Maria Sadowska
Fot. Bartek Wieczorek
#czytajdlaprzyjemności

Maria Sadowska szczerze o solidarności wśród kobiet i o tym, co będzie, jeśli nie będziemy razem działać

„Jak się wychylasz, to czasem musisz dostać po głowie. Ale co tam!”

Magda Żakowska 29 lipca 2019 15:39
Maria Sadowska
Fot. Bartek Wieczorek

Maria Sadowska od lat łączy kulturę wysoką i rozrywkową – choć sama przyznaje, że nie cierpi tego rozgraniczenia: „Mam szacunek zarówno dla sztuki popularnej i masowej, jak i tej trudnej, elitarnej, „wysokiej” czy „alternatywnej”. (…) Przez długi czas siedziałam w podziemiu, w muzyce klubowej, jazzowej. Teraz wypłynęłam po prostu na szersze wody i dzięki temu mam większą szansę mówić o rzeczach dla mnie ważnych. Mam szansę być usłyszana” – mówi w wywiadzie dla URODY ŻYCIA. Pytamy ją nie tylko o film i muzykę, ale przede wszystkim o ulubione książki. 

Magdalena Żakowska, „Uroda Życia” Co teraz czytasz?

Maria Sadowska: „Nieistotne wizerunki”, opowiadania Paola Sorrentina. Krótkie formy czytam zupełnie inaczej niż powieści, lubię je sobie dawkować. A w przerwach słucham audiobooków. Sama zamierzam wkrótce wyreżyserować słuchowisko, którego podstawą będzie tekst Łukasza Orbitowskiego – współczesna wersja „Przeminęło z wiatrem”. A w planach mam także adaptację na słuchowisko monodramu „Wanda” Wiesławy Sujkowskiej o Wandzie Rutkiewicz, który dla teatru wyreżyserowałam wspólnie z Joanną Grabowiecką.

A powieści?

Przeczytałam niedawno „Vox” Christiny Dalcher. To taka feministyczna dystopia o świecie rządzonym przez mężczyzn, w którym kobiety mogą wypowiedzieć tylko sto słów dziennie. Świetny pomysł, świetna fabuła, ale najbardziej dała mi w tej książce do myślenia postać głównej bohaterki, kobiety, która nigdy w życiu nie interesowała się polityką, nie głosowała i nagle obudziła się w takim świecie. W dużej mierze właśnie ta książka uruchomiła mnie do tego, że trzeba działać. Może dlatego w kwietniu postanowiłam wyrazić swoją niezgodę na falę hejtu, która dotknęła środowisko nauczycieli, i zorganizować koncert.

Mam wrażenie, że książki mają coraz mniejszy wpływ na nasze życie. Ich rolę przejęła sieć. Tam jest wszystko. Marnujemy czas, przesuwając palcem obrazki.

Nie umiałabym żyć bez książek. I jak widzisz, mają one wpływ na moje życie. „Vox” to taka książka, która być może nie jest literaturą z najwyższej półki, ale ma siłę przekonywania, pokazuje, że warto walczyć o to, co dla nas ważne. I o to, jaki świat zostawimy swoim dzieciom. Główna bohaterka ma córkę, która od urodzenia wychowywała się w świecie, w którym nie ma prawa głosu, a każde słowo musi ważyć. I przyjmuje ten świat jako jedyny możliwy. To budzi refleksję. Ja chcę Polski z dobrą edukacją dla moich dzieci, z nauczycielami, którzy nie muszą walczyć o godność. Wiem, co mówię, bo moja teściowa jest nauczycielką w małej miejscowości na Suwalszczyźnie. Dziadek i wuj mojego męża też byli nauczycielami.

Maria Sadowska
Fot. Bartek Wieczorek

Zaangażowana, na przykład w prawa kobiet, jesteś od dawna. Śpiewasz na każdej Manifie.

Jasne. Ale co innego jest wpaść i zaśpiewać, a co innego zorganizować coś od początku do końca. Kilka miesięcy temu zaangażowałam się w walkę o prawa autorskie artystów w internecie. Razem z grupą artystów pojechaliśmy do Strasburga, aby przekonać do tej dyrektywy europosłów. Wygraliśmy, ale spadła na nas wtedy fala hejtu ze strony internautów. Kosztowało mnie to bardzo dużo nerwów. Zaangażowanie w jakąś sprawę zawsze generuje emocje i stresy. W pewnym momencie zastanawiałam się, czy to jest warte tej ceny, czy nie lepiej zająć się sobą, dziećmi i domem? Ale to taki kryzys, który każdy z nas musi przejść. Bo odpowiedź brzmi: tak, walka o swoje prawa jest tej ceny warta. Jeśli nie zawalczymy o nie, to obudzimy się w świecie bohaterki książki „Vox” albo w stanie Alabama, gdzie właśnie wprowadzono całkowity zakaz aborcji, nawet w przypadku gwałtu. I kiedy organizowałam koncert dla nauczycieli, nie miałam już tych wątpliwości. Wiedziałam, co mnie czeka i byłam na to gotowa. Jak się wychylasz, to czasem musisz dostać po głowie. Co tam! Dziś wiem już, że chcę zmieniać świat. Nie tylko swoją muzyką, filmami, ale też działaniem.

Dziś już się nie zastanawiasz?

Absolutnie nie. Przeciwnie – jestem dumna z tego, co udało nam się zrobić. Koncert dla nauczycieli to było piękne przeżycie. Bardzo pomogła nam warszawska młodzież. Co ciekawe, w organizację tego koncertu zaangażowały się niemal głównie dziewczyny. Przez pięć dni przed nim nie jadłyśmy, nie spałyśmy, nie wiedziałyśmy, co się wokół dzieje. A potem, już po, usiadłyśmy, popatrzyłyśmy na siebie i uświadomiłyśmy sobie, jaką moc ma solidarność kobiet.

Solidarność kobiet to coś, czego się ciągle jeszcze uczymy.

Nasze pokolenie tak, ale dla mojej córki to już coś naturalnego. Wracając do literatury – czego my się w dzieciństwie uczyłyśmy o kobietach z bajek? Że matka zabija córkę, bo ta jest od niej ładniejsza, że siostry się nienawidzą, bo wszystkie startują do jednego księcia. Taką wizję relacji między kobietami czerpałyśmy z literatury.

Chcesz powiedzieć, że dobierasz córce odpowiednie pod tym względem książki?

Nie jestem w tym nachalna, chociaż rzeczywiście jestem wyczulona na książki, które zajeżdżają ramotą systemową i patriarchatem. Ale moja córka też to czuje. Nie podobają jej się te wszystkie stare bajki. W jej pokoleniu dużą rolę odgrywają też filmy. My się wychowałyśmy na książkach i słuchowiskach z winylowych płyt, ona na książkach, audiobookach, ale też bajkach Pixar. Merida Waleczna, szkocka rudowłosa księżniczka, która jest łuczniczką i ma gdzieś zaloty księcia, jest dla mojej córki dużo ważniejszą postacią niż wszystkie bohaterki Andersena i braci Grimm razem wzięte. Czytamy też „Opowieści na dobranoc dla młodych buntowniczek”, gdzie opisane są historie niezwykłych, zdolnych i niepokornych kobiet, „Jej historię” o 50 kobietach i dziewczynach, które zadziwiły świat, i fantastyczną „Różową czapeczkę” o tym, jak ważna jest walka o własne przekonania.

Indoktrynacja?

Afirmacja kobiet. Lila te książki uwielbia. A kiedy czyta o superbohaterach, z których tylko jeden na sześciu jest dziewczynką, jest autentycznie oburzona. Świadomie i całkiem naturalnie używa też żeńskich końcówek. Kiedy bawimy się w piratów, a ja rzucam do niej „Ahoj, kapitanie!”, natychmiast mnie poprawia, bo ona jest kapitanką.

Odrzuciłyście cały kanon literatury dziecięcej?

No coś ty! Teraz słuchamy na przykład genialnego słuchowiska na podstawie „Braci Lwie Serce”, kochamy „Ronję, córkę zbójnika” i w ogóle wszystkie książki Astrid Lindgren. To była prawdziwa prekursorka feminizmu w literaturze dziecięcej. Zarówno „Pippi Langstrumpf”, jak i „Dzieci z Bullerbyn” to książki, które traktują dziewczynki na równi z chłopcami. Lindgren nie narzuca dzieciom żadnych ról, traktuje je wszystkie na równi. I właśnie tego szukam w literaturze dziecięcej.

Pamiętasz pierwszą książkę, która w tobie uruchomiła temat kobiet równouprawnienia?

Nie pamiętam jednego tytułu, ale od dzieciństwa czułam, że coś w tych bajkach nie gra. I dość szybko poczułam taką przekorną potrzebę, żeby to zmieniać. Od czasów szkoły filmowej byłam jedyną reżyserką, która robi filmy tylko o dziewczynach. Zawsze mnie interesowało, co będzie, jeśli dziewczyna znajdzie się w sytuacji, w której do tej pory reżyserzy stawiali mężczyznę.

Pamiętam, jak na studiach przerobiłaś fragment scenariusza „Egoistów” Przemka Nowakowskiego, który nie wszedł do filmu Trelińskiego. To była historia chłopaka, który obudził się rano po imprezie i nic nie pamiętał. Ty zrobiłaś z niego dziewczynę.

I tak powstał „Non stop kolor”, jeden z moich pierwszych krótkich metraży.

Zawsze czytałaś tak dużo jak dziś?

Miałam 13 lat, kiedy zostałam wokalistką zespołu Tęcza, który występował w telewizyjnym programie „Tęczowy Music Box”. Byłam dziecięcą gwiazdą, dostawałam worki listów, ale w szkole byłam z tego powodu prześladowana – taka dziecięca zazdrość. Praktycznie nikt mnie nie lubił, a w związku z tym spędzałam mnóstwo czasu w szkolnej bibliotece. Chowałam się tam przed korytarzowym wyszydzaniem. A wakacje spędzałam z kolei w Norwegii, gdzie moi rodzice zarabiali, koncertując. W obcym kraju, bez języka, jedynaczka z rodzicami, którzy byli cały czas w pracy. Książki były moimi najlepszymi przyjaciółmi.

Jesteśmy chyba ostatnim pokoleniem, które może powiedzieć, że książka to przyjaciółka. Nie sądzisz?

Oby tak się nie stało. Nie bądźmy malkontentkami.

Co wtedy czytałaś?

Jedną z pierwszych książek, która była dla mnie naprawdę ważna było „Serce” De Amicisa, o tym, że sztuką można zmieniać świat. Kochałam „Niekończącą się historię” Michaela Endego, gdzie królową magicznej krainy była Dziecięca Cesarzowa, dziewczynka, która rządziła za pomocą dobra, prawdy i równowagi. I oczywiście „Pana Samochodzika” Zbigniewa Nienackiego. Do dziś, chociaż wiem, że Nienacki był pisarzem komunistycznym, mam do niego słabość i wracam do jego książek, jak mi smutno. „Pan Samochodzik” przypomina mi cudowny zapach lata w PRL. Dzieciństwa.

Jak myślisz, co takiego jest w książkach, że potrafią wyciągnąć nas ze smutku?

Nie wiem. Chyba po prostu opowieść ma taką moc. Od zawsze szanuję swoją wyobraźnię i dbam o jej rozwój – a to daje właśnie czytanie. Życie, które toczy się w naszej wyobraźni, jest światem równoległym, dla mnie absolutnie równoważnym dla rzeczywistości. Ludzie często zarzucają mi, że jestem nieprzytomna. Fakt, czasem się zawieszam, bujam w obłokach, ale to jest takie przyjemne. Kocham filmy, ale mało który film daje mi takie poczucie wejścia w inny świat, jak książki. Jestem też graczem komputerowym...

Napisałaś nawet o tym felieton do „Urody Życia”!

W grach, tak jak w książkach, fascynują mnie fabuły. W „Detroit Become Human” jesteś androidem, który zaczyna odczuwać ludzkie emocje. Stajesz na czele rewolucji robotów, która może doprowadzić do wielkiej wojny z ludźmi, albo możesz jej zapobiec. To zabawa z wyobraźnią, ucieczka w przygodę, której coraz bardziej brakuje mi w kinie. Musisz dokonywać jakichś wyborów, także moralnych, podejmować decyzje, które zadecydują o twoich losach. To bardzo wciąga. Poza tym gry to mój wspólny świat z synem. Ostatnio gramy w „Zeldę”, opartą na japońskich legendach.

Fot. Bartek Wieczorek

W literaturze, w kinie i w grach interesują cię te same gatunki?

Nie. Kocham filmy science-fiction, ale książki już nie. Stanisław Lem jest fantastyczny, bardzo podobają mi się książki „Metro 2033” i „Futu.re” Dmitra Glukhovsky’ego, ale Philipa K. Dicka wolę oglądać, niż czytać i tak jest z większością autorów science-fiction. Czytam dużo poezji. Ewa Lipska to moja number one! Nagrałam płytę z tekstami Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, którą niesłusznie uważano za poetkę dla podlotków. Chociaż rzeczywiście byłam podlotkiem, kiedy zachwyciłam się jej wierszami. Ale z czasem widzę w nich i rozumiem z nich coraz więcej. To wielka poezja o poważnym ciężarze gatunkowym. Pracuję teraz nad inscenizacją dramatu Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej „Baba-Dziwo”. To niezwykle współczesna sztuka w nurcie #MeToo o tym, jak młode kobiety są zaganiane do obozów i zmuszane do rodzenia dzieci na potrzeby państwa totalitarnego rządzonego przez kobietę, która nienawidzi kobiet.

Im dłużej rozmawiamy, tym bardziej jestem pod wrażeniem tego, ile ty czytasz! Skąd bierzesz na to czas?

Mało śpię, szkoda mi na to czasu. Zimą nocami więcej gram, latem więcej czytam. Relaks to dla mnie oznacza: leżeć na słońcu i czytać książkę. Wszystko Donny Tartt, „Kirke” Madeline Miller, „Rój” Laline Paull – to moje ostatnie książkowe fascynacje.

Książki kobiet o kobietach.

Ale to nie jest mój plan. Tytuły wybieram pod wpływem recenzji, często czysto intuicyjnie albo dlatego, że wydają mi się ciekawym materiałem na film.

Masz taką książkę marzenie, którą chciałabyś zekranizować?

„Hardą” Elżbiety Cherezińskiej o córce Mieszka I, siostrze Bolesława Chrobrego, królowej Szwecji i Danii. Marzę o tym, że przywrócić w Polsce pamięć o niej. Ale chciałabym też zrobić film o Magdalenie Samozwaniec, pisarce, satyryczce, siostrze Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. Na mojej liście są też Wanda Rutkiewicz, Pola Negri, Kora, Simona Kossak...

Poczet kobiet polskich?

Czemu nie? Jest tyle wspaniałych kobiet, których historie były przez lata spychane na margines. Ale teraz akurat robię film dla dzieci. To historia 10-letniej Igi, która chce być superbohaterką. Nie jest najpiękniejsza, nie jest najchudsza, jest daleka od ideału, ale marzy o supermocach. W wyobraźni je ma, ale w życiu przekonuje się, że te supermoce są zupełnie gdzie indziej. Ale bez spoilerów!

Z jednej strony książki, poezja, film, teatr, kultura wysoka, a z drugiej – reality show „Agent – gwiazdy 4”. Jak to godzisz?

Pamiętaj, że wychowałam się w rodzinie estradowców. Dla mnie słowo rozrywka nie jest pejoratywne. Jako mała dziewczynka siedziałam na kolanach u największych polskich showmanów – od Andrzeja Zauchy po Andrzeja Rosiewicza. Można mówić, że Rosiewicz jest komercyjny, ale dla mnie był prekursorem stand-upu w Polsce. Z mamą jeździłam w trasę z „Podwieczorkiem przy mikrofonie”, gdzie w programie byli: piosenkarka, skąpo ubrana tancerka, kabareciarz i sztukmistrz. Stąd mój ogromny sentyment do rozrywki i estrady. Mam szacunek zarówno dla sztuki popularnej i masowej, jak i tej trudnej, elitarnej, „wysokiej” czy „alternatywnej”. Nie znoszę, zresztą, tych rozgraniczeń. Przez długi czas siedziałam w podziemiu, w muzyce klubowej, jazzowej. Teraz wypłynęłam po prostu na szersze wody i dzięki temu mam większą szansę mówić o rzeczach dla mnie ważnych. Mam szansę być usłyszana.

Ale miłość do książek też wyniosłaś z domu.

Jasne, u nas zawsze się dużo czytało. I miałam też w dzieciństwie rewers estrady – rodzice często zostawiali mnie na wakacje na wsi u mojego ojca chrzestnego Jerzego Czuraja, malarza, muzyka, performera, który skupiał wokół siebie cyganerię artystyczną. Tam się siedziało godzinami i dyskutowało o sztuce i filozofii. Albo: rozbieramy się, malujemy farbami i przytulamy się nocą do drzew. Prawdziwi polscy hippisi lat 80. I to też mnie, małą dziewczynkę, totalnie fascynowało. Był taki moment, że chciałam ukryć tę estradową część siebie, być tylko „na poważnie”, w offie i alternatywie. Mój ukochany nurt w muzyce nu jazz był tak offowy, że praktycznie upadł. Wszystko powyżej małego zadymionego klubu wydawało mi się zbyt mainstreamowe. Ale dziś uważam, że ta różnorodność jest moją zaletą. Mój pierwszy film fabularny, „Dzień kobiet”, był jeszcze w tym duchu niszowo-rebelianckim. Ale „Sztuka kochania” już nie. I strasznie mi się spodobało to, że mogę wejść z widzami w głębszy dialog, że mój film ma realny odzew, że obejrzała go spora część naszego społeczeństwa. Właśnie nagrywam swoją pierwszą popową płytę. To nie jest koniunkturalna decyzja, mam z czego żyć, ale dojrzałam do tego, żeby powiedzieć coś dla mnie ważnego w łatwiejszy sposób. Po raz pierwszy też zdecydowałam się na zatrudnienie producenta. Do tej pory produkowałam swoje płyty sama.

I co się zmieniło?

Poczułam, że nie nadążam już za tym, co się dzieje w muzyce. Że starzeję się, zostaję w tyle. Nadal czuję się młodo, ale prawda jest taka, że nie każdą muzykę już rozumiem. To trudny moment – przechodzę na drugą stronę barykady, z kumpeli stałam się artystką z dorobkiem. Ostatnio zadzwoniła do mnie dziewczyna, która pisze o mnie pracę magisterską! Bardzo dużo o nowej muzyce nauczyli mnie uczestnicy „The Voice of Poland” [Maria Sadowska była jurorką w pięciu edycjach tego show – red.]. Pokazali mi artystów, o których istnieniu nie miałam pojęcia. Pomyślałam, że jeśli chcę z moją nową płytą, moimi tekstami dotrzeć do jak największej grupy odbiorców, to muszę nauczyć się ich języka. A w tym pomaga mi właśnie producent, który siedzi głęboko w nowych brzmieniach.

Tekst będzie ważny?

Co najmniej tak samo, jak muzyka.

O czym będzie?

„Jakoś tak trudno zmieniać świat na lepsze/ łatwiej otaczać się bezpiecznym powietrzem/ i nie wystawiać nosa tam, gdzie wietrznie./ Jakoś tak łatwiej w domu grzać kanapę,/ niż konfrontować się z szalonym światem,/ ach, gdyby tak chociaż znać karate./ W tak dziwnym świecie żyć nam przyszło,/ że próbujemy wyprzeć rzeczywistość, wolimy patrzeć w przeszłość zamiast w przyszłość./ Nie trzeba przekonywać przekonanych/ trzeba dogadać się z tymi zza ściany/ i tak ulica nam pokaże swoje plany”.

Manifest polityczny?

Nie, bardzo długo brzydziłam się polityką i do dziś trochę się jeszcze brzydzę. Rozumiem ludzi, którzy mają podobnie. Nie po drodze mi z żadną dużą polityczną siłą w Polsce. Ale edukacja naszych dzieci, wolność naszych córek, powietrze, którym oddychamy, to nie polityka. To zaangażowanie społeczne. I do niego na mojej płycie namawiam. Ale nie tylko. Sporo piosenek będzie też o miłości.

Z których do niedawna jeszcze się nabijałaś.

To prawda! Uważałam, że są banalne i generalnie o niczym. Ale po „Sztuce kochania” przerobiłam w sobie te wszystkie tematy – erotyzm, seks, miłość, związek... Miłość, którą daję i dostaję od męża, fakt, że po 10 latach związku wzięliśmy ślub, sprawiły, że nie boję się już też o tym pisać.

Do ślubu też dojrzałaś dopiero po „Sztuce kochania”?

Chyba tak. Tak naprawdę wystarczyło mi, że mąż mi się oświadczył. Cenię sobie wolność, uważam, że papiery potwierdzające miłość nie są do niczego potrzebne, ale to, że się tak zdeklarował, było dla mnie bardzo ważne. I odważne. Trzeba mieć dziś jaja, żeby oświadczyć się kobiecie. Uważam, że faceci zbyt często ostatnio wykorzystują nasze wyzwolenie do tego, żeby być wiecznie niedojrzałymi chłopcami i nie brać odpowiedzialności za rodzinę. Mój mąż jest ode mnie o dziewięć lat młodszy, a okazał się dojrzalszy od wielu kolegów w moim wieku. Odkładaliśmy ślub przez kilka lat, nie mieliśmy pomysłu, jak i gdzie go zorganizować. Czy mały, czy duży, czy na wsi, czy na wyspach Fidżi. A potem pomyśleliśmy, że nasz ślub będzie też radością dla naszych dzieci, że jest doświadczeniem, którego oboje nie mieliśmy, a chcemy ten jeden jedyny raz mieć.

Świadomie, nie na rozpędzie zakochania?

Dokładnie. Poznaliśmy się przez te 10 lat bardzo dobrze. W trakcie pracy nad „Sztuką kochania” sami badaliśmy też swoją seksualność, granice miłości, eksperymentowaliśmy na sobie. I dało nam to nowy fantastyczny rozdział w życiu. A ślub dał nam jeszcze jednego kopa. Serdecznie ten ruch polecam.

Coś się po ślubie zmieniło?

W zasadzie nic. Ale nieustannie mnie cieszy, że mogę powiedzieć „mój mąż”! Znasz nas przecież, więc wiesz, że ciągle jesteśmy świeżo zakochani.

I świetnie się w życiu uzupełniacie.

Każdy z nas ma własny świat. Adi ma swój zespół No Logo, z którym za chwilę wydaje debiutancką płytę. Poza tym zajmuje się naszą firmą odzieżową Sadowska-fashion.pl, wspólnie gramy koncerty. I potrafimy sobie nawzajem dać to, czego akurat potrzebujemy. Potrzebowałam partnera wspierającego, które weźmie na siebie dbanie o sferę domową. Mój mąż jest świetnym przykładem na to, jak może się nowoczesny mężczyzna odnaleźć w świecie przemian i nie stracić nic ze swojej męskości. W każdym poprzednim związku czułam, że moi partnerzy są zazdrośni o moje sukcesy, i wcześniej czy później czułam, że każdy z nich chce mnie ściągnąć na ziemię i osadzić w tradycyjnej roli. Nawet ci świetnie wykształceni z warszawskich inteligenckich rodzin. Mój mąż pochodzi z małego miasteczka, a jest tysiąc razy bardziej dojrzały i otwarty na inny model rodziny. Nie ma kompleksów, nie czuje się przeze mnie wykastrowany, dlatego że przez pięć lat pracował w domu i zajmował się wychowywaniem dzieci. Podzieliliśmy się według potrzeb. Ja jestem waleczna, na koniu z dzidą lecę polować na bawoły, a on woli z gitarką w domu pisać teksty dla siebie i innych artystów. Ja wolę beletrystykę, a on biografie, głównie muzyków, oraz książki popularno-naukowe. Łączą nas chyba tylko „Poniedziałkowe dzieci” Patti Smith.

Maria Sadowska
Fot. Bartek Wieczorek

Powiedziałaś, że spodobało ci się mainstreamowe kino i chciałabyś już w nim zostać. Wciąż mało w nim kobiet.

Statystyki są przerażające. Ruchy #MeToo i Time’s Up jak na razie nie zmieniły nic w sytuacji kobiet w polskim kinie. Najlepiej pokazuje to sytuacja w telewizji. Są takie stacje, które ani razu nie zatrudniły do pracy reżyserki. Poza tym panuje przekonanie, że reżyserki nadają się tylko do „historii kobiecych”, do skromnego kameralnego kina o trzech przyjaciółkach, bo przecież nie do kryminałów, a już na pewno nie do science-fiction. Ale wierzę, że to przewalczymy. Rzeczy, które są trudne i przychodzą trudniej, na koniec okazują się ważniejsze. Latami chodziłam na Warszawską Jesień, chyba najtrudniejszy z festiwali współczesnej muzyki poważnej. Dla większości jest to muzyka za trudna, często jest wyśmiewana – nie cierpię tej sceny w filmie „Chłopaki nie płaczą”, gdzie bohaterowie nabijają się z muzyków grających poważną muzykę współczesną. Ja też nie rozumiałam długo tej muzyki. Męczyłam się na tych koncertach. Ale twardo rok w rok na nie chodziłam. Może ze snobizmu? Po kilku latach nagle zaczęłam tę muzykę rozumieć i kochać. Jakby otworzyły się we mnie nowe drzwi na zupełnie nowy świat. To było coś pięknego. Dziś cierpię na koncertach muzyki Mozarta czy Czajkowskiego, bo wydają mi się zbyt tonalni. Z literaturą jest podobnie – musisz się zamęczyć na pierwszym tomie „W poszukiwaniu straconego czasu”, żeby przez kolejne sześć tomów nie móc się od tej historii oderwać. Chociaż ja akurat tu odpadłam, ale zamierzam podejść do Prousta jeszcze raz.

Rozmowa z Marią Sadowską ukazała się w „Urodzie Życia” 7/2019

Za pomoc w realizacji sesji dziękujemy księgarni „Jak wam się podoba” przy ul. E. Plater 4 w Warszawie

Wideo

Dziś wypada 3. rocznica ich ślubu. Oto historia miłości Agnieszki i Piotra Woźniak-Staraków

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Wydanie La Dolce VIVA!, a w nim: Ania Starmach, jurorka polskich edycji MasterChef oraz MasterChef Junior, o związkach – tych rodzinnych oraz ze sztuką i kuchnią. Piotr Adamczyk naszym przewodnikiem po Rzymie. Jak to się dzieje, że Monica Bellucci z każdym rokiem staje się… piękniejsza. Włoszka Tessa Capponi-Borawska o arystokratycznych korzeniach i o tym, kto zaszczepił jej pasję gotowania.