#lepszeżycie

„Bycie ofiarą to nieraz wygodna rola” – psycholog Michał Lewandowski o naszej odporności na porażki

Co nas nie zabije, to nas porani. Pytanie, co z tym zrobimy.

Małgorzata Plawgo 3 września 2019 20:58
trudne emocje
Fot. getty images

Jeśli mam pracę, rodzinę, przyjaciół, hobby, to te światy trzymają mnie w równowadze. Jak ze stołem – im więcej nóg, tym pewniej stoi. A gdy całą energię inwestujemy w jedno, to cokolwiek złego wydarza się w tym obszarze, jest katastrofą – tłumaczy w rozmowie dla „Urody Życia” Michał Lewandowski*, psycholog i psychoterapeuta. 

Małgorzata Plawgo, „Uroda Życia”: Podobno co nas nie zabije, to nas wzmocni. Ile w tym prawdy?

Michał Lewandowski: Wyzwania codzienności są potrzebne, bo przechodzenie przez nie wzmacnia. Jednocześnie wiele sytuacji nas osłabia, odcina od siebie, od ludzi, od życia. Wydarzenia trudne, traumatyczne, są dużym obciążeniem dla systemu odporności emocjonalnej. To, czy nas wzmocnią, nie jest oczywiste. Bardziej pewne, że nas poobijają, poranią. Pytanie, co my z tym poranieniem zrobimy.

A co możemy zrobić?

Ważna rzecz o odporności psychicznej: ona nie polega na tym, że jestem kuloodporny, że wszystko się ode mnie odbija. Nie chodzi o to, żeby nie czuć zranienia. To oczekiwanie często bywa niemożliwe do spełnienia. Cierpimy i odczuwamy ból, bo to część życia. Istotą zdrowia jest niedokładanie sobie dodatkowego cierpienia. Ważnym elementem jest zdolność wchodzenia w trudne emocje i wychodzenia z nich.

Wejście w emocje? Wtedy mogą nami całkiem zawładnąć. 

Może się tak zdarzyć, na szczęście zwykle to stan przejściowy. Czasem trzeba, by potrwał. Weźmy śmierć bliskiej osoby. Kiedyś wdowa miała umowny rok na przeżycie smutku, straty. Mogła mieć stany depresyjne, widzieć zmarłego małżonka i rozmawiać z nim, mogła nie umieć odnaleźć się w rzeczywistości. Wszyscy to traktowali jako naturalne i  respektowali. Ona miała czas, żeby wejść w żałobę i z niej wyjść. Teraz żyjemy w tyranii efektywności. Wszystko musi być szybko. Zawsze musimy być całkowicie sprawni, pełni energii. W konsekwencji odcinamy się od siebie, zamiast te emocje przepracowywać, zarządzać sobą. Bardzo nam to zaburza odporność psychiczną. Ta tyrania to także kwestia społecznej akceptacji traumy – czy otoczenie rozumie, że ja teraz jestem w takim stanie, ponieważ spotkało mnie to czy tamto. Bo jeśli pogania: „Powinieneś stanąć na nogi, weź się w garść”, jest jeszcze trudniej. Przestaje wtedy działać podstawowy element leczący – relacja z  drugim człowiekiem. Poczucie, że jestem zrozumiany, że ktoś mnie wesprze. Jeśli po drugiej stronie mam ścianę, oczekiwanie, że mam być zwarty, gotowy, że mam dobrze funkcjonować, to zabiera mi to wsparcie z otoczenia, bliskość z inną osobą.

Odporność emocjonalną można doskonalić

Utrata kogoś bliskiego, żałoba jest mimo wszystko społecznie usankcjonowana, można liczyć na zrozumienie. Ale te mniej dramatyczne straty? Nawet sami sobie nie bardzo pozwalamy na ich „opłakiwanie”. 

Strata to strata. Nie dostałem awansu, na który liczyłem, zdechł mi pies, opuściła mnie partnerka, nie pojechałem w  wymarzoną podróż... Jeśli straciłem coś, co było dla mnie ważne, to cierpię. I potrzebuję czasu, żeby przez to przejść. Gdy nie pozwalam sobie na wycofanie się i smutek, gdy zabijam tę przykrość, poczucie frustracji, to nie jestem w stanie zareagować adekwatnie do sytuacji i swoich potrzeb. A kiedy przyjmuję tę stratę i swój obecny stan emocjonalny, to dalej mogę zacząć się zastanawiać, co zrobić, jakie mam możliwości. 

Mogę adekwatnie zarządzić swoim zachowaniem. I tu mamy kolejny element odporności psychicznej – poczucie sprawstwa. 

Bywa jednak i tak, że nie jestem w stanie pogodzić się ze stratą, mocno trzymam się wyobrażenia, które sobie stworzyłem. Wtedy buduję wyłącznie poczucie bycia ofiarą. To zresztą czasem wygodna rola. To ze światem jest coś nie tak, nie ze mną. To inni są źli – wy, którzy mnie krzywdzicie, ja nie muszę niczego zmieniać. Pozbywam się odpowiedzialności, lecz jednocześnie zabieram sobie sprawstwo. Dla odporności to kiepski interes. 

Oczywiście bywa też, że inni krzywdzą. Jak sobie radzić z poczuciem krzywdy, gdy jesteśmy ośmieszeni, odrzuceni?

Dopuścić te uczucia do siebie. Oglądałem dokument o skokach na bungee. Instruktor tam opowiada: „Jak przychodzi człowiek, po którym widać, że się boi, i on się do tego przyznaje, to kiedy już stanie na platformie, zwykle skacze. Najgorzej jest, jak przychodzi ktoś, kto zgrywa chojraka. Widać, że jest napięty, ale musi tę fasadę trzymać. I gdy ma już skoczyć, zamienia się w słup soli. Lęk go paraliżuje”.

Dlaczego tak się dzieje?

Bo nie miał czasu, żeby coś z tym napięciem zrobić, choćby je oswoić. Całą energię zabrało mu trzymanie pozy, że jest mocny. Zaprzeczanie rzeczywistości, zaprzeczanie uczuciom kosztuje masę energii. A później jej brakuje, żeby sobie z tą rzeczywistością poradzić.

Wystarczy uświadomić sobie, że się boję i przyznać to tego?

Wyrażenie lęku czy złości zmniejsza je. Przestajemy być w takim ścisku, te uczucia zaczynają się rozprzestrzeniać na zewnątrz. Napięcie spada, jestem już w  stanie jakoś tą energią zarządzić. Co nie znaczy, że sama emocja całkowicie mija. Ale nad tym, co nazwane, wyrażone, łatwiej zapanować, wykorzystać uwolnioną energię do pójścia do przodu.

Wróćmy do lęku, który sparaliżował chojraka. Jak sobie z tym radzić?

Przy lęku w organizmie nagromadzone jest ogromne napięcie i ono nie znajduje ujścia. Są na to różne sposoby. Wszystkie opierają się na oddechu, bo lęk sprawia, że wstrzymujemy oddech. Kiedy więc zaczynamy głęboko oddychać, wypuścimy to powietrze, lęk się zmniejsza. 

Gdy dopadnie nas atak paniki, warto też „wyjść z głowy”, rozejrzeć się dookoła, zacząć zauważać rzeczywistość, by przekierować uwagę z natłoku myśli kłębiących się w głowie na zewnątrz. Niektórzy wybierają jednak destrukcyjne strategie, jak alkohol czy narkotyki.

Ciężko nam, więc się znieczulamy.

Jeśli radzimy sobie z emocjami poprzez zaprzeczanie im, zalanie ich innymi czynnościami – zakupami, jedzeniem, alkoholem, używkami – to oznacza najczęściej, że nie wypracowaliśmy w sobie zdolności do sięgania po wsparcie, zwykle po drugiego człowieka. Jesteśmy stworzeniami społecznymi. Nasz fundamentalny talent warunkujący przetrwanie polega na nawiązywaniu relacji, czerpaniu wsparcia od innych i  dawaniu wsparcia. To zdolność do tego, żeby być z innymi.

To dlaczego niedostatecznie korzystamy ze wsparcia innych ludzi, dlaczego inni nie mogą na nas liczyć? Co się właściwie stało? 

W pędzie, w którym żyjemy, następuje rozpad relacji, tracimy zdolność bycia ze sobą. Życie skoncentrowało się na konsumowaniu i byciu konsumowanym. A  żeby konsumować i być konsumowanym, staramy się dopasować do wzorca, który jest najbardziej pożądany. Coraz mniej w tym podmiotowości, bycia człowiekiem, a coraz więcej dążenia do bycia dobrym produktem. 

„Dobry produkt” nie sięga po pomoc?

Dobry produkt po prostu działa. I zawsze może być wyparty przez lepszy produkt. W efekcie żyjemy w kulturze bycia „nie dość”. Jesteśmy nie dość mądrzy, nie dość wyjątkowi, nie dość atrakcyjni, nie dość dowcipni, kreatywni, wysportowani itd. Ten wyścig nie ma końca. Rządzi nim perfekcjonizm, w którym nie ma możliwości osiągnięcia celu. Ten cel zawsze będzie wyżej. Ja zawsze będę „nie taki”.

Niezadowolenie z siebie, bycie „nie dość” mogą nas nieźle zatruć. Ale też mobilizują, aktywują, w jakichś sferach stajemy się bezsprzecznie lepsi. 

Ależ oczywiście. Gdyby to w żaden sposób nie działało, to by nie istniało. Mało tu jednak miejsca na to, czego ja tak naprawdę chcę, czego potrzebuję. A   jeśli nie znamy własnych potrzeb, to żyjemy wyłącznie tym, czego ludzie od nas oczekują, w odcięciu od siebie. Punkt odniesienia jest na zewnątrz, a nie wewnątrz nas. Fundamentem odporności jest czucie się bezpiecznie ze sobą w świecie. Żeby to było możliwe, muszę się znać i akceptować. A jak tylko gonię za tym króliczkiem, to nie mam czasu siebie poznać. No i nie akceptuję siebie, bo cały czas nie jestem taki, jak obraz siebie, który wytworzyłem i do którego dążę. Czuję napięcie i niepokój, bo ciągle jestem nie w tym miejscu, w którym powinienem. W tym szaleństwie, żeby się ustabilizować, trzeba się zatrzymać.

Łatwo powiedzieć.

Dlatego często zatrzymujemy się dopiero, gdy zdarza się coś dramatycznego, strata bliskich osób, pracy, zdrowia. Coś, co nas wytrąca, powoduje, że musimy przemyśleć życie, które zaczyna nam się sypać. I  coś w nim zmienić. Stąd te dramatyczne wydarzenia mają też wymiar pozytywny, zwany wzrostem potraumatycznym. Zaczynamy doceniać życie, głębiej wchodzić w relacje, zwracamy się ku sobie i ku ludziom. Kolega robił badania nad traumą osób z  wirusem HIV. I oni w końcu zirytowali się na niego: „Czego pan ciągle o tej traumie?! To już nie jest tylko trauma. Moje życie zmieniło się in plus”. 

Nie wszyscy wychodzą z traum mocniejsi. 

Nie ma osób w pełni odpornych psychicznie. To zależy, co to było za wydarzenie i na ile trafia ono w słaby punkt danej osoby. Jeden straci pracę, ale to nie będzie dla niego dramatem. Bo to nie jest aspekt, który mocno w nim rezonuje, z którym się utożsamia. A będą tacy, którzy po utracie pracy lecą w dół. Ważne jest w tym też, ile mamy tych aspektów, z którymi się utożsamiamy. Jeśli istotny jest dla mnie tylko jeden, tam ładuję całą energię i definiuję siebie tylko poprzez niego, to cokolwiek negatywnego wydarza się w tym obszarze, jest szalenie zagrażające. Natomiast jeśli mam tu pracę, rodzinę, którą zbudowałem, rodzinę natywną (matka, ojciec), przyjaciół, jakieś hobby, to inne obszary trzymają mnie w  równowadze, gdy jeden się sypnie. Im ten stół ma więcej nóg, tym pewniej stoi.

Można sobie na zapas nagromadzić odporności emocjonalnej, żeby mieć na ciężkie czasy, jak nas życie łupnie?

Budowanie odporności ma źródło w  dzieciństwie, w dobrej, bezpiecznej relacji z opiekunami i w doświadczeniu „dawania sobie rady” nawet w banalnych sytuacjach. Część z nas dostała tych doświadczeń więcej i ma zasób na całe życie. Ci, którzy dostali mniej, muszą wykonać większą pracę w dorosłym życiu, by być odpornymi psychicznie. Im częściej próbujemy różnych rzeczy, podejmujemy ryzyko i radzimy sobie –  z pomocą innych lub bez – tym większe mamy poczucie wpływu na swoje życie. Potrzebny jest świadomy wysiłek, by zauważać te doświadczenia, które nas wzmacniają, budować portfolio tych sposobów, by móc elastycznie z nich korzystać. I budować narrację swojego życia: „Jestem w stanie sobie poradzić w taki czy inny sposób”. Dochodzi tu też kwestia brania odpowiedzialności i nawyku przechodzenia do działania.

Nie zastygać, gdy jest trudno? Zrobić pierwszy krok?

Nie zostawać w: „Mój Boże, jest problem”. Tylko po pierwsze, zaakceptować: OK, jest, jak jest. Po drugie, czego ja w  związku z tym potrzebuję, chcę, na czym mi zależy? W jaki sposób mogę zadziałać? I zadziałać. Przechodzenie do działania to szalenie istotny element. Taki nawyk możemy w sobie wyrabiać nawet w drobnych sytuacjach życiowych. Bo jak się zdarzy dramat, to za późno na gromadzenie zasobów. Wtedy warto posłuchać własnej mądrości wołającej –  cytując Borisa Cyrulnika – „Ratuj się, życie wzywa” i sięgnąć po pomoc, na przykład po psychoterapię. 

Wielkie tragedie życiowe zdarzają się rzadko. Na co dzień mamy osądy, złośliwości, aroganckich szefów, nielojalnych znajomych, własne porażki.

Te frustracje i trudności życia codziennego były, są i będą jakoś na nas oddziaływać. Trzeba zatem przyjąć to, co jest: smutek, niepokój, złość, napięcie. Poza tym nikt nie da rady żyć w  permanentnym stanie napięcia. Jak jest moment mobilizacji, to musi być moment odprężenia. To jak wdech i wydech. Bo wdech jest tą mobilizacją. Żeby więc wziąć następny, najpierw trzeba zrobić wydech. I potrzebujemy sobie na ten wydech pozwolić. Jeśli masz poczucie, że musisz być perfekcyjna, w  każdej sytuacji wspiąć się na wyżyny, do ostatniej chwili dopinać wszystko na ostatni guzik, to dojdziesz do momentu, w którym twój organizm powie: „Dość, ja tak dalej nie jadę”. I tu wkraczają starzy przyjaciele, jak depresja, stany lękowe, choroby psychosomatyczne, autoimmunologiczne itd.

Da się z dnia na dzień zwolnić, nabrać dystansu?

Dużo zależy od otoczenia. Jeśli sami mamy tendencję, by się dociskać, śrubować, a środowisko jeszcze to nakręca, krytykuje nas, dołuje oraz – jak to się mówi teraz w korporacjach – „czelendżuje”, to jest problem. Bo musi być ten moment wyciszenia, zrelaksowania, kiedy mam czas dla siebie, by porobić coś, co sprawia przyjemność. Miejsce, w  którym nie muszę niczego udowadniać, czuję się akceptowany, przynależę do niego. Warto znaleźć choć jedno środowisko, które będzie nas ładować.

I odpuszczać sobie...

Stawanie przed lustrem, prężenie muskułów i powtarzanie: „Jesteś zwycięzcą” nie zadziała. Jeśli jednak raz czy drugi emocjonalnie sobie odpuszczę, powiem: „Popełniłem błąd, ale to też jest w  porządku”, „Mam słabszy dzień, prochu dziś nie wymyślę”, to te kamyki budują poczucie przyjęcia siebie takim, jaki jestem. A gdy poczuję się bezpiecznie sam z sobą, to mogę się mierzyć ze światem. 

I nie traktować siebie śmiertelnie serio...

Profesor Wiktor Osiatyński miał na to przepięknie sformułowaną radę: „Wstać rano, zrobić przedziałek i odpieprzyć się od siebie”. Gdy jestem nadmiernie skoncentrowany na swoim wizerunku –  jak wypadam, jak mi idzie, jak inni mnie oceniają, czy jestem dostatecznie profesjonalny, mądry i błyskotliwy – to nie mogę w pełni zaangażować się w nic, co dla mnie sensowne, ważne i co w efekcie zbuduje mnie jako osobę. Czyli nie mogę zaangażować się w życie po prostu. 

Jakie są sygnały, że spada nam odporność emocjonalna?

Im więcej napięcia, tym mniejsza kontrola nad sobą. Pojawiają się bóle głowy, kręgosłupa, trudności ze snem, z koncentracją. Niektórzy są ciągle zirytowani, dużo w nich złości, frustracji. Innym obniża się nastrój, spada energia, brakuje im sił, unikają ludzi. Te elementy mogą też przeplatać się ze sobą. Gdy system odpornościowy zaczyna szwankować, często też w taki lub inny sposób odsuwamy od siebie ludzi. Tym samym zabieramy sobie podstawowe narzędzie do regulacji tego systemu. 

Co mają robić ludzie, którzy są ważnym kołem ratunkowym? Jak pomóc?

By wesprzeć drugą osobę, zwykle nie trzeba nic specjalnego robić. Trzeba tylko być z tą osobą i dla niej. Zrobić herbatę i wysłuchać. Bez prób doradzania, rozwiązania problemu. W badaniach nad skutecznością terapii, okazało się, że mniejsze znaczenie ma podejście terapeutyczne, użyte techniki itd. Ważna jest relacja, jej jakość. Relacja jest lecząca sama w sobie.

*Michał Lewandowski – psycholog, psychoterapeuta. Związany z Wydziałem Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego. Traumą i odpornością emocjonalną zajmuje się tam naukowo i dydaktycznie. Prowadzi warsztaty o budowaniu odporności emocjonalnej na Uniwersytecie Otwartym UW oraz psychoterapię indywidualną i grupową w Centrum Terapii Dialog.

Rozmowa z Michałem Lewandowskim ukazała się w „Urodzie Życia” 11/2018

Wideo

Dziś wypada 3. rocznica ich ślubu. Oto historia miłości Agnieszki i Piotra Woźniak-Staraków

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Monika Olejnik, Martyna Wojciechowska, Joanna Przetakiewicz, Anna Lewandowska i Jessica Mercedes Kirschner. Pięć niezwykłych kobiet w niezwykłej sesji VIVY!. Janusz L. Wiśniewski w mocnej rozmowie o współczesnych kobietach oraz Debora i Joszko Brodowie z 11-stką dzieci o sile rodziny.