Edward Norton, Osierocony Brooklyn
Fot. mat. prasowe
#czytajdlaprzyjemności

„Pozabijałbym tych, którzy kpią z mniejszości" – mówi Edward Norton

Oscarowy aktor o pomaganiu, Nowym Jorku i „Osieroconym Brooklynie"

Marta Strzelecka 3 stycznia 2020 14:45
Edward Norton, Osierocony Brooklyn
Fot. mat. prasowe

W „Osieroconym Brooklynie”, na podstawie powieści Jonathana Lethema, Norton jest detektywem z syndromem Tourette’a, zagubionym w życiu prywatnym, ale doskonałym w swoim zawodzie. Rozwiązuje zagadkę kryminalną i poznaje tajemnice miasta. To opowieść o miłości, przyjaźni, barwnym nowojorskim życiu, pełnym jazzu. Aktor zaczął myśleć o przeniesieniu tej historii do kin blisko 20 lat temu, kiedy pierwszy raz przeczytał książkę Lethema. To projekt jego marzeń. „Drugiego takiego już chyba nie zrealizuję”, mówi. Jest otwarty, uważnie słucha, nie patrzy na zegarek, a telefon przed rozmową odkłada na bok.

Marta Strzelecka, „Uroda Życia": Potrafi pan wzruszyć.

Edward Norton: Grając nietypowego detektywa?

Opowiadając w swoim filmie o samotności.

Zawsze wydawało mi się, że to jeden z najważniejszych tematów. Bo przecież większość z nas czuła się kiedyś odstawiona na bok, nieważne z jakiego powodu. Chyba każdemu zdarzyło się myśleć: „Nikt nie zna mnie prawdziwego”. O takich emocjach opowiadam. 
Nie chciałem, żeby detektyw z zespołem Tourette’a był postacią komiczną, chociaż można go było opisać w scenariuszu, a potem zagrać komediowo. W sposób niekontrolowany wypowiada słowa, dotyka innych, przekręca głowę. Ma przy tym fotograficzną pamięć, bystry umysł, jest piekielnie inteligentny. Jednak nie może być dyskretnym śledczym, uniemożliwia mu to fizyczność. W sytuacjach, w których Bogart z wdziękiem uwiódłby ładną dziewczynę, ja jako detektyw robię z siebie idiotę. I to są komiczne sytuacje. Ale nie potrafiłbym o tym bohaterze zrobić czystej komedii, bo widzę w nim bardzo samotnego faceta. 

Który poza tym, że walczy z własnymi ograniczeniami, stara się pomóc innym. 

Dlatego wzrusza. Myślę, że tylko najgorsi ludzie nie czują empatii wobec tych, którzy mimo ograniczeń starają się zrobić coś dobrego.

Naprawdę tak bardzo wierzy pan w ludzi? Nie kibicował pan Jokerowi, oglądając ostatni film o nim?

Pozabijałbym tych, którzy kpią z mniejszości. Czyli emocje Jokera nie są mi obce. Ale jednocześnie mam głęboko zakorzenioną wiarę, że lepiej jest sobie pomagać, niż niszczyć siebie nawzajem. I chodzi o pomoc nie tylko w sprawach codziennych, również tych naprawdę wielkich, takich jak ochrona środowiska czy odpowiednie planowanie miast, z myślą o wszystkich klasach społecznych. To są zazwyczaj tematy niewiele znaczących deklaracji politycznych. A my z rodzeństwem nie tylko dorastaliśmy w wielkim szacunku do przyrody – tata jako prawnik robił bardzo konkretne rzeczy – pozywał firmy i ludzi niszczących środowisko. Nie znam innej drogi niż konkretne działania. Teraz korzystam z mojej sławy, żeby wspierać różne fundacje. Poza tym razem z żoną współtworzyliśmy Crowdrise – platformę internetową, dzięki której zbierane są pieniądze na cele charytatywne. I zaczynałem od pomagania, nie od aktorstwa. Mój dziadek, James Rouse, aktywista zajmujący się planowaniem przestrzeni miejskiej, był jednym z pierwszych, którzy w Stanach tworzyli projekty mieszkań dla niezamożnych. Jego firma, w której projektowano domy, zdobywano na nie fundusze, działa do dziś, jest jedną z największych tego rodzaju. Dzięki niej powstało w Stanach blisko 600 tysięcy domów. I moja pierwsza praca, właśnie w firmie dziadka, polegała na tym, że odwiedzałem nowojorskie dzielnice, takie jak Bronx czy Queens, żeby rozmawiać z ludźmi, którzy tam zamieszkali. Zbierałem informacje o tym, jakie mają problemy, czego potrzebują. Chodziłem też na wykłady dziadka, wiele z jego tekstów znalazło się w scenariuszu „Osieroconego Brooklynu”. „Jeśli chcesz pomagać innym, musisz naprawdę ich słuchać, przejmować się ich problemami”, mówi jeden z bohaterów mojego filmu. Wtedy wykonujesz pracę, która naprawdę ma znaczenie. W tym sensie mój film jest kontynuacją sposobu myślenia dziadka. 

Czy naprawdę, jak mówi ktoś w pana filmie, budowano w Nowym Jorku zbyt niskie mosty, żeby mieszkańcy biednych dzielnic nie mieli szans dojechać transportem publicznym na miejskie plaże?

Tak było. Brzmi absurdalnie prawda? Ale decydował o tym jeden człowiek, Robert Moses – główny urbanista Nowego Jorku w latach 50., można powiedzieć: Darth Vader tego miasta. Miał władzę absolutną, jeśli chodzi o projektowanie ulic, mostów, dzielnic i używał jej, niszcząc przy tym życie mniejszości. Jest w moim filmie postać na nim wzorowana. Moses był obsesyjnym pływakiem i zmuszał ludzi, z którymi umawiał się na biznesowe spotkania, żeby podążali za nim w łódkach, kiedy on pływał w oceanie. Publiczne baseny uznawał za własną przestrzeń, wypraszał wszystkich, kiedy akurat miał ochotę na pływanie. Pomyślałem, że to dopiero jest ktoś z obsesją władzy. 
W ogóle lubię zaglądać pod powierzchnię przewidywalnych opowieści o Ameryce, tych powtarzanych, znanych. Może dlatego, że jestem historykiem z wykształcenia. Zawsze fascynowały mnie historie miast i rządzących nimi ludzi.

Ale po studiach przyjechał pan do Nowego Jorku chyba przede wszystkim po to, żeby zostać aktorem?

Marzyłem o graniu w teatrze. Chciałem być jak Willem Dafoe – najpierw poczuć się pewnie na scenie, odnosić sukcesy w sztukach Szekspira, a potem zdobywać nominacje do Oscarów. Mojego kolegę i sąsiada, Aleca Baldwina, teraz kojarzonego głównie z rolami komediowymi, podziwiałem jako teatralnego aktora dramatycznego. Pospadały mi buty z wrażenia, kiedy zobaczyłem go w „Tramwaju zwanym pożądaniem”. A dziś i jeden, i drugi, grają w moim filmie. Który zresztą – tak mi się wydaje – udał się dzięki obsadzie. Kiedy nagrywaliśmy jedną ze scen w Nowym Jorku, każdy z nas miał kilka minut spacerem do domu. „Tak mógłbym pracować zawsze”, pomyślałem.

„Osierocony Brooklyn" to dzieło życia Edwarda Nortona

Dlaczego coraz rzadziej gra pan w filmach?

Właśnie dlatego, że sytuacje takie jak praca nad „Osieroconym Brooklynem” są jednak wyjątkowe: nagrywałem w moim mieście, z aktorami, których bardzo cenię, a jednocześnie są moimi kolegami, na podstawie własnego scenariusza. Miałem blisko do domu, do syna i żony, moje odcięcie się od bliskich nie było tak bardzo bolesne. 
W dodatku sam reżyserowałem, więc sam zapewniałem sobie komfort grania. To się już chyba nie powtórzy. Poza tym uważam, że jednak po pięćdziesiątce, kiedy doświadczyło się już wielu wzlotów w zawodzie, można zająć się czymś innym – nie tylko tą pracą, która w dużym stopniu została już rozpoznana, oswojona. Jestem ojcem od siedmiu lat, co też zmienia perspektywę. Wolałbym teraz więcej czasu spędzać z rodziną, przyjaciółmi, więcej podróżować. Chcę rozwijać moją firmę, pisać scenariusze, może tworzyć nowe projekty, niezwiązane z aktorstwem. I tak dużą część życia poświęciłem filmom, czyli robiłem to, co mnie napędza, ale jednocześnie wzmacnia mój egocentryzm.

Jednak te filmy są ważne również dla nas. 

Na szczęście. Ta wymiana wrażliwości, odnajdywanie własnych przeżyć w opowieściach innych – to jest podstawowa rzecz w kinie. Poprosiłem Thoma Yorke’a z Radiohead, żeby napisał piosenkę do „Osieroconego Brooklynu”. Liczyłem się z tym, że odmówi, bo wydaje mi się, że każdy na świecie chciałby, żeby Yorke napisał dla niego piosenkę. Moim zdaniem nikt tak jak on nie potrafi zapisać w muzyce niepokoju, samotności, zagubienia. I przysłał mi ten utwór mailem, odtworzyłem go nad ranem, w ciemności, siedząc w łóżku. 

Trudno się nie wzruszyć, kiedy słyszy się tę piosenkę w filmie.

Sam się rozpłakałem, kiedy usłyszałem ją po raz pierwszy. Rozmawialiśmy wcześniej z Thomem o tym, jak ma brzmieć, mówiliśmy o walce z codziennymi problemami, o takim momencie zatrzymania, kiedy zdajesz sobie sprawę z tego, że jesteś z tym wszystkim sam. Każdy to zna. Nie cierpisz na syndrom Tourette’a, nie jesteś czarną kobietą w latach 50., o której wszyscy dookoła myślą, że jest sekretarką, chociaż ma wyższe wykształcenie. Ale kiedy słyszysz piosenkę o codziennych małych walkach, wiesz, że ktoś doskonale cię rozumie. Czasem więcej prawdy wynika z symbolicznych sytuacji czy z baśni niż z opowieści z napisem „Na podstawie faktów”. Ale nie chciałbym zajmować się tylko tworzeniem opowieści. Mam jeszcze sporo czasu na pracę poza kinem. I na surfowanie.

Rozmowa z Edwardem Nortonem ukazała się w „Urodzie Życia” 1/2020

Wideo

Zobaczcie 12 najgorętszych trendów na wiosnę 2020!

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

BEATA TADLA: „Obiecaliśmy sobie z Rafałem, że nie będziemy opowiadać o naszym związku w mediach. Rafał nie jest osobą publiczną”. Dlaczego SZYMON MAJEWSKI mówi o sobie: „dożywotni maminsynek”? Aneta Hickinbotham produkowała głośną „Ostatnią rodzinę”, nominowane do Oscara „Boże Ciało” i pracowała przy filmie „Troja”. Dlaczego została producentką, a nie… lekarzem? A także oscarowe zaskoczenia i karnawałowe szaleństwo w Rio.