#lepszeżycie

Agnieszka Stein o współczesnym wychowaniu seksualnym dzieci: „Nie demonizujmy tematu”

Znana psycholog dziecięca rozwiewa mity

Aleksandra Pezda 25 marca 2019 16:33
Seks a nastolatki
Fot. getty images

Nie mamy żadnych przesłanek, żeby sądzić, że dotykanie własnych narządów płciowych może mieć dla dzieci jakieś negatywne skutki. Nie stają się od tego rozerotyzowane, rozwijają się prawidłowo i nie ma to związku z nadmiernym skupieniem się na seksie w dorosłości” – rozmowa z Agnieszką Stein.
 

Agnieszka Stein – psycholog,  prowadzi warsztaty dla  rodziców, doradza nauczycielom. Autorka książek m.in. „Dziecko z bliska” i wydanego ostatnio poradnika dla rodziców: „Nowe wychowanie seksualne” (wyd. Mamania 2018).

Matka przyłapuje nastoletniego syna na masturbacji – powinna mu przerwać?

Nic podobnego. Zastała syna w intymnej sytuacji i warto, żeby nie naruszała jego granic osobistych. To tak, jakby przeszkodziła komuś w uprawianiu seksu. Ja bym przeprosiła i wyszła.

To jest pełnoprawny seks?

A według pani pełnoprawny seks to tylko ten, który angażuje dwoje ludzi i prowadzi do związku? Seks przede wszystkim zaczynamy od relacji z  samym sobą. Książkę „Nowe wychowanie seksualne” napisałam między innymi po to, aby pokazać, że bez dobrego kontaktu ze sobą nie będziemy w stanie budować zdrowych relacji z  innymi. A masturbacja jest jak każda inna czynność właściwa ludziom: jemy, pijemy, uprawiamy sport, myjemy się, masturbujemy – to wszystko poznawanie siebie.

Może dzieciom lepiej dawać za wzór historie romantyczne?

I oszukiwać je? Seks nie zawsze idzie w  parze z miłością. Jeśli będziemy dzieciom opowiadać o tym, jak chcielibyśmy, żeby było, a ukrywać przed nimi prawdę, pozostaną bezradne wobec rzeczywistości i zapewne trudniej będą sobie radzić w życiu.

Wie pani, że zakochanie jako główny powód małżeństwa ma bardzo krótką historię? Jakieś sto lat, mniej więcej. Warto o tym poczytać w „Historii małżeństwa” Stephanie Coontz. Małżeństwa były trwalsze, kiedy o ich zawarciu decydowały względy społeczno-ekonomiczne. Słowem – kiedy się dobierano w pary po to, aby przetrwał ród, czy po  to, żeby zwielokrotniać majątki.

Takie małżeństwa były trwałe, ponieważ przyczyny ich zawarcia nie zmieniały się z  biegiem lat. Współczesna motywacja, czyli zakochanie, jest krótkotrwałym stanem. Kiedy mija, wiele małżeństw się rozpada. Małżonkowie często nie biorą pod uwagę, że powinni nad związkiem popracować. Uściślijmy zresztą: nastolatek w  kontekście naszej rozmowy to jeszcze dziecko, czyli ma mniej niż 15 lat. To nie jest wiek, w którym radzilibyśmy, żeby uprawiał seks z drugą osobą.

Może w takim razie powinien poczekać też z masturbacją?

Pani zdaje się myśli, że mamy do czynienia z jakimś nienaturalnym zjawiskiem. Otóż jest wprost przeciwnie. Pierwsze akty masturbacji obserwujemy już na  ciążowym USG – robią to ośmiomiesięczne płody. Na tym etapie rozwoju ani my, ani nasze przekonania nie powstrzymają tego zjawiska. Nienarodzonemu dziecku nie możemy rozkazać „przestań”, ono tego po prostu nie posłucha. Podąża za tym, co mu podpowiada instynkt, niezależnie od woli rodziców.

Czy to jednak zawsze jest tylko odruch fizjologiczny?

Najczęściej tak. Choć ludzie niechętnie przyznają, że się masturbują. Seks i  seksualność są u nas obłożone wielkim tabu, ale masturbacja chyba jeszcze większym. Jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy jest powielana do dziś ideologia, że to taki gorszy rodzaj seksu. Albo sądy typu: „Robisz to sam? Widocznie masz jakiś problem. Może nikt cię nie chce?”. Lista diagnoz, które stawiamy, jest długa.

To ciekawe jednak, że kiedy poprosiłam rodziców o pytania, na które chcieliby dostać odpowiedź w książce, większość pytała właśnie o masturbację. Dostawałam też często komentarze – najczęściej od mężczyzn, że to groźne, bo uzależnia.

Dlaczego od mężczyzn?

Pewnie są tym częściej straszeni. Rodzice zazwyczaj wobec synów obawiają się uzależnienia od masturbacji i tego, że prosto z tej samomiłości wpadną w uzależnienie od pornografii. Wobec dziewczynek mają najczęściej lęki innego rodzaju – że z powodu masturbacji nie będą chciały nawiązywać relacji z  drugim człowiekiem. Albo że będą „od tego” nadmiernie zainteresowane seksem, że je to nadmiernie rozbudzi. Tymczasem nie ma żadnych przesłanek, aby sądzić, że eksplorowanie i dotykanie własnych narządów płciowych może mieć dla dzieci jakiekolwiek negatywne skutki. Nie stają się od tego rozerotyzowane, rozwijają się prawidłowo i nie ma to związku z nadmiernym skupieniem się na seksie w dorosłości.

Czasem jednak wymyka się spod kontroli.

Wyobrażam sobie dwie takie sytuacje. Pierwsza – nasilenie czynności masturbacyjnych w sytuacji, z którą dziecko sobie nie radzi. Podobnie zwrócilibyśmy uwagę, gdyby w takich okolicznościach zaczęło ssać palec albo skubać włosy. Warto wówczas zadać sobie pytanie, co się dzieje i czy nie potrzebuje wsparcia. Proszę jednak pamiętać, że masturbację traktujemy tutaj jako objaw. Nasza pomoc nie będzie polegała na tym, że zajmiemy się analizą zachowań seksualnych dziecka, ale na tym, że postaramy się znaleźć jego prawdziwy problem.

Druga sytuacja może być taka, że dziecko nie rozumie zasad współżycia społecznego. To jak z dłubaniem w nosie – wiemy, że są czynności, od których powstrzymujemy się przy ludziach. Rozgraniczamy, co jest intymne, a  co publiczne. Uczymy się tego naturalnie, wraz z rozwojem. O ile więc w przedszkolu jeszcze widzimy masturbujące się dzieci, to w szkole już tak często tego nie doświadczamy. Nie dlatego, że dzieci przestały to robić, ale dlatego, że  się nauczyły kontrolować. Jeśli się nie nauczyły, wtedy możemy się zastanowić, dlaczego i co z tym zrobimy.

Nie istnieje zatem ryzyko uzależnienia od masturbacji?

Uzależnienie nie polega na tym, że robimy coś przyjemnego i tak się do tej przyjemności przyzwyczajamy, że będziemy ją powtarzać częściej. Może być natomiast sposobem na radzenie sobie z problemami czy sytuacjami, które nas przerastają. Na brak kontaktu z samym sobą – robimy coś, żeby np. nie czuć tego, co tak naprawdę nas boli, albo zapomnieć o czymś przykrym. Takie zachowania nazywamy regulacyjnymi i  to może rodzić problemy. Jednak w obszarze seksu mniej się ostatnio mówi o uzależnieniach. Raczej o kompulsywnych zachowaniach. W ten sposób psychologowie zajmują się nie tym, żeby dane zachowanie całkowicie znikło, tylko żeby podnieść jakość życia danej osoby. Powtórzę przy tym – masturbacja u dzieci jest zazwyczaj naturalną czynnością, którą nie ma potrzeby jakoś szczególnie się zajmować. Naprawdę rzadkie są przypadki kompulsywnych zachowań dziecięcych tego typu.

Pisze pani, że odmawia rozmowy z dzieckiem o  seksie, kiedy proszą o nią jego rodzice.

Obca osoba ma zaczynać rozmowę z  człowiekiem o tym, co on robi ze swoimi narządami płciowymi? Nie zrobiłabym tego bez decyzji tego człowieka, niezależnie, czy chodzi o dorosłego, czy o dziecko. To by naruszyło granice jego intymności. Jeśli więc rodzice zwracają się do mnie z prośbą, żebym porozmawiała z dzieckiem o jego zachowaniach seksualnych, zawsze odmawiam. Chyba że ono samo zacznie ten temat.

W naszej kulturze funkcjonuje dużo uprzedzeń na tym tle. Na przykład podejście do relacji dziecko  – dorosły, które zakłada, że dorosły jest od tego, aby hamować popędy dziecka, bo inaczej ono będzie działało nieuchronnie na własną zgubę. Albo: jeśli dorosły nie powie dziecku, żeby już przestało jeść, ono będzie jadło tak długo, aż pęknie. Tak właśnie często myślimy. Wynika to z  faktu, że nie ufamy dzieciom, a nawet się ich boimy.

Może boimy się nie dzieci, ale o dzieci? O ich bezpieczeństwo?

Proszę przeczytać „Historię dzieciństwa” Philippe’a Ariesa, on świetnie wykazuje, jak kształtowało się nasze podejście do dzieciństwa. Od średniowiecza dziecko wchodziło w świat ludzi dorosłych, gdy tylko osiągnęło fizyczną samodzielność. Od dorosłych różniło się jedynie wzrostem i siłą. Bez problemów i  zakazów dzieci uczestniczyły w świecie dorosłych i czerpały z niego, ile się dało, również, jeśli chodzi o wiedzę na temat seksu, który był wówczas traktowany jak zwykły element życia. Rozwój psychologii i medycyny, gdzieś pod koniec XVII wieku wyznaczył inną perspektywę: że dziecko to jednak ktoś inny niż człowiek dorosły i że trzeba je chronić. To był początek eksplorowania tematu: relacja dorosły a dziecko. Uznano, że  dorośli nie powinni naruszać granic osobistych dzieci, nie mogą z  nimi wchodzić w relacje seksualne. Bo dziecko jest niewinne i świadomie nie jest w stanie podejmować tego typu decyzji. To niewątpliwie cenna konkluzja i wartościowy obrót spraw. Ale przy okazji przyplątał się mniej uprawniony wniosek, który do dziś obrósł w kolejne mity i fałszywe przekonania. Otóż zaczęliśmy uważać, że dziecku jako istocie aseksualnej nie przystoją zachowania seksualne, kiedy więc się one pojawią, należy je eliminować. Stąd między innymi nasze uprzedzenia wobec masturbacji. W dyskusjach o seksie dzieci też nie mogły już uczestniczyć, uznaliśmy je za nie dość na to dojrzałe.

Coś się w tej kwestii zmieniło?

Dzisiaj podkreślamy, że dziecko jest istotą seksualną, czyli dotyczy go również ten obszar człowieczeństwa, w którym występują płeć i potrzeby z nią związane. Przy rozróżnieniu między seksualnością jako elementem natury ludzkiej a czymś, co nazwalibyśmy erotyzmem i o czym chcemy mówić raczej w odniesieniu do dorosłych.

Mamy też nowe zagrożenia: od sextingu po uwiedzenie przez internet. Jeśli tak zupełnie nie będziemy się wtrącać w to, co robi dziecko, możemy je narazić na niebezpieczeństwo.

Sexting to dla mnie temat zastępczy za  rozmowy o tym, czego dzieci potrzebują od rodziców, a często nie dostają. A  potrzebują bezwarunkowej akceptacji oraz poszanowania granic. Tymczasem głównym sposobem na opiekę i  troszczenie się o dzieci jest kontrola.

W tym widzę największe zagrożenie. Dziecko potrzebuje od dorosłych opieki i wsparcia, ale często ich nie dostaje, za to dorośli naruszają jego granice. Zmuszają do różnych rzeczy „dla ich dobra”, na przykład karmią na siłę, nadmiernie kontrolują, dają kary. Zamiast więc skupiać się na zagrożeniach, które z tego wynikają, wolałabym rozmawiać o tym, na co mamy wpływ, czyli o  relacjach dorośli – dzieci.

Dlaczego pani wychowanie seksualne jest „nowe”?

„Nowe”, bo w refleksji nad ludzką seksualnością wiele się ostatnio zmieniło. Zmiany następowały nawet, kiedy pisałam tę książkę – jedną z  nich była m.in. akcja #MeToo. Od niej zaczęła się powszechna dyskusja nad wagą intymnych i osobistych granic w odniesieniu do sfery seksualnej.

Dzisiaj odchodzimy od skupiania się na ludzkich zachowaniach, czyli tworzenia list „odpowiednich” czy „nieodpowiednich” zachowań. Przechodzimy w  stronę skupiania się nad relacjami: człowieka z samym sobą i z innymi ludźmi. Zamiast kontrolować listę zachowań, wolimy badać własne granice. Najważniejszymi tematami, jeśli chodzi o  seksualność, są: zgoda, dobrowolność i konsensualność, komunikacja.

Wszystko jest dopuszczalne?

Nie oceniamy dziś seksualności, staramy się nie decydować arbitralnie, co jest „dobre”, a co „złe”. Nie wartościujemy jej odmian. Ludzi chcemy akceptować takimi, jacy są. Dużo mówimy dzisiaj o potrzebie pozostawania w  kontakcie z samym sobą, o poznaniu swoich potrzeb i akceptowaniu ich. Dużo jest wątków inspirowanych ideą porozumienia bez przemocy [sposób komunikowania się, opracowany przez Marshalla B. Rosenberga – red.]. Zauważamy też, że seksualność wyraża się u ludzi w bardzo różny sposób i że ta różnorodność jest dużo większa, niż się nam dotąd wydawało. Uznajemy przy tym, że każdy może swoją seksualność realizować we własny sposób. O  ile nie robi przy tym nikomu krzywdy.

Ile decyzji światopoglądowych musiała pani podjąć w trakcie pisania? U nas za taką uznaje się nawet pani stanowisko, że powinniśmy wychowywać nie „chłopca” i „dziewczynkę”, tylko „człowieka”.

Ważną perspektywą, którą mam szczególnie na uwadze, jest nauka. Starałam się zgłębić aktualny stan wiedzy przy kolejnych tematach. U ludzi konfrontowanych z wiedzą o seksualności często obserwuję postawę unikania trudnych pytań z obawy przed kłopotliwymi odpowiedziami. Ja postępuję inaczej – wolę wiedzieć jak najwięcej. Dopuszczam przy tym, że jest wiele pytań, na które nie znamy odpowiedzi. Z tej perspektywy patrząc, przy próbach zdefiniowania kwestii płci napotykamy poważne trudności. Na pytanie, czym się różnią kobiety od mężczyzn, większość odpowie: narządami płciowymi. Biologia wskaże: chromosomami XX i XY. Tylko że natura okazuje się dużo ciekawsza, a mniej doskonała. Ostatnio w trzech miejscach na świecie: w Portugalii, na Malcie i w Kalifornii wprowadzono zasadę, aby nie uzgadniać płci dziecka interseksualnego (o cechach obu płci), zanim ono dorośnie i samo nie zdecyduje. Dotąd o wyborze płci takiego dziecka decydowali lekarze, często skazując je na poważne problemy z  tożsamością. Wiem, że to jest problem małej części populacji, podaję go, bo bardzo nam poszerza rozumienie płci. I dobitnie wskazuje, że mało jeszcze na ten temat wiemy.

Czy w szkole jest potrzebne wychowanie seksualne?

Zależy, jak jest realizowane. Pomocna byłaby taka wersja zajęć, która by dała dzieciom i młodzieży szansę rozmowy. Żeby mogli dowiedzieć się ważnych rzeczy o sobie. Przestrzegałabym jednak przed podejściem, że sprawy seksualności łatwo skupimy w ramach jednego przedmiotu, w dodatku dominującą metodą będzie wykład. Przecież kwestie seksualności obecne są w wielu innych sytuacjach, nie powinniśmy ich oddzielać od reszty życia. Dzieci wchodzą w relacje z rówieśnikami, obserwują świat dorosłych – mamy dużo większe pole, aby mieć wpływ na to, jak dzieci myślą o seksualności, niż tylko jedna wyznaczona godzina lekcyjna. O podejściu do spraw seksu decydują również zwykłe, codzienne sytuacje. Na przykład, czy miałaby pani odwagę zapytać o podpaskę na głos w jakiejś grupie? Nie? No widzi pani, a tak się kształtuje m.in. pewność siebie dziewczynek, tak się realizuje wychowanie seksualne chłopców – albo utrwalamy tematy tabu, albo wobec naturalnych spraw zachowujemy się naturalnie. I  to już jest wychowanie seksualne.

Szkoły jednak wychowują do „życia w rodzinie”. Żeby dzieci miały dobre wzorce.

Ważniejsze byłoby wychowywanie do relacji. Niezależnie od tego, o jakiej relacji mówimy: długotrwałej, sformalizowanej czy krótkiej albo jednorazowej. Przecież z tak różnorodnymi relacjami mamy do czynienia w realnym życiu, nie tylko z  trwałymi związkami i małżeństwami.

To znaczy, że mamy uczyć dzieci, że mogą co i rusz wchodzić w nowe relacje? A odpowiedzialność, a dbałość o głębsze emocje?

To jest takie przekonanie, że my uczymy, co można, a czego nie. Myślę, że dużo ważniejsze jest, byśmy uczyli dzieci, jak budować długotrwałe i głębokie relacje, i zaufali, że wszyscy ludzie takich relacji potrzebują – choć niekoniecznie tylko takie będą mieć.

Ważne jest więc, żebyśmy w każdej relacji traktowali siebie nawzajem podmiotowo. Niezależnie od tego, czy spotykamy się na pół godziny, czy może na całe życie. Jest przecież wielu takich, którzy umówili się ze sobą na całe życie, a  wcale nie traktują się podmiotowo. Długie związki same w sobie nie są więc gwarancją jakościowo dobrej relacji.

Moje wychowanie seksualne nazwałam „nowym” również dlatego, że bardzo mi zależy na przeniesieniu takiego myślenia także w obszar relacji dorosłych z dziećmi. Dorosłym często wydaje się, że wychowanie dziecka powinno polegać na tłumaczeniu mu i opowiadaniu, co i w jaki sposób ma robić. Albo na zakazach. Tymczasem podmiotowe traktowanie dziecka wskazywałoby raczej, że wychowanie polega po prostu na życiu z tym dzieckiem, towarzyszeniu mu i  wspieraniu w rozwoju.

Dziecko jest istotą seksualną, dotyczy go więc ten obszar człowieczeństwa, w którym występują płeć i potrzeby z nią związane. Ale rozróżniamy przy tym seksualność, jako element natury, i erotyzm, o którym chcemy mówić raczej w odniesieniu do dorosłych.

Rozmowa z Agnieszką Stein ukazała się w „Urodzie Życia” 2/2019
 

Wideo

Podjęliśmy wyzwanie #1TBChallenge!

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Izabela Janachowska o cudzie macierzyństwa i synku Christopherze, Dominika Tajner w pierwszym wywiadzie po rozstaniu z Michałem Wiśniewskim oraz Krystyna Demska-Olbrychska i Daniel Olbrychski o przepisie na udane małżeństwo.