#lepszeżycie

Hasła: „Mogę wszystko!” albo: „Jestem zwycięzcą!” nie mają nic wspólnego z prawdziwą motywacją

Prawdziwy zapał do działania musimy znaleźć w sobie.

Sylwia Niemczyk 5 lipca 2019 09:48
motywacja w rozwoju
Fot. Caleb George

Nie wierzę w szumne hasła motywujące: »Dasz radę!« albo »Jesteś zwycięzcą!«. Na dłuższą metę one nie działają. Prawdziwą, skuteczną motywację do działania musimy znaleźć w sobie” – mówi dr Joanna Heidtman, psycholog i coach w rozmowie z Sylwią Niemczyk dla miesięcznika „Uroda Życia”


Uroda Życia: Jesteśmy leniwi? 
Joanna Heidtman: Z natury? Przeciwnie, zwykle lubimy być aktywni i mamy dużą satysfakcję z działania. Bezczynność nas męczy.

To dlaczego już na początku marca po naszych noworocznych postanowieniach pozostaje tylko pył i kurz? Tak marzyliśmy, planowaliśmy, a potem starcza nam energii tylko na marne dwa miesiące?
To akurat w ogóle mnie nie dziwi, bo postanowienia i cele, które sobie stawiamy, płynąc na fali noworocznej euforii, są często nierealistyczne i niezgodne z innymi, ważnymi dla nas aktywnościami. Wtedy nawet najwyższa motywacja nam nie pomoże, bo przecież jej fundamentem jest dobrze obrany cel. Rzadko się zastanawiamy, na ile to, co chcemy osiągnąć, jest w ogóle możliwe, a po drugie: na ile jest to „nasze”, wynika z naszych wartości, potrzeb, zasad. 

Ale bywa, że nawet kiedy mamy „nasz” cel, to nie umiemy się zmusić do działania. Chcemy schudnąć – ale nawet nie wykupujemy karnetu na siłownię. Wszystko pozostaje w sferze planów. 
Dalej nie sądzę, że to jest kwestia jakiegoś wrodzonego „lenistwa”. Na to, czy w ogóle podejmiemy jakieś działanie, składa się dużo różnych rzeczy, np. nasz poziom energii, uznanie innych oraz – to jest bardzo ważne! – nasze poczucie, że cokolwiek od nas zależy. Osoby, które wierzą, że mają duży wpływ na to, co dzieje się w ich życiu – w psychologii mówimy o nich: wewnątrzsterowne – będą chętnie podejmować jakiś wysiłek. Będą formułować cele i do nich dążyć. Inaczej niż osoby zewnątrzsterowne, czyli te, które żyją w przeświadczeniu, że  wszystko, co je spotyka, to kwestia losu czy biometu. 
Nasze poczucie sterowności kształtuje się w dzieciństwie. W dorosłym życiu jest możliwe do zmiany, choć to musiałoby się wiązać z naprawdę gruntowną przebudową naszego światopoglądu, tożsamości nawet – a na to potrzeba wielu lat pracy. 

A czemu, jeśli już jakimś cudem zaczniemy zmieniać nasze życie, to często rezygnujemy w pół drogi?
Choćby dlatego, że chcemy bardzo szybko widzieć efekty – a tu nic. Już poświęciliśmy czas i energię, już mamy za sobą cztery treningi na siłowni, a mięśni dalej nie widać. To jest moment, kiedy motywacja gwałtownie spada i chcemy wszystko rzucić w diabły. W coachingu ten okres nazywamy „długą, ciemną nocą zmiany”, którą, niestety, trzeba po prostu przetrwać. Himalaiści mówią, że najciemniej jest tuż przed świtem. Nie wszyscy jednak mają równe szanse, by doczekać do świtu i nie zawrócić, bo tutaj ogromne znaczenie ma nasze własne podejście do porażek i trudności. Martin Seligman, twórca teorii wyuczonej bezradności, zauważył kiedyś, że na niepowodzenia ludzie reagują na dwa różne sposoby: optymistyczny i pesymistyczny. Ten drugi sposób prezentują wszyscy ci, którzy w przypadku porażki lubią uogólniać: „Nigdy mi się nic nie udaje” i obwiniają sami siebie: „Coś ze mną jest nie tak”. Pesymistyczne podejście do naszych porażek będzie zżerać naszą motywację w błyskawicznym tempie! 


Z drugiej strony wszyscy znamy ludzi, którzy nie poddawali się nawet po serii porażek. Przykładem może być prof. Zbigniew Religa, którego historię przybliża film „Bogowie”. Kiedy go spotykały porażki – i to nie były drobne niepowodzenia, ale ogromne, obciążające psychikę – u niego pojawiało się myślenie: „Jak mogę z tym zadziałać?”. Ogromna wiara w cel, samosterowność i z pewnością zdrowy styl wyjaśniania niepowodzeń, który nie pozwalał mu zatrzymać się w drodze do celu. I właśnie – jasno określony cel, który był bardzo głęboko zakorzeniony w jego systemie wartości. Oczywiście to są tylko moje przypuszczenia, ale jestem pewna, że taką wytrwałość motywacyjną, jaką miał prof. Religa, mamy tylko wtedy, kiedy to, co robimy, jest w stu procentach „nasze”. 

Motywacja opiera się na pozytywnym nastawieniu

Możemy w sobie zmienić pesymistyczne podejście do niepowodzeń na zdrowe, konstruktywne?
Na szczęście z tym jest już łatwiej niż z naszą sterownością. Styl wyjaśniania niepowodzeń to nasz nawyk myślowy, więc można go zmieniać, np. poprzez proste ćwiczenia psychologiczne, opracowane przez Seligmana. 
Swoim klientom, u których rozpoznaję ten problem, zalecam najpierw zapisywanie własnych monologów wewnętrznych, pojawiających się wtedy, kiedy coś idzie nie po ich myśli. Dzięki temu sami mogą zauważyć, że swoje niepowodzenia wyjaśniają w destrukcyjny dla siebie sposób, zyskują świadomość. Drugi krok to zatrzymanie strumienia negatywnych myśli. Dopiero w kolejnym kroku uczymy się nowego, konstruktywnego stylu myślenia o  sobie i naszych porażkach. Szczególnie my, kobiety, ze względu na to, jak zostałyśmy wychowane, musimy nad tym ciągle pracować. Z  badań Seligmana wynika, że to właśnie my mamy większą skłonność to takiego, jak to on mówi: „przeżuwania”, czyli ciągłego analizowania porażki i  samobiczowania się za niepowodzenia. 
Drugie ćwiczenie to zapisywanie alternatywnych wytłumaczeń, w których uwagę kierujemy na okoliczności lub zachowania – jednorazowe i możliwe do zmiany. To wielka ulga, kiedy wreszcie przestaniemy się obwiniać o wszystko, co nam się zdarzyło, a zaczniemy przyglądać się pojedynczym sytuacjom i wyciągać z  nich naukę na przyszłość. I iść dalej. Motywacja idzie w górę albo przynajmniej przestaje spadać.

Czyli to, że nie mogę się zmusić do biegania, wynika wyłącznie z moich złych nawyków myślowych? 
Nie, oczywiście, że nie. Jeśli chodzi o bieganie, jogę, angielski czy nawet zmianę pracy, to tutaj jeszcze raz przemyślałabym, dlaczego tak naprawdę chcemy to robić? Czy na pewno jest to sprzężone z naszymi wartościami? Jaką potrzebą się kierujemy? Autentyczna potrzeba, wewnętrzne intencje i wartości są jedynym skutecznym paliwem motywacji. 
Bywa, że podejmując jakieś działania, kierujemy się strachem, a wbrew pozorom strach nie działa motywująco. Zaczynamy biegać, bo boimy się, że przytyjemy. Idziemy na studia po czterdziestce tylko dlatego, że boimy się zwolnienia z pracy. Ten strach daje adrenalinowego kopa na samym początku – widzimy to np. kiedy ktoś poważnie zachoruje i z dnia na dzień rzuca palenie albo przechodzi na wegetarianizm – ale na dłuższą metę zamiast nas napędzać, wygasza naszą aktywność. Skuteczną motywację, która przetrwa trudności, lepiej budować na tym, co jest dla nas ważne, a przede wszystkim co jest pozytywne. 

Skoro tylko my sami możemy się zmotywować do działania, to dlaczego na spotkania z mówcami motywacyjnymi przychodzą tłumy? 
Mnie też dziwi ten rozkręcony do granic absurdu kult motywacji. Myślę, że z naszą motywacją jest jak z leczeniem. Główna zasada: „Nie szkodzić”. Jeśli jesteśmy zdrowi, nie mamy depresji, to naprawdę nie brak nam motywacji do rozwoju, nauki, poszukiwań. Chyba że wokół nas dzieje się coś, co ją niszczy. Widać to  u małych dzieci, które przecież uczą się nowych rzeczy dla samej radości z  nauki. Ale kiedy idą do szkoły i dowiadują się, że nauka nie jest wartością samą w  sobie, ale że ważniejsze od niej są oceny i egzaminy, często tracą wewnętrzną motywację. My tak samo często tracimy wewnętrzną radość i satysfakcję z działania, bo np. czujemy się do tego działania przymuszeni – społeczną oceną, porównywaniem się z innymi itp. 
Poza tym, jeszcze pokolenie wstecz nikt nie zastanawiał się głęboko, czy ma chęć i motywację, żeby coś robić. Kiedyś Jacek Walkiewicz, psycholog i mówca inspiracyjny, którego bardzo cenię, opowiadał o swojej babci, która wstawała o świcie, żeby nakarmić kury – co prawda nie ze śpiewem na ustach, ale jednak wstawała i to robiła. Dla niej było oczywiste, że to jest jej powinność. Moja babcia zachowywała się podobnie. Kiedy wiedziała, że ludzie na nią liczą, to nie zastanawiała się, jaki ma humor i czy ma akurat potrzebę działania, a już pojęcie „chęci” chyba w ogóle było jej nieznane. Działała, bo czuła zobowiązanie, podjęte zresztą z własnej woli. Tego poczucia powinności w naszym współczesnym modelu mentalnym mi brakuje. 

„Często kierujemy się strachem, jednak na dłuższą metę on hamuje naszą ochotę do działania. Motywację lepiej budować na tym, co pozytywne.”

Czyli jednak wracamy do słowa: muszę, które przecież – i to za radą coachów – wykreśliliśmy z naszego słownika.
Ci, którzy je całkowicie wykreślili, zbytnio uprościli radę coachów. Przecież w dużym stopniu to my sami wybieramy model swojego życia i nasze „muszę”. Mogliśmy mieć rodzinę i dzieci, mogliśmy ich nie mieć, raczej nikt nam pistoletu do głowy nie przystawiał. Mogliśmy pójść do jednej pracy, mogliśmy do innej. Podejmujmy pewne zobowiązania i trzymajmy się ich, przypominając sobie w chwilach kryzysu o tym, jakie mamy główne cele i w jaki sposób one są związane z naszymi wartościami. I to nam pomoże wytrwać w naszych postanowieniach, a nie przeniesieni żywcem z amerykańskiego rynku mówcy, którzy krzyczą ze sceny: „Jesteś zwycięzcą!”, „Chcieć to móc”, „Umiesz!” „Uda ci się!”. Nie wierzę w ich skuteczność, choć wiem, że wywołują u słuchaczy chwilową euforię. Ale jestem przekonana, że po kilku dniach czy tygodniach kończy się ona kacem psychicznym, takim samym, jaki czujemy w  lutym czy w marcu, gdy widzimy, że znowu, jak co roku, nic nie wyszło z  naszych postanowień z  pierwszego stycznia. Przesadna wiara w  pseudomotywacyjne hasło: „Możesz wszystko” bywa okupiona depresją i  rozczarowaniem. 
Za to czymś zupełnie innym jest inspiracja i mówcy inspiracyjni, którzy podczas wystąpień dzielą się doświadczeniami i refleksjami, zmieniają nasz punkt widzenia, pokazują, w jaki sposób osiągnęli to, co osiągnęli, jak pokonywali trudności.

Czy wizualizacje celu, marzenia mogą nam pomóc w tych trudnościach?
Wizualizacja może pomagać, choćby dlatego, że wyzwala emocje, które przecież są składnikiem motywacji. Wyraźna, konkretna wizja przyszłości to nasza latarnia morska, do której halsujemy przez wzburzone morza. Dobrze jest ją mieć, szczególnie, jeśli cele, do których dążymy, wymagają więcej wysiłku i czasu. Na początku każdej nowej aktywności czujemy wyrzut energii i entuzjazmu, ale potem przychodzą przeszkody, brak czasu, rutyna. Morale na naszym statku spada. I wtedy właśnie to światełko latarni, odświeżenie naszego marzenia, pomoże nam na nowo obrać prawidłowy kierunek. Nasza wizja pomoże nam znaleźć entuzjazm do dalszego działania.

Rozmowa z dr Joanną Heidtman ukazała się w „Urodzie Życia” 4/2019 w ramach cyklu Akademia Urody Życia


Dr Joanna Heidtman – psycholog i socjolog, trener biznesu, doradca, coach. Współzarządza firmą doradczą Heidtman & Piasecki, współzałożycielka Fundacji na rzecz Kapitału Intelektualnego, prowadzi zajęcia na studiach podyplomowych na SWPS. Wiedzę i doświadczenie zdobywała m.in. w University of South Carolina i Cornell University w USA. Od wielu lat realizuje projekty rozwojowe, m.in. programy rozwoju przywództwa oraz umiejętności i kompetencji menedżerskich.

Wideo

Podjęliśmy wyzwanie #1TBChallenge!

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Izabela Janachowska o cudzie macierzyństwa i synku Christopherze, Dominika Tajner w pierwszym wywiadzie po rozstaniu z Michałem Wiśniewskim oraz Krystyna Demska-Olbrychska i Daniel Olbrychski o przepisie na udane małżeństwo.