Przełamując fale

Kamila Rowińska, autorka bestselleru „Kobieta niezależna” o swojej misji i drodze na szczyt

Negocjowałam z Bogiem, że jeśli da mi czas – zrealizuję marzenia…

Anna Maruszeczko, red. naczelna miesięcznika „Uroda Życia” 26 marca 2019 15:54
Kamila Rowińska, Kobieta Niezależna
Fot. Maciej Zienkiewicz

Tak. Czuję się kobietą sukcesu. Ale nie pochodzę z rodziny, która zapewniła mi superstart. Część życia spędziłam w domu dziecka. Wiedziałam, że albo sama się o siebie zatroszczę, albo zostanę pociągnięta dalej w dół. Zrozumiałam, że moim zadaniem jest przede wszystkim nie zmarnować życia” – mówi w rozmowie z Anną Maruszeczko Kamila Rowińska, autorka szkoleń „Kobieta Niezależna” i bestsellerowej książki pod tym samym tytułem.

Sukces to pieniądze?

Nie tylko. Sukces to realizowanie wszystkich swoich wartości w sposób zrównoważony, na takim poziomie, który nas satysfakcjonuje. Wartości, które są dla mnie kluczowe, to rodzina, rozwój biznesowy, zdrowie, niezależność.

Ta równowaga jest pani udziałem czy to jest cel?

I jedno, i drugie. Czuję się kobietą sukcesu. Jestem mamą dwójki dzieci, żoną, mam wspaniałych przyjaciół, odnoszę sukcesy biznesowe, a jednocześnie znajduję czas na swoje potrzeby. Nie jest łatwo połączyć tyle życiowych ról, dlatego odbieram to jako sukces.  

Długo trzeba było pracować nad tą równowagą życiową?

Na początku po 10, 12 godzin. To był stan przejściowy, niezbędny, gdy chce się wejść na kolejny poziom w biznesie. Jednak później, jeśli zachowa się dyscyplinę finansową i zacznie inwestować, można budować karierę w taki sposób, aby nie być jej niewolnikiem.

W swoich książkach i na szkoleniach dużo i swobodnie mówi pani o pieniądzach. Wiele kobiet spina się, denerwuje przy temacie pieniędzy, jakby to była wstydliwa rzecz.

Przyznawanie się do tego, że pieniądze są dla nas ważne, że lubimy zarabiać, cały czas jest źle odbierane. Można usłyszeć: „Jesteś materialistką”, tak jakby te pieniądze były czymś złym, a przecież są dobre. Po to napisałam książkę „Kobieta niezależna”, po to tak dużo o tych pieniądzach mówię zwłaszcza do kobiet, żeby zrozumiały, że pieniądze może nie są najważniejsze, ale są bardzo ważne.

Teoretycznie wszystkie to wiemy.

Jako coach często spotykam kobiety, które znalazły się w dramatycznych sytuacjach życiowych i jest to spowodowane tym, że zadbały o męża, o dzieci, o rodziców, o chorą ciocię, a siebie zostawiły na koniec. I zdarza się, że zostają bez środków do życia. Chcę im uświadomić, że powinny być niezależne finansowo, nie oddawać całej odpowiedzialności finansowej w ręce drugiej osoby.

Kamila Rowińska, Kobieta Niezależna
Fot. mat. prasowe

Nawet jeśli żyją pod skrzydłami dobrze zarabiającego męża i wydaje im się, że tak będzie zawsze?

Ale nie ma nic na zawsze. Każda sytuacja może się skończyć z wielu powodów. Tu nie chodzi o to, że mężczyźni są jacyś niedobrzy.

W pracy mogą ich zredukować.

Właśnie. Poza tym ludzie się jednak rozwodzą. Nie chcemy tego, nie planujemy, ja jednak patrzę na życie na poziomie faktów. W Polsce po rozwodach na ogół to kobiety zostają z dziećmi, a ściągalność alimentów wygląda żałośnie. Sama jestem po rozwodzie. Nie wyobrażam sobie, jak przeszłabym przez to, gdybym nie miała swoich pieniędzy.

Ale teraz znowu podnoszą się głosy, że źródłem rozwodów jest właśnie fakt, że kobieta za bardzo angażuje się w pracę. I cierpią na tym dom, rodzina. Co pani odpowiada na takie stwierdzenia?

Jeżeli obowiązek budowania rodziny i dbania o dom spoczywa tylko na barkach kobiety, to faktycznie wszystko może się zawalić, jeżeli ona będzie jednocześnie aktywna zawodowo. Natomiast moim zdaniem za rodzinę odpowiadają zarówno żona, jak i mąż. Jeżeli mężczyzna oczekiwałby ode mnie, że zrezygnuję z pracy zawodowej i przejmę na siebie całą odpowiedzialność za dom, to spytałabym, jaką on da mi gwarancję, że do końca życia będę miała utrzymanie i co się stanie ze mną i z moimi dziećmi, jeżeli go jutro zabraknie.

Kamila Rowińska, Kobieta Niezależna
Fot. Maciej Zienkiewicz

Ktoś może powiedzieć, że  pozostawienie życia w rękach innych to szczyt niefrasobliwości.

Gdy coś się jednak wydarzy, często to kobiety są rozgoryczone i zdziwione, a przecież nietrudno przewidzieć, co może się wydarzyć. Wystarczy rozejrzeć się wokoło. Dla mnie miłość dwojga ludzi to jest wzajemne wspieranie się we wzrastaniu, również w sensie zawodowym. Tak samo jeśli troszczę się o swoje dzieci, to uczę je samodzielności, muszę mieć pewność, że zawsze sobie poradzą.

To, o czym pani mówi, to bardzo trudne do zrealizowania oczywistości. (śmiech) Każdy by chciał, żeby ta równowaga życiowych wartości, niezależność, były jego udziałem. Pani się udało. Jaka jest pani historia? Jak dochodziła pani do statusu kobiety sukcesu?

Nie pochodzę z bogatego domu, z rodziny, która zapewniła mi superstart. Część życia spędziłam w domu dziecka. Po kilku latach mama odzyskała prawa rodzicielskie, później mieszkałam z nią i z ojczymem. Ta była prosta, robotnicza rodzina ze Śląska. Wiedziałam, że jeżeli będę chciała od życia czegoś więcej, na przykład pójść na studia albo kupić sobie coś lepszego, to będę musiała postarać się o to sama. Pierwszy plan na biznes zrealizowałam już w szkole podstawowej – wymyśliłam sobie, że jak będę miała jakieś pieniądze, to kupię komiksy. Zainwestowałyśmy z koleżanką w te komiksy i prowadziłyśmy wypożyczalnię. Zarobione pieniądze reinwestowałyśmy i miałyśmy na kolejne komiksy, a za to, co nam zostało, mogłyśmy sobie kupić ptysie.

W sklepiku szkolnym?

Wtedy nie było sklepików szkolnych, tylko trzeba było na długiej przerwie iść do cukierni. Teraz ptysi nie jem, ale wtedy  za mną chodziły, były moim luksusem.

A teraz nie, bo cukier?

Cukier i w ogóle wszystko… (śmiech) Teraz już zdaję sobie sprawę z tego, jak cukier wpływa na moje zdrowie. W kwestii zarabiania z wiekiem coraz więcej rozumiałam. Widziałam, że są ludzie, którzy pracują fizycznie i zarabiają mniej, i są ludzie, którzy są wykształceni i zarabiają więcej. Wiedziałam, że trzeba się uczyć i dawałam z siebie wszystko.

Zawiesiła pani „aktywność biznesową”? (śmiech)

Nie! W klasie należałam do tej grupy dzieci, które nie miały nike’ów, a marzyły mi się. Cały czas szukałam możliwości zarobku. W wieku 15 lat przeczytałam w jakimś kolorowym magazynie, że mogę zostać konsultantką firmy Avon. Czułam, że to coś dla mnie. Wysłałam zgłoszenie, a po miesiącu czy dwóch zapukała do drzwi pani, która rekrutowała konsultantki. Musiałam poczekać, aż mama wróci z pracy.

Bo musiała być zgoda rodzica?

Inaczej. Oficjalnie to mama była konsultantką. Tak stawiałam pierwsze kroki w sprzedaży. Mama tylko kręciła głową: „Co ty robisz, co ty robisz? Ale jak chcesz, to spróbuj”. A ja lubiłam się sprawdzać. Dwa lata później, kiedy dowiedziałam się, że istnieje jeszcze firma Oriflame i że tam też można spróbować, że jest możliwość awansu, że mogę zostać dyrektorem klubu Oriflame, to pomyślałam sobie: „Dlaczego nie?”.

Już na starcie mierzyła pani wysoko.

Tak.

Wcale nie tak wielu ludzi marzy o tym, żeby zaraz awansować na dyrektora.

W większości przypadków dlatego, że nie wierzą, że mogą, że daliby sobie radę. Ja w dzieciństwie byłam wystawiana na rozmaite trudności, więc mierzyłam się z nimi i sprawdzałam. Myślałam sobie, zresztą do dzisiaj tak robię, że najwyżej zdobędę nowe doświadczenie, przekonam się, że to nie jest dla mnie. Więc jeśli nikt mi wprost nie powie: „Słuchaj, ty tego nie możesz zrobić”, to po prostu w to wchodzę. Jak byłam dzieckiem, w ogóle myślałam, że będę prezydentem.

!?!

Już zmieniłam zdanie. (śmiech) Później myślałam, że będę dyrektorem hotelu, dlatego poszłam do technikum hotelarskiego. Byłam otwarta na szanse, które pojawiały się obok mnie. Szukałam ich.

Co jeszcze ciekawego wtedy się pani trafiło?

Gdy miałam może 17 lat, kolega z klasy powiedział: „Kamila, na moim osiedlu widziałem ogłoszenie, że szukają instruktora aerobiku, a ty na WF-ie z takim zapałem ćwiczysz...”.

Oczywiście od razu to sprawdziłam. To był klub osiedlowy. Miałam kilka dni na to, aby się przygotować. Musiałam sobie nagrać kasetę z piosenkami, wymyślić układ choreograficzny. Znalazłam coś takiego na wideo, z Cindy Crawford bodaj, pożyczyłam odtwarzacz, bo nie mieliśmy w domu takich rarytasów, i nie poszłam do szkoły, bo po prostu cały czas ćwiczyłam.

Były priorytety, prawda?

To było moje być albo nie być. (śmiech) „Pal licho, idę na wagary!” I dostałam tę pracę. Po szkole jechałam prowadzić zajęcia. Przez całe dwie godziny pociłam się przy podskokach i brzuszkach razem z paniami, bo myślałam, że tak się robi, nie wiedziałam, że instruktor nie musi, ominął mnie ten wątek. (śmiech) W tym czasie zaczęłam też przygodę z Oriflame i już trzeba było wybierać. Dotarło do mnie, że mogłabym spełnić swoje marzenia o stabilizacji – zarobić pierwsze pięć tysięcy złotych, wyprowadzić się z domu…

Czy zawsze musi być trudno, żeby człowiek był tak zmotywowany?

Teoretycznie nie. Ale z reguły motywują nas dwie rzeczy – ból albo przyjemność. I jeszcze strach. Ta negatywna motywacja jest jednak skuteczna. „Ucz się, bo oblejesz”. Jesteśmy tak zaprogramowani i tak programujemy swoje dzieci. Do tego, żeby na przykład powiedzieć sobie: „Będę parkował w dozwolonym miejscu, bo to jest super, kiedy przestrzegam zasad” zamiast: „Zaparkuję zgodnie z przepisami, bo inaczej wlepią mi mandat”, potrzebny jest wyższy poziom rozwoju. Trzeba to sobie ustalić na poziomie wartości.

Jak teraz, gdy dzieci wszystko mają, zmotywować je do walki o siebie, do samodzielności, do doceniania tego, co się ma?

Staram się stwarzać moim dzieciom warunki do samodzielnych działań. Podejmowania odpowiedzialności. Znają wartość pieniądza, wiedzą, skąd się bierze.

Że nie z bankomatu?

Że nie ze ściany. (śmiech) Pierwszą taką rozmowę przeprowadziłam ze starszym synem, kiedy miał pięć lat. Byłam wtedy po rozwodzie i wychowywałam go sama. Rozmawiałam z nim o tym, jak ustala się budżet domowy za pomocą pieniędzy z gry planszowej. Teraz też mamy budżet domowy, prowadzimy z mężem tabelkę w Excelu. Dzieci są tego świadome. Niektórzy dziwią się, że moje dziecko nie dostaje kieszonkowego. Na komputer zbierał dwa lata. Odkładał, zarabiał drobne kwoty. Oczywiście mogłabym mu go po prostu kupić, ale życie to nie koncert życzeń.

Co było najtrudniejsze w pani dzieciństwie?

Najgorsze było chyba dorastanie w przekonaniu, że coś musi być ze mną nie tak, skoro znalazłam się w domu dziecka. Poczucie samotności, odrzucenia. Jednak te czasy są już przeze mnie przepracowane i nie budzą emocji jak kiedyś. Opowiadam o tym tak, jakbym opowiadała film.

Usłużna pamięć wymazała przykre doświadczenia?

Każdy z nas, jeśli w jego życiu miały miejsce jakieś traumy, zasługuje na to, żeby pójść do specjalisty i nad tym popracować. Nie obciążać siebie. Sprawdzić, jakie są zagrożenia. Dzieciństwo może determinować przyszłe życie w sposób pozytywny, jeżeli to, co przeszliśmy, zamienimy na lekcję, albo w negatywny, jeśli wejdziemy w poczucie krzywdy, w rolę ofiary. Możemy się tak biczować przez całe życie, mieć zaniżone poczucie własnej wartości i cierpieć.

Bo od pewnego momentu człowiek już jest odpowiedzialny sam za siebie?

Tak. Przychodzi taki moment, w którym trzeba przestać płakać i zastanowić się: „Dobrze, to co dalej?”. Ja jako młoda osoba miałam świadomość, że moje dzieciństwo było inne niż moich znajomych, ale ponieważ w tym wyrastałam, nie znałam innego, to było dla mnie naturalne.

„Nie znałam innego”?

Nie znałam. Nie wiedziałam, jak to jest dorastać w domku za miastem z mamusią, tatusiem, pieskiem, bratem i siostrą. Przez pewien czas mieszkałyśmy z mamą w wynajętym pokoju bez kuchni, bez łazienki, z toaletą na piętrze, bo tylko na tyle było nas stać. Mama chodziła do jednej pracy, ja po szkole przychodziłam do niej i szłam z nią do drugiej pracy. Jako ośmiolatka myłam schody w biurowcu i czułam się ważna, potrzebna. Czasem mogłam sobie postukać na maszynie do pisania, poprzybijać pieczątki za dyrektorskim biurkiem, a mama sprzątała dalej te biura do wieczora. Kiedy ja kładłam się spać, ona jeszcze wyszywała obrusy, które później sprzedawała. Była po zawodówce, ale szukała możliwości zarobku dla siebie, bo co miała zrobić?

Chyba ważną rzecz pani przekazała?

Tak, pracowitość to ważna cecha. Ale mama miała duży problem, którego byłam świadkiem. Alkohol. Momenty siły, pracy i bycia odpowiedzialną mamą przełamywały momenty totalnego załamania, które kończyły się takimi…

Ciągami?

To nie były jeszcze ciągi alkoholowe, ale widać było, że od czasu do czasu „odjeżdżała” w tym kierunku.

Tego też mogła się pani od mamy nauczyć...?

Tak, mogłam się nauczyć takiego rozwiązywania problemów. Jednak jeżeli człowiek zrozumie, że jest odpowiedzialny za swoje życie, to zdaje sobie sprawę z tego, jakie ma zasoby, ale też jakie mogą być zagrożenia. Gdy miałam 17 lat, byłam przekonana, że jeszcze nic wielkiego się nie dzieje.

Wydawało się pani, że inni mają jeszcze gorzej?

Słyszałam, że jest taki ktoś jak psycholog, czułam, że może warto by było o tym z kimś porozmawiać, ale bałam się, że mnie wyśmieje. „Jakie ja mam problemy? Moja babcia urodziła się podczas wojny i to były problemy, a nie była u psychologa”. Nie byłam pewna, czy to wystarczający kaliber, żeby iść do terapeuty. Ten moment nastąpił dopiero, kiedy miałam dwadzieścia kilka lat.

Czyli była pani z tym problemem już bardzo daleko.

Ale wcześniej zaczęłam czytać książki rozwojowe. Modne były wtedy rozmaite amerykańskie poradniki: „Jak przestać się martwić i zacząć żyć”, „Jak zdobyć przyjaciół i zjednać sobie ludzi”. Wcześnie, bo po studiach, założyłam rodzinę, wyszłam za mąż i byłam już osobą, która odnosiła sukcesy zawodowe, więc myślałam: „Pójdę do psychologa i co mu powiem? Że mam męża, dziecko i świetnie mi się wiedzie w pracy?”. Gdy miałam 26 lat, moja mama popełniła samobójstwo. Jej choroba alkoholowa postępowała. Zadzwoniła do mnie, żeby mi powiedzieć, co zamierza. To był cios. Pomyślałam sobie: „To ja już teraz mam z czym pójść do psychologa”.

Kiedy zaczęliśmy rozmawiać o wszystkim, co wydarzyło się wcześniej, zrozumiałam, dlaczego zachowuję się tak, jak się zachowuję.

Na przykład jak?

Na przykład dlaczego jestem taka odpowiedzialna.

Czyli to były symptomy DDA?

Zdecydowanie wchodziłam w rolę bohaterki – ze wszystkim sama sobie poradzę. Dopiero po terapii odpuścił mój perfekcjonizm. Jak czyta się na ten temat książkę, to człowiek myśli sobie: „To nie o mnie”. Terapia sprawia, że otwierasz oczy, zwłaszcza ta grupowa, która jest dużym wyzwaniem. To działa jak lustro, słucha się innych ludzi i nagle uświadamiasz sobie: „Właściwie ja też tak robię!”. To było coś bardzo wzmacniającego.

Ratowała się pani. Instynkt samozachowawczy ciągle dawał o sobie znać?

Tak. Kiedyś była taka gazeta z rubryką „Napisz do Kasi”, chodziłam do biblioteki i wypożyczałam te gazety, czytałam. Wiedziałam jedno: nie chcę żyć tak jak moi rodzice. Ale nie wystarczy sobie to powiedzieć. Znam wielu ludzi, którzy mówią: „Nie chcę tak jak moi rodzice”, ja wtedy pytam: „A jak chcesz?”. „Inaczej”. „Inaczej, czyli jak?” Każdy chce żyć jak najlepiej, ale trzeba wykonać jakąś pracę, żeby to było możliwe. Tę pracę z reguły zaczyna się od siebie, ja weszłam na tę ścieżkę.

A właściwie dlaczego trafiła pani do domu dziecka?

Gdy się urodziłam, moja mama była bardzo młoda, została sama, bez środków do życia, ale tak kompletnie, łącznie z tym, że była bezdomna. Zamieszkała ze mną w namiocie. Pozostało dużo pytań bez odpowiedzi, bo nie rozmawiałyśmy nigdy szczegółowo na ten temat. Ona nie chciała do tego wracać, a ja nie chciałam jej męczyć. Czułam, że przez całe życie zmagała się z tą historią. Alkoholizm też nie wziął się z niczego. Wiem tylko, że nie miałam wtedy jeszcze dwóch lat. Mieszkałyśmy w tym namiocie, mama zaczęła kraść, żeby kupić coś do jedzenia. A jak się kradnie, to czasami idzie się do więzienia, a jak się idzie do więzienia, to dziecko idzie do domu dziecka. Sporo trwało, zanim wyszła na wolność, zanim stanęła na nogi, żeby móc ubiegać się o przywrócenie praw rodzicielskich. Dopiero jak miałam siedem lat, spotkałyśmy się ponownie.

Co pani czuła, gdy znowu pojawiła się w pani życiu?

Przychodzi pani, która jest mamą, ale nie znam jej – to musi być trudne. Z drugiej strony zawsze słyszałam o niej dobre rzeczy. Wiem, że ona to bardzo przeżywała. Ten czas, który spędziła w więzieniu, myśli, z którymi musiała się tam borykać, ogromne poczucie winy, bo ona była przekonana, że to przez nią, że to ona nie dała rady. Przez nią, nie przez nią, tak jej się życie ułożyło. Zostałam adoptowana przez dalszą rodzinę, miałam już zmienione nazwisko.

Czy rodzina adopcyjna była lepsza?

Była pełna. To byli moi dziadkowie. Czuję ogromną wdzięczność za to, że wtedy byłam częścią rodziny. Babcia i dziadek zawsze mówili, że mamusia bardzo mnie kocha, że myśli o mnie. Bardzo mi jej brakowało. I płakałam. Za mamą, za tatą.

Ojca pani znała?

Jako dziecko nie. Pamiętam, jechałyśmy z mamą ze Zgorzelca do Gliwic wiele godzin pociągiem z przesiadką i praktycznie poznawałyśmy się w tym pociągu na nowo. Rzucono mnie na głęboką wodę. Ale dobrze nam to poszło.

Nie miała pani żalu?

Czułam, że ta cała walka, którą ona toczy w życiu, jest dla mnie.

Było widać, że mama powstała z popiołów dla pani, dla dziecka?

To było widoczne. Wstępowały w nią siły, gdy trzeba było zrobić coś dla mnie. Zapominała o sobie. Obserwowałam jej zmagania z chorobą alkoholową, im byłam starsza, tym częściej mówiłam: „Mamo, idź na leczenie”. Ale nawet jeśli dziecko się stara, nie zrobi tego za rodzica. Z czasem zrozumiałam, że jak ona nie chce, to trudno, po prostu tego nie przejdziemy. Jej śmierć była dla mnie ostrzeżeniem, przykładem, jak to się może skończyć, jeśli nie skorzystamy z pomocy.

Nie chciała się dać przekonać?

Nie. Uciekała w alkohol. Tak radziła sobie ze stanami depresyjnymi. Jej śmierć to była dla mnie porażająca lekcja, że jeżeli mamy nieprzepracowane jakieś sytuacje, to one prędzej czy później mogą się zemścić. Jak jest wszystko dobrze, to jest dobrze i wtedy myślimy sobie: „A tam, wydarzyło się kiedyś…”.

Ale później okazuje się, że przychodzi jakiś trudny moment w naszym życiu i ten moment nawarstwia się tym wszystkim, co było wcześniej, co zamietliśmy pod dywan; wtedy już robi się naprawdę solidny bałagan. Odchorowałam to. Mama była dla mnie aniołem, zawsze była po mojej stronie.

Ale w jakich sytuacjach była po pani stronie?

Właściwie we wszystkich. Jak wracałam ze szkoły i skarżyłam się na jakiegoś nauczyciela, to ona nigdy nie powiedziała, że pewnie nie nauczyłam się dobrze, tylko że widocznie nauczyciel jest zły. Zawsze była po mojej stronie, choć nie zawsze to było mądre. (śmiech) Ale dużo dla mnie znaczyło.

I pewnie była pani jej dumą?

Nigdy mi tego nie mówiła, ale myślę, że tak.

Wspomniała pani o tym, że pierwsze małżeństwo się nie udało. Czy wiąże to pani z DDA?

Raczej nie. Ja swojego pierwszego męża poznałam wtedy, kiedy miałam 17 lat, a on 20. Po 13 latach rozstaliśmy się, bo jednak na poziomie wartości nie byłam w stanie pewnych rzeczy zaakceptować.

Kobiety w takich sytuacjach mówią: „To były stracone lata. On mi zabrał 13 lat”.

Nie przeszłoby mi to przez gardło. Przecież podczas tych lat było wiele szczęśliwych chwil. Mamy syna, Olafa. To małżeństwo jest częścią mojej tożsamości. To, jaką żoną jestem dzisiaj, też jest wypadkową lekcji, którą wyciągnęłam z tamtych 13 lat.

Niektórzy ze strachu przed porażką w ogóle nie robią żadnych ruchów: „Nie zakocham się, bo co, jak mi nie wyjdzie? Znowu będę cierpieć”.

Kiedy się rozwodziłam, to nie zamierzałam się zakochiwać. Złośliwi komentowali moją decyzję: „Ty to już jesteś 30-latka z dzieckiem, nikt cię nie będzie chciał”. A ja nie zamierzałam zostawać w związku tylko dlatego, że mógłby mnie nikt więcej nie chcieć. W życiu nie chodzi o to, żeby za wszelką cenę przeżyć je z kimś. Sami dla siebie też możemy być ciekawą partią.

Zresztą wtedy zmagałam się już z chorobą, byłam w trakcie usuwania guzów piersi, miałam większe zmartwienia na głowie niż to, czy ktoś mnie będzie chciał.

Wszystko działo się naraz?!

Miałam dziewięć guzów, które jak się ostatecznie okazało, nie były rakowe. I to był czas badania, przechodzenia przez operacje. Te guzy pojawiały się na przestrzeni siedmiu lat. To nie było tak, że nagle miałam dziewięć, tylko najpierw jeden i operacja, potem badamy, sprawdzamy, czekamy na wyniki i jest OK, ale po jakimś czasie jest kolejny, więc kolejna operacja…

Jak pani myśli, dlaczego… Skąd te guzy?

Za dużo stresu. Lekarze zalecali mniej się życiem przejmować.

Jak przyjęła to pani do wiadomości?

Były: strach, modlitwa i obietnica poprawy. Negocjowałam wtedy z Bogiem, że jak mi da jeszcze trochę czasu, to zrealizuję marzenia, które odkładałam na później.

Jakie to były marzenia?

Między innymi o pisaniu książek.

Nie załamała się pani?

Nie było mi łatwo, jednak nie. Dużo się wtedy nauczyłam o sobie i o innych. Po tych doświadczeniach napisałam książkę „Buduj swoje życie odpowiedzialnie i zuchwale”. Widząc, jak pomaga innym, mogę powiedzieć, że warto było!

Wracając do mamy. Ona przegrała swoje życie, poddała się.

To zależy, co chciała wygrać. Jeżeli chciała wygrać supercórkę, to wygrała. Przegrała walkę o siebie.

Mama odebrała sobie życie. Czym to było dla córki? Brała to pani do siebie czy tylko płakała nad nią?

Nie miałam poczucia winy. Pozwalam innym ludziom przejąć odpowiedzialność za ich życie, nie wchodzę w rolę wybawcy. Dużo dla niej zrobiłam, ale też wiedziałam, że jestem dzieckiem i nie mogę czuć się za nią do końca odpowiedzialna.

Takie stawianie sprawy to jest efekt psychoterapii?

To jest samoświadomość, terapia, przepracowana rzecz.

Bo łatwiej chyba było wejść w rolę ratowniczki?

Mogłabym pomyśleć, że to moja porażka, że ja sobie po prostu nie poradziłam z mamą, ale to byłoby nieludzko krzywdzące. Zrozumiałam, że taki był kierunek jej życia, w ten sposób je ułożyła.

To teraz, a co myślała pani w tamtym momencie?

W tamtym momencie czułam ogromną stratę. To nie była pierwsza próba, więc czułam też złość na nią, że tym razem dopięła swego. Potem przyszły ogromny smutek i tęsknota.

Ile ona miała lat?

Czterdzieści pięć. Teraz miałaby pięćdziesiąt pięć. Wyobrażam sobie albo i nie, że bolesne i też destrukcyjne musiało być towarzyszenie tak bliskiej osobie w jej autodestrukcji.Dość szybko to zrozumiałam. Już kiedy wyprowadzałam się z domu, wiedziałam, że albo ja się o siebie zatroszczę, albo zostanę pociągnięta dalej w dół. Wtedy już rozumiałam, że moim zadaniem jest przede wszystkim nie zmarnować swojego życia, zadbać o siebie.

Miała pani jakiegoś przewodnika duchowego czy instynkt cały czas panią prowadził?

Instynkt. W Oriflame miałam przyjaciółkę Jolantę, starszą ode mnie, która była dla mnie wsparciem. Obserwowałam ją jako kobietę, jako matkę trójki dzieci, jako żonę.

Dawała wzorce, bo z domu ich pani nie wyniosła?

Nie wyniosłam wszystkich, jakie chciałam, jednak jakieś wyniosłam. Nie chciałabym mojej mamie wszystkiego zabierać. To, jaka była, pomogło mi stać się tym, kim jestem teraz. Mam z mamy pracowitość i przekonanie, że kiedy trzeba zarobić pieniądze, to trzeba je zarobić.

Teraz jest pani zupełnie inną osobą, udało się pani dzięki inteligencji i intuicji, ale czy nigdy nie żyła pani w poczuciu krzywdy: „Dlaczego mi się to przytrafiło? Dlaczego ja musiałam znosić widok alkoholizującej się mamy”?

Wtedy, kiedy to się działo, była we mnie złość, czasami zniecierpliwienie. Towarzyszyło mi dużo negatywnych emocji. Gdy wracałam do domu i nie wiedziałam, co tam zastanę, lub kiedy moi rówieśnicy wyjeżdżali gdzieś z rodzicami, grali razem w siatkówkę, a ja wiedziałam, że po prostu pewnych rzeczy nigdy nie będę miała. W tamtym czasie odczuwałam złość, zazdrość. Natomiast później, kiedy już wyszłam z domu, to sama budowałam swoje życie i to wyglądało już trochę inaczej. Oczywiście, że nawet już jako dorosła wielu rzeczy nie mogłam zrobić z moją mamą czy z moim ojczymem. Nie wiedziałam, jak zachowają się na moim weselu, gdzie, wiadomo, jest alkohol. Na szczęście nie poszło najgorzej. (śmiech)

Ale był stres?

Tak. I były jakieś wpadki, ale wiedziałam, że nie mam na to wpływu. Są rzeczy, które możemy zrobić, a są rzeczy, których nie możemy zrobić, więc trzeba się z tym pogodzić. Mam w sobie ten rodzaj pokory.

Mogła się pani odciąć.

Tak.

Ale się pani nie odcięła?

Nie.

Trzeba mieć odwagę. Bo ktoś może powiedzieć: „Narobią mi wstydu, nie zapraszam ich. Nie robię wesela, robię gdzieś indziej, wyjeżdżam”.

Nigdy nie wstydziłam się rodziców. Nigdy nie wstydziłam się tego, że moja mama miała taki problem. Każda rodzina ma swojego trupa w szafie. Alkoholizm jest chorobą i raczej powinni wstydzić się ci, którzy jeszcze tego nie zrozumieli.

Dlaczego odeszła pani z koncernu?

Przyszedł moment, w którym zdecydowałam się zrealizować pozostałe marzenia. Te o pisaniu książek, wystąpieniach publicznych. Między 26. a 30. rokiem życia dużo doświadczyłam. Zmarła mama, dwa lata później zmarł ojczym, rozpoczęły się problemy małżeńskie, pojawiły się guzy piersi, i nagle mam 30 lat… I jestem na początku drogi.

Ma pani jakiś plan?

Liżę rany i jednocześnie koncentruję się na tym, że zaczynam od nowa. Już wcześniej przygotowywałam się do zawodu coacha i trenera. To, co podczas współpracy z firmą Oriflame, budowania zespołu trzech i pół tysiąca ludzi, zarządzania nimi wychodziło mi najlepiej, to „podłączanie ludzi do prądu” – wynajdowanie ich talentów, wspieranie ich w działaniu, zwiększanie ich efektywności i prowadzenie szkoleń. Na temat marketingu sieciowego wraz z innym przedsiębiorcą Romanem Hadasikiem napisaliśmy już wtedy pierwszą książkę. Pomyślałam sobie: „OK, mam dobry start. I mam przychody pasywne…”.

Co to znaczy „przychody pasywne”?

To jest przychód, który uzyskuje się, gdy na przykład wynajmuje się mieszkanie – nie trzeba aktywnie działać, a pieniądze są. Współpracując z Oriflame, również miałam możliwość wypracowania takowego. Tak długo, jak wszystko, co wypracowałam, cała organizacja, którą zbudowałam od podstaw, będzie istniała i generowała sprzedaż, tak długo ja będę otrzymywała wynagrodzenie z tego tytułu.

Lepiej być nie może!

Ja mam po prostu otwarty umysł i ufam też sobie. Podczas gdy inni bezmyślnie krytykują marketing sieciowy, ja sprawdzam, jak jest naprawdę. Gdy pojawiły się pierwsze studia coachingowe i przyjaciółka zaproponowała: „Kamila, idziemy!”, pomyślałam, że to, co wcześniej robiłam intuicyjnie, na tych studiach usystematyzuję. Więc kończę studia podyplomowe w Laboratorium Psychoedukacji przy współpracy SWPS.

Czy to była też praca nad sobą?

O tak. Duża. Więc w wieku 30 lat jestem po tych wszystkich turbulencjach, ale i po studiach. I… zakochuję się w mężczyźnie, który jak się okazało, od dawna na mnie czeka. Po dwóch latach wychodzę za mąż i zaczynamy wspólne życie. Mój mąż Rafał trochę jednak ze mną przeżył na początku związku. Zadawałam wtedy bardzo dużo pytań o to, jak on sobie nasze wspólne życie wyobraża, byłam przewrażliwiona w wielu punktach, dlatego oświadczył mi się o siódmej rano. Postanowił spytać o to, czy wyjdę za niego, zanim oprzytomnieję. (śmiech)

Sprytnie.

Zaczęliśmy wspólne życie bez mieszkania ze sobą na próbę, bo jak mnie spytał, czy z nim zamieszkam, to powiedziałam, że mam z kim mieszkać i że jak będzie chciał założyć rodzinę, to niech wtedy do mnie przyjdzie. Jesteśmy razem szósty rok.

To już jest kawałek historii rodzinnej.

Tak. Prócz Olafa mamy trzyletniego Bruna. Parę trudnych sytuacji za sobą. Rafał towarzyszył mi przy leczeniu. Sprawdził się w trudnych momentach. W zeszłym roku przechodziłam przez rekonstrukcję piersi.

Przez rekonstrukcję?!

Tak, bo jak wycina się guzy, to później niewiele zostaje. Zwłaszcza, gdy jest ich dziewięć.

Mąż nie boi się niezależnej kobiety?

Nie. On przede wszystkim rozumie, co to znaczy niezależna kobieta. To, że ja jestem niezależna, w sensie samodzielna mentalnie i finansowo, to wcale nie znaczy, że nie jestem współzależna, bo w rodzinie wszyscy zależymy od siebie. Wiedział, jaka jestem, wiedział, że to nie będzie taki „kotek w domu do pogłaskania”.

Warto być autentycznym – to jest leitmotivem w pani wypowiedziach. Naprawdę warto?

Jeśli nie mam być sobą, to kim mam być i dlaczego? Udawanie kogoś innego musi być strasznie męczące i trudne. Niezależnie od tego, kim będziemy, zawsze znajdzie się ktoś, kto nas będzie lubił.

Właśnie. To takie proste, a takie trudne.

(śmiech) To cały mój urok, że „takie proste, a takie trudne”. Warto być autentycznym dla własnego zdrowia psychicznego. Myślę sobie, że to jest luksus. Cieszę się z tego, że nie muszę kłamać.

A pani największy sukces w coachingu?

Jest kilka. Są ludzie, którzy poprowadzili z sukcesami biznesy. Kobiety, które wyszły z toksycznych relacji. Jest człowiek, który przyszedł do mnie, mając 23 lata i milion długu, kilka spółek i kilka błędów, które doprowadziły go do tego długu. Skończył wszystkie moje szkolenia, proces coachingowy. Dzisiaj, pięć lat później, ma 28 lat, 11 spółek, jest multimilionerem.

Ja cię kręcę!

Podam numer. (śmiech)

Kamila Rowińska, Kobieta Niezależna
Fot. Maciej Zienkiewicz

Kamila Rowińska –  dyplomowany coach, trener, mówca motywacyjny, inwestor, żona i mama dwóch synów. Przez 13 lat zarządzała zespołem w koncernie kosmetycznym. W 2010 założyła własną firmę Rowińska Business Coaching. Jest zapraszana na największe w Polsce konferencje biznesowe i motywacyjne. Poprowadziła tysiące szkoleń i sesji coachingowych, podczas których pomaga ludziom zwiększyć pewność siebie, wykształcić umiejętności przywódcze i sprzedażowe. Autorka bestsellerów „Kobieta niezależna”, „Buduj swoje życie odpowiedzialnie i zuchwale”. Jej szkolenie „Kobieta niezależna” każdego roku kończy kilka tysięcy kobiet. Działa charytatywnie w Akademii Przyszłości wspierającej dzieci. Mieszka z rodziną w Brukseli.


Rozmowa z Kamilą Rowińską ukazała się w „Urodzie Życia” 2/2017

Kamila Rowińska, Kobieta Niezależna
Fot. mat. prasowe

Wideo

Poznaj historię miłości Agnieszki Woźniak-Starak i jej męża Piotra!

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Blanka Lipińska  o swojej misji, seksualnych preferencjach i związku, Andrzej Chyra o ojcostwie po 50-tce i Roksana Węgiel o zwycięstwie w Eurowizji Junior i cenie sławy.