przemocowe relacje w związku
Fot. Adobe Stock
#czytajdlaprzyjemności

Gdzie w związku kończy się troska, a zaczyna przemoc? 

Kocha, więc kontroluje?

Dariusz Bugalski 4 stycznia 2019 09:00
przemocowe relacje w związku
Fot. Adobe Stock
Przemoc fizyczna w związku jest łatwa do opisania. Przemoc psychiczna przez wiele miesięcy i lat może być uznawana za troskę, miłość albo namiętność. Sprawca przemocy na początku jest cudownym partnerem. Gra. Po to, aby omotać ofiarę. Uzależnić ją emocjonalnie. Kiedy więź jest już silna, zaczyna się kolejny etap. O przemocy fizycznej i psychicznej w związku z psychoterapeutką Bogną Szymkiewicz* rozmawia Dariusz Bugalski.
 
Bogna Szymkiewicz – dr psychologii, psychoterapeutka, pracuje w Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego.
 
Dariusz Bugalski: Przecież to drań! Dlaczego ona od niego nie odejdzie? Coś z nią chyba nie tak...
Bogna Szymkiewicz: Z nią? Przecież to robi on! Jak można upokarzać, niszczyć najbliższą osobę?! To pytanie jest uwikłane w kulturę, która przyzwala na przemoc. "To nie moja sprawa"... 
 
To tylko nasze tchórzostwo.
Być może. Ale racjonalizacje, a usprawiedliwienia w rodzaju: "Winne są zawsze obie strony" pojawiają się, bo nam dominacja po prostu imponuje. Prawdę mówiąc, bardzo mnie to dziwi...
 
Dziwi?
Dominacja jest słabością, a nie prawdziwą siłą!
 
Jak to?
Przecież sprawca potrzebuje ofiary. Owszem, zmusza ją do czegoś, ale i sam nie może się bez niej obyć. Przez kilka lat pracowałam jako superwizorka z zespołem Pogotowia Niebieska Linia. Tyle nieszczęść, tyle ludzkiego bólu, a czasem i tragedii... Sprawca często brutalnie dąży do tego, żeby mieć pełną władzę nad tym, co się dzieje w domu. W ten sposób chce zbudować sobie bezpieczny świat, w którym będzie miał wszystko pod kontrolą: od stylu życia po najdrobniejsze szczegóły, na przykład wymaga, żeby ręczniki wisiały 20 centymetrów nad podłogą. A nie 22. Dlaczego? Ten rodzaj relacji nie dopuszcza pytań.
 
Ale przecież nie chodzi o ręcznik.
Tak. Chodzi o tego kogoś, kto zawiesi ręcznik dokładnie 20 centymetrów nad podłogą. A sprawca? Sprawca przemocy wywiera presję, ale i sam jej podlega. Na tym polega paradoks przemocy. Ta moc nie jest elastyczna.
 
Przeżyłem kiedyś iluminację. Zaprosiłem do swojego radiowego programu pewnego znakomitego gościa. Kiedy mieliśmy już wejść do studia, zapytał mnie: „A właściwie po co mnie pan zaprosił?”. Trochę się zdenerwowałem: „Proszę pana, słuchacze chcą wiedzieć...”. Przerwał mi: „Czyli pańskim zdaniem ludzie chcą wiedzieć?”. Prawie na niego nakrzyczałem. A on: „Otóż bardzo się pan myli. Ludzie nie chcą wiedzieć. Ludzie po prostu chcą mieć rację...”. Nie wszyscy. Ale wielu.
No tak. Tu się zaczyna dominacja. Może mieć różne przejawy i często prowadzi do przemocy; czasem trudno nam się zorientować, kiedy wpadamy w tę sieć. Oto przykład: byłam na spotkaniu autorskim pewnej wybitnej autorki. Prowadził je mężczyzna, też Ktoś. Uczestniczyła w nim również inna znakomitość rodzaju męskiego. Przez 40 minut panowie rozmawiali ze sobą, zanim zadali autorce pierwsze pytanie. Kiedy później pytałam innych uczestników spotkania, co oni na to, bardzo się dziwili... To była subtelna forma dominacji. Ale taki kulturowy klimat marginalizuje kobiety i w skrajnej formie prowadzi do tego, że można traktować je przedmiotowo.
 
„Przedmiotowo” – może to słowo klucz?
Przemoc, sprawca przemocy potrzebuje człowieka – przedmiotu. Nie osoby.
 
A może to kwestia patologii? Mówimy: „Coś z nim jest nie w porządku. Powinien się leczyć!”.
Oczywiście są skrajne przypadki, patologie, psychopatia... Ale najbardziej nie w porządku jest z jednej strony wzorzec kultury, który promuje dominację, a z drugiej wybór dokonany przez sprawcę: w jaki sposób z tego wzorca korzysta. Przemoc ma się w tym wzorcu znakomicie, zresztą jest często ukryta pod maską manipulacji. Jak łatwo ją usprawiedliwić! Może służyć dobrym, a nawet wzniosłym celom, nieprawdaż? Sprawca wybiera ten wzorzec w jego ekstremalnej formie: korzysta z siły, by podporządkować sobie inne – najbliższe! – osoby. Poszukajmy jednak takiego wzorca siły, w którym jest miejsce na relacyjność i wrażliwość na czyjeś istnienie. To nie znaczy, że takich ludzi nie ma. Są! Ale kultura tego wzorca nie wzmacnia.
 
Ile jest pomników marszałków i generałów! A pomnik sanitariuszki jest chyba tylko jeden, w Kołobrzegu. To pokazuje, jak bardzo taka postawa jest nieuszanowana.
No tak... Ciekawy przykład. Efektem jest to, że wielu prześladowców – a są nimi najczęściej mężczyźni – uważa, że wypełnia swoją męską rolę. I to wcale nie jest tylko kwestia tak zwanego marginesu.
 
Kim są kobiety, z którymi pracowałaś w programie antyprzemocowym?
Te kobiety były bardzo różne. Pełen przekrój społeczny: wiek, wykształcenie, status majątkowy... Niektóre pochodziły z rodzin przemocowych, inne ze szczęśliwych. Albo z nią coś jest nie tak, albo z nim... Patologia, margines, psychopatia... A to nie jest takie oczywiste! To kwestia zanurzenia w kulturze i wyboru, co robisz jako mężczyzna z siłą i władzą, jaką od tej kultury dostajesz niejako w prezencie. Na scenę wchodzą postacie i odgrywają swoje role w teatrze – w teatrze kultury przemocy. Jak marionetki.
 
Jak marionetki? Teraz to ty upraszczasz.
Sprawca przemocy może uważać, że doskonale wypełnia swoją rolę. Nie widzi przywilejów, jakie daje mu kultura, ale z nich korzysta. Podkreślmy: to nie znaczy, że nie ponosi odpowiedzialności za to, co robi! Ofiara zostaje złapana w powoli rozwijającą się pułapkę.
 
Dobrze. Wyobraźmy ich sobie, jak wchodzą na scenę...
Gwiazdą jest sprawca. Sam siebie obsadził w roli głównej, jest więc i reżyserem. Zjawisko przemocy domowej ma różne formy: fizyczną, psychiczną, ekonomiczną, ale elementem każdej z nich jest „przemocowe definiowanie świata”.
 
Co to takiego?
Narzucanie ofierze swojej wersji rzeczywistości. Reżyser spektaklu opowiada świat po swojemu i chce sprawić, by ofiara stała się marionetką w jego przedstawieniu, w jego rękach. To nie znaczy, że on ma dostęp do prawdy. Sprawca przypisuje sobie tylko takie prawo. Socjologowie wiedzy Berger i Luckmann zajmują się zjawiskiem społecznego konstruowania rzeczywistości. Według nich narzucić swoją wersję rzeczywistości może nie ten, kto jest bliżej prawdy, lecz ten, kto ma grubszy kij. Ofiarą przemocy, najczęściej jest kobieta.
 
Podporządkowuje się. Dlaczego?
Nie zgodziłabym się z takim określeniem, bo to brzmi tak, jakby intencjonalnie dokonywała takiego wyboru. A ona nie ma wyboru. Wpada w pułapkę. Najczęściej, przynajmniej na początku, walczy... Ale na samiutkim początku jest bardzo przyjemnie. Sprawca gra na głębokich tęsknotach i potrzebach. Przyszła ofiara nie dostrzega kontroli i zaborczości, tylko opiekuńczość. Psychologowie procesu mówią, że śni "jasny sen". On pyta, słucha, odwozi i przywozi, dzwoni... A potem następuje pierwsze pęknięcie: on się obraża, gdy ona po godzinnej rozmowie telefonicznej mówi, że musi kończyć.
 
A potem? „Nie wpuściłaś listonosza!”
Ona oponuje: „Ależ to nieprawda, kochanie. Nie było mnie wtedy w domu”.
 
„Kłamiesz. Nie wpuściłaś go, bo chciałaś mi sprawić przykrość. Taka już jesteś!”
Ona zaprzecza, tłumaczy... Im bardziej ona się broni, tym mocniej on naciska. Bo to nie jest tak, że kobiety się nie bronią! Wprost przeciwnie. I usiłują wyjaśniać – bo w przytłaczającej większości przypadków one próbują ze sprawcą przemocy rozmawiać, wytłumaczyć mu... Tyle że dla sprawcy druga strona nie istnieje. Jest tylko jego racja. Racja, a więc prawda. Tu bije źródło przemocy. Im bardziej ona się broni, tym on ostrzej atakuje i rani. Duszę i często ciało.
 
Sprawca i ofiara mówią różnymi językami...
Tak. W psychologii nazywamy to mówieniem z różnych pozycji. On – z pozycji „ja”, zaś ona – „ty” i „my”.
 
Co to znaczy?
Kobieta chce, by rzeczywistość była, jak mówimy, uwspólniona. Owszem, ona mu w końcu powie: „Opowiadasz bzdury”, ale nie stawiając kropki...
 
A przecież powinien być wykrzyknik.
Bo ona zostawia mu przestrzeń. Chce, żeby on ją zrozumiał. To jest zresztą zdrowe podejście do relacji, ponieważ relacja stanowi wartość! Kobieta chce świata, który byłby wspólny, w którym bylibyśmy „my”. Tylko że druga strona nie chce żadnego „my”! I to jest dla kobiety nie do pojęcia. A jeśli nawet, bywa nie do przyjęcia. Wcześniejsze koncepcje przemocy domowej, na przykład te, które podkreślały współuzależnienie ofiary i sprawcy przemocy, tego nie zauważały.
 
Pisała o tym ciekawie Carol Gilligan.
Tak, w książce „Innym głosem” sformułowała swoją koncepcję etyki troski. To rewolucja! Według Gilligan w naszej zachodniej kulturze dominuje – właśnie: dominuje! – głos męski. Wyraża on tożsamość rozumianą na sposób indywidualistyczny. Głos kobiety zaś wypowiadany jest z innej pozycji: relacji i współzależności. Kultura jest wtedy zdrowa i harmonijna, gdy obie postawy są uznawane i wysoko cenione.
 
A wracając do problemu ofiar przemocy domowej...
W naszej patriarchalnej kulturze kobiety mają podwójny problem, by wyplątać się z sieci kłamstw. Często przyjmują wersję rzeczywistości, którą narzuca im oprawca! W etyce troski wartością jest nie indywidualizm, tylko relacja. To dlatego kobiety tak łatwo przechodzą na stronę sprawcy. Próbują po prostu zobaczyć świat z jego perspektywy.
 
Ale powiem brutalnie: rola ofiary miewa swoje zalety.
Protestuję! Nie widzę żadnych zalet. Widzę trudną, upartą walkę o godność, o zachowanie poczucia sensu, często też, paradoksalnie, o tę drugą osobę, a przede wszystkim o wydostanie się z pułapki, której konstrukcję bardzo trudno jest zobaczyć. Ofiary przemocy domowej zaczynają otwierać oczy, gdy zauważą te sznureczki, którymi manipulowane są marionetki w teatrze przemocy. Wtedy jest szansa na wyplątanie się z sieci. Tak, to wymaga odwagi i odpowiedzialności.
 
Na czym ona polega?
Na zobaczeniu „ja”. Bardzo trudno jest stanąć z boku albo spojrzeć z góry i zobaczyć, co się tu dzieje. Ujrzeć ten teatr, sznurki, sieć. W dodatku jak się słyszy wciąż to samo sto razy dziennie...
 
Co takiego?
Słowa mogą być różne, ale znaczą jedno: „Jesteś do niczego”. A wtedy ona zaczyna wątpić w siebie.
 
Jak w filmie braci Marx: „Kochanie, czy bardziej wierzysz własnym oczom, czy moim słowom?”.
Ten dramat, a często i tragedia, już jakby istnieją, napisane przez kulturę. Na szczęście tylko jako szkic... Może przecież nastąpić wyłom, wyjście z roli.
 
Kiedy ofiara wychodzi z roli?
Różnie. W jakiejś konkretnej, wyjątkowo bolesnej, raniącej sytuacji. Albo – to jest bardzo częste – wtedy, gdy przemoc zaczyna dotykać dzieci.
 
A inni ludzie? Jak wzmocnić ofiarę?
Wypowiadając się z pozycji kogoś, kto mądrze towarzyszy. Mówi na przykład tak: "Zauważ, co się dzieje. Zobacz, co on robi. To jest niedopuszczalne". Ten komunikat powinien być mocno oceniający w stosunku do niego, a nie do niej. Chodzi o fakty. O wyjście z mgły. Na tym etapie robimy coś, co jest właściwie odwrotnością psychoterapii, czyli pomagamy ofierze zobaczyć świat w kategoriach: czarne-białe. Na samym początku ofiarę trzeba często odseparować od sprawcy. Trzeba ratować jej życie, istnienie.
 
A co dalej?
Praca nad autonomią i poczuciem sprawczości. Problemem w tej pracy jest to, że rola tego, który wie lepiej, zasysa. Rodzi się pokusa, by powiedzieć kobiecie co i jak. Ale wtedy znowu jest to samo: dominacja, tylko ze strony kogo innego. W takim razie po prostu i wyłącznie: „Zauważ siebie”. „My” to wartość. Ale „my” nie wydarza się w ten sposób.
 
Idea feminizmu: „jestem autonomiczną jednostką” nie wystarczy?
Sądzę, że nie. "My" jest wartością, relacja jest wartością. Tyle że "my" powstaje inaczej. Przemoc wyklucza "my".
 
A praca ze sprawcami przemocy? Jest możliwa?
O ile są gotowi do zmiany siebie, a nie tylko obrony swojej pozycji... Są takie osoby, które chcą ratować relację i nie wiedzą, co robią źle. Istnieją dwie drogi: jedna to kontrolowanie emocji, ale to nie wystarcza. Chodzi także o pracę nad rolami: uświadomienie sprawcom tego, że różne punkty widzenia są uprawnione. Jeśli sprawca jest zmotywowany, bo mu jednak na związku, na dzieciach zależy, to może zadziałać. Istnieje możliwość, że zobaczy, w jakiej roli tkwi i co narobił. Jeśli poczuje gotowość otwarcia się na drugą osobę, na jej prawdę...
 
Coś sporo tych „jeśli”…
Szansa istnieje. Zwłaszcza że wielu sprawców przemocy „robi to wszystko dla niej”. A „ona mnie nie rozumie, jędza”. I nietrudno to pojąć. Tylko że te „jędze” starają się zrozumieć drugą stronę. A to jest podstawowa różnica. I jeszcze jedno: nie zdarzyło mi się jeszcze spotkać szczęśliwych sprawców przemocy, szczęśliwych dyktatorów. Owszem, oni mogą być zadowoleni. Ale jest w nich zawsze jakieś napięcie, czyli strach. Jakieś poczucie nieszczęścia. Ja ich nie usprawiedliwiam, po prostu próbuję opisać swoje wieloletnie doświadczenia terapeutyczne.
 
Świat się jednak mocno zmienił! Macho odszedł w niebyt...
Nie powiedziałabym. Jesteśmy świadkami jego powrotu: to zjawisko backlash, fali zwrotnej, swoistej kontrrewolucji. Czy możliwe jest to, żeby w kulturze relacji była siła? Wielu ludzi odbiera poleganie na innych jako słabość.
 
Ale przecież ta kultura odnosi sukcesy.
Tak. I bolączki. Niesie cierpienie. Coraz silniej je odczuwamy. Wszyscy, nie tylko ofiary przemocy domowej.
 
Co jest naszą szansą?
Tęsknota za bliskością to jest nasza szansa. Są dwa podstawowe motywy ludzkiego działania: autonomia i wspólnota. Jeśli jeden z nich wyeliminujemy, drogo za to zapłacimy. Odczuwamy to coraz silniej. I wprowadzamy w kulturę świadomości, że szacunek do osoby, relacje, pozycja „my” są ważne. To piękna praca, ale trudna. Dominacja powoduje kontrolę, czyli dystans. Zaś autentyczna bliskość polega na otwarciu. Autentyczna bliskość nas przemienia.
 
Rozmowa z Bogną Szymkiewicz ukazała się w „Urodzie Życia” 08/2016.

Wideo

Dziś wypada 3. rocznica ich ślubu. Oto historia miłości Agnieszki i Piotra Woźniak-Staraków

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Wydanie de Luxe VIVA!, a w nim: ANJA RUBIK o tym, jak się czuje w roli singielki i o planach na przyszłość. Intymna sesja KINGI KORTY z synkiem GREYSONEM i inspirująca rozmowa na temat późnego macierzyństwa. Skandalista i geniusz – ELTON JOHN. RODZINA KOKCZYŃSKICH, właścicieli Park Cafe w Konstancinie, o tym, jak stworzyć „fajne miejsce”.