VIVA! Tylko u nas

Andrzej Chyra nie lubi ryzyka, ale w życiu improwizuje…

„Są rzeczy, które nas znajdują, wybierają i nie ma sensu im się sprzeciwiać.”

Magdalena Felis 4 stycznia 2019 09:00
Andrzej Chyra
Fot. Bartłomiej Barczyk

Ten sezon należy do niego. W październiku na ekrany polskich kin wszedł film „11 minut” Jerzego Skolimowskiego z Andrzejem Chyrą, w listopadzie zobaczymy aktora  w polsko-francuskim „Znam kogoś, kto cię szuka”, a w przyszłym roku – w dramacie „Ptaki śpiewają w Kigali” Joanny Kos-Krauze. Lubi czuć się niezakorzeniony. Ale czasem tęskni za tym, „żeby na chwilę gdzieś się zatrzymać, poczuć smak nudy człowieka udomowionego”. Andrzej Chyra w rozmowie z Magdaleną Felis przed premierą filmu „Znam kogoś, kto cię szuka”.

Magdalena Felis: W filmie „Znam kogoś, kto cię szuka” Julii Kowalski grasz sezonowego robotnika, który przyjeżdża do Francji, żeby remontować czyjś dom, ale przy okazji próbuje znaleźć porzuconego tam dawno temu syna. Kiedy poznajemy bohatera, przestajemy jednak wierzyć, że naprawdę musi zarabiać na francuskiej budowie. Wydaje się, że to tylko chwilowa mistyfikacja.

Andrzej Chyra: Dla mnie ten film jest przede wszystkim o grze z pamięcią, z wyobraźnią. Józef, mój bohater, odbywa podróż sentymentalną, w której odgrywa rolę siebie sprzed kilkunastu lat, kiedy rzeczywiście był we Francji i pracował na jakiejś budowie. Teraz powtarza pewne gesty, a przy okazji próbuje dogonić rzeczywistość, która mu umknęła, ponieważ wyjechał, stracił kontakt ze swoją francuską rodziną. To ważny moment, kiedy przychodzi potrzeba konfrontacji z przeszłością.

W filmie ten moment zbiega się z dojrzewaniem jego syna, z jego pierwszym starciem ze światem dorosłych emocji. To zawsze ciekawy, czasem decydujący moment – pamiętasz swoje wejście w dorosłość?

Zapewne takim momentem był wyjazd z domu na studia do Akademii Teatralnej w Warszawie. Ewidentny gest, kiedy odcina się niemal całkowicie pępowinę łączącą z domem. W dodatku moje studia były tak zajmujące, że do domu jeździłem bardzo rzadko: w zasadzie tylko na wakacje i święta.

Mówisz, że ciągle jesteś w podróży, w drodze. Wspominając o planie zdjęciowym na Dolnym Śląsku, powiedziałeś: „Znów nie byłem u siebie”. A przecież stamtąd pochodzisz, z Gryfowa Śląskiego. To już nie jest „u siebie”?

Ciągle mam tam rodzinę, którą, choć z rzadka, jednak widuję, ale samo miejsce… Pamiętam tylko dom, sad, rzekę Kwisę, mostek, wodospad. Zdjęcie moich rodziców, którzy siedzą nad tą Kwisą, uśmiechają się do obiektywu. Gryfów jest jednym z tych małych dolnośląskich miasteczek, w których życie się zatrzymało. Zdjęcia do „Nieruchomego poruszyciela” Łukasza Barczyka kręciliśmy w Boguszowie, gdzie mieszkałem z babcią przez trzy lata. Plan był prawie pod jej domem. Kiedy tam mieszkałem, działała kopalnia barytu, był browar, ruchliwa szosa z Jeleniej Góry do Wałbrzycha, a teraz: cisza. Miałem wrażenie, że to miasto zachowuje się jak starsi ludzie, którzy kurczą się, wysychają, nikną. To rzeczywiście nie jest już moje miejsce. Myślę, że to „moje miejsce” bardzo się rozlewa po świecie.

Jesteś człowiekiem niezakorzenionym – jak chciał Bauman?

Coraz bardziej niezakorzenionym. Zazwyczaj to jest przyjemne, ale czasami tęsknię za tym, żeby na chwilę gdzieś się zatrzymać, poczuć smak tej nudy człowieka udomowionego. Sytuacja, kiedy byłem gdzieś przez pół roku bez przerwy, zdarzyła się pięć lat temu. Grałem w paryskim teatrze L’Odéon w „Tramwaju” Krzysztofa Warlikowskiego – najpierw miałem próby, później spektakle non stop, więc nie mogłem wyjechać. I nagle poczułem tę miłą nudę – kiedy nagle się zwalnia, żyje lokalnie, znajduje swoje miejsca, swoje sklepiki, knajpy. To ma swoisty smak! Jest wytchnieniem od życia, które mną wciąż rzuca po świecie. Ja sobie takie życie wybrałem i je ukształtowałem, ale od pewnego momentu mam wrażenie, że ono przejęło lejce i samo mnie wiezie.

I tak po prostu oddajesz mu stery?

To jest konsekwencja pracy, którą wybrałem, i tego, w jakie zawodowe sytuacje się wpakowałem. Jestem w teatrze, który bardzo dużo podróżuje. Często robię filmy, które wymagają wycieczek – również zagranicznych. To jest ożywiające, potrzebne w tym zawodzie. Ostatnio bardzo niewiele filmów kręciłem w Warszawie, a 10 lat temu to było najprostsze, najtańsze wyjście. W pewnym momencie zauważyłem, że niemal w każdej produkcji trafiam w to samo miejsce – ta sama ulica, czasem wręcz to samo mieszkanie. To nie inspiruje. Masz wrażenie, że utknąłeś.

Jest taka teoria psychoanalityczna, że kiedy docieramy do granic naszej tożsamości, których nie możemy przekroczyć, choć bardzo byśmy chcieli, sięgamy po używki – i tak zaczyna się uzależnienie. Zastanawiałam się, czy aktorstwo nie jest rodzajem antidotum, bo pozwala przerzucać się poza własne granice. Korzystasz z tego?

Wiem, że dla niektórych ludzi aktorstwo jest jakąś formą terapii, rozszerzania swojego pola, tego prawdziwego, immanentnego. Mnie bardziej interesuje pewne powodowanie ludźmi, wywoływanie w nich emocji. Od dziecka mnie to fascynowało, a później zrozumiałem nagle, że to jest sfera, w której ja jako aktor jestem skuteczny. Bo szczerze mówiąc, nie zastanawiałem się, dlaczego właściwie wybrałem aktorstwo.

Nie chodziło o to, żeby zagrać w „Krzyżakach” !

To są fantazje ze szkoły podstawowej, kiedy się oglądało „Czterech pancernych...” czy „Pana Wołodyjowskiego” (śmiech). Ale ta myśl była bardzo nieśmiała, a w miejscu, gdzie się urodziłem, wydawała się zupełnie nierealną fantazją. W szkole też nie miałem jakichś spektakularnych sukcesów – w pierwszej czy drugiej klasie szkoły podstawowej zagrałem epizod w przedstawieniu kukiełkowym „Czerwony Kapturek”. Byłem liskiem, czyli, jak widzisz, postacią zupełnie z tła. (śmiech) Potem na akademii w czwartej klasie podstawówki zapomniałem tekstu i odtąd do końca szkoły średniej nie wchodziłem na scenę.

Nie byłeś obsadzany czy bałeś się kolejnej katastrofy?

Nie chciałem ponownie ryzykować. Ale potem skończyła się szkoła i zacząłem się znów poważnie zastanawiać, co mam robić. Czy zostać tym górnikiem  Miałem też takie przygodowe fantazje, na przykład: a może by zostać polarnikiem... albo specjalistą od techniki kryminalnej W końcu dość desperackim gestem postanowiłem zdawać do szkoły aktorskiej, a jak już zdałem, to było pozamiatane.

Słyszałam, że twój ojciec nie ucieszył się, że zostałeś aktorem.

Ojciec przytacza historię, jak to przeczytał w jakimś wywiadzie z Andrzejem Łapickim, że studenci aktorstwa nie mają na życie, więc dorabiają, przerzucając węgiel. I sobie wyobrażał głodującego syna, który przerzuca węgiel na bocznicy. Poza tym rzeczywiście żyliśmy w tym śląskim, górniczym świecie, gdzie aktorstwo naprawdę było abstrakcją, może nawet wybrykiem. Więc nie zdradzałem się z moimi marzeniami, a chyba nawet sam je wypierałem. Pamiętam, był taki program „Co dalej, maturzysto ”. I to hasło jakoś we mnie zostało. Dzisiaj widzę, że wybór studiów niekoniecznie determinuje przyszły los, ale wtedy ta decyzja „co dalej, maturzysto ” była bardzo istotna. Zwłaszcza jeśli wybierało się między aktorstwem a górnictwem.

Kiedy słucham, w jaki sposób mówisz o swoim życiu, wydajesz mi się egzystencjalnym włóczęgą, którego los rzuca w różne miejsca, a ty się tam odnajdujesz, zadomawiasz i na koniec robisz wielkie rzeczy.

Mam taką teorię, że są rzeczy, które nas znajdują, wybierają i nie ma sensu im się sprzeciwiać. W jakimś sensie to aktorstwo wybrało mnie – i ja do końca nie wiem dlaczego. Różne okoliczności poskładały się na to, że jestem tu, gdzie jestem. Często nie miałem konkretnego pomysłu, co robić. Nie wierzę w planowanie. Po skończeniu szkoły aktorskiej trafiłem na rok do Teatru Rampa, który był wtedy w remoncie, więc nie zagrałem niczego. Potem znalazło mnie wojsko – to był ten jedyny rok, kiedy do wojska poszli absolwenci szkół artystycznych. Po tym wojsku pomyślałem, że zdam na reżyserię – trochę dlatego, że wciąż nie czułem się aktorem. Wtedy przyszła do mnie propozycja od kolegi, który miał reżyserować pierwszy w Polsce duży talk-show „Wieczór z Alicją”. I któregoś dnia on zrezygnował, a ja zostałem sam – jako główny reżyser wielkiego telewizyjnego widowiska. Potem trafiła się praca w PR, reżyseria eventów, ale czułem, że powoli zbliża się koniec – zwłaszcza w telewizji. Zrobiłem jeszcze w HBO stand-up comedy „Na stojaka!”. Ale po pierwszym roku szefowie zrezygnowali ze mnie i zaproponowali to komuś innemu – i w sumie nie byłem temu przeciwny. W tym momencie Krzysiek Krauze dał mi rolę w „Długu” i rozpoczął się nowy rozdział, w którym byłem aktorem. Nie wymyśliłbym tego przecież. Czuję, że rzeczywistość jakoś nas zagarnia. Dokonujemy wyborów, decydujemy o różnych rzeczach, ale to, na ile nam się udaje, nie do końca jest w naszych rękach.

W taki sposób zagarnęła cię opera?  Kiedy wydawało się, że jako aktor osiągnąłeś już wszystko, wróciłeś do reżyserii. I to nie w filmie ani w teatrze, ale właśnie w operze! To była kolejna ucieczka przed zawodową nudą?


Do opery doszedłem przez teatr, który zawsze mnie pociągał. Po studiach chciałem grać u Jerzego Grzegorzewskiego, ale on potrzebował kogoś podobnego do Witkacego, więc niestety nie udało mi się. Trafiłem do Teatru Rozmaitości i zacząłem pracować z Krzysztofem Warlikowskim, który na pewno miał na mnie duży wpływ. Tak duży, że nie miałem pomysłu na własny teatr, a kopiować nie chciałem. Ciągnęło mnie do reżyserii, którą skończyłem 20 lat temu i jakoś nigdy jej nie używałem. Więc kiedy Marek Weiss z Opery Bałtyckiej zaprosił mnie do zrobienia „Graczy” Dymitra Szostakowicza, to zastrzygłem uszami, choć wydało mi się to dość abstrakcyjne w pierwszym momencie. To nieskończona opera, która w całości została wystawiona tylko dwa razy. Wszystko potoczyło się jak zwykle siłą rozpędu – całe moje życie to improwizacja. Dzień po premierze „Graczy” Michał Merczyński zaproponował, żebym zrobił w operze „Czarodziejską górę”. Na fali jakiejś euforii, że ten Szostakowicz się skończył, że się udało, odpowiedziałem:  „»Czarodziejska góra« Proszę bardzo!”.

Pomysł przeniesienia „Czarodziejskiej góry” na scenę opery wydawał mi się artystycznym wyrokiem śmierci. Dopóki nie udowodniłeś, że to możliwe.

To była dosyć buńczuczna decyzja. Nie wiem, dlaczego sądziłem, że to będzie – powiem głupio – łatwe. Aż zrozumiałem nagle, że to nie może być łatwe. Bo to jest rzecz, którą chcieli robić Grzegorzewski czy Lupa, ale obaj w pewnym momencie się wycofali. Ta powieść jest tak pojemna: tysiąc stron, tysiąc głosów, tysiąc spraw. Na szczęście zaprosiłem Małgosię Sikorską-Miszczuk do współpracy scenariuszowej i dzięki niej się udało. Razem znaleźliśmy klucz, a później ona w większości napisała libretto sama.

Wyobrażasz sobie moment, kiedy scena – aktorsko czy reżysersko – przestanie cię interesować? Czy to będzie starość?

Nie wiem, czy to będzie z powodu starości, ale myślę, że jest duże ryzyko wypalenia w momencie, kiedy przestajesz dostawać rzeczy, które cię inspirują, które cię nie zawstydzają. Miałem taki moment po dziesięciu latach intensywnego wykonywania tego zawodu, kiedy pomyślałem, że strasznie dużo rzeczy zrobiłem i być może nic mnie już nie będzie ekscytować. I może powinienem poważnie pomyśleć o jakiejś zmianie. Wtedy zdarzył się ten wyjazd do Paryża, co było zbawiennym wytrąceniem z rzeczywistości.

A wierzysz, że przychodzi taki moment – jak dla twojego bohatera ze „Znam kogoś, kto cię szuka” – kiedy jest czas na porządkowanie, naprawianie przeszłości?

Wierzę. Mam zresztą bardzo dużo podobnych ról – może dlatego, że moi bohaterowie starzeją się wraz ze mną. I wraz ze mną są w takim miejscu mentalnym, kiedy się patrzy za siebie. Jestem zapraszany na takie podsumowujące karierę spotkania – to też mi daje do myślenia. Kiedyś Krzysiek Krauze powiedział mi, że jak mu pierwszy raz zrobili retrospektywę, to już wiedział, że się skończył.

Ale ty właśnie zadebiutowałeś w roli ojca! Czy myślisz, że dzieciństwo twojego syna może w czymś przypominać twoje własne?

Jak patrzę na dzieci dzisiaj, to poznaję w nich te same dzieci, które pamiętam ze swoich czasów. Ale też czuję, że rzeczywistość wokół tak szybko się zmienia, że nie ma sensu wyobrażać sobie, co się będzie działo za pięć lat. Pomyślałem tylko, że powinienem być bardziej wyczulony na tę rzeczywistość, o której jeszcze niedawno myślałem, że mnie nie dotyczy. Że trzeba jednak odrobić lekcję z tych systemów operacyjnych, których nie chciało mi się już poznawać. Że sam muszę złapać kontakt z rzeczywistością, która niekoniecznie była mi potrzebna do życia i do szczęścia.

Myślisz, że ten nowy stan, w którym jesteś ojcem, znalazł cię – tak jak tyle innych rzeczy – w najlepszym momencie  Że był ocaleniem, może tym zakotwiczeniem właśnie?

Tak może być. Że to zjawiło się w dobrym momencie. W punkt.

Rozmowa z Andrzejem Chyrą ukazała się w „Urodzie Życia” 12/2015

Wideo

Poznaj historię miłości Agnieszki Woźniak-Starak i jej męża Piotra!

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Izabela Janachowska o cudzie macierzyństwa i synku Christopherze, Dominika Tajner w pierwszym wywiadzie po rozstaniu z Michałem Wiśniewskim oraz Krystyna Demska-Olbrychska i Daniel Olbrychski o przepisie na udane małżeństwo.