#czytajdlaprzyjemności

Wilderness therapy, czyli psychoterapia przez naturę, to ratunek dla naszych emocji!

Głusza leczy duszę – mówi psychoterapeutka, Jo Roberts

Anna Maziuk 5 kwietnia 2019 15:14
wilderness therapy
Fot. getty images

Czasem wystarczy spojrzeć na rzekę i dostrzec w niej metaforę życia: pokręconego i zmiennego, żeby trochę lepiej zrozumieć jego sens”. O wartościach przebywania na łonie dzikiej natury i leczeniu duszy poprzez głuszę i las – mówi antropolożka i psychoterapeutka, specjalistka wilderness therapy Jo Roberts w rozmowie z Anną Maziuk. 

Na czym opiera się metoda pracy wilderness therapy, czyli terapii poprzez dziką przyrodę?

Od zarania dziejów jesteśmy częścią natury, ona dawała nam schronienie, jedzenie, ale jednocześnie stawiała wyzwania. W naszej WT [wilderness therapy – red.] właśnie o to wyzwanie chodzi. Kiedy jesteśmy wśród dzikiej przyrody, wychodzimy poza naszą strefę komfortu. Musimy się dostosować do warunków pogodowych i klimatycznych, wymyślić, w jaki sposób odtworzyć nasze jaskinie. Takie doświadczenia sprawiają, że uczestnicy tych wypraw, już po powrocie do domu, są bardziej pewni siebie i lepiej radzą sobie z  nieprzewidywalnymi zdarzeniami.

Ale dobrze jest też po prostu poprzebywać w ciszy, przemyśleć pewne sprawy w spokoju, bez elektroniki, telefonów, zbędnego hałasu. Patrzenie na kołyszące się na wietrze gałęzie, wschód słońca czy panoramę gór to zupełnie inne doświadczenie niż wpatrywanie się w  ekran komputera. W zderzeniu z takim pięknem uczymy się pokory, dociera też do nas, że jesteśmy tylko jednym z milionów innych gatunków. To kojąca świadomość, gdyż zwykle myślimy o sobie jako o gatunku wyjątkowym, będącym na mecie ścieżki ewolucyjnej, a to bardzo samotne miejsce.

Na Szetlandach pacjentom cierpiącym na choroby przewlekłe lekarze oficjalnie przepisują „naturę”: długie spacery, podglądanie ptaków, zbieranie kwiatów.

Bo przebywanie wśród natury daje nam tysiąc jeden korzyści! Zapachy wydzielane przez drzewa relaksują. Pośród zieleni uspokajamy się, przestajemy zachowywać się defensywnie. Rozległa przestrzeń pomaga wyzbyć się potrzeby ciągłego kontrolowania. Trudniej jest nam się schować za statusem społecznym, który tu nie obowiązuje, stajemy się więc bardziej autentyczni. Zauważyłam też, że na łonie natury ludzie są dla siebie znacznie milsi.

Na ile istotny jest stopień dzikości miejsca, do którego wyrusza się na taką wyprawę?

Dla mnie podstawowym wyznacznikiem dzikości miejsca jest jego bezludność. Lubię, żeby nie było żadnych dróg, dużej ludzkiej infrastruktury, siedlisk. Niedawno byłam z młodymi ludźmi na  obozie w Szkocji, tamtejsze krajobrazy nie są bardzo urozmaicone, bo przez lata były wykorzystywane pod uprawę pól i hodowlę owiec. Ale kiedy stoi się na którymś z tamtejszych wzgórz, nie widać nic poza przyrodą. Jeśli komuś coś się stanie, pomoc nie dotrze do nas łatwo i szybko.

Doświadczyliśmy tego podczas któregoś obozu, kiedy u jednego z chłopców odnowił się poważny uraz kręgosłupa sprzed lat. Dotarcie do nas GOPR-u zajęłoby za dużo czasu, mieliśmy więc do wyboru wezwanie helikoptera medycznego albo przeniesienie chłopca na noszach. Wybraliśmy nosze. Dla grupy była to bardzo cenna lekcja, większość z nich po raz pierwszy poczuła, że na wszystko w życiu trzeba zapracować. Że pomoc nie zjawia się pięć minut po tym, jak się po nią zadzwoniło. Takie doświadczenie sprawia, że zaczynamy bardziej polegać na sobie samych i  innych ludziach.

Jak takie wyprawy WT wyglądają w praktyce? Kto bierze w nich udział?

Zwykle są to bardzo młodzi ludzie, z  różnych środowisk, szczególnie tych z rodzinnymi problemami. Ale zdarza się, że wyjeżdżamy również z grupami dorosłych. Za dnia maszerujemy, śpimy w namiotach, czasem zatrzymujemy się na noc w górskiej chatce. Jeśli ruszamy zimą, to w pierwszej kolejności musimy zaspokoić podstawowe potrzeby uczestników. Bo gdy poczują się zbyt zmarznięci, głodni i skupieni na swoim dyskomforcie, nie będą w stanie słuchać siebie samych i wykonać jakiejkolwiek konstruktywnej pracy ze sobą czy z innymi. Ale też całe jedzenie, nasze śpiwory i karimaty musimy wnieść na własnych plecach do tej chatki.

Jakie znaczenie ma aspekt podróżowania, przemieszczania się?

To jest zarówno podróż fizyczna, jak i  duchowa, do własnego wnętrza. Mamy uczyć się, jak radzić sobie z tym, co przynosi życie. Wędrówka daje także poczucie dokonania czegoś ważnego. Spora część wilderness therapy opiera się więc na tym, żeby ludzie zrozumieli, że mogą zrobić rzeczy, których wcześniej sobie nie wyobrażali. Często zadajemy uczestnikom pytania ewaluacyjne o to, co osiągnęli, czego się o  sobie nauczyli? Co za sobą zostawili, co przestało im być potrzebne? Co było dla nich ważne i takie pozostało? Każdego dnia maszerujemy, rozbijamy obóz, potem go składamy. Następnego dnia zaczynamy od nowa. Nic nie jest statyczne, wszystko ma potencjał zmiany, ruchu. Są dni, gdy jesteśmy zmęczeni, bolą nas nogi, musimy nauczyć się sobie z tym radzić.

A nie doświadczymy tego wszystkiego bez wyruszenia w dzicz?

Jest wiele rzeczy, które w normalnym życiu robimy codziennie: ścielimy łóżka, pracujemy przy komputerze, piszemy artykuły, uczymy dzieci – mamy dużo różnych umiejętności. Czemu więc wszystko to niekoniecznie sprawia, że czujemy się silni i pewni siebie? Sama się zastanawiam, co takiego jest w podróży w dziką przyrodę, że nas zmienia. Myślę, że chodzi o zrozumienie, co jest dla nas ważne, a co nie aż tak bardzo. Dociera to do nas poprzez osobiste doświadczenie, a nie dlatego, że ktoś nam coś powie czy czegoś nas nauczy. Kiedy radzimy sobie z odnalezieniem drogi czy rozbiciem obozowiska, czujemy się kompetentni i sprawni, bo jesteśmy w  stanie sami o siebie zadbać, nawet w najbardziej ekstremalnych warunkach. Współcześnie młodzi ludzie rzadko doznają takiego poczucia siły, celu i wiary w siebie. Mogą to poczucie „pożyczyć” w czasie wyprawy i używać także później, w codziennym życiu.

Dzisiaj raczej rzadko pozwalamy naszym dzieciom poczuć odpowiedzialność za cokolwiek i zrozumieć konsekwencje swoich działań.

Tymczasem podczas wyprawy przekonujemy się, że jeśli nie weźmiemy odpowiedzialności za swoje zachowania, niemal od razu pojawiają się konsekwencje, przed którymi nie da się uciec. Wilderness therapy to w  dużej mierze praca z konsekwencjami i wyborem. Kiedy widzisz, że nadchodzi ulewa, a jednak nie rozłożysz sobie namiotu, to przemokniesz. Nasze dzieci potrzebują trudności, żeby móc się na nich uczyć, rozwijać i wzmacniać. Często obserwuję rodziców, którzy zabraniają swoim dzieciom wspinania się czy biegania, bo może im się coś stać. Indianie Ameryki Północnej twierdzą, że dzieci, żeby dorosnąć, muszą się nauczyć życia, a więc też ryzykować i doznawać porażek. Matki spokojnie obserwowały swoje maleńkie dzieci próbujące np. samodzielnie otworzyć drzwi, nie wyręczając ich w tym. W ten sposób dzieci nabierały niezbędnych życiowych umiejętności. Oczywiście, w zachodniej kulturze także istnieją inne modele rodzicielstwa. Syn mojej znajomej miał w planach wyjechać do Australii, ale zapomniał opłacić ubezpieczenie samochodu i dostał wysoką grzywnę. Od matki usłyszał: „Pech, nie pojedziesz do Australii. Powinieneś czytać listy od firmy ubezpieczeniowej”. Ja na pewno pomyślałabym, że przecież tak miło jest podróżować i pożyczyłabym mu pieniądze. Ona jest mądrzejszym rodzicem, jej syn nigdy więcej nie zignoruje listu z  ubezpieczalni. Tymczasem moje dziecko pomyśli raczej: „Nie ma znaczenia, co zrobię, mama i tak zawsze wyciągnie mnie z tarapatów”. Pomagamy naszym dzieciom, myśląc, że robimy dobrze, tymczasem często jest wręcz odwrotnie.

To chyba ma związek z niechęcią do poczucia dyskomfortu, który jest kolejnym elementem WT.

Jeden chłopiec, z którym pracuję, ma problem z agresją. A tak naprawdę z bólem, który ma w sobie i który domaga się ujścia przez użycie innego mechanizmu – agresji. Dopóki tego nie przepracuje, nie doświadczy związanego z  tym dyskomfortu, nie poradzi sobie ze złymi emocjami. W dzikiej przyrodzie dyskomfort jest częścią codzienności, doświadczamy go regularnie. Uczymy się, jak go zaakceptować. Nie chodzi o to, aby non stop czuć się źle, ale z drugiej strony dopiero w poczuciu niewygody możemy przejąć kontrolę nad dyskomfortem. Większość naszych emocjonalnych załamań wynika z odłączenia i zaburzenia tego uczucia.

Brzmi trochę tak, jakby tydzień w lesie miał odmienić nasze życie.

Podczas wędrówki próbujemy stworzyć dobrze funkcjonującą grupę, której członkowie czują się docenieni, zrozumiani i nieoceniani. Chodzi o  pokazanie, jak mogą wyglądać relacje międzyludzkie. Dlatego pracujemy nad stworzeniem bezpiecznej przestrzeni do wyrażania emocji, do płaczu, kiedy jesteśmy smutni. Kiedy jesteśmy wkurzeni, możemy wstać i powiedzieć, że potrzebujemy pobyć chwilę sami. Grupa jest po to, żeby nas w tym wesprzeć. Natomiast tym, czego grupa nie może wspierać, są zachowania w stylu: „Jestem zła, więc cię uderzę” albo „Jestem smutna, ale nikomu o tym nie powiem, zamiast tego się potnę”. Wiele z tych dzieciaków na co dzień żyje z ciągłym szumem telewizora w tle, krzykami i  kłótniami rodziców, napięciem, przemocą, alkoholem i narkotykami.

Poczucie przez chwilę innych doznań może coś trwale w nich zmienić?

Często mówię im: „Nikt nie może ci tego zabrać. To doświadczenie należy do ciebie. Może więc pewnego dnia, kiedy będziesz chciał/a założyć własny dom, sprawisz, żeby wyglądał inaczej niż twój rodzinny dom?”. Chodzi o dostrzeżenie, że mają szansę tak pokierować swoim życiem, żeby ono się udało. Czasem będzie ciężko. Bo tak, jak podczas wyprawy – może nam się wydawać, że  jesteśmy na wszystko przygotowani, ale przychodzi wiatr i porywa namioty. Mokniemy, rozlewa nam się woda, kiedy niesiemy ją znad rzeki. A przecież musimy się podnieść, zmienić ubrania, zejść ponownie do rzeki, nabrać więcej wody, zacząć od nowa. To jest możliwe, tylko my coraz bardziej tracimy umiejętność wytrwałego dążenia do celu. Ludzie szybko się poddają, szczególnie jeśli ich działanie wiąże się z bólem. Ból cielesny zwykle jest sygnałem, żeby się zatrzymać, bo coś nie działa, jak należy. Podobnie z bólem psychicznym. Mnie natomiast interesuje, jak przejść przez cierpienie tak, żeby się podnieść i z  niego skorzystać.

Problem w tym, że ci młodzi ludzie wracają potem do tych samych, toksycznych domów.

Dlatego nie jestem zwolenniczką trwających zbyt długo programów WT. Jeśli zabieramy młodych ludzi na wyprawy na całe miesiące, nie uczy ich to, jak sobie radzić w zwykłym otoczeniu. Wilderness therapy postrzegam raczej jako wyrwę w codziennych wzorcach postępowania, która daje szansę zobaczenia różnych rzeczy inaczej, doświadczenia siebie i innych w zupełnie nowy sposób. Ale wszystko, co dzieje się w trakcie wyprawy w dziką głuszę, powinno być przygotowaniem do życia w zewnętrznym świecie. Tematowi powrotu do domu poświęcamy zresztą dużo uwagi podczas samej wyprawy, a do tego dzień po powrocie do domu dzwonimy do uczestników, organizujemy spotkania. Przygotowujemy rodziców, tłumaczymy im, żeby byli dla dzieci delikatni, żeby próbowali ich naprawdę słuchać. Każda z osób spotyka się też później co tydzień z przydzielonym mentorem.

Na czym polega to przygotowanie do powrotu jeszcze podczas wyprawy?

Tworzymy mapy relacji. Szukamy wspólnie osób w naszym codziennym życiu, które kochają nas za to, jacy jesteśmy, z którymi możemy szczerze porozmawiać. Chodzi o to, aby uczestnicy pomyśleli, kto może ich wesprzeć w zmianach, przez które przechodzą. Kto będzie w nich wierzył, a przed kim powinni się mieć na baczności. Wielu z nich wróci więc do tych samych dysfunkcyjnych domów, ale oni sami będą już nieco mniej dysfunkcyjni. Od początku wyjaśniamy im, że są rzeczy, których nie przeskoczą, nie mogą zmienić innych. Mają za to moc i zdolność, żeby inaczej myśleć, także o sobie, i inaczej się zachowywać. To wymaga praktyki i  dyscypliny, ale jest możliwe.

Pracujecie przy użyciu różnych przyrodniczych metafor i rytuałów. Myślisz, że one są zrozumiałe, trafiają do młodych?

Młodzi ludzie muszą poruszać się bez kompasu, nie mają pojęcia, czego się spodziewać po kolejnym etapie życia, jakim jest przejście z dzieciństwa w  dojrzałość. Są pogubieni. We wspólnotach świętuje się zwykle dorastanie. Dlatego podczas wypraw korzystamy z rytuałów, używamy różnych symboli przyrodniczych, żeby zdefiniować zmianę. Jedna strona rzeki może np.  symbolizować przeszłość razem ze wszystkimi problemami, trudnościami i destrukcyjnymi zachowaniami. Zdejmujemy buty i ruszamy w kierunku przyszłości, czyli drugiego brzegu. Zastanawiamy się, jak chcemy, żeby ona wyglądała? Co możemy zrobić, żeby lepiej nam służyła? Wrzucenie do wody kamienia symbolizującego nasz ból, może być nowym początkiem. Podobnie jak ponowne przejście przez rzekę w tym samym albo w innym miejscu, ale ze świadomością, co zabieramy ze sobą z  powrotem do rzeczywistości. Czasem naprawdę wystarczy spojrzeć na rzekę i dostrzec w niej metaforę życia – pokręconego i zmiennego – żeby trochę lepiej zrozumieć jego sens.

Jo Roberts – urodzona w RPA, absolwentka antropologii na Uniwersytecie Stellenbosch. Ukończyła kursy psychoterapeutyczne i kurs technik NLP. W 1985 roku przeprowadziła się do Wielkiej Brytanii. Od 2004 r. kieruje Wilderness Foundation, która zajmuje się organizowaniem terapeutycznych obozów dla młodzieży na łonie dzikiej przyrody. Szkoliła polskich terapeutów pod kątem pracy terapeutycznej WT. Więcej na: www.wildernesstherapy.pl.

Rozmowa z Jo Roberst ukazała się w „Urodzie Życia” 3/2019

Wideo

Dziś wypada 3. rocznica ich ślubu. Oto historia miłości Agnieszki i Piotra Woźniak-Staraków

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Monika Olejnik, Martyna Wojciechowska, Joanna Przetakiewicz, Anna Lewandowska i Jessica Mercedes Kirschner. Pięć niezwykłych kobiet w niezwykłej sesji VIVY!. Janusz L. Wiśniewski w mocnej rozmowie o współczesnych kobietach oraz Debora i Joszko Brodowie z 11-stką dzieci o sile rodziny.