#lepszeżycie

Polubmy poniedziałki! – radzi coach. I tłumaczy, dlaczego warto zmienić swoje podejście

Narzekanie na pracę odbiera siły

Hanna Węgorzewska 26 maja 2019 06:54
Coach o pracy
Fot. Getty Images

Pozytywne podejście i odnalezienie choć odrobiny sensu w naszej pracy daje energię. Ciągłe obrzydzanie jej samemu sobie odbiera nam siły – tłumaczy dr Joanna Heidtman, psycholog i coach w „Urodzie Życia”. I wyjaśnia, że zamiast odliczać: „Jeszcze tylko pięć dni do weekendu”, lepiej będzie, jeśli uświadomimy sobie, że poniedziałek to też nasze życie. Co zrobić, aby polubić swoją pracę? Pytamy. 

Uroda Życia: Nie lubię poniedziałków – powtarzamy to hasło od lat. Dlaczego tak często traktujemy pracę jako karę, skoro spędzamy w niej tyle życia? To nielogiczne.
Joanna Heidtman: Tak, rzeczywiście. W mediach społecznościowych mnożą się wpisy: „Jeszcze tylko pięć dni do weekendu” – jakby koniec tygodnia był jedynym czasem, gdy możemy czuć się spełnieni. Ba, wreszcie jesteśmy sobą… A potem z ciężkim sercem idziemy do pracy. A przecież nie żyjemy w oddzielnych „sektorach”, to cały czas to samo życie, w pracy, w domu. Nie dość, że nie zawsze jest idealnie, to jeszcze sami obrzydzamy sobie naszą pracę. Troszkę wzmacnia to społeczna norma, bo inni też narzekają – na szefa, nawał obowiązków, niską pensję, brak docenienia. Rzadko słyszymy: „A może nie jest tak źle?”. Narzekając i psiocząc, dostajemy często od innych „głaski” w postaci zrozumienia i wsparcia: „No tak, rzeczywiście beznadziejnie”. Dlaczego to może być na długą metę niebezpieczne? Bo utwierdzamy się w przekonaniu, że faktycznie w pracy ucieka nam życie, że nic albo niewiele możemy, że nic i nigdy się nie zmieni i niewiele zależy od nas. Nie dość, że nie jest idealnie, to w naszym postrzeganiu rysuje się to tylko gorzej. I nam jednocześnie też jest gorzej. 

Co wynika z takiego pesymistycznego nakręcania się?
Zniechęcenie, wypalenie, a nawet depresja. Przypomina mi się 34-letnia kobieta pracująca w firmie PR. Wcześniej chciała dostać tę pracę, z czasem okazało się, że jest coraz bardziej nieszczęśliwa. Zaczęło się od drobiazgów. Szefowa miała zły humor, nie doceniła raz i drugi pomysłów podwładnej, współpracownicy nie łapali w lot jej żartów, a klient kręcił nosem. Jest samotną mamą, bała się stracić pracę, czuła się sfrustrowana. Lęk pojawiał się także w związku z tym, że wszystkie te sytuacje brała bardzo mocno do siebie. „No tak, nie nadaję się, jestem za głupia, coś ze mną jest nie tak”. Z czasem skupiała się coraz mocniej na negatywach, zniechęcenie i lęk nasilały się, w końcu rzeczywiście efektywność i kreatywność spadały.

Praca to ważna część życia

A co powinna zrobić, żeby zatrzymać pracę i zacząć się nią cieszyć ?
To spojrzenie na trudności nie było realistyczne. Jej praca i kompetencje nie były złe, ale okoliczności nie były idealne. Nie zwalniam nas z odpowiedzialności za to, co się dzieje w pracy, ale chodzi mi o nawykowy sposób spojrzenia na trudności.

Psycholog Martin Selingman badał dwa typy psychologicznego podejścia do niepowodzeń i trudnych sytuacji w życiu i pracy: optymistyczny, inaczej konstruktywny, i pesymistyczny, destruktywny. Gdyby dziewczyna z marketingu po krytyce szefowej powiedziała sobie: „OK, to jest ta konkretna sytuacja i jej dotyczy ta krytyka. Być może przedstawiłam projekt w niewłaściwy sposób albo może szefowa ma inne stresy i to nie był czas na prezentowanie tego pomysłu? Następnym razem coś zmienię, znajdę lepszy moment lub sposób”. Nie obwiniam tym samym wyłącznie siebie, ale szukam przyczyn w całej sytuacji. Wiele badań wskazuje na to, że osoby konstruktywnie mierzące się z porażkami utrzymują dobry poziom motywacji i samooceny dłużej od tych z negatywnym podejściem.

Czy niektórzy z nas rodzą się z takim negatywnym podejściem?
Przeciwnie – to wyuczone schematy. „To ze mną coś jest nie tak, mnie się nie uda, mnie zawsze się to przydarza...” Bywa, że myślimy tak automatycznie, kiedy spotyka nas niepowodzenie. To słyszeliśmy w dzieciństwie czy w młodości i przyjęliśmy jak własne, ponieważ takie komunikaty pochodziły od osób dla nas ważnych, np. rodziców.

Czyli mamy widzieć szklankę do połowy pełną i nie obwiniać się, że porażka to wyłącznie efekt naszej nieudolności?
Nie chodzi o hurraentuzjazm, ale raczej o realistyczne podejście. Może mój szef ma rację, że powinnam inaczej wymyślić tę prezentację, ale nie myśleć, że się w ogóle do tej pracy nie nadaję! To szybciej prowadzi do poddania się, a w efekcie do braku energii, a nawet do chorób psychosomatycznych. Może to zabrzmi paradoksalnie, ale starajmy się nawet przy żmudnych, mało kreatywnych czy zwyczajnie ciężkich fizycznie zajęciach angażować się w nie jak najmocniej. Poczucie wpływu (np. na efekt wykonanej pracy) i własnej satysfakcji potrafi być naszym ratunkiem.

Jak ma to zrobić kasjerka w dyskoncie, która przez 10 godzin siedzi przy taśmie?
Nie wiem, czy to dobry przykład, ale pracowałam kiedyś w supermarkecie, a potem przez jakiś czas w fabryce mikroprocesorów. W żadnym z tych przypadków nie była to moja wymarzona praca. Natomiast na tamten moment życia ważna i niezbędna. Takie były okoliczności, potrzeby. Ponieważ sama praca nie była angażująca, a dość nużąca, także fizycznie, starałam się skupiać na ludziach, np. na klientach. Pakując zakupy, prowadziłam krótkie rozmowy z klientami, czasem udawało mi się sprawić, że ktoś odszedł uśmiechnięty od kasy. Do dziś został mi nawyk rozmawiania z osobami w recepcjach, pracującymi w urzędniczych okienkach, czy pilnującymi aut na parkingu. To nie jest wdzięczna praca, ale wiem, jak dużo może dla kogoś zmienić, jeśli zostanie ona doceniona lub po prostu ktoś lepiej się dzięki tej rozmowie poczuje. Dotyczy to zresztą niemal każdej pracy – to, co dzieje się w relacji człowieka z człowiekiem zostaje najdłużej. W przypadku pracy, o której wspomniałam, przy kasie i taśmie produkcyjnej,  cel został w końcu osiągnięty: mogłam zgromadzić środki i wyjechać na studia.

Nie jest to może łatwe, ale czasem warto spróbować spojrzeć na „tu i teraz”. Jaki jest powód, dla którego tu jestem? Może ta praca to tylko etap przed kolejnym zajęciem? Taki, który mi to umożliwi? A może obecnie rzeczywiście nie mam innego wyjścia, bo okoliczności życiowe zmuszają mnie do pracy właśnie tutaj. Mam znajomego, ojca czwórki dzieci, który pracuje jako urzędnik w dość skostniałej instytucji. Zatrudnił się tam ze względu na etatową pracę i niezłe warunki finansowe, postawił na zapewnienie rodzinie komfortu. Nie czuje, że jego zadania przynoszą mu wystarczającą satysfakcję, uważa, że stać go na więcej. I ciekawe, jak sobie poradził z tym, że to miejsce pracy nie jest dla niego stworzone...

Jak? Odnalazł w niej sens?
Nie chciał znienawidzić swojej pracy i popaść w poczucie bezsensu. Lubi pracować z ludźmi i lubi choć trochę wykorzystywać swój entuzjazm i kreatywność. Wie, że to utrzymuje jego motywację. Choć nikt nie oczekiwał od niego pracy ponad zakres obowiązków, on aktywnie szukał innych zadań dla siebie. Pozytywne podejście i odnalezienie choć odrobiny sensu w naszej pracy daje nam energię . Obrzydzanie jej samemu sobie – odbiera siły, które będą nam niezbędne, jeśli na przykład zdecydujemy się na zmianę.

Przy okazji może warto powiedzieć, by nie czekać na owe zmiany zbyt długo, na moment, kiedy już jesteśmy pod ścianą – dostajemy wypowiedzenie, czy nasz etat jest zredukowany. Niektórzy tworzą własne „mapy” i plany – myśląc o możliwych scenariuszach, szacując swój potencjał.

Proszę o wskazówki.
Kartka, ołówek. Narysuj w kółku, gdzie dziś jesteś i gdzie chciałabyś być. Połącz te dwie pozycje dowolną liczbą pomostów, które pomogą ci dojść do celu. To mogą być różne scenariusze, możliwości, które będziesz sprawdzać. Ale realne, czyli takie, w których weźmiesz pod uwagę swoje priorytety, potencjał, wykształcenie, możliwości, zdolności, także zobowiązania rodzinne, sytuację finansową.

Wyobraźmy sobie młodą lekarkę w państwowym szpitalu, która nie dogaduje się z szefową, a najbardziej zależy jej na zdobyciu doświadczenia, które pomoże jej w kolejnych stopniach specjalizacji. Dziewczyna wykonuje poprawnie operacje wyrostka robaczkowego, ale starsza szefowa wiecznie jest niezadowolona. Dziewczynie zależy na stałej pracy, pensji, rozwoju, chce być specjalistką, ale czuje, że „starszyzna” jej nie wspiera, lekceważy. To jej „tu i teraz”. Musi przeanalizować wszystkie zyski i straty. Zastanowić się, czy ważniejsze jest dla niej bezpieczeństwo finansowe, dobra atmosfera w pracy ,czy rozwój, awans, nauka. Może nie tak ważna w tym planie jest naburmuszona szefowa i trudne z nią relacje, ale fakt, że mimo tego może nauczyć się od niej lub innych lekarzy jeszcze czegoś i potraktować tę pracę jako początek dalszej drogi zawodowej.

Jeśli narysowała w centrum swojej „mapy”, że marzy o pracy w prywatnej klinice, musi rozwinąć umiejętności, nabrać doświadczenia, żeby tam się dostać. Przyda się więc cierpliwość i potraktowanie pracy z czepliwą szefową tymczasowo. Na szczęście w dzisiejszych czasach rzadko kiedy jesteśmy skazani na jedno miejsce pracy, nie „żenimy” się z pracodawcą. Lepiej realistycznie spojrzeć na swoje priorytety – czy to są stałe pieniądze, czy rozwój i spełnienie – podliczyć zyski i straty i zaplanować dalsze kroki. Nie działać impulsywnie. Zmierzać do swoich pragnień małymi krokami, a nie rewolucją. 

Czasem straty znacznie przewyższają zyski.
Nie chcę opowiadać bajek, które miałyby prowadzić do morału, że każdą znienawidzoną pracę da się pokochać. Są sytuacje tak krzywdzące, że nie wolno nam za wszelką cenę w nich tkwić. Ekstremalnym przykładem jest  mobbing. Ma wiele postaci – jesteśmy zmuszani do obowiązków, na które się nie umawialiśmy, poza godzinami pracy, „motywacją” są jedynie kary, brak szacunku, ośmieszanie na forum publicznym, osobiste uwagi – „Jesteś głupia, na twoje miejsce czeka kolejka zdolniejszych osób” – w miejsce konstruktywnej krytyki czy oceny samej pracy. Tego nie możemy tolerować, podobnie jak nieuczciwości, nieetycznych zachowań, nadużyć seksualnych albo skłaniania nas do działań na granicy prawa. Nie można w takiej sytuacji zaciskać zębów.

A jak zachowywać się, gdy przełożony nie krzywdzi wprost, ale stosuje równie bolesną manipulację emocjonalną? Nie odpowiada na „dzień dobry”, gdy nie spełniamy jego wyśrubowanych oczekiwań, albo przymila się, bo chwilowo go zadowolimy? Jak radzić sobie z taką huśtawką emocjonalną?
Wiele zależy od typu naszej osobowości i wewnętrznych przekonań. Znam ludzi, dla których relacje w firmie – to, czy ktoś je lubi, czy nie – nie mają aż takiego znaczenia. Skupiają się na zadaniach. Dla nich będzie to mniej dotkliwe. Z drugiej strony są osoby, dla których atmosfera w pracy, układy ze współpracownikami są szalenie istotne. Od nich słyszę najczęściej: „Chcę pracować w miejscu, które nie jest dla mnie toksyczne, gdzie nie ma interpersonalnej manipulacji, konfliktów, wojny podjazdowej. Zależy mi na ludziach wokół”.  Takim osobom ciężko jest przewartościować podejście do pracy i założyć ochronny pancerz przeciw emocjonalnej manipulacji.

A czy to w ogóle jest możliwe?
Tak, choć wymaga wysiłku. Najpierw trzeba się nauczyć rozpoznawać emocjonalną manipulację i jak postępować na przykład w momencie, gdy szef traktuje nas jak powietrze. Odradzałabym ostrą, konfrontacyjną reakcję, bo to może nasilić konflikt, a niewiele zmienić.

Ale znowu stosując Selingmanowskie konstruktywne podejście do trudności w pracy, warto poszukać przyczyn w całości sytuacji wokół, a nie natychmiast szukać jej w sobie, co jeszcze paradoksalnie wytworzy w nas poczucie winy. Spójrz na tę sytuację z innej strony: „To problem szefa, manipuluje, bo nie nauczył się inaczej budować relacji z ludźmi, swojego autorytetu, zarządzać zespołem… Czy mogę nie brać tego do siebie? Nie włączać w to własnych silnych reakcji emocjonalnych? Będę robić swoje i skupiać się na działaniu. Może nie są to najbardziej sprzyjające okoliczności, ale mimo wszystko lubię tę pracę, a może mam tu potrzebne mi bezpieczeństwo finansowe, prestiż, uczę się. Do gier i manipulacji potrzeba dwu stron. Jeśli nie dam się sprowokować, nie zareaguję emocjonalnie, to może uda mi się tę grę zneutralizować i z czasem ona wygaśnie. Można też spojrzeć na takie trudne relacje jako na kolejne doświadczenie w pracy. Jeśli poradzimy sobie i nie damy się sprowokować, to możemy powiedzieć sobie: „Nauczyłam się z tym sobie radzić, nie reagować – zyskałam więc umiejętność, która może być przydatna”.

Czyli trudność przekuwamy w siłę. To oznacza, że w życiu zawodowym only sky is the limit?
Absolutnie nie! Choć czasem zasada ta może być przepisem na sukces. „Osiągaj więcej, mierz dalej, wyżej”. To nie jest równoznaczne z zadowoleniem.

I wpędza się nas w poczucie winy, że nie jesteśmy dość dobrzy. Patrzę na moją przyjaciółkę i siebie. Obie zaczynałyśmy kilkanaście lat temu jako dziennikarki w tym samym piśmie. Mnie bardziej chwalono za teksty. Dziś ona zarządza wielkim wydawnictwem, a ja nadal jestem dziennikarką… Kwestia charakteru?
Szuka pani winy w sobie? Ustala kryterium przez porównanie? Nie najlepiej. Zacznijmy od tego, że każdy ma inny zestaw predyspozycji i cech, które decydują o naszych wyborach, wartościach i ambicjach – także zawodowych. Dlatego dla każdego z nas „sukces” ma inną definicję. Odwołam się do najprostszej typologii. Z jednej strony mamy osoby, których konstrukcja psychiczna sprawia, że podchodzą do życia zadaniowo. Najbardziej stymulują ich osiągnięcia. To dla nich esencja istnienia. Często relacje z ludźmi odsuwają nieco na drugi plan, bo są nastawione na swoje wewnętrzne motto, którym jest: „Stawiam cele, osiągam”. A teraz wyobraźmy sobie biegun przeciwny. Oto osoby, które też mają ambicję, pomysł na rozwój zawodowy, ale w ich życiu najważniejsze jest dążenie do równowagi i harmonijnych relacji. Chcą być częścią jakiejś całości – rodziny, grupy, zespołu. Tacy ludzie inaczej funkcjonują zawodowo, inaczej będzie wyglądała ich ścieżka pracy i kariery – mniej spektakularnych awansów i prestiżu, ale więcej współdziałania i współtworzenia, dużo większe szczęście znajdują w bliskich relacjach z rodziną i przyjaciółmi.

Nie ma sensu licytować się, czy dyrektor wydawnictwa jest szczęśliwsza niż „zwykła” dziennikarka. Jesteście panie inaczej skonstruowane, a wkłada się was w jeden społeczny schemat. Dla wielu (pracujących!) osób szczęściem będzie, że dobrze przeżyły życie, osiągnęły spełnienie i spokój ducha. Dokonują wyborów zawodowych w zgodzie ze swoimi wartościami. Dla innych uzasadnieniem ich życia są wyzwania i osiągnięcia. Nie ocenię, kto jest szczęśliwszy. Mierzmy sukces swoją miarą. Zbierając truskawki czy zarządzając wielką firmą, możemy znaleźć spełnienie. Tak wiele zależy od nas.

Rozmowa z dr Joanną Heidtman ukazała się w „Urodzie Życia” 5/2016

Wideo

Podjęliśmy wyzwanie #1TBChallenge!

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Izabela Janachowska o cudzie macierzyństwa i synku Christopherze, Dominika Tajner w pierwszym wywiadzie po rozstaniu z Michałem Wiśniewskim oraz Krystyna Demska-Olbrychska i Daniel Olbrychski o przepisie na udane małżeństwo.