VIVA! Tylko u nas

Monika Honory, Królowa Zup: "Otyłość przesłaniała mi życie". 

Pukali się w głowę: »To jest niemożliwe«. A jednak!", opowiada Monika Honory.

Anna Maruszeczko, red. naczelna miesięcznika „Uroda Życia” 4 stycznia 2019 09:00

Monika Honory - (39 lat) przez 10 lat trenerka i doradca na rynku SPA. Absolwentka MBA. Promotorka holistycznego podejścia do ciała i zdrowia - przemiana fizyczna wymaga higieny psychicznej. Stworzyła bezstresowy i bezpieczny, oparty na doświadczeniach własnej „otyłej przeszłości" program redukcji wagi „Przemiany wg Moniki Honory". Autorka sześciu książek na temat zdrowego odchudzania, ostatnia to „Skuteczne odchudzanie zupami z Moniką Honory". Jej grupa na Facebooku „Zupomania® - Monika Honory odchudza" dziś liczy 121 tysięcy członków.

Zauważyłam, że ludzie, którzy się odchudzają, są nerwowi albo smutni, albo dwa w jednym. Ty emanujesz dobrą energią. Znasz jakiś sekret?

To dlatego, że już się nie odchudzam. (śmiech) Ale owszem, też tak siebie pamiętam - zamkniętą w sobie, niedopuszczającą ludzi z zewnątrz: „Nie ingeruj w to, co robię, bo ja mam teraz jeden cel. Przecierpię to, zacisnę zęby, ale dam radę, więc mnie nie rozpraszaj, nie krytykuj, nie oceniaj!".

Każda dieta była dla mnie wielkim dyskomfortem, wprowadzała bardzo dużo zmian w moim życiu, do których w ogóle nie byłam przygotowana. I najczęściej to był słomiany zapał, którego wystarczało na dwa tygodnie, a później była mordęga. Towarzyszył temu głód, a jak głód, to rozdrażnienie, złość. Źródłem frustracji było też nastawienie na szybkie widoczne rezultaty, które zwykle były inne, niż się spodziewałam... Zaczynasz się obwiniać, tracisz szacunek do siebie.

Brzmi gorzej, niż myślałam.

To jak wycięcie z życia. Nie ma mowy o radości życia, nie ma w nas życzliwości wobec ludzi. Mamy poczucie, że walczymy. I na zewnątrz, i wewnątrz siebie. Nie idziemy wtedy ze sobą ramię w ramię, nie idziemy ze sobą na kompromis. To jest walka. A z kim zwykle walczysz? Z wrogiem! I ta nasza podświadomość to cały czas rejestruje.

Stajesz się wrogiem samego siebie?!

Tak.

Ile kilogramów zrzuciłaś?

40, chociaż zakładałam 35.

Kiedy?

Zaczęłam cztery lata temu. Schudłam w 10 miesięcy.

Zdążyłaś więc odzyskać radość życia.

Już w trakcie tej przemiany poprawiło mi się samopoczucie. Gdy zobaczyłam, że w ciągu pierwszego miesiąca ubyło mi sześć, siedem kilogramów, myślałam, że mi się śni: „Nie byłam głodna ani przez chwilę, jadłam to, na co miałam ochotę! Bez liczenia tych znienawidzonych kalorii, bez karkołomnych ćwiczeń... I schudłam?!". To był taki moment, kiedy powiedziałam sobie: „Monika, jest światełko w tunelu". Nie było znaczenia, ile zrzuciłam, niesamowite było to, że zadziałała moja metoda. Wcześniej nikt nie był w stanie mi pomóc, a teraz, kiedy zajrzałam w siebie, zaprzyjaźniłam się z sobą, stałam się dla siebie lepsza, przychodzą efekty.

Dlatego zamiast słowa dieta wolisz słowo przemiana?

Bo to nie jest dieta, to jest po prostu inny sposób myślenia.

Jaka jest twoja „otyła przeszłość"? Dlaczego przytyłaś?

Nie pamiętam siebie szczupłej, choć urodziłam się z prawidłową wagą. Z perspektywy czasu widzę, że miałam tendencję do spowolnionego metabolizmu, a z drugiej strony uwielbiałam smakować różne rzeczy. Nie napychać się, przejadać - takiej siebie w ogóle nie pamiętam - byłam tylko bardzo pozytywnie nastawiona do jedzenia. Rodzice dosyć szybko zaczęli reagować. Zaprowadzili mnie do poradni dietetycznej, gdzie dostałam kartkę z wytycznymi, czym i o której mam być karmiona. Nie mogłam tego zrozumieć. Rodzice nigdy nie naciskali, nie mówili mi, że to problem. Tłumaczyli raczej, dlaczego chcą u mnie wprowadzić jakieś drobne zmiany. Chodziłam wtedy do zerówki i mama mówiła: „Wiesz, łatwiej ci będzie robić fikołki" etc.

Zabiegi rodziców przynosiły jakieś efekty?

Na krótko. Odchudzanie dziecka bez wsparcia terapeutycznego jest dużym wyzwaniem dla rodziców. Ono nie rozumie, dlaczego ma sobie czegoś odmawiać: „A jeżeli dzisiaj tego nie zjadłam, to jutro już mogę?", „Jeżeli mama nie widzi, a ja coś jem, to tak, jakbym nie zjadła" - trudno z tym walczyć.

Kiedy twoja nadwaga stała się dla ciebie źródłem cierpienia?

Bardzo szybko. Chociaż starałam się to zakamuflować. W pewnym momencie rówieśnicy dawali mi do zrozumienia, że wyróżniam się w sposób negatywny. Gdy zaczęły się dyskoteki, to ja także chciałam być na nie zapraszana. I byłam, ale tylko po to, żeby zmieniać piosenki w magnetofonie. Ja to dobrze pamiętam: na WF-ie pani mówi, że trzeba podzielić się na dwie drużyny, bo będziemy w coś grać, i ja zostaję na końcu, nikt nie chce mieć takiej osoby w swojej drużynie. Gdy ma się 14 lat, to bardzo boli. W pewnym momencie rówieśnicy już tak mi dokuczali, że wychowawczyni zwołała zebranie rodziców: „Drodzy państwo, porozmawiajmy o tym, co możemy zrobić, żeby uczniowie przestali dokuczać Monice". Nie byłam jakimś monstrum, ale nie byłam tak szczupła jak oni.

Jak ty o sobie myślałaś?

Że odnoszę porażkę. Moja otyłość przesłaniała mi życie. Waga mnie określała, a ja nie znałam sposobu, żeby samej określić tę wagę.

Wypracowałaś jakąś strategię obronną?

Garnęłam się do nich. Jednak nigdy nie było tak, że „O, super, to niech Monika idzie z nami". Więc robiłam wszystko, żeby się przypodobać. Próbowałam przykryć swoją nadwagę jakimiś atutami. Zawsze byłam uśmiechnięta, lubiłam pomagać, ale wtedy zaczęłam wręcz eskalować pozytywne cechy charakteru, z nadzieją, że a nuż ktoś pomyśli: „Co z tego, że ona jest gruba, ważne, że jest dobra". Z czasem opinia innych nabrała dla mnie fundamentalnego znaczenia, najważniejsze było to, co kto o mnie myśli. Chciałam się przypodobać i tu, i tu. I zatraciłam siebie w tym wszystkim.

Jak to się dzieje, że człowiekowi źle z tymi kilogramami, a idzie w to? Nie umie zawczasu przestać?

Na początku nie widzi, co się dzieje. A potem albo nie wie, od czego zacząć, albo dochodzi do wniosku, jak ja w pewnym momencie: „Co za różnica, pięć kilogramów w tę czy w tamtą? Jest już tak źle, że te pięć kilogramów nie ma większego znaczenia". I jeszcze coś: nie dotykam tematu, którego nienawidzę. Odchudzanie, zdrowe odżywianie, ćwiczenia to są tematy, których osoby otyłe nie cierpią. My mamy tego po czubek głowy.

Mówię „my", ponieważ cały czas identyfikuję się z otyłymi osobami. Nasze projekcje są takie, że każdy, kto podejmuje ten temat przy nas, na pewno myśli sobie: „Do czego ona się doprowadziła?!". A w nas rodzi się bunt: „Co chcesz mi zasugerować? Co ty w ogóle wiesz o moim życiu?". I od razu się wycofujemy.

To duża sztuka, żeby nie zranić, nie zniechęcić, tylko otworzyć.

To niebywale delikatna misja. Zwykle pojawia się podejrzenie, że ktoś chce wypunktować, co robimy źle, skrytykować, upokorzyć. Spotykam też takie osoby na swojej drodze, które mówią: „Wiesz co, moje kilogramy mi nie przeszkadzają, jestem z nimi zaprzyjaźniona". Nie wierzę! Jeśli ktoś tak ja ma 165 centymetrów i waży ponad 100 kilogramów, nie może czuć się dobrze. Latem nie mogłam chodzić w spódnicy, bo uda ocierały się o siebie i miałam rany, byłam cały czas spocona, zmęczona. Nie miałam siły podbiec do autobusu, byłam senna, sexy bielizna w numerze 54 czy 56 była nie do zdobycia, a poza tym wydawało mi się, że wyglądałabym w tym groteskowo. I ktoś mi mówi, że dobrze się z tym czuję?! Być może to przepracował i zaakceptował siebie, ale nie wierzę, że mu z tym dobrze.

Monika, ale ty ułożyłaś sobie życie pomimo nadwagi. Wyszłaś za mąż.

Ale męża poznałam, ważąc 78 kilogramów, bo akurat byłam na jednej z diet. On mnie taką poznał. Pamiętam czas zakochania, euforii... Nie wtajemniczałam go, jak funkcjonuję, z czym na co dzień walczę. Nie mogę powiedzieć, że zataiłam to przed nim, ale to nie był temat, którym się chciałam na starcie pochwalić. Oczywiście dręczyły mnie myśli typu: „Jak będzie wyglądała nasza relacja, gdy zacznę tyć?". I zaczęłam tyć. Po kilku miesiącach, gdy zaszłam w ciążę. Po porodzie ważyłam 111 kilogramów. W jednej i w drugiej ciąży przytyłam 40. Tak zareagował mój organizm.

Co na to mąż?

Nigdy mi nie powiedział: „Wiesz, gdy się poznaliśmy, inaczej wyglądałaś. Zrób coś z tym". Za to zdarzało się, że usłyszałam: „Nie, tego tortu nie będziemy kupować, chodźmy lepiej na spacer". Gdyby ktokolwiek inny mi to powiedział, może oprócz moich rodziców i przyjaciółki, to pewnie bym się usztywniła. Na niego byłam otwarta. Ufałam mu.

Kiedy, pod wpływem czego, w tobie, nie w rodzicach, zakiełkowała myśl, że czas zacząć się odchudzać?

W trzeciej klasie podstawówki nasza nauczycielka WF-u wymyśliła wiszenie na drabinkach do góry nogami. Dla mnie to były bóle brzucha, omdlenia, niesłychanie wielki stres, bo to wszystko odbywało się na forum klasy. Czułam się sponiewierana. W głowie mi dudniło: „Gdybym nie miała tego brzucha, to byłoby mi łatwiej. Muszę coś z tym zrobić".

I zawsze pojawiał się efekt jo-jo?

Zawsze.

Co się czuje, gdy podejmuje się to wyzwanie, mobilizuje się wszystkie siły fizyczne i psychiczne, zawiesza normalne funkcjonowanie, czasem głoduje, wreszcie chudnie, a potem kilogramy wracają?

Z perspektywy czasu widzę, że dla mnie najgorsze nie były diety, chociaż czasem sięgałam po drastyczne środki, ani głód, ani mordercze ćwiczenia, ani płukanie okrężnicy, ani środki na pobudzenie biegunki, bo ja jestem uparta cholera, gdy mam swój cel, to mam swój cel. Zawsze wiedziałam, że ja to przetrwam, zamknę się w tym swoim świecie i przetrwam. Najgorsza była właśnie psychiczna konsekwencja efektu jo-jo. Wyobraź sobie, że masz sukces, konsumujesz go, kupujesz sobie tę wymarzoną kieckę, znajomi klepią cię po ramieniu, inni patrzą na ciebie i mówią: „O, jak się na twarzy zmieniłaś", zaczyna ci pasować ta fryzura, o której zawsze marzyłaś, i w końcu wkładasz tę seksowną bieliznę i biegniesz do autobusu pół kilometra bez zadyszki, czyli już masz to, czego nie miałaś przez mordęgę otyłości, i w pewnym momencie dochodzi do głosu twój organizm i mówi ci tak: „OK, ty rządziłaś mną przez ostatnie miesiące, zrobiłaś mi to, co zrobiłaś, to teraz piłeczka jest po mojej stronie". I zaczyna się bronić - magazynować, tyć ze wszystkiego, bo wie, że musi się przygotować na kolejną sytuację kryzysową, którą być może mu za chwilę zafundujesz.

I co się dzieje?

Masz takie poczucie jakby twoja głowa i psychika były oderwane od ciała. Wydaje ci się, że wszystko kontrolujesz, przecież nadal trzymasz się zasad, przestałaś się już odchudzać, ale nie na tyle, żeby od razu tyć, jednak nie masz już na to żadnego wpływu. Czujesz, że twój organizm to jest rozpędzony pociąg, który mknie po kilogramy w górę, a ty nie możesz tego zatrzymać. Masakra. I nagle znowu widzisz współczujące spojrzenia znajomych, którzy mówią: „Nie martw się, wymyślisz kolejną dietę". Wciągasz na siebie tę sexy bieliznę czy nowe dżinsy, a to już nie pasuje, bliscy przypominają: „Tłumaczyłam ci: po cholerę to znowu robisz?!".

Długo się zbierałaś? Ile czasu zwykle mijało do następnego razu?

To była kwestia kilku miesięcy, czasami lat. Po urodzeniu drugiego dziecka znowu miałam 40 kilogramów więcej. Nie folgowałam sobie, nie było tak, że codziennie jadłam lody. Tak zareagował mój organizm. I chociaż bardzo chciałam karmić piersią, myślałam tylko o odchudzaniu, i w efekcie nie miałam pokarmu. Ale przeczuwałam, że w końcu coś wymyślę i po raz ostatni w życiu zacznę się odchudzać.

Czułaś, że istnieje jakiś sposób?

Tak, ale nie mogłam się do tego zabrać. Wiedziałam, że decydując się na kolejną dietę, będę musiała się przygotować na kolejną walkę, tonę wyrzeczeń! A kto lubi przygotowania do czegoś takiego?

Czy odchudzając się na tyle sposobów, nie popsułaś sobie zdrowia?

Nie, prócz jednego razu. Obsesyjnie obliczałam kalorie. Jedzenie już nie było przyjemnością, zmieniło się w czystą matematykę. Liczyłam nawet, ile cytryny dodałam do wody. No i wtedy nie wiedziałam, co to jest „efekt plateau" i że waga kiedyś może się zatrzymać.

Więc gdy jedna z pań dietetyczek rozpisała mi dietę na 1500 kilokalorii i przestałam chudnąć, to uznałam, że będę mniej jadła i więcej ćwiczyła. Tak doprowadziłam do sytuacji, w której dostarczałam organizmowi 200 kilokalorii dziennie. Nie miałam siły wejść po schodach na pierwsze piętro. Zaczęły się problemy z koncentracją, miesiączka się zatrzymała na ponad pół roku. Pamiętam słowa mojego ginekologa: „Rozumiem, że podjęła pani decyzję, że nie chce mieć pani dzieci w życiu". To było jak kubeł zimnej wody dla młodego człowieka, bo „co to ma wspólnego?". Porządnie przestraszyłam się, gdy odkryłam, że zaczynam tracić pamięć, na trzy miesiące przed maturą. O godzinie 18 nie byłam w stanie powiedzieć, co robiłam tego samego dnia rano. Tak miałam wyniszczony organizm - niedożywiony, wypłowiały.

A efekt na wadze?

Nie pamiętam dokładnie, ale każde moje odchudzanie kończyło się na 83 kilogramach.

Katowałaś się.

Kobiety potrafią być wobec siebie bardzo restrykcyjne. Gdy założyłam sobie, ile dziennie mam chudnąć - o zgrozo, nadal funkcjonują takie gabinety, w których dietetycy określają, ile dekagramów dziennie powinno się schudnąć! - to gdy zważyłam się wieczorem i okazało się, że tyle nie schudłam, stosowałam kary wobec siebie w kolejne dni. Albo totalna głodówka, albo morderczy trening. Za wszelką cenę chciałam udowodnić, że to ja panuję nad organizmem, a nie na odwrót. Nieustająca walka.

Czy ta walka, nieważne, czy zwieńczona sukcesem, tylko cię osłabiała, czy może przy okazji psychicznie się hartowałaś?

Przez długie lata myślałam, że moja przeszłość to pasmo porażek. Teraz wiem, że jestem tym, kim jestem dzięki swojej przeszłości, która dała mi też siłę i mądrość. Moje wszystkie porażki plus szkolenia, kursy z psychodietetyki, wiele szkoleń z rozwoju osobistego pozwoliły mi zrozumieć, że odchudzanie zaczyna się w głowie!

Ale nie chodzi o zdolności matematyczne?

Skupianie się na liczeniu kalorii to droga donikąd. Zanim zaczniesz odchudzać swoje ciało, musisz zacząć odchudzać swoją psychikę. Powinnaś wiedzieć, że będziesz umiała wspierać samą siebie, że nie będziesz swoim wrogiem.

Co było przełomem? Doświadczyłaś jakiegoś oświecenia czy traumy?

Była i trauma. W noc sylwestrową. Wyobraź sobie, że jedziesz nad morze, na wspaniały bal, do pięknego hotelu, z przyjaciółmi. Wszystko fantastycznie. Szykujesz się, chcesz być naj, naj i jeszcze raz naj. I czułam się całkiem fajnie. Do pewnego momentu. Moja przyjaciółka, która nie widziała mnie kilka miesięcy, pudrując sobie nosek w hotelowym pokoju, popatrzyła na mnie w lustrze i powiedziała: „Moniś, ale ty znowu przytyłaś". Zwrot „znowu przytyłaś" słyszę do dzisiaj. Mnie to sparaliżowało. Nie dość, że „przytyłaś", to „znowu"!

I przyjaciółka. Ale kto, jak nie ona z drugiej strony?

Myślę, że tylko bliskim pozwala się na to, żeby powalili nas na podłogę, przejechali traktorem tam i z powrotem, otrzepali i znowu postawili do pionu. „Słuchaj, Moniś, a pamiętasz, jak kiedyś tam schudłaś i przyjechałaś na tę imprezę, tańczyłyśmy do białego rana, ty byłaś w szpilkach i nogi ci nie puchły, a dziś już mówisz, że masz spuchnięte kostki. A pamiętasz tego faceta... Darek do dzisiaj wspomina, jak on na ciebie patrzył! Przecież ty byłaś królową wieczoru". Tego było za wiele. Dla mnie wieczór się skończył. Ale decyzja zapadła. Wiedziałam, że muszę coś zrobić. Tylko jak?

No właśnie, skąd wiedziałaś jak?

Nie wiedziałam jak! Ale pomyślałam, że dam sobie szansę. Wprowadzę jakieś modyfikacje i zmiany w sposobie życia. Drobne i powoli, żeby siebie nie męczyć, żeby w tym całym procesie poczuć się szczęśliwą. Przeanalizowałam to wszystko, co było już za mną. Doszłam do wniosku, że jeżeli skorzystam z jakiejkolwiek diety - cud, białkowej, kapuścianej itp. - z której wcześniej korzystałam, to nie będzie efektów, to musi być coś zupełnie innego. Teraz ja miałam być ważna - jako człowiek, jako kobieta, która ma w sobie jakieś uczucia, potrzeby, pragnienia, nie wyobrażałam sobie, by kolejny raz wejść w kierat nakazów i zakazów.

Jednak zaczęłam od rzeczy bardzo trudnej. Pogadałam z lustrem. Osoby otyłe nie lubią luster. Często korzystają z małych lusterek, żeby widzieć tylko twarz, żeby ciała nie oglądać. I ryczałam, bo lustro obnażało moją porażkę. Zadałam sobie pytanie - czego w tym procesie absolutnie bym nie chciała po raz kolejny doświadczyć. I odpowiedziałam sobie: nie chcę być głodna, nie chcę liczyć kalorii, nie chcę na starcie karkołomnie ćwiczyć z żadnymi paniami z płyt CD, nie chcę używać tabletek na odchudzanie, suplementów, wspomagaczy, bo wiedziałam, że jeśli je odstawię, to zacznę tyć. Chciałam, żeby to było zdrowe i na miarę moich możliwości - kobiety, która ma dom, pracę, męża, dzieci. Zdroworozsądkowe.

Potem zrobiłam badania lekarskie, czego nigdy wcześniej nie robiłam. Okazało się, że otłuszczenie mojej wątroby jest masakryczne, że jestem o krok od cukrzycy, nadciśnienia - od tych wszystkich chorób metabolicznych, które towarzyszą otyłości. I to był też duży wstrząs. Wszystko zaczęłam sobie łączyć, chodziłam od lekarza do lekarza, ale nie zdecydowałam się na żadnego dietetyka. Mówiono mi: „Jeśli chce pani schudnąć, to proszę sobie wybrać jakąś dietę", a ja nie chciałam być głodna, chciałam jeść to, co lubię, tyle, ile chcę, wtedy, kiedy chcę. Pukali się w głowę: „To jest niemożliwe".

Ale ty znalazłaś sposób. Postawiłaś na zupy. Aż trudno uwierzyć, że to takie proste.

Nie od razu. Szukałam odpowiedzi na pytanie: „Co zrobić, żeby organizm sam zaczął chudnąć, nie za pomocą tabletek?". „Pobudź metabolizm, bo prawdopodobnie masz spowolniony", myślę. A że ja przez 10 lat pracowałam na rynku SPA, uczyłam zabiegów kosmetycznych, masaży, już wiedziałam, że zanim zaczniesz nawilżać czy działać antycellulitowo, przeciwstarzeniowo etc., to musisz poddać się zabiegom oczyszczającym. Żeby mieć dobry grunt. Z organizmem jest tak samo. Różni ludzie polecali mi różne specyfiki. Ja jednak chciałam naturalnie. Postanowiłam jeść najlżejsze dla organizmu produkty, ale bogate w wartości odżywcze i właśnie oczyszczające. Doszłam do tego, że to musi być zupa. I potem zgłębiałam temat, jak zdrowo gotować zupę, ile jej jeść etc.

Zostałaś królową zup! To twoja autorska metoda?

Tak. Gdy zaczęłam to wymyślać, to się nie nazywało programem „Przemian wg Moniki Honory", podzielonym na etapy itd. Byłam dla siebie królikiem doświadczalnym. Uczyłam się na błędach. Co ważne, pierwszy dzień odchudzania musi być pierwszym dniem dbania o ciało, żeby nie było wisiorów. (śmiech) Od początku też bardzo zaczęłam dbać o swoją kondycję psychiczną. Chciałam być przygotowana na wszystkie trudności: co zrobię, gdy waga się zatrzyma, jak się będę wspierać, gdy stracę motywację, kto mnie będzie wspierać, po jakie narzędzia sięgnę.

Nie kryję, że byłam bardzo na sobie skupiona. Mój mąż, moja mama, tata przejęli część moich obowiązków. Bo bywało, że pięć, sześć godzin dziennie poświęcałam na przykład na czytanie, porównywanie. Ile to było konsultacji, surfowania w internecie! Pochłaniałam wiedzę.

Nie miałaś poczucia, że im więcej czytasz, tym mniej wiesz?

Po nitce do kłębka, niektóre wątki, teorie odkładałam na bok, potem do nich wracałam. Od zawsze interesowały mnie tajniki ludzkiego organizmu, nawet chciałam studiować medycynę.

W końcu puzzle zaczęły do siebie pasować?

Płynął czas, ja już te zupy zaczęłam ze smakiem jeść i przychodziły efekty. Zaczęło się zmieniać moje życie, mój kręgosłup moralny, moje relacje z ludźmi, stosunek do rodziny, tematy, które z nimi poruszałam. Inaczej spojrzałam na dzieci. Zobaczyłam, jak ważne jest, by wzmacniać ich dobre strony, uczyć pracy nad słabymi. Mój synek, lat siedem, nie pamięta mnie otyłej i potrafi mi powiedzieć: „Mamo, widziałem dziś na ulicy taką panią, która wyglądała, jakby zup nie jadła". (śmiech) Zależy mi, żeby pokazać dzieciom, że jeżeli kiedykolwiek w swoim życiu napotkają na coś, co będzie ich kulą u nogi, zmorą życiową, przez co będą notorycznie upadać, to nigdy, przenigdy nie mogą przejść nad tym do porządku dziennego, pozwolić na to, ulec, powiedzieć „OK, już tak będzie". Nie wolno skazywać się na życie w poczuciu porażki. Bo mamy tylko jedno życie. To nie jest jakiś test czy próba generalna.

To, co dzieli twoje teraźniejsze życie od tamtego, to głęboka przepaść. Różnica w wyglądzie jest kolosalna. Schudłaś 40 kilogramów w ciągu 10 miesięcy. Można powiedzieć, że to jest nic w obliczu tego, jak długo byłaś otyła.

Tak, jednak psychikę odchudzałam znacznie dłużej. Był taki moment, że już schudłam, ale złapałam jakieś przeziębienie, w wyniku czego schudłam nadprogramowo cztery kilogramy. Gdy stanęłam na wadze, poczułam to coś. To jest wyrzut adrenaliny. Każda otyła osoba to zna: „Waga znowu idzie w dół!". A za sobą przecież mamy tę przeszłość, kiedy nie mogłyśmy schudnąć. I zaczynamy się uzależniać od poczucia sukcesu i coraz niższej cyfry na wadze. Więc wtedy satysfakcja mnie rozpierała, choć jak spojrzałam w lustro, to wyglądałam jak bieda z nędzą. Pamiętam: do łazienki wchodzi mój mąż. Zobaczył to minus cztery, spojrzał na mnie i zadał mi jedno pytanie: „Czy jesteś przekonana, że to jest ta droga, którą chcesz iść?". Omal nie przekroczyłam granicy, za którą mogłam się zatracić i efekt jo-jo byłby murowany. Ważę 63-65 kilogramów. Nie mogę ważyć mniej, bo nie wiem, jak się zachowa moja psychika.

Masz pewność, że schudłaś skutecznie? Czy to nie jest tak, przepraszam za porównanie, jak z trzeźwym alkoholikiem?

Trochę tak jest. Otyłość jest też chorobą psychiczną. Jedzenie może być uzależniające tak samo jak alkohol, papierosy czy narkotyki, hazard. Ale dla osób otyłych jest dużo mniej terapii. Wiem, że już zawsze muszę być czujna i uważna. Ale teraz nie boję się efektu jo-jo, czuję szacunek i respekt dla organizmu i jego potrzeb. Potrafię o niego zadbać.

Od trzech lat pomagasz innym, dzieląc się swoim doświadczeniem. Tak samo skutecznie jak sobie?

Niech przemówią liczby. Do dziś schudło ze mną około 30 tys. osób. W samej grupie na FB w zeszłym roku zgubiliśmy 58 ton. Mogłam to schować do ciemnej szuflady i powiedzieć: „Schudłam, bo schudłam". Ale nie chciałam, wtedy chyba nie mogłabym spać, bo wiem, jak ludzie cierpią. Po jakiejś konferencji zaczepiła mnie jedna z uczestniczek: „A ja schudłam 55 kilogramów i się tak tym nie chwalę jak pani", na co ja: „I to jest błąd, bo opowiadając, może by pani kogoś uratowała". Ludzie się identyfikują z tym, co piszę, mówię: „Słucham cię, jakbym słuchała siebie". Opowiadanie o genezie mojego programu „Przemian..." jest moją pasją, która z czasem stała się też pracą. Stałam się ekspertem do spraw holistycznego odchudzania.

Twoje zupy są czasem tłuste - mają i mięso, i masło, i śmietanę, czasem węglowodany. Idziesz trochę pod prąd mód i trendów żywieniowych.

Tak, niektórzy się buntują. Ale nie można mówić ludziom, że mają w jednej chwili zrezygnować ze wszystkiego, co lubią, co im sprawia przyjemność. Ja na jednej szali stawiam wiedzę o zdrowym odżywianiu, na drugiej - naszą tradycję, pokusy, smaki, słabości, nawyki. I staram się to zbalansować. Mówię: „Lubisz ryż, OK, zjedz go czasem, ale może częściej brązowy". Mój mąż mi oznajmił: „Ja się poddam wszystkiemu, ale golonka musi być". I była golonka. Nie upieczona, ale ugotowana w rosole, bez skóry, mniejszy kawałek... Zatem wilk był syty i owca cała.

Nie obawiasz się, że otyłość może być dziedziczna i twoje dzieci mogą wpaść w te same sidła?

Pewnie, że tak. Jestem wyczulona na tym punkcie. I bardzo się staram przemycać w domu zdrowe zachowania.

Przemycać? Nie chcesz być ani matematyczką, ani policjantem?

Chcę swoje dzieci nauczyć uwagi i czujności. To nie oznacza, że nie zjemy nic słodkiego, ale jeśli się zdarzy, to przez następne trzy dni mamy post od słodyczy. Stawiam proste pytanie: chcesz tylko zagłuszyć swój głód, czy chcesz się odżywiać?

Na swojej stronie internetowej zamieściłaś filmik, na którym przyjaciółka cię nie poznała po tym, jak schudłaś.

To ta sama, która zrobiła mi wykład w noc sylwestrową. (śmiech) Odstrzeliłam się. Ona oniemiała. Powiedziała, że tylko spojrzenie i głos zostały te same. Nawet mój uśmiech się zmienił. (śmiech)

Zdjęcia: Jacek Piątek
Stylizacja: Joanna Burczyńska
Makijaż i fryzury: Zosia Gil-Wąsowicz
Produkcja: Kamila Morgisz i Magda Byczewska
Za udostępnienie wnętrz dziękujemy restauracji DOM, ul. L. Mierosławskiego 12 w Warszawie.

Wideo

Poznaj historię miłości Agnieszki Woźniak-Starak i jej męża Piotra!

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Blanka Lipińska  o swojej misji, seksualnych preferencjach i związku, Andrzej Chyra o ojcostwie po 50-tce i Roksana Węgiel o zwycięstwie w Eurowizji Junior i cenie sławy.