Anna Przybylska we wspomnieniach siostry
Fot. Maciej Zienkiewicz
VIVA! Tylko u nas

Anna Przybylska we wspomnieniu siostry, Agnieszki: „Była taka na już, na teraz.”

Mówiła: „Jak mam chorować, to u siebie. Jak rzygać, to zdecydowanie u siebie”

Anna Maruszeczko, red. naczelna miesięcznika „Uroda Życia” 4 stycznia 2019 09:00
Anna Przybylska we wspomnieniach siostry
Fot. Maciej Zienkiewicz

„Patrzyłam, jak cierpi. W każdym badaniu wyglądało to coraz gorzej, wiedziałam, że ona z tego nie wyjdzie. Nie wiem, czy się odbudowałam. Ale zaczęłam robić takie rzeczy, o które bym się w ogóle nie podejrzewała. Ona zawsze ludzi nakręcała” – wyznaje Agnieszka Kubera, siostra Anny Przybylskiej.

Ania zawsze mówiła, że jej marzeniem było aktorstwo. A co było pani marzeniem?

Moim marzeniem? Ja nie miałam marzeń. Po prostu: z  klasy do klasy. Chodziłam do liceum medycznego i naturalną koleją rzeczy trafiłam na analitykę. Stwierdziłam, że chemia to jednak nie jest moja bajka. Odkryłam natomiast, że pociąga mnie fizyka. Tomograf, rezonans i ich obsługa. Dla mnie magia! Wiedziałam, że to polubię. A teraz to uwielbiam.

To gdzie pani pracuje?

W Uniwersyteckim Centrum Medycyny Morskiej i Tropikalnej, w pracowni tomografii komputerowej. 21 lat.

Co jest bardziej ekscytujące – sprzęt czy ludzie?

Kiedyś tylko obrazy, które się pojawiały, a teraz ludzie. Odkąd Ania zachorowała, to stało się moją obsesją. Czasami idę z opracowanym, gotowym badaniem do lekarza i mówię: „Pani doktor, tutaj coś najpewniej jest”. Na temat trzustki, wątroby, śledziony, nerek wiem już naprawdę dużo.

Nastąpił jakiś przełom?

Nie mogę powiedzieć, że bardziej się do tego przykładam, bo zawsze byłam uważna. Ale jakoś wnikliwiej to oglądam. Co z tego, że nic nie widać na jednym, na drugim skanie, ale może, nie daj Boże, coś się pojawi na kolejnym.

Zapamiętuję pacjentów, w jakiś sposób się z nimi utożsamiam. Ja już wiem, że to wygląda na pół roku, rok życia, ale on dowie się za dwie godziny. „Jezu, co ten facet będzie myślał? Sześćdziesiąty któryś rocznik, ma rodzinę, na bank”, myślę. Kiedyś to był pacjent po prostu: „Dziękuję ślicznie, do widzenia. Obyśmy się więcej nie spotkali”. Ktoś jest świeżo po studiach, ktoś świeżo po ślubie, ktoś pierwszy rok na emeryturze. Wtedy pytam się w myślach: „I po to, człowieku, zasuwasz pięćdziesiąt parę lat, żeby teraz kilka miesięcy powalczyć z Narodowym Funduszem Zdrowia, po czym zwinąć się z tego świata?”.

Ania też nie od razu się zorientowała, że coś jest nie tak?

Ona obsesyjnie drążyła temat, co mnie doprowadzało do szału. Mówię: „Anka, ja nie pracuję w tym zawodzie od dzisiaj. Na niektóre choroby naprawdę trzeba sobie zasłużyć”. „Naprawdę coś mi jest”. „Ale boli cię?” „No nie”. „Jesteś po prostu za chuda…” Ale ona tak szukała, aż znalazła.

Co ma pani na myśli, mówiąc, że na niektóre choroby trzeba sobie zasłużyć? Wszyscy wiemy, że Ania była siłaczką: z planu na plan, a w domu trójka dzieci…

Wielbłąd.

Przeforsowała się? Odważy się pani tak powiedzieć?

Nie odważę się. Bo weźmy moje dziecko, które w wieku 10 lat nagle słabnie i  chudnie, po czym okazuje się, że ma cukrzycę, typ 1. Gdzie przeforsowanie i zły styl życia? Bardziej po sobie bym się spodziewała choroby, z moim nadmiernym zamiłowaniem do słodyczy i zerową aktywnością fizyczną. Ale on? Chłopak uprawiający wszelkie sporty, okaz zdrowia. I co? Po prostu jest chory.

Jak się pani dowiedziała o chorobie Ani?

Zadzwoniła do mnie i mówi: „Słuchaj, coś mnie pobolewa. Zrobiłam gastroskopię, ale tam nic nie było. Zrobiłam USG, i  jest coś do przeleczenia. Taki stan zapalny, ma zniknąć po dwóch tygodniach”. Ale to nie zniknęło.

To był piątek, godzina 12. „W poniedziałek przyjdziesz do mnie na tomografię”, uspokajałam. Ona była niecierpliwa, zadzwoniła jeszcze raz: „A jak ja bym rezonans zrobiła?”. „Gdzie ja ci przed weekendem rezonans załatwię?” „Zapłacę. Zadzwoń do koleżanek, niech mnie jutro przyjmą”. Zadzwoniłam i niby w żartach mówię do znajomej doktor: „Ale jakby coś było, to mi powiedz”. „Przestań, gdzie, u młodej dziewczyny?!”

Następnego dnia Ania zadzwoniła, żebym popilnowała dzieci, a sama pojechała na badania. Zanim wróciła, lekarka zdążyła do mnie zadzwonić: „Tu coś jest – mówi – ale na razie się nie martw, bo jeśli nawet, to pewnie zmiana  łagodna”. Na to wchodzi Ania: „Wiesz co, doktor powiedziała, że tam nic nie ma”. Potem wróciłam do rozmowy z lekarzem: „Przecież nie powiem dziewczynie, która wsiada do auta, że ja już coś widzę”. Wieczorem zadzwoniła, że musimy Ance załatwić wizytę u chirurga. Zrobili jej kolejne USG, ale cały czas obowiązywała wersja o zmianie łagodnej. Dopiero na stole operacyjnym okazało się co innego.

Ile trwało dochodzenie do tego, że to jest poważna sprawa?

Półtora miesiąca. Mogła być operowana za dwa tygodnie, ale miała jakiś projekt do dokończenia. Po operacji lekarz powiedział: „Mam dwie wiadomości. Jedna jest taka, że zmiana została całkowicie wycięta, z marginesem, a  druga – że wnioskując z koloru, kształtu i konsystencji, nie jest to zmiana łagodna”.

Nikt się nie spodziewał, że to będzie rak, najwyżej coś, co można przeleczyć na przykład hormonami. Jeszcze do niej mówię: „Anka, jak ty z pięć kilo przytyjesz, to nikt tego nawet nie zauważy”. Przeliczyliśmy się.

Ile czasu Ania chorowała od momentu diagnozy?

W sumie prawie 18 miesięcy. Co i tak jest cudem. Powiem szczerze: myśmy myśleli, że komu jak komu, jej się musi udać.

W czepku urodzona.

Tak. Mówiłam: „Anka, bez przesady… Robota, talent, uroda, fajne dzieci i facet. Wszystko jest. To z chorobą sobie nie poradzisz?”. Potem, gdy już wiedzieliśmy, że jest niefajnie, uczepiliśmy się statystyk. „Na bank jesteś w tych dwóch procentach, które dożywają pięciu lat!” Pięć lat to dużo. Wszystko może się zmienić w  leczeniu. Później się okazało, że niefajnie jest być w tych dwóch procentach.

 

Bo?

Bo przez jakiś czas jest stabilnie, a potem wszystko się na człowieka sypie. Kiedyś Anka powiedziała, a jeszcze nie była tak strasznie wymęczona chorobą: „Przychodzi taki moment, kiedy pacjent chce umrzeć, a i rodzina chce, żeby odszedł”. Pamiętam to jak dziś. Siedziała w kuchni przy stole i piła herbatę ze swoją agentką Gosią. Jarek karmił Jasia, a ja, połykając łzy, nakładałam coś na talerz.

W przygotowywanej właśnie do druku biografii Ani przeczytałam, że jeździła czasem na plan zdjęciowy z pęczkiem natki pietruszki, bo ją brzuch bolał i to pomagało. Może to już były objawy choroby?

Myślę, że objawy były wiele lat wcześniej. Jednym z nich, jak się później dowiedzieliśmy, jest depresja. My teraz jesteśmy tacy mądrzy. Ania była bardzo szczupła. Miała ciągle rozpięte spodnie, bo ją coś gniotło, uwierało. Trzy lata przed rozpoznaniem strasznie schudła. „Anka, nie przesadzasz z tym spinningiem?” Ona potrafiła ćwiczyć rano i wieczorem. Mówiłam: „To jest chore. Dziecko, ty w  ciuchy córki zaraz się zmieścisz”. Lubiła jeść, ale zawsze to odchorowała. To poleżała sobie na prawym boku, to na lewym…

Ile jest pani od niej starsza?

Cztery i pół roku.

Jak to było, kiedy młodszej siostrze zaświtały marzenia o aktorstwie i zaczęła je realizować? Wyjechała do Warszawy, pojawiły się pierwsze publikacje prasowe, pierwsza sodówka…

Tak, sodówka była, ale przez moment. Szybko przyszła i szybko poszła.

Nie myślała sobie pani jako ta starsza siostra: „Kurczę, Mała zaczyna dominować”?

Nie. Anka była inna niż ja. Życie na świeczniku? Cały czas być ocenianą?

Nie, absolutnie! Mnie takie życie nie bawi. Ja się tego boję, wstydzę. Jestem skromną osobą. Wyjście z nią do restauracji to były dla nas katusze. Wszędzie „dzień dobry”, zdjęcia. Na początku się chwaliłam: „Słuchajcie, dostała propozycję!”. Szybko jednak przestałam, ponieważ gros pseudoprzyjaciół chciało wiedzieć, co, ale i za ile. Początkowo też przykro mi było, gdy ktoś pytał: „Jezu, ty jesteś jej siostrą?”. Mówiłam z przekąsem: „Nie, to ona jest moją siostrą”.

„Bo ja byłam pierwsza”? (śmiech)

Tak. To mnie ruszało. Ale niczego jej nie zazdrościłam. Niech mnie tutaj teraz diabeł strzeli, jeżeli kłamię. (śmiech) Uważam, że to ciężki kawałek chleba, niewdzięczny, trzeba mieć głowę na karku, żeby to wszystko logistycznie ogarnąć. Trzeba być naprawdę odpornym psychicznie. Anka miała to w pakiecie.

Była przebojowa, miała wiarę w siebie i szczęście do ludzi chyba też?

Umiała oddzielić życie prywatne od zawodowego. Myślę, że to też źródło jej sukcesu. Legendy krążą o tym, jak to było przy produkcji serialu, filmu czy reklamy, że zawsze jak Przybylska powiedziała, że musi zdążyć na samolot do Gdyni, do dzieci, to wszyscy się mobilizowali, żeby zdjęcia się nie przedłużały. Podobno tak było.

Dlaczego jej tak zależało na własnym domu, rodzinie? Wcześnie została mamą…

Zawsze chciała spać w swoim łóżku, w  swojej pościeli, wykąpać się w swojej wannie. My wszyscy mamy coś takiego, że nie jesteśmy w stanie wytrzeć się czyimś ręcznikiem. Ja na wyjazdach mam wszystko swoje. Albo wyparzam. (śmiech) Mój syn tak ma. I córka Ani Oliwia. Sprawdzając oferty w hotelu, pilnujemy, by była śnieżnobiała pościel. Niech to kosztuje nawet i 100 złotych więcej.

Czyli trzeba mieć „swoje”, w domyśle „pewne”?

Tak. Ona mówiła: „Jak mam chorować, to u siebie. Jak rzygać, to zdecydowanie u siebie. Nie w pokoju hotelowym, nie gdzieś w wynajętym przez produkcję mieszkaniu”. Rano wstawała, jechała rowerem po gazetkę. Przychodziła pani do prania, sprzątania, ale Anka i tak musiała po swojemu. Pełnia szczęścia. Ją to kręciło. To, że wstaje o czwartej, że robi sobie kanapeczkę, wypija swoją kawkę, śmiga na lotnisko i leci do Warszawy.

Bez planu zdjęciowego też wstawała pierwsza?

Tak, ale też pierwsza odpadała. Jarek aktywny do późna – telewizja, gazeta. Dzieciaki – powtórki „Rodzinka.pl”. Życie się kręciło, a Anka spała twardym snem.

A ten dom w Gdyni, bo miała kilka, był najważniejszy?

Gdynia w ogóle była najważniejsza. Z domem wiązała wiele nadziei. Myślała, że tam wszystko zacznie się na nowo, odżyje jako kobieta, już nie będzie wielbłądem, tylko królewną. Jarek skończy grać w piłkę i przejmie obowiązki domowe, dzieci wyjdą z pieluch, pójdą na balet, na tenisa, piłkę, a ona będzie miała czas dla siebie, w końcu pomyśli o karierze.

Była jedną z najpopularniejszych aktorek w Polsce, ale z drugiej strony w środowisku filmowym panowało przekonanie, że to, co najważniejsze, jeszcze przed nią. Warunkiem było to, że mąż zawiesi korki na klamce?

Był moment, że wszystko było pod Jarka. Fakt, że praca i życie sportowca są wymagające. Myśmy się czasami z  tym z mamą nie zgadzały. Bałyśmy się, że Ania, biorąc na siebie większość obowiązków, coś przeoczy. Zatraci się w codzienności, sprawiając, że Jarek poczuje się zbędny, pozna kogoś i odejdzie. Ale Anka mówiła: „Słuchajcie, kocham Jarka, dzieci muszą mieć pełen dom. Matkę, ojca. Jarek ma swoje pięć minut, a ja mogę pracować do końca swoich dni”. I  tak było. Pracowała do końca. Tylko że nikt sobie tak końca jej kariery nie wyobrażał. Jakoś rok przed chorobą robiłyśmy Wigilię w Orłowie. Popijałyśmy winko, szatkowałyśmy kapustę, a ona mówi: „Siostra, niedługo będzie moja czterdziestka. Ale to będzie impreza!”.

Ile miała lat, gdy umarła?

35. Mówiła o czterdziestce: „Ale to będą balety!”. Albo: „Ciekawe, jaką będę babcią, szurniętą czy zgryźliwą?”. Odpowiadałam: „Ty możesz być tylko szurniętą”. Myśmy tak czasami wybiegały w przyszłość, ale to nie były opowieści, tylko takie wstawki. „Wyobrażasz sobie zmarszczki? Może się naciągnę? A co mi tam, stać mnie!”. A tu człowiek po prostu znika z tego świata.

Słyszę, że miała pani zapędy w stosunku do Anki, żeby być taką starszą siostrą, która ją ustawia i sprowadza na ziemię?

Nie. Bardziej ona sobie pozwalała.

O!

Ale robiła to w taktowny sposób, bo wiedziała, że inaczej ja to oleję. Niestety, mamę też pouczała. Mama to przeżywała, analizowała, a ja myślałam, że bez przesady: „Gówniara! Halo, co ona może wiedzieć o życiu?”. (śmiech) Do tej pory tak jest. Jeśli ktoś ma coś do powiedzenia na mój temat, to wysłucham, ale zrobię po swojemu. Niech mnie obgadają, jak mają taką potrzebę. Mama natomiast ciągle się przejmuje. Tłumaczę: „Po co ty to czytasz kolejny raz? Bo ja nie mogę…”, „Mamo, nawet gdyby Anka była chodzącą świętością, to i tak będą gadali”. Każdy ma coś za uszami, nie oszukujmy się.

Najgorsze macie za sobą. Bo najgorsze było przed śmiercią Ani.

To był dramat. Dla niej przede wszystkim. Przecież gdzieś napisali, że nie żyje. Do Jarka dzwonią z tabloidu. Anka mówi: „Daj, odbiorę”. Odzywa się swoim charakterystycznym głosem. Po drugiej stronie cisza. Potem niepewne: „Pani Ania?”. „Tak, to ja. Pozdrawiam z zaświatów”. Upominałam ją: „Zachowujesz się czasem jak dzikus nieokrzesany”. Ale to przybierało na sile i kompletnie wyprowadzało ją z równowagi: „Albo oni, albo ja!”, wykrzykiwała.

I zaczęła fotografować paparazzich?

Tak. „Zachowują się jak idioci. To ja też będę idiotką od dzisiaj”.

Zdjęcia wrzucała na Instagram. Podobno nawet się przestraszyli?

Ale tylko na chwilę.

I nawet sądem Ani grozili?

Tak. Ona sprytnie: „Robię zdjęcia, bo może pan jest pedofilem. Boję się o  dzieci”. I taka jest Oliwia. Wścieka się jak Anka. (śmiech) Jednak stuprocentową Anką jest Szymek. To jej męska kopia. Delikatny, wrażliwy, subtelny. Całuśny, empatyczny. Tak samo mówi, tak samo się zachowuje. Tak samo palce od stóp wygina. Anka zawsze mówiła: „Boże, on jest taki wrażliwy. Dobrze, że jest Jarek, sport, facet w rodzinie. Jest szansa, że syn pierdołą nie będzie”.

Od zawsze chciała mieć czwórkę dzieci?

Tak. Byłam przerażona. U nas w garażu przechowywała całe kuferki ciuszków.

Nie oddawała nikomu?

Pożyczała. Chociaż z ciężkim sercem, bo bała się, że wrócą ufajdane marchewką, że ktoś nie dopierze, bo nikt tak dobrze nie pierze jak ona! Ale jak już Jasiu się urodził, to powiedziałam: „Błagam cię, oddaj te ciuchy. Trójka dzieci, wy zabiegani, ciągle w podróży, babcia jak ten pies za tobą, a to do Łodzi, Turcji, a to do Poznania… Przestań, kobieto!”.

Babcia była zawłaszczona przez siostrę?

Tak. Mój Miłek jest samodzielny, kluczyk na szyi, szkoła, boisko, basen niedaleko, a u Bieniuków ciągłe dowożenie. Każde ze starszaków chodzi do innej szkoły, Jaś do przedszkola, a jeszcze dodatkowe zajęcia w innej części Gdyni.

Wiem, że wasz tata wcześnie umarł. Musiałyście to obie mocno przeżyć.

Ja skupiłam się na tym, jak sobie bez niego poradzimy. Tata dbał o wszystko. Wywiadówki, lekarze, rachunki. Jak zmarł, to pomyślałam: „My z tą naszą kochaną mamą, królewną Krysią, z tym świeżo wybudowanym domem po prostu zginiemy”. Tata dawał nam i mamie poczucie bezpieczeństwa. I wyręczał w wielu zajęciach domowych. Pamiętam, jak po jego śmierci, a było to lato, sierpień, myśmy nawet szlaucha nie potrafiły same przykręcić, żeby podlać ogródek.

A Anka?

Dla niej to był dramat. Tata był fajny. Z  tatą wszystko nam było łatwiej załatwić: „Dobra, tylko nie mówcie matce”.

Ja już miałam chłopaka, a dla Anki to był ciągle jeden jedyny fantastyczny facet. Ojciec, kumpel, wszystko w jednym. Nie chciałabym mamy skrzywdzić, ale ona sama wie, że Krysia z lat wcześniejszych i dziś to całkiem inna kobieta. Żartowałyśmy: „Ty, mama ma komórkę! Mail umie wysłać. Z załącznikiem!”. A teraz? Zjadła wszystkie rozumy i wszystko potrafi zrobić. Zabukować lot, odwołać, prowadzić biuro… Nie ta sama mama.

Ile Ania miała wtedy lat?

Siedemnaście.

Może dlatego, że ojciec za wcześnie odszedł, próbowała tak szybko znaleźć następcę i założyć rodzinę?

Wszystko możliwe. Tymczasem pierwszy partner – niewypał, drugi – niewypał. Najbardziej przeżyła rozwód. Liczyła, że ślub kościelny będzie gwarancją powodzenia i że to będzie miłość do grobowej deski. Ludzie zarzucają Jarkowi, że nie poprosił Ani o rękę. Ale ona powtarzała: „Ja już jednego męża miałam. Wiem, jak to smakuje. Z chwilą założenia obrączki wszystko się zmienia”. Myślę, że byli naprawdę fajną parą i rodziną w wolnym związku. Chociaż nieidealną. Od miłości po nienawiść. Ale takie jest życie.

Czy przed chorobą Ania mówiła o śmierci?

Ania z Jarkiem dużo podróżowali. Robili też sobie wypady na weekend, na narty. „Ty, siostra, a co by się stało z moimi dziećmi, gdybyśmy z Jarkiem w samolocie czy w samochodzie zginęli?” Jak wypadek nie wyszedł, to sobie wymyśliła śmierć pod hasłem choroby.

Czym była dla pani choroba siostry?

Niezłą szkołą życia. I niemocy. Patrzyłam, jak cierpi. Wiedziałam, że z tego nie wyjdzie.

I jaką strategię pani obrała?

Starałam się w ogóle nie poruszać tego tematu albo wypowiadać się asekuracyjnie. Teraz żałuję. Pewne rzeczy powinniśmy sobie powiedzieć. Ona czasem mówiła: „Żebym ja tylko dożyła Świąt Wielkanocnych”. „Anka, błagam cię. O  czym ty myślisz?”, odpowiadałam wymijająco, bo wiedziałam, że następnych świąt nie dożyje. Miałam mówić: „Mam nadzieję, że dożyjesz”? Albo: „Na pewno się uda”? Anka nie była głupia.

Oliwia parę razy zapytała, czy mama umrze. I jak jej powiedzieć, że tak? Zawsze jakiś wybieg, zmiana tematu… A  może trzeba było powiedzieć? Trudno nam to teraz oceniać. To był ciężki czas, ten 2013 rok był koszmarny. W styczniu zachorował mój syn, czerwiec, lipiec już się coś z Anką zaczęło dziać, w październiku mój mąż odciął sobie kawałek palca. Wszyscy myśleli, że z chwilą, kiedy ten przeklęty rok się skończy, wszystko wróci do normy. Potem się okazało, że 2014 był jeszcze gorszy.

A kto był takim głównym zawiadującym w rodzinie, kiedy Ania zachorowała?

Kiedy Ania nas potrzebowała, mówiła: „Chodźcie, bo się źle czuję”. Myśmy jeździły, to normalne. Jedną noc ja u niej spałam, drugą – mama. Dzieci były najczęściej w Sopocie u mamy Jarka. Jarek stanął na wysokości zadania. Wcześniej był, jak to Ania żartowała, Dzieckiem Numer Cztery – on wie, że tak o nim mówiłyśmy – ale naprawdę szybciutko musiał dorosnąć. Teraz jest stuprocentowym facetem. Nie idealnym, ale świetnie sprawdzającym się w roli matki i ojca. Bardzo się stara, dopytuje albo prosi o  pomoc, jak nie moją mamę, to swoją, Lidzię, a jak nie, to jeszcze jest Andrzej, tata Jarka – rodzinny kierowca.

Nie każdy potrafi?

Nie. A poza tym jak w domu umiera ktoś najbliższy, to jest szokujące dla rodziny. Chory się zmienia, nie z miesiąca na miesiąc, ale wręcz z dnia na dzień. Budzisz się rano i ta osoba wygląda już inaczej niż wczoraj, inaczej się zachowuje, po prostu siły z niej uchodzą. A oprócz tego stres: „Co zrobię z trójką dzieci? Sam, facet… Dzięki Bogu mam robotę i zaraz zacznę pracę. Trochę tych pieniędzy jest, ale pytanie, na ile wystarczy”. I jeszcze: jak im zastąpić matkę? Być fajnym ojcem, jechać na rolki, na rower to jednak nie jest wszystko. Trzeba zrobić dzieciom kanapkę, trzeba je przytulić, wytłumaczyć, pocieszyć, opieprzyć.

Bo też nie o to chodzi, żeby teraz zagłaskać dzieci.

Nie. Po śmierci Ani dużą rolę w ich życiu odegrała babcia Lidzia. Przeniosła się do nich i poświęciła im w stu procentach.

Mówi pani, że Ania to była mądra dziewczyna i wiedziała, co się święci. Ale jednak nie traciła wiary i optymizmu.

Nie. Nadzieję odebrano jej, kiedy pojechała do Stanów i nie dostała się do programu naukowego. Przyszedł mail: „Z przykrością zawiadamiamy, że nie kwalifikuje się pani na dalsze leczenie”. To odebrało jej ostatnią pozytywną myśl.

To było wiosną 2014?

Tak. Od tego momentu było pikowanie w dół.

Czy Ania mówiła, co by chciała od pani w związku z dziećmi?

Nie.

Temat tabu, zaklinaliście rzeczywistość?

Ona chyba się bała, że jak poprosi kogoś o pomoc, to rzeczywiście już będzie koniec. A ja nie chciałam jej straszyć jeszcze bardziej. Teraz z mamą też nie potrafię na ten temat rozmawiać. Gdy mówi, że za Anią tęskni, zaraz się irytuję. Serce mi pęka, ale się wściekam: „Daj spokój, mamuś. Przestań, stało się”. Wtedy jestem zła, że Ania nas zostawiła, zwinęła się z tego świata, a ja muszę robić dobrą minę do złej gry. Nie potrafię z  mamą rozmawiać. Mogę z koleżanką, z kimś obcym, z mężem, a z mamą nie. Wiem, że ona cierpi, a mnie ciężko na to patrzeć. I znowu ta straszna niemoc.

Przyjdzie czas. Nic na siłę.

Tylko pytanie, czy zdążę. (śmiech) Dzisiaj człowiek jest, jutro może go nie być. Teraz nie jestem na tym etapie, żebym mogła powiedzieć: „Mamo, rozumiem, że jest ci ciężko, bo mnie też ciężko”. Boję się, że się rozkleję, ona zobaczy, że ja sobie nie radzę, ja znów, że ona. I co, będziemy tak ryczeć w nieskończoność?

Czemu nie? Może to oczyszczające.

A ja tak nie lubię. (śmiech)

Taki temperament?

Chcę być silna. Chcę, żeby było w miarę dobrze. Wypłaczę się do poduszki i OK. Pomaga na chwilę, ale dobre i to.

Czyli pani się nigdy nie oszukiwała?

Nie. Wiedziałam, że tak to się skończy, nie byłam tylko pewna, kiedy. Ale gdzieś tam w tyle głowy słyszałam: „Może zostanę pozytywnie zaskoczona? Ale nie, to nie może być bajka”. Z perspektywy czasu myślę, że zrobiliśmy duży błąd, nie wysyłając jej do Chin.

Na przeszczep komórek macierzystych?

Tak. Nie mieliśmy pewności, nie było determinacji. Potem Ania dostała chemię, trochę lepiej się poczuła. Potem żyła programem naukowym w Stanach. A czas uciekał. Myślę, że gdyby to miało się drugi raz w życiu przytrafić, to chyba bym zastawiła dom, samochody i pojechała, niech się dzieje, co chce. Bo w Szwajcarii to tak z automatu do niej podeszli, rokowania, statystyki, „decyzja należy do pani”. Program amerykański też okazał się nie taki cudowny, jak się wydawało.

Są jeszcze takie rzeczy, których sobie pani nie może darować, że coś się przegapiło, czegoś się nie powiedziało?

Myślę, że powinniśmy więcej rozmawiać na temat śmierci. Ale zawsze się człowiek boi, że jak zacznie się o tym mówić, to chory całkowicie straci wiarę.

Czy jest w pani jakieś poczucie powinności wobec siostry, że coś trzeba światu powiedzieć, ocalić od zapomnienia?

Nie. Nawet miałam mieszane uczucia w  związku z biografią wydawaną przez Agorę, zatytułowaną „Ania”, która będzie miała premierę pod koniec września.

Ale bezpodstawnie. Nasza Ania jest w tej książce opisana tak… prawdziwie. Kiedy trzeba – zabawnie, z dowcipem, bo taka była. W innym miejscu przebija wielki smutek, pojawiają się łzy, bo wiadomo, jak kończy się ta historia.

Ta prawda o  Ani, pokazująca jej życie w  różnych aspektach, jest ważna ze względu na dzieci. Jasiu miał trzy latka, kiedy odeszła, nie będzie pamiętał. Więc gdy za kilka lat przeczyta książkę i połączy to z  opowieściami rodziny i starszaków, przywoła obraz mamy kochającej, dowcipnej, zabawnej. Zresztą one też takie są.

Tak?

Tak. Anka, w przeciwieństwie do mnie, miała łatwość nawiązywania kontaktów. Ja muszę z kimś trochę pobyć, pomyśleć. Fakt, czasami mówiła: „Oj, pomyliłam się…”.

Dzieci też otwierają się od razu. Ktoś wchodzi: „Dzień dobry, a ma pani narzeczonego?”. Czasami mówię: „Jezu, ale jesteście wścibscy!”. „A co tam, ja chcę wiedzieć!” (śmiech) To są towarzyskie dzieci. Mój syn, tak jak ja, jest zdystansowany, musi poobserwować.

To wy z jednych rodziców jesteście? (śmiech)

Tak. (śmiech) Chociaż zawsze mamie mówiłam: „Anka to na pewno dziecko sąsiada. Na bank!”.

Pani też ma temperamencik niesamowity. Nawet jeżeli się pani zastrzega, że jest powściągliwa…

Naprawdę jestem mniej otwarta.

Anka niesamowita. To w ogóle cudo jakieś, zjawisko. Pamiętam, prowadziłam w TVN Style „Miasto Kobiet” z Marzeną Rogalską i ona przyszła kiedyś do nas do programu. Całe studio wypełniła sobą! Umieraliśmy ze śmiechu.

Ale na dłuższą metę to mogło być męczące.

Dlaczego?

Ciągle tylko: „Szybko! Szybko!”. „Idziemy na spacer, bo słońce wyszło!” „Trzynasta, a ty jesteś w piżamie? Jesteś nienormalna!” „Ja chcę mieć święty spokój i  poczytać książkę”. „Olej tę książkę. Potem poczytasz!” Ona była taka na już, na teraz. Ja niby też wszystko szybko, ale planuję: „Dzisiaj mam wolne, to pojadę po kwiaty...”. A ona: „Nie ma kolejki na myjkę! To ja jeszcze na myjkę, zdążymy!”. Jej się wszędzie spieszyło.

Może musiała się tak nakręcać, żeby ze wszystkim zdążyć. Ktoś opowiadał, że czasem zmęczona przysnęła na planie, za chwilę się budziła: „Gramy?”. (śmiech)

Wpadła do nas, zjadła obiad: „Wychodzimy”. „Przyszłaś się tylko najeść? To trzeba było iść do restauracji”, stawiałam się. „To chodźcie z nami. Kawę wypijemy już na mieście”. Albo leje, a ta: „Zakładaj kalosze i idziemy!”.

Albo na rower.

Tak. Kask, czapka, golf naciągnięty pod nos, słuchawki.

Jeździła tym rowerem sama?

Dopóki miała siły, to jeździła z budą, ale później uznała, że jeśli ma się coś stać, to tylko jej, więc dzieci nie brała. Potem już w ogóle wszystko chciała sama. Dzieci ją męczyły. Gdy spały, ona nie mogła zasnąć. Jak ona pierwszym snem zasnęła, to dzieci się budziły: „Mama, jeść! Mama, pić!”. Tak to jest: nie masz siły słuchać, nie masz siły patrzeć, czytać, a ciągle jesteś zła, że nic nie robisz: „Siedzę i nic nie robię. Nawet nie mogę gazety przeczytać, bo zaraz zasypiam. Poczytajcie mi na głos”. Więc Jarek czytał. Tylko że ona wybierała książki o umieraniu. Księdza Kaczkowskiego chyba wszystko przeczytała.

Czyli chciała się jakoś jednak przygotować?

Może nie przygotować, ale wiedzieć, jak będzie. Albo wiedzieć, jak inni mają, i mieć nadzieję, że to jej nie spotka.

A pani czego się trzymała w tym najtrudniejszym okresie?

To był czas, w którym niczego nie byłam pewna.

Jak myślała pani o przyszłości, o tym, jak odejdzie?

Byłam przejęta tylko tym, co akurat się działo. Tym żyłam.

Taka strategia na przetrwanie?

Raczej nie, naprawdę to taki czas, że przesterowujesz się tylko na chorego. Opanował mnie paraliżujący strach. Gdy pojawił się pomysł książki o życiu Ani, uświadomiłam sobie, że ja nic nie pamiętam z jej życia, tylko te ostatnie 18 miesięcy od diagnozy do śmierci, nic więcej.

Koncentrowałam się tylko na tym, jak wyglądała, co jadła i czy w ogóle jadła, czy wzięła lek, za ile wróci ból. Nie myślało się o zakupach, o dzieciach, o niczym. Moje dziecko było ze świeżo rozpoznaną chorobą. Zostawiłam je mężowi, co teraz jest nie do pomyślenia. Co dwie godziny wstajemy do niego jak do noworodka, mierzę mu cukier, bo się boję. Syn miał ciężkie niedocukrzenie, więc też mało brakowało, a moglibyśmy go stracić. Ale wtedy: „Dobra, to tylko cukrzyca, jakoś sobie radzi”. Teraz myślę, że byłam nieodpowiedzialna, ale tak się sfokusowałam na Ankę… Absolutnie tego nie żałuję, choć mogłam coś ważnego przeoczyć u Miłosza.

Bezcenne.

Miałam poczucie, że ona jest pozostawiona sama sobie, że swoją obecnością pomogę. „A może będzie chciała herbatę?” „A może będzie chciała się o coś zapytać?” Choć modliłam się, żeby nie chciała.

Bała się pani z tym zmierzyć?

Tak.

Bała się pani, czy będzie miała pani coś do powiedzenia w tym momencie.

Nie chciałam być ostatnią osobą, od której usłyszałaby coś, co by ją załamało. Gdyby powiedziała: „Jednak umrę?”, „Będzie bolało?”, „Mogę się nie obudzić i nie zobaczyć więcej dzieci?”, to nie chciałabym, żeby to ode mnie wyszło, żebym to ja miała ją tak strasznie zranić.

Panicznie bałam się, że Ania może umrzeć w domu, przy nas. Wydawało mi się, że nie zniosłabym tego.

A  to przyszło naturalnie. Telefon zadzwonił, gdy byłam w  wannie. Jarek: „Siostra, jak chcesz zobaczyć jeszcze Ankę, to wsiadaj w samochód i jedź na sygnale”.

Człowiek myśli: „Boże, żeby to się już skończyło”, ale z  drugiej strony: „Niech to trwa, bo co to będzie dalej?”.

Jak pani się odbudowała? Przecież życie w takim napięciu musiało być totalnie wyczerpujące.

Ja nie wiem, czy się odbudowałam. Ale zaczęłam robić takie rzeczy, o które bym się w ogóle nie podejrzewała. Kwiaty w pudełkach, ozdoby słoikowe, stroiki, świeczniki.

Widziałam je. Piękne!

Gdzie ja? Zero zdolności plastycznych. Na Dzień Matki wylicytowałam takie pudełko z kwiatami na bazarku hospicyjnym. Zachwyciło mnie. Zwykłe pudełko, wyścielone folią, namoczona gąbka florystyczna i żywe kwiaty się w  tym układa. Spróbowałam, pokazałam w pracy. Jedna koleżanka zamówiła, druga. Chwilowo to moja pasja, myślę, że mogłabym tak zarabiać. Może kiedyś kwiaciarnię z pudełeczkami założę? Gdy siostra jeździła po ukochane białe kwiaty do hurtowni w Gdańsku o czwartej rano, to mówiłam, że musi mieć coś z głową. Aż pomyślałam: „Zobaczę, co ją tam ciągnęło”. Teraz też kocham to miejsce. Czasem gdy ktoś ze znajomych poprosi, też sama jeżdżę, żeby wręczyć zamówione pudełko. Widzę zaskoczenie, wzruszenie. „Od mojego męża? On wpadł na ten pomysł?” Jak ludzie się cieszą! A ja! To wszystko po śmierci Anki.

Co pani najbardziej lubiła w jej karierze?

Nie wiem, czy cokolwiek lubiłam. Mogę powiedzieć, w jakich filmach ją lubiłam. Sto procent Anki było w filmie „Bokser” [film na motywach z życia Przemysława Salety i jego żony, modelki Ewy Pacuły – red.]. Pacuła, którą Anka zagrała, nie była wcale Pacułą. To była Przybylska „2”. Sto procent jej osobistych przeżyć, doznań, bólu.

Dlaczego uważa pani, że to był ważny dla niej film?

Nie wiem, czy dla niej, ale dla mnie bardzo. Bo scena, kiedy kielich goryczy się przepełnia… Jakbym widziała Ankę, kiedy wybuchała, bo nie wytrzymywała napięcia. Nie chcę nikogo oceniać, ale w  Ani życiu wszystko było ustawiane pod kogoś lub coś. Może Ance było z tym dobrze, może nie. Nie mnie to analizować. W „Karierze Nikosia Dyzmy” też grała siebie. A już scenę monologu wygłaszanego z prędkością karabinu maszynowego napisano wręcz dla niej.

Aktorka bez szkół. Podobno miała na tym punkcie kompleksy.

Straszne – że studiów nie skończyła. Mówiłam: „Anka, zobacz, w jakim ty się towarzystwie obracasz. A ilu jest magistrów inżynierów, którzy nie umieją klucza w zamku przekręcić? Czy dorosłych, którzy zachowują się jak dzieci?”.

Coś ją w życiu ominęło przez to, że była taką oddaną żoną i mamą?

Tak myślę. Jednak to moje zdanie, bo dla niej to był właśnie cały świat.

A czy Anka miała wpływ na panią?

Chyba nie. Ceniłam ją za to, że była fajną osobą, z lekkością w sposobie bycia, była duszą towarzystwa. Ale jak trzeba było popłakać, to popłakałyśmy. Dla mnie nie było ważne, że zagrała w serialu czy w  filmie. Mówiłam: „Ludzie, my o sraczkach, rzygaczkach, ząbkach, kolkach – o dzieciach gadamy. To dla nas ważne”.

Miała pani żal do losu, że was to spotkało?

Nigdy.

Jakim cudem nie?

Bo jak nie nas, to kogoś. Tak samo nie zadaję sobie pytań, dlaczego moje dziecko jest chore. Po prostu się stało.

Jakie są rokowania u syna?

Liczymy na przeszczep trzustki. Medycyna idzie do przodu. Sto lat temu ludzie umierali na cukrzycę. Teraz są glukometry, doskonałe insuliny, pompy…

A pani się nie boi, że na coś zachoruje?

Nie. Anka się tak bała, badała się i co to zmieniło? Co ma być, to będzie. Robię badania profilaktyczne, ale nie mam fioła, za przeproszeniem, na tym punkcie.

Szkoda energii?

Szkoda. To nic nie zmieni. Jasne, że byłoby mi przykro, byłabym rozczarowana, ale i tak mam to szczęście, że żyję dłużej niż Ania. Pamiętam taką scenę: „Mam 45 lat. Koniec życia” – wyskakuje mój mąż. Na co Anka, już chora: „Oj, szwagier, wkurzyłeś mnie. Jak ja bym chciała dożyć 45 lat”. Trzeba żyć dniem dzisiejszym. Ale śmierć Ani nas zmieniła. Na pewno znacznie więcej wyjeżdżamy.

Tak?

Zdecydowanie. Nie może mąż, to pojadę sama z Miłoszem. Wyskoczę na kawkę.

O winku zapomniałam, bo odkąd dziecko zachorowało, to myśmy z mężem nie wypili wspólnie nawet kieliszka. Coś  możemy przeoczyć. Jesteśmy ostrożni.

Nieustająca czujność.

Moje dziecko nie chorowało, nie ząbkowało, nic. A teraz jak z noworodkiem. Wszystkie budziki nastawione. Budzisz się w środku nocy z duszą na ramieniu: „Grzegorz, mierzyłeś mu cukier?”. Mam nadzieję, że niedługo się zakocha i się wyprowadzi. (śmiech) Mąż mówi: „Będzie miał fajną żonę…”. Niech to będzie nawet facet, jestem otwarta. Byleby mierzył mu cukier co dwie godziny w nocy.

Stwierdziliśmy też, że trzeba się ubezpieczyć, bo w każdej chwili może nas zabraknąć. Na jedzenie sobie chłopak zarobi, ale na insulinę musi mieć więcej pieniędzy. Zawsze myślałam, że jak mi się coś stanie, to jest moja siostra, młoda, ustawiona, pomoże Miłkowi sprzedać dom, kupić mniejsze mieszkanie. Nie sądziłam, że będzie na odwrót.

Ale pani nową namiętnością, czyli kwiatkami, Ania mogłaby się zdziwić. Jednak miała na panią wpływ. (śmiech)

Zawsze ludzi nakręcała: „Facet, jesteś inżynierem, weź tę stolarnię, zawojuj świat. A my: „Anka, to nie takie proste. Trzeba kupić maszyny, opłacić szkolenia. A niech sobie jakiś pan stolarz utnie palec”. Ona: „Czasami trzeba postawić wszystko na jedną kartę”. I teraz sobie to przypominam.

I co jeszcze?

Że lubiła to, co słodziutkie, bialutkie. Białe kwiaty, białe wazoniki. Potem białe ściany. Czasem jej radziłam: „Pochowaj te bibeloty”. Ona: „Racja, ale ta jedna ozdóbka niech zostanie”. (śmiech)

Wideo

Byli małżeństwem przez 3 lata. Oto historia miłości Agnieszki i Piotra Woźniak-Staraków

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

PAULINA SMASZCZ-KURZAJEWSKA Kiedy zebrała siły po dramatycznych życiowych wydarzeniach, musiała zmierzyć się z rozwodem… O zawrotnej karierze, jej załamaniu i reaktywacji opowiada lider zespołu Papa D. – PAWEŁ STASIAK. ROMA LIGOCKA o życiu z traumą Holocaustu, relacji kat–ofiara i swoich książkach. JUDY GARLAND – ofiara Hollywood.