Rozstanie w związku
Fot. Will Davidson/Trunk Archive
#czytajdlaprzyjemności

Zdrada wcale nie jest najczęstszą przyczyną rozwodów!

Psycholog wyjaśnia prawdziwe powodu rozstania w związku.

Anna Maruszeczko, red. naczelna miesięcznika „Uroda Życia” 4 listopada 2018 09:00
Rozstanie w związku
Fot. Will Davidson/Trunk Archive
Postawa „ja sama, ja sam” to do pewnego stopnia to samo, co: „Ty mi do niczego nie jesteś potrzebny”. To jest właśnie coś, co powoduje, że ludzie się od siebie oddalają, prosta droga do zdrady. Nikt nie chce być z kimś, komu jest niepotrzebny – mówi psychoterapeuta Jacek Masłowski* w rozmowie z Anną Maruszeczko.
 
Jacek Masłowski - psychoterapeuta i filozof. Prowadzi warsztaty rozwoju osobistego dla mężczyzn, prezes Fundacji Masculinum. Pracuje w Warszawskim Ośrodku Psychoterapii i Psychiatrii.
 

Anna Maruszeczko: Czy to prawda, że główną przyczyną rozwodów wcale nie jest zdrada, tylko brak wsparcia partnera?

Jacek Masłowski: Rozwód to efekt tak zwanego związku pustego, w którym pomiędzy dwojgiem ludzi właściwie ustała więź, a to mogło dać efekt w postaci braku wsparcia. Ludzie przestają być sobą zainteresowani, nie widzą w sobie współtowarzyszy życia. Przestają wierzyć, że ta druga osoba jest jeszcze w stanie coś dla nich zrobić, bo chyba są już dla niej nieważni.
 

I zdrada może wynikać z braku wsparcia.

Otóż to. Znam taki przypadek: pewien mężczyzna, odprowadzając córkę do klubu sportowego, spotykał regularnie mamę dziecka, które również tam trenowało. Rozmawiali o postępach dzieci. Z biegiem czasu ta kobieta zaczęła angażować nowego znajomego w osobiste problemy, opowiadała mu o różnych rzeczach, najczęściej o tym, że mąż nie jest nią zainteresowany, że dużo pracuje, często go nie ma w domu, a ona nie ma z kim porozmawiać o ważnych rzeczach i czuje się zostawiona, samotna.
 

Szukała wsparcia i zrobiło się niebezpiecznie?

Niedużo brakowało, a doszłoby do zdrady. Ów mężczyzna też przeżywał jakiś małżeński kryzys i – co ciekawe – nowa znajomość spowodowała, że dużo bardziej jaskrawo wyświetliły mu się obszary kryzysogenne we własnym związku. Wcześniej zrobił to, czego wielu mężczyzn nie robi – zwierzył się przyjacielowi, że jest krok od zdrady. Czuł dyskomfort, ale dopiero gdy o tym porozmawiał, poszukał wsparcia u kolegi, uświadomił sobie mechanizm psychologiczny tej sytuacji. Zdecydował się zerwać kontakt z tą kobietą, choć bardzo mu się podobała. I tak uratował swoją rodzinę. Tylko oczywiście to wydarzenie spowodowało pewnego rodzaju reformę w związku.
 

Jakie były owe kryzysogenne obszary?

Też czuł się pomijany i unieważniany w różnych sprawach.
 

A tu ktoś go słuchał...

Nie tylko słuchał. Zresztą on za dużo nie mówił. Czuł się ważny dla tej kobiety, ponieważ ona do niego mówiła. To, że kobieta opowiada mężczyźnie o swoich doznaniach – i nie chodzi o zalewanie problemami, przecież znamy wszyscy takie jęczące osoby, ciągle coś przeżywające, bo to jest ich sposób funkcjonowania w relacjach z bliskimi – to jest tak, jakby wysyłała komunikat: „Jesteś dla mnie ważny. Widzę cię. Zależy mi na tym, żebyś znał moje życie, to, co przeżywam”. Ten rodzaj uwagi dostał właśnie mężczyzna z mojej opowieści.
 

Uściślijmy, jakiego wsparcia potrzebują kobiety, a jakiego mężczyźni?

Profesor Jerzy Vetulani napisał świetną książkę na ten temat – „Bez ograniczeń. Jak rządzi nami mózg” – w której wyraźnie to pokazuje. Wielu mężczyzn jest wychowywanych w takim duchu, że nie ma co skupiać się na nazywaniu problemów, tylko trzeba sobie z nimi poradzić. I gdy w ich życiu dzieje się coś trudnego, partnerka często nie ma o tym bladego pojęcia. Pytam: „Czemu nie pogadasz o tym z żoną?”. „A wiesz, nie chcę jej obciążać”. Myślę, że w istocie chodzi o jeszcze coś innego. Jak przyjrzysz się dokładnie tym relacjom, to nie do końca chodzi o to, że on nie chce jej obciążać, tylko chce uniknąć pewnej pułapki. Oczywiście to nie jest norma, ale nierzadko się zdarza, że mężczyzna zdobywa się na odwagę i nazywa swój problem, przychodzi z tym do partnerki. I co się dzieje? Kobieta, która najpierw deklarowała: „Bardzo chciałabym wiedzieć, co naprawdę przeżywasz”, nagle sama zaczyna drżeć. Nie dlatego, że mężczyzna w końcu jej się zwierza, tylko przeraża ją problem, z którym on do niej przychodzi. I co wtedy robi mężczyzna? Odkłada na bok potrzebę wsparcia i zaczyna się zajmować partnerką, czyli ją uspokaja: „Daj spokój. Jakoś sobie poradzimy”.
 

Może to nie jest norma, ale znam wiele takich przypadków. Niemniej można zrozumieć kobietę. Może mężczyzna za szybko dezerteruje. Kobieta na wieść o tym, że on wziął kredyt, którego nie jest w stanie spłacić etc., ma prawo wpaść w popłoch. Jednak gdy już oswoi się z tym faktem, może chcieć go wesprzeć. Może ta para nie potrafi się ze sobą komunikować?

I tak, i nie. Brałem kiedyś udział w treningu interpersonalnym, gdzie było 15 kobiet, a ja byłem jedynym mężczyzną. Trening trwał pięć dni, przyjąłem taktykę, że będę raczej w pozycji obserwatora, a nie aktywnego uczestnika. I przez dzień, dwa trzymałem się trochę z boku. I co słyszałem? "Wiesz, ale my się z tym nie czujemy dobrze. Nie wiemy, co myślisz. W ogóle się nie odsłaniasz!" Czyli one trochę mnie zapraszały, a trochę atakowały, że jestem z boku.
 

„On się wywyższa”?

To nie było powiedziane wprost. Ale że „my tutaj coś pokazujemy, przeżywamy emocje, a ty nic”. Trzeciego dnia doszło do takiej sytuacji, w której przeżyłem bardzo silne emocje i się popłakałem. Reakcja była zadziwiająca. Grupa się spolaryzowała, dosłownie została podzielona na pół magiczną różdżką i kobiety, które najgłośniej krzyczały, żebym się odsłonił, spuściły mi łomot.
 

Że co to za facet?

„A co ty się tu nad sobą użalasz!” „Ja nie jestem Matką Teresą z Kalkuty, żeby się tu tobą zajmować!” Na co inne kobiety napadły na te, które na mnie napadały: "„Co wy robicie? Same chciałyście!”,  „On też ma prawo do uczuć!”. Ponad moją głową odbywał się kobiecy sąd nad postawami i nikt się mną nie zajmował. (śmiech)
 
 

Finał EURO. Dzwoni moja 10-letnia córka, która oglądała mecz, i mówi: „Cristiano Ronaldo się pobeczał!”. I podejrzewam, że widownia też się spolaryzowała. Jedni mówili: „Ma prawo! Tak mu zależało na wygranej Portugalii...”, a inni: „No nie, Ronaldo znowu histeryzuje!”.

Wiele kobiet tęskni za „żywym” mężczyzną, takim, który ma dostęp do wszystkich swoich emocji, który przeżywa przy nich swoje życie. Tutaj znów zacytuję koleżanki z branży: „Nie emocjonalny beton, tylko po prostu żywy facet”. Lecz mamy tu do czynienia z czymś w rodzaju przekleństwa spełnionego marzenia, do którego nie jesteśmy przygotowani. Kobieta, której mężczyzna do tej pory funkcjonował jak „zalany beton” – oszczędny w ekspresji emocji, komunikujący się raczej na poziomie operacyjnym, wpisujący się w pewien obraz męskości, z którym ona miała do czynienia jako dziewczynka, czyli taki półobecny facet – oczywiście pragnie mężczyzny obecnego, ale gdy ten mężczyzna obecny się materializuje i zaczyna coś przeżywać, to nagle okazuje się, że ona nie ma oprogramowania do obsługi takiego faceta. To się staje wręcz lękotwórcze. Często ten lęk zamieniany jest w złość.
 

Jedno z nas traci pracę. Starania o nową nie przynoszą efektów. Z człowieka sukcesu zamieniamy się w kogoś bez pracy i perspektyw. Spada poziom życia rodziny. Czujemy się bezradni. Straciliśmy dostęp do swojej siły. I dla świętego spokoju nie prosimy partnera o wsparcie. Przecież to równia pochyła.

Dywan podnosi się coraz wyżej, dlatego że tam jest wszystko zamiecione, aż podnosi się tak wysoko, że przewracają się meble. Inny przykład: człowiek odnoszący sukcesy w dużej firmie zwolnił się z tej pracy. I popadł w depresję, bo już wtedy mógł sobie na to pozwolić, tak jakby trochę czuł, że ten moment się do niego zbliża. Jego partnerka, niezwykle mądra kobieta, zostawiła go w spokoju. Nie opuściła, tylko uszanowała to, że miał potrzebę wycofania się z kontaktu.
 

Nie brzmi to dobrze.

On dostał wolność, ale nie został wykluczony. W pewnym momencie kupił sobie motocykl i przez dwa lata, w tym okresie, kiedy na motocyklu można jeździć, nie pracował w ogóle, tylko jeździł po Mazurach. Dopiero po tym czasie jakoś odbudował w sobie siłę, zrozumiał, o co mu w życiu chodzi. I we dwoje za tym poszli.
 

Nie każdy może sobie pozwolić na taką przygodę poznawczą. Ale rozumiem, że się opłacało?

Dzisiaj stanowią znakomitą parę. Również pod względem materialnym możemy im pozazdrościć.
 

Super! Wierzę, że to działa, tylko jak ta kobieta wytrzymała przez dwa lata w zawieszeniu? Przecież nie miała gwarancji, że się uda.

Oni rozmawiali. On jej komunikował, że tego potrzebuje. A ona? Nie miała na niego lepszego pomysłu i nie matkowała mu w takim klasycznym stylu: „Musisz to albo powinieneś tamto”.
 

„...koniecznie się napij tej zimnej zielonej herbaty!” (śmiech)

„Pomidoróweczkę zjedz!”. Zamiast tego wsłuchała się w to, co jej mówił. I mu ufała. Ale przede wszystkim ufała sobie. Przestała zajmować się swoim lękiem, tylko wzięła na siebie ciężar utrzymania całego domu i pozwoliła temu mężczyźnie być przy niej takim, jaki jest.
 

A przecież mogła go zrugać i powiedzieć: „Stary, daj spokój, co ty w ogóle wydziwiasz, jak dwa lata bez pracy? Możesz sobie wziąć dwa tygodnie wolnego, ale nie dwa lata!”.

Tylko że on jest dorosłym człowiekiem i kobieta nie może z nim tak postępować. Bo to jest postawa matki.
 

I to nie przynosi efektów? Jednak mamy takie zakusy...

Właśnie. A matkowanie, czyli przejmowanie kontroli nad procesem życia drugiej osoby, powoduje, że mężczyźni potrzebują czegoś takiego jak „empty box” w głowie, oni w tym „empty box” funkcjonują. „O czym myślisz?”, pyta kobieta mężczyznę leżącego z pilotem przed telewizorem. ”O niczym”. „Ale jak możesz nie myśleć o niczym?” I tu następuje projekcja kobiecego sposobu funkcjonowania na mężczyznę. To jest naprawdę ważne – my nie mamy w naturze tak silnie rozbudowanej potrzeby wypowiadania słów. Profesor Vetulani w książce „Bez ograniczeń” porównuje, jak funkcjonuje kobiecy i męski mózg; pada tam takie zdanie, że mężczyźni prawdopodobnie dlatego w ogóle mówią, że wychowały ich kobiety.
 

Ale mężczyźni lubią czasami przemawiać.

To jest zupełnie inna sprawa. To jest prezentacja, a nie takie „small talking”.
 

Pustka w głowie? To dla kobiety w ogóle tragedia! „Jak on może mieć pustkę w głowie?!” „Jak mój syn może o niczym nie myśleć albo nic pożytecznego nie robić w tym momencie?!” „Jak on może po prostu skakać po kanałach?!”

Co dla kobiety jest najbardziej irytujące? Mężczyzna, który nic nie robi. (śmiech)
 

Jeśli akurat nie jest na sesji jogi, to jest straszne! (śmiech)

Mężczyzna robi coś po coś. Generalnie mamy inne wzorce budowania bliskości. Kobiety budują wzorzec bliskości poprzez współprzebywanie i dzielenie się emocjami. Bliskość z mężczyzną buduje się poprzez wspólne działanie. Odwróćmy role – to kobieta przychodzi do domu i mówi: „Wiesz, mam kłopot, szef mi dzisiaj powiedział...”. I co robi dziewięciu na dziesięciu mężczyzn?
 

Już wiemy, że radzi.

Daje rady. Jak na to reagują kobiety?
 

Nie chcą.

Bo jej chodzi o to, żeby coś z siebie wyrzucić, żeby pooglądać na głos tę sytuację, ale męski mózg się tak nie uruchamia. Jak jest dziura w ścianie, to trzeba ją zalepić, a nie opowiadać o tym.
 

Tak, ale kobieta ma te lęki... Ona ma więcej lęków niż on.

Ona ma raczej lepszy do nich dostęp, ma z nimi lepszy kontakt.
 

Kobieta może rzeczywiście nie lubi słuchać rad, jednak czasem czeka na ten męski głos: „Daj spokój, ty sobie to wymyślasz. Odpuść. Szkoda twojej energii”. To bywa zbawienne.

To jest ruletka. Bo rzeczywiście kobiety lubią, jak mężczyzna trochę je tak uniesie nad problemem, ale częściej powie: „Ty mnie w ogóle nie rozumiesz. Ty mnie nie słuchasz”, bo on zainterweniował, przerwał jej.
 

Znajoma Ukrainka latami opiekowała się chorą mamą. Mama zmarła, a po miesiącu znajoma dzwoni, że mąż zachorował na raka. Podobno od dawna źle się czuł, ale ona była skoncentrowana na mamie i po prostu to przegapiła. A on nie wpadł na to, że może zawołać o pomoc.

Twój mały syn nie ma kłopotu z wołaniem o pomoc. Chodzi za tobą, gdy chce zrobić siku. Natomiast później jest w procesie wychowania taki standard: „Nie becz!”, „Podnieś się!”, „Dasz radę!”. Oczywiście są sytuacje, w których warto w ten sposób zareagować, natomiast gorzej, jak czynimy z tego jeden model. W związku z tym wielu mężczyzn oduczono sięgania po wsparcie, poza tym trudno im sobie wyobrazić, jakiego rodzaju wsparcie może dać im kobieta.
 

Co to znaczy?!

Pewnemu mężczyźnie nagle i mocno popsuło się zawodowo. Były jakieś kredyty, musiał ludziom płacić pensje... Wiedział, że jeżeli szybko nie dostanie kontraktu, to zaraz skończą mu się pieniądze, a nie skończą mu się płatności. Siedział w domu sam. Zadzwoniła jego mama: „Synu, czy u ciebie wszystko dobrze?”. „No jakoś tam sobie radzę. A co?” „Śniłeś mi się dzisiaj, że jakiś kłopot jest u ciebie”. „Mamo, nie. Poradzę sobie”. "Ale jakby co, to naprawdę możesz mi powiedzieć". „Mogę ci powiedzieć, ale co z tego? Potrzebuję dużo pieniędzy”. Ta kobieta była emerytką, dorabiała, sprzątając biura i zarabiała 1600 złotych. „A ile?” „20 tysięcy”. „Zadzwonię do ciebie jutro”. Ten mężczyzna był przekonany, że matka zadzwoni, spytać, jak się czuje, a ona poprosiła o numer konta i przelała mu pieniądze, bo wzięła kredyt. To była ostatnia osoba na świecie, o której w ogóle by w tej sytuacji pomyślał. Mężczyźni, którzy w wieku chłopięcym oglądali matki zdominowane przez mężów, oduczyli się myślenia, że kobiety są sprawcze w życiowych sprawach.
 

Tymczasem niektóre z nas to siłaczki. Wolą chronić bliskich przed swoimi problemami. Zresztą są przekonane, że najlepiej poradzą sobie same.

Kobieta widzi swoją matkę, która nie dostaje wsparcia od ojca. „Zaufała mężczyźnie, ten ją zostawił, ja taka nie będę. Sama sobie w życiu poradzę”. I na koniec dnia masz mężczyznę i kobietę, którzy siedzą w jednym domu i każde myśli: „Jak nie ja, to nikt inny”. Zobacz, co się dzieje, kiedy rola ojca w rodzinie jest zdewaluowana. To wpływa zarówno na mężczyzn, jak i na kobiety.
 

Albo to czekanie, aż się domyśli... To też bezproduktywny schemat.

Prowadzę warsztaty z zarządzania sobą, na których rozmawiamy także o braniu wsparcia. Robimy różne ćwiczenia, gdzie twoje ciało cię nie oszuka i natychmiast pokaże, czy umiesz brać wsparcie, czy nie. Okazuje się, że 99 procent ludzi tego nie potrafi. Potem omawiamy tę sytuację i pytam: „Słuchajcie, ale czym dla was jest proszenie o pomoc?”. Ludzie mają wdrukowane, że proszenie to jest przyznawanie się do słabości. Na tym warsztacie staram się im pokazać zupełnie inną perspektywę: „A może kiedy przychodzisz do drugiego człowieka i mówisz mu: »Wiesz, mam kłopot. Potrzebuję twojego wsparcia«, to nie jest tak, że pokazujesz słabość, tylko pokazujesz drugiemu człowiekowi, że ma coś ważnego, czym może się podzielić z tobą”. To nic innego, tylko budowanie poczucia wartości drugiego człowieka.
 

Ciekawa perspektywa. Tak można zwolnić w sobie blokadę przed proszeniem?

Dokładnie. Ludzie często łapią się za głowę: „W życiu bym tak nie pomyślał!”. Mówię: „To wyobraź sobie, że ktoś przychodzi do ciebie i prosi o wsparcie”. „Czuję się doceniona. Naprawdę mam poczucie sensu”. „To czemu odmawiasz drugiemu człowiekowi czegoś takiego?” Postawa „ja sama, ja sam” to do pewnego stopnia to samo, co: „Ty mi do niczego nie jesteś potrzebny”. To jest właśnie coś, co powoduje, że ludzie się od siebie oddalają... Prosta droga do zdrady. Nikt nie chce być z kimś, komu jest niepotrzebny. Dzisiaj naprawdę jednym z najbardziej deficytowych „towarów” jest uczucie bycia dla kogoś ważnym – to ja jestem teraz ważny dla ciebie, a nie tylko ty dla mnie.
 

Kobiety często narzekają: „On mnie nie wspiera”. I ktoś gdzieś napisał coś takiego: „Jeśli myślisz, że w trudnych chwilach możesz liczyć tylko na siebie, zacznij od siebie. Może zrozumiesz, że nie chodzi o to, że partner nie chce cię wspierać, ale o to, że mu na to nie pozwalasz”.

Chcesz ponieść walizkę. „Nie, nie, dziękuję. Poradzę sobie”. Chcesz zapłacić w restauracji. „Nie, nie. Zapłacę za siebie”. Czasem trzeba prosić, żeby ona na to pozwoliła. Ale to „jestem niezależna” jest antytezą relacji, a jednocześnie kompletnym złudzeniem.
 

Bo nie ma ludzi niezależnych?

Wszyscy jesteśmy współzależni. Nie mówimy dziś o ludziach, którzy żyją w skrypcie ofiary, bo wtedy ma miejsce manipulacja, a nie sięganie po wsparcie. Jeżeli natomiast funkcjonujesz na poziomie własnej sprawczości, ale też w sytuacjach trudnych dzielisz się swoją trudnością i zapraszasz ludzi, żeby uczestniczyli w twoim życiu, to budujesz z nimi relację, a to z kolei buduje więź.
 

Żeby wesprzeć partnera, czasem trzeba go w czymś wyręczyć, na jakiś czas zrezygnować z siebie. Ale jak to zrobić? Przecież skoro on nie ma pracy, to ja teraz muszę pracować za dwóch, a nie skupiać się na jego psychicznych dołach. Poświęcać mu więcej czasu? A przecież mam tego czasu niewiele, bo skoro on przestaje już być „woźnicą”, to ja muszę powozić za dwóch. Więc nawet jeżeli chciałabym, to nie mogę, bo po prostu teraz w domu wszystko jest na moich plecach.

Mężczyzna, który stracił pracę, nagle ma bardzo dużo wolnego czasu, więc dlaczego wszystko ma być na twoich plecach? Czasami najlepszym wsparciem jest brak wsparcia. W tej sytuacji nie chodzi o wyręczanie kogoś. Kiedyś kobiety tak robiły, ale już to przemodelowały: „Słuchajcie chłopaki, musimy zrobić rekonstrukcję podziału obowiązków. Skoro my zarabiamy, to wy weźcie się do wychowywania dzieci i prowadzenia domu”. Paradoksalnie często to dla tych facetów jest leczące. Najgorsze, jeśli w takiej sytuacji wykluczysz mężczyznę z życia, bo nauczy się bezradności. Poczuje się bezużyteczny, co przełoży się u niego na jeszcze gorszy stan. Sporo związków, w których dochodzi do takiej rekonstrukcji, ma szansę na głęboką odbudowę i funkcjonuje o wiele lepiej niż kiedyś.
 

Tym bardziej, że gdy jedno z partnerów się poświęca, robi za dwóch, to z czasem się wykończy.

To jest toksyczne. To jest podejście typowe dla „ratownika”, który zawsze przegrywa. Kobieta, która czuje w sobie siłę do tego, żeby rzeczywiście wesprzeć mężczyznę, może go wyręczyć, ale to nie jest dobre dla mężczyzny.
 

Czy wzbranianie się przed poproszeniem o wsparcie nie wynika ze strachu przed kontrolą: „Przyznam się, poproszę o pomoc, ale ona/on potem mnie po prostu weźmie na smycz”, „On mi będzie mówił, co mam robić”.

To właściwie strach przed utratą kontroli, a nie przed kontrolą: „Muszę wszystko wiedzieć, widzieć, wszystkim zarządzić, a jak przestanę to robić, to ziemia się rozstąpi i wpadnę w przepaść”. To wynik braku zaufania i wiary w to, że ta druga osoba mnie utrzyma, dosłownie i w przenośni.
 

Jak cudownie byłoby tak całkowicie zaufać i odpuścić. Eh!

Ludzie, którzy tak silnie kontrolują rzeczywistość, nie mają zaufania do innych osób, nie potrafią brać wsparcia, to osoby bardzo silnie przeciążone. Usiłują przewidzieć rzeczywistość, ich życie jest w głowie, oderwane od tego, co faktycznie się dzieje. Wyjściem jest odwrócenie uwagi ze świata myśli. Osoba, która przejdzie tą drogą i odpuści sobie, zaczyna też sobie bardziej ufać, a kiedy sobie bardziej ufa, zmienia się zupełnie jej perspektywa życiowa. Ona już nie projektuje rzeczywistości, tylko w niej uczestniczy: „Patrzę, co się dzieje i wtedy decyduję, że zrobię to, a nie co innego... Dzięki temu mam największy wpływ na moje życie”.
 
Rozmowa z Jackiem Masłowskim ukazała się w „Urodzie Życia” 9/2016

Wideo

Dziś wypada 3. rocznica ich ślubu. Oto historia miłości Agnieszki i Piotra Woźniak-Staraków

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Wydanie de Luxe VIVA!, a w nim: ANJA RUBIK o tym, jak się czuje w roli singielki i o planach na przyszłość. Intymna sesja KINGI KORTY z synkiem GREYSONEM i inspirująca rozmowa na temat późnego macierzyństwa. Skandalista i geniusz – ELTON JOHN. RODZINA KOKCZYŃSKICH, właścicieli Park Cafe w Konstancinie, o tym, jak stworzyć „fajne miejsce”.