia” 4 stycznia 2019 09:00
Rak dodał jej sił
Fot. Jacek Piątek
 

W jednej chwili świat jej się zawalił, kiedy na 40. urodziny usłyszała: rak. Dziś Joanna Szachowska-Tarkowska mówi, że to był najlepszy prezent. Zmieniła swoje podejście

do życia, zaczęła się leczyć jedzeniem, zwolniła. „Najtrudniej było powiedzieć o chorobie Dianie, która kocha mnie nad życie” – mówi Joanna Szachowska-Tarkowska (z córką na zdjęciu). Malarka, ilustratorka, autorka marki Artofwall, założycielka roślinnej restauracji Veg Deli. Dwa lata temu zaczęła nowy etap w życiu.

 

Od kiedy gotujesz?

Od przedszkola. Wciąż wymyślam różne przepisy. I rajcują mnie ograniczenia. Powiedz mi, że masz celiakię i mam nie używać pszenicy – zrobię ci pizzę bezglutenową na zakwasie! A wiadomo, że zakwasy bezglutenowe są wrażliwsze, szybciej umierają, ale mój zakwas żyje i ma się dobrze przez wiele miesięcy. Jest bardzo ważna rzecz w tym przepisie: przez pierwsze dni musisz zakwas nakarmić jak małe dziecko, dać mu odrobinę mąki gryczanej… Ja daję troszkę cukru muscovado, bo małe dzieci lubią słodycze. I zawsze, ale to zawsze, przemawiam do zakwasu: jesteś wspaniały, mądry i zdrowy. Rośnij cudnie. I zamykam słoik. Wiem, że takimi wyznaniami ryzykuję utratę wiarygodności (śmiech).

 

Ja bym taki dopieszczony chleb od razu kupiła. Ale znana jesteś nie tylko z gotowania.

Właśnie wróciłam do malowania. Jestem chaotyczno-kreatywną duszą. W tzw. międzyczasie dzieje się mnóstwo różnych rzeczy. Kiedyś się przejmowałam, gdy wytykano mi słomiany zapał, że zmieniam, ciągle rzucam się na coś nowego, że nie kończę, ale teraz już nie. Gdyby spojrzeć na moje życie z lotu ptaka, to wyraźnie widać, że wszystko było po coś. Poza tym czy owoce naszej pracy zawsze muszą być materialne? Gdy zaczynasz coś robić własnymi rękami, to sam fakt, że coś tworzysz, uruchamia twój potencjał, transformuje, kto wie, może w coś ważniejszego.

 

Od czego zaczynałaś?

Kiedy byłam samotną młodziutką mamą, pracowałam jako copywriter w zagranicznych agencjach reklamowych. Ale mi było mało. Cały czas malowałam „po godzinach”. Któregoś razu pomyślałam: „Te moje obrazy są takie jak obrazy w »Playboyu«”. Oczywiście czułam potęgę nazwiska Wiśniewski czy Świeży, ale młodzieńcze przekonanie, że ja też mogę, było nie do ujarzmienia. Zadzwoniłam do naczelnego artystycznego, którym był wówczas Andrzej Pągowski. „Tak, proszę przynieść swoje portfolio”, więc przyniosłam. Jego nie było, spóźnił się, napisałam więc karteczkę: „Mam nadzieję, że to portfolio obroni się samo”. Pągowski oddzwonił i powiedział, że bardzo się broni.

Bardzo szybko zebrało mi się na tyle dużo tych prac, że mogłam urządzić wystawę. I jest wernisaż w Domu Kultury na Ursynowie, jest Andrzej Pągowski, który przyprowadził swoich znajomych i mówi im tak: „Kupuj teraz. Później już nie będzie taka tania!” (śmiech). Wszystkie obrazy poszły.

 

Czym był wtedy dla ciebie ten sukces?

Na pewno udowodniłam komuś, że jestem coś warta.

 

Komu?

Gdy miałam 16 lat, pisałam wiersze i robiłam rysunki piórkiem. Wysyłałam to np. do „Na Przełaj”. Mama zawsze kochała moje talenty. Natomiast mój tata bardzo chciał, żebym twardo stąpała po ziemi. Nie rozumiał mojego malowania, mojego pisania. Nie akceptował tego. Był umysłem ścisłym, a ja w tej materii – kompletna noga. Nigdy nie próbowałam nawet iść w tę stronę.

 

Czyli to była walka z ojcem.

W jakiejś mierze tak. Gdybym była jakąś zimną nimfą, to pewnie inaczej potoczyłyby się moje losy. Wierzę, że wybieramy sobie rodziców po to, żeby coś przepracować. Może musiałam mieć kogoś, z kim się ścierałam. Tato nie pozwolił mi pójść na ASP. To były czasy, kiedy słowo rodziców było święte. Dla mojego ojca artysta był hipisem. „Fleja, biedak, tylko pali i pije. Nie będziesz miała co jeść!” – ciągle słyszałam.

 

Odchorowałaś to?

Wiąże się z tym jakaś zgryzota, fakt, ale myślisz, że to mnie w czymś zablokowało? Malowałam jeszcze więcej. Z latarką pod kołdrą...

 

Toczyłaś walkę o siebie?

Zawsze gdy się odważyłam zrobić coś w zgodzie z sobą, później było to źródłem mojej siły. Mój pierwszy samochód to był nissan micra, nówka sztuka z salonu. Kupiłam go za pieniądze ze sprzedanych obrazów. Spoglądałam wtedy w niebo i mówiłam: „Widzisz, ojciec? Luzik, nie tylko jest na chleb i na wino, ale na samochód też!” (śmiech).

 

Potrzeba ciągłego udowadniania czegoś światu nie jest zdrowa.

Nie jest. Kilka lat temu boleśnie się o tym przekonałam. Było tak: przestałam malować obrazy wielkoformatowe, miałam już zagranicznego agenta i robiłam ilustracje do „New York Timesa”, „Washington Post” i innych tytułów. Pracowałam jako stylistka wnętrz dla Beckersa. Ale od dawna marzyłam o projektowaniu tapet. Kochałam wzory, a u mnie tak jest w całym życiu, że coś się spełnia dopiero wtedy, gdy jestem cała tym marzeniem. W końcu wymyśliłam Artofwall. Poszłam z tym do naczelnej „Elle Decoration”: „Wymyśliłam tutaj takie wzorki, nakleja się je na ścianę…”. Ona na to: „Wow, to super! Pokażemy te twoje naklejki, tylko zrób sklep internetowy”. „Ja i sklep internetowy !” – ale robiliśmy go z mężem i teściem po nocach. Skończyliśmy tuż przed tym, jak brytyjska „Elle Deco” zapowiedziała na okładce szał na stickermanię!

 

To znów sukces?

Pół roku później było już mnóstwo klonów. Zawsze na początku cię to drażni, jeśli nie jesteś Gandhim ani Dalajlamą, ale potem rozumiesz, że jak coś jest dobre, to będzie powtarzane aż do zdarcia płyty.

 

Kręciło się mimo klonów?

Kręciło się super, ale znowu było mi mało. Nie jestem minimalistką. Jeżdżę na zagraniczne targi i uwielbiam meble i przedmioty codziennego użytku. Więc założyłam sklep Glamstore, kompletnie się na tym nie znając. To już była inwestycja. Sklep był wspaniały, kolorowy i jedyny w swoim rodzaju, ale z gigantycznym czynszem. Wzięłam kredyt pod swój piękny domek z ogródkiem.

 

Powiało grozą...

Skończyłam 40 lat. Z lubością powtarzałam sobie: „Jak się ma 40 lat, można sobie powiedzieć, że rośnie liczba osób, które mogą mnie pocałować w…”, czyli po prostu: niczego się nie boisz, od nikogo nie zależysz, odcinasz kupony. Wydawało mi się, że jestem panią swojego życia. Tymczasem dzień przed pierwszymi urodzinami sklepu, które miały być hucznie obchodzone, badam sobie piersi. Następnego dnia w sklepie impreza – balony, gratulacje, uśmiechy, mnóstwo klientów. Jadę na USG z myślą, że zaraz wrócę.

Nie wracam już na te urodziny, bo kobieta na USG jest podła i mówi: „To jest złośliwe”. Jeszcze gdyby mi powiedziała, że trzeba sprawdzić... Wychodzę stamtąd półżywa, zalana łzami, pada deszcz, dzwonię do męża... Zapadło się całe moje życie.

 

I zamiast na imprezę trafiłaś do szpitala?

Przeszłam operację. Na szczęście oszczędzającą, ale to i tak była trauma. Totalne osamotnienie, choć przecież nie byłam sama. Na pewno kobiety, które to przeżyły, zrozumieją. To są takie sytuacje, że np. zimą składasz letnie ubrania do pudełek, przenosisz do innej szafy – a ja tak robię – i nie wiesz, czy je jeszcze kiedyś założysz. Takie myśli mnie nachodziły i były boleśnie realne. Wtedy nie wiedziałam nic na temat nowotworów, tylko piekielnie się ich bałam, bo wiele osób w mojej rodzinie chorowało na raka.

 

Przecież choćby z tego powodu powinnaś była mieć temat oswojony?

Potwornie się tego bałam. Nawet gdy przejeżdżałam obok Centrum Onkologii, odwracałam głowę. Chorowały moje ciocie, babcie, dziadkowie.

 

Trudno się nie bać.

Cała byłam strachem. Nic mnie już nie obchodziło. A wcześniej byłam totalną pracoholiczką. Nawet jeżeli komuś coś zlecałam, to i tak musiałam dziesięć razy to skontrolować, bo nigdy nie było tak dobrze, jak gdybym sama to zrobiła. Kładłam się o 3.00 w nocy. Potrafiłam wstać rano, usiąść do komputera i oprzytomnieć o 15.00, że jeszcze nic nie jadłam.

 

Ale mówiłaś, że robisz to, co kochasz, a przy tym dobrze się bawisz?

Tak, ale jak pędzisz, to niczego już nie zauważasz, tylko biegniesz i nie masz pojęcia, gdzie jest hamulec ręczny. I to był taki mój zapomniany „ręczny”. Po prostu musiałam uderzyć w drzewo, żeby zauważyć, że o siebie nie dbam. Bo dbanie o siebie to jest wstawanie bez nerwów, jedzenie śniadania na czas, to jest pójście na spacer, patrzenie, jak pada deszcz, to jest spokojna rozmowa z dzieckiem, chwila z mężem, to jest uważność. Dla mnie to jest esencja luksusu.

Spotkałam się z teorią, że na choroby nowotworowe zapadają ofiary – w bardzo szerokim tego słowa znaczeniu.

Ofiary ojca, męża, matki, dziecka, społeczeństwa, systemu. Dla kobiet zabójczy jest brak miłości do siebie, a co za tym idzie – stres. Ja chodziłam na kontrole, widziałam, że nie jest za dobrze. Bo jak coś chronicznie boli, jak źle śpisz, to przecież o czymś mówi. I nic z tym nie zrobiłam! Teraz mogę powiedzieć, że dostałam prezent na 40. urodziny, który totalnie zakręcił moim życiem, o 180 stopni.

 

Co się zmieniło?

Zaraz po operacji pojechałam na warsztaty uważności, gdzie uczyłam się medytować. Moją duszę ciągnęło do samouzdrawiania. Choć ciągle miałam jeszcze w sobie „panią bizneswoman”: idziemy medytować, „ale co jest następne w programie ”. To było jak uderzenie kryształowej kuli między oczy: jak już uspokoisz ten bieg do przodu, a zadania jak rozhisteryzowane dzieci usadzisz i powiesz: „Hej, nie musicie tak biec, żebym was kochała”, to wyłaniają się inne rzeczy, bo dokopujesz się do swojego jestestwa i do swojej prawdy.

 

Czego istotnego się dowiedziałaś?

Oświeciło mnie: mój sklep był po to, żeby coś udowodnić ojcu. Znowu. Tyle że na większą skalę niż wcześniej. Chciałam udowodnić, że umiem żyć w tym realnym świecie twardych zasad biznesu, jak on.

 

Więc to był fałsz?

Nie nazwałabym tego fałszem. To było coś, co płynęło bardziej z umysłu, a nie z serca. A mi wychodzą rzeczy, które płyną z serca. W efekcie te biznesy mi się pozamykały. Po prostu przestały działać. Ale nie uważam, żeby to była moja porażka. To była bardzo droga lekcja.

 

Jak twoi najbliżsi przyjęli to, że zachorowałaś na śmiertelną chorobę?

I mąż, i córka bardzo się bali, ale płakali za moimi plecami. Najtrudniej było o tym powiedzieć córce. Dianka jest twardzielką, ale kocha mnie nad życie, tak jak ja ją. Jesteśmy takie papużki-przyjaciółki.

 

Kiedy uwierzyłaś, że rak to nie wyrok?

Tak jak kiedyś najbardziej na świecie bałam się książek o raku, tak wtedy przeczytałam chyba wszystko o leczeniu nowotworów jedzeniem.

 

Mówiłaś o swoim upodobaniu do „kombinowania” z jedzeniem. Dlaczego więc tak „zdrowo” się zaniedbałaś?

Czasem wystarczy jeden stresujący rok, który może nas zabić.

 

Jak wyglądało twoje zdrowienie?

Leczenie onkologiczne kaleczy kobiecość. Brzuch czarny od zastrzyków. Blizna na piersi... To są blizny na duszy. Tylko mężczyznom z bliznami do twarzy. Cierpiałam. Pół roku żyłam w katatonii, w zawieszeniu. Aż dotarło do mnie, że ode mnie samej najwięcej zależy. Postawiłam na jedzenie, oddech, relaks. Dużo czytałam. Pojechałam na warsztaty, gdzie była kuchnia wegańska. Niewyrafinowana, niespecjalnie smaczna, ale nie narzekałam, bo pojechałam na jogę, a nie na wyżerkę. Chociaż ja, wegetarianka, totalnie uzależniona od nabiału, nie wyobrażałam sobie życia bez jogurcików, serków, sereczków żółtych, pleśniowych, zapiekanych mozzarelli. A tam przez tydzień wegańskie i jeszcze bez cukru… O, jakie to było dobre dla mojego organizmu!

 

A dla kobiecości?

Czułam się lekko, przejrzyście i swobodnie. Szczuplejsza i lżejsza o kilka kilogramów wróciłam do domu, otworzyłam lodówkę i wyrzuciłam cały nabiał. Na wieki. Potrawy z roślin to najczystsze jedzenie. Daje energię, przywraca optymizm. Te zrzucone w tydzień kilogramy były ważne, jednak to był początek zmiany podejścia do życia. Teraz już czuję się kobieco bez względu na kilogramy i blizny. Przełomowe było uświadomienie sobie, jak ważna jest w życiu uważność. Zaczęłam się wnikliwie przyglądać temu, co jem – to straszne, co my w siebie pakujemy! – ale też temu, jak wyglądają moje relacje z ludźmi. Przez brak uważności wpadamy w rutynę, a to bywa zabójcze dla związków. Zrozumiałam, że gdy coś mnie zaczyna irytować i zamiast widzieć dobro, staję się zrzędliwą babą, to znaczy, że trzeba zająć się sobą. Zaczęłam sobie powtarzać: „nie walcz”, „odpuść”, „bądź światłem, do którego wszyscy lgną”. Kiedy dajesz komuś wolność, miłość i podziw zamiast czepiania się – dajesz mu skrzydła, oddech i dostajesz nowego partnera nawet w starym związku (śmiech). Z Arturem jesteśmy razem 12 lat.

 

Wracając do diety, umiałaś sobie odmówić „serników i mozzarellek”? Nawet śmiertelnie chorzy cukrzycy nie umieją sobie odmówić takiego jedzenia...

Już na starcie mi się włączyło: „No jak to, nie będę już jadła sernika, zapiekaneczki? Oczywiście, że będę jadła. Zrobię to sobie z roślin”. Wiedziałam, gdzie szukać inspiracji. Okazało się, że kuchnia wegańska w Stanach i Anglii jest jakimś kosmosem. Tymczasem u nas idziesz do restauracji, zamawiasz sałatę za 28 zł, a pan ewentualnie wyjmie ci z niej krewetki, ser feta i dostaniesz liście sałaty z pomidorem. Robiłam więc swoje pudełeczko bento z jedzonkiem i brałam do pracy. Moja przyjaciółka Aldona stwierdziła: „Słuchaj, rób też dla mnie, będę ci płacić”. Była moim pierwszym klientem. W ciągu miesiąca miałam ich stu. Szło jak lawina. I już nie mogłam powiedzieć: „Sorry, jestem zmęczona, znudziło mi się”. Ci ludzie liczyli na mnie. Wtedy to już była moja „zielona misja”.

 

I założyłaś restaurację?

Jeszcze nie. Piekłam w piekarniku, zwykłym, takim, jaki masz w swojej kuchni, 160 chlebów żytnich na zakwasie w jedną noc! Układałam po sześć na jednym poziomie, razy trzy. Wszystkie z pięknymi etykietami. A i tak mój krytyk wewnętrzny mówił: „Lepiej pomyśl, komu ty te chleby oddasz”. Ale to był sukces – sprzedałyśmy wszystko w dwie godziny. Robię to razem z Dianeczką, ponieważ ona też lubi gotować. Ja jestem „wariatem”, a ona jest minimalistką. Tworzymy team. Wyobraź sobie, że co tydzień z naszym Good Mood Food jesteśmy zapraszane na targi ze zdrową żywnością. Non stop gotowałam. Aldona znowu się wtrąca: „To się już tak rozrosło, że musisz to gdzieś skanalizować. Chodź, pokażę ci Powiśle” – i zaprowadziła mnie na uliczkę cichutką, zieloną. Zakochałam się w niej. „Boże, jakby było dobrze znaleźć tu jakieś malutkie miejsce na ten mój wegański koncept”, pomyślałam. Dwa dni później wracam na tę ulicę po prezent dla mojej Aldony, a na drzwiach jest ogłoszenie: „Wynajmę lokal”. Jeszcze wtedy nie miałam odwagi, by pomyśleć, że otworzę restaurację, to miało być miejsce dla kucharza, żeby robić catering. Ale zamiast myśleć, że przecież nie mam doświadczenia, pomyślałam inaczej: marzyłam o tym całe życie. Mamy z Dianką projekty restauracyjne, które robiłyśmy pięć–sześć lat temu.

 

Robiłyście je w ramach jakiegoś rodzinnego relaksu?

Bardzo lubimy marzyć. Jechałyśmy kiedyś autokarem do Amsterdamu i gadałyśmy o tym, co lubimy robić, jak lubimy jeść. Ja, stary copywriter, jestem w stanie podczas takiej kilkugodzinnej podróży wymyślić cały konspekt knajpy.

 

Rzeczywiście energia cię rozpiera.

Zastanawiałam się miesiąc, zanim uznałam, że pójdę va banque. Dianka miała być jedyną kelnerką, a ja miałam być jedyną kucharką i to wszystko. Kalkulowałyśmy, że jeżeli przyjdzie do nas 10 osób dziennie, to jakoś przeżyjemy. Po poprzednich biznesach miałam tylko zadłużoną hipotekę. Któregoś razu znajomy chciał ode mnie pożyczyć pieniądze, ale moja karta kredytowa nie zadziałała. Przeprosiłam go, a on mówi tak: „To jak ty otworzysz tę restaurację, jeśli nie masz pieniędzy ”. Następnego dnia spotykam się z przyjaciółkami, mam łzy w oczach i mówię: „Dziewczyny, wiem, że będziecie się ze mnie śmiały, bo za 30 tys. zł nie można otworzyć restauracji, ale gdybym je miała, to otworzyłabym Veg Deli”. „To ja jutro przeleję ci na konto te pieniądze. Przecież mi oddasz” – mówi na to jedna z nich.

 

Nie bałaś się, że znowu wpuścisz się w maliny?

Nie. Teraz zainwestowałam swoje serce i umiejętności. Nie musiałam nikomu płacić za wymyślenie menu, za projekt. To są moje meble, moja farba, moje rysunki, to jest lampa z mojego domu. Robiłam wszystko małymi pieniędzmi, to był projekt uszyty na moją miarę. Gdyby prawdziwy biznesmen zobaczył nasze obroty, toby się uśmiał, ale nam dużo nie potrzeba. Ja już miałam dużo.

 

A kiedy zostawiłaś restaurację Dianie?

Rok temu. Zaczęłam podróżować i ona widziała, że sprawia mi to ogromną przyjemność. Diana z pasją kontynuuje moje dzieło. Powiedziałam jej: „Obiecaj mi, że jeśli ci się to znudzi, to zrezygnujesz. Proszę cię, żeby to była zawsze dla ciebie radość”. Kiedyś myślałam, że muszę wszystko. Teraz wiem, że jestem mistrzynią improwizacji, jestem dobra w start-upach, a inni są lepsi w realizacji.

 

A jak się ma twoja choroba?

Nadal się leczę jedzeniem. Przecież pięć lat żyje się na bombie zegarowej. Ale moja świadomość bardzo wzrosła i już nie boję się odejścia tak jak cztery lata temu.

 

A ojcu zdążyłaś wybaczyć?

Sprawy dzieciństwa przepracowuje się całe życie. Mój bliski znajomy powiedział świetny tekst: „Hej, jak się masz? – Dobrze, wszystko wyparłam”.

 

Ale ty tego nie wyparłaś?

Ja non stop to przepracowuję.

 

Bo wyparcie jest nieskuteczne?

To tak, jakbyś zaplombowała chory ząb. Ojciec nie akceptował twórczej strony mojej natury, więc przez pewien czas to mnie prowokowało do udowadniania mu, że się myli. Tata nie żyje od wielu lat, teraz pewnie byłoby inaczej, poza tym pewne sprawy już mu powybaczałam, chociaż nie mówię, że wszystkie. Nikt nie może powiedzieć, że ma wszystko poczyszczone, to nie leży w ludzkiej naturze.

 

Mówisz, że żyłaś w poczuciu misji, ale gdy ją porzuciłaś, to też było pięknie.

Nadal lubię pomagać, ale długo żyłam w przeświadczeniu, że muszę pomagać, żeby sobie zasłużyć na uznanie. Niektórzy muszą cały czas udowadniać, że zasługują na miłość. Patrz: nasze matki, babcie, które się dla nas poświęcają. Skończyć z tym to jakby zdjąć sobie z pleców worek z żelastwem. Jeśli ktoś wiele lat nosi taki ciężar, to jest do niego przyzwyczajony. Musiałam posiąść umiejętność bycia dla siebie dobrą i nie myśleć, że jestem egoistką. Więc to jest takie moje nowe życie, czyli wnikliwa obserwacja siebie i świata, radość z tego, co jest, bez martwienia się o przyszłość

 
Rozmowa z Joanną Szachowską-Tarkowską ukazała się w „Urodzie Życie” 2/2014

Wideo

Te kultowe filmowe kwestie Jerzego Stuhra przeszły do historii! Też je uwielbiasz?

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Po raz pierwszy Joanna Krupa z mamą! Rozmawiają o kobiecości, mężczyznach i… mężach!