Hygge w pracy
Fot. getty images
#lepszeżycie

Psycholożka, Katarzyna Miller o naszej pracy: „Nie można się zatracić i dać zwariować”.

Czy korporacje mogą być bardziej hygge?

Anna Bimer 24 sierpnia 2019 20:58
Hygge w pracy
Fot. getty images

Wydawało się,  że celebrowanie prostych przyjemności według hygge jest dla tych, którzy mają dużo wolnego czasu i żyją w harmonii z naturą. Oznaczało to emigrację z miejskiego życia. A może zwrot nie musi być o 180 stopni? Czy da się mieć hygge-nicznie w pracy, nawet w korporacji, mówi Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, nauczyciel akademicki, wieloletnia wykładowczyni na Gender Studies UW, felietonistka i autorka książek.


Anna Bimer, „Uroda Życia”: Duńczycy – czyli twórcy nurtu hygge, oznaczającego dobrostan, poczucie szczęścia i harmonii, a w ich imieniu Meik Wiking, dyrektor Instytutu Badań nad Szczęściem w Kopenhadze – twierdzą, że nawet w korpo może być miło i ciepło. Naprawdę?

Katarzyna Miller: Szczęśliwie dojrzeliśmy już do wniosku, że życie nie może być nastawione tylko na karierę, staramy się wprowadzać równowagę między pracą a życiem po pracy.

Stąd idea work-life balance.

Chociażby. Hygge i podobne trendy czy mody temu sprzyjają, ale też wynikają z  potrzeby szukania nowych teorii, które mają nas zauroczyć treścią i jakością. Bo  ciągle coś odkrywamy. Podoba nam się to napominanie: nie pędźcie, nie bądźcie szczurami, jednak cały czas tkwimy w tym wyścigu, nawet książki, które mają nas otrzeźwić, wydajemy w  tempie torpedy. W terapii to się nazywa podwójnym wiązaniem. Słyszymy komunikaty: pracuj, osiągaj, twórz, rozwijaj się, a jednocześnie: zatrzymaj się, bądź uważny, pozbywaj się rzeczy itd. No to bądź mądry i pisz wiersze! Nie twierdzę, że nie warto mówić o kwiatach, herbacie czy ciepłym szalu. Ale w open space możemy sobie co najwyżej wyobrazić, że stoimy na brzegu morza. Dobre i to, bo przecież w  tym zawodowym kołowrotku nie można się zatracić i dać zwariować.

Jak się nie dać?

Zawsze, gdziekolwiek wchodzisz, wnosisz siebie. Nawet na Bali czy Mazurach człowiek, który ma w sobie zawiść albo niezaspokojone ambicje, nie będzie odpoczywał, tylko stale myślał: co tam w firmie się dzieje, czy ktoś nie czyha już na jego miejsce. To ponury scenariusz. Ale może być inny – z pozytywnym nastawieniem wszędzie możemy mieć enklawę spokoju. Wystarczy odgiąć oparcie fotela, odchylić się na półleżąco, przymknąć oczy i wyobrazić sobie wspomniany ocean. Z boku wygląda to tak, jak by się nad czymś głęboko myślało. Oczywiście mało mamy okazji do takiej chwili relaksu w pracy, w której stale poganiają i wyciągają człowiekowi robotę z ręki, bo terminy, kary, deadline. A jednak są ludzie, którzy chcą mieć tę stałą codzienną pracę, przychodzić na godzinę, w określone miejsce, wiedzieć, że ktoś jest szefem i odpowiedzialnym za wszystko. Taki ktoś powie: co ja miałbym robić na prowincji, na fermie czy w innej serowarni? W korporacji jest zagospodarowany, to mu wprowadza porządek w  życiu, nie musi się martwić, czy uda się wyprodukować tych serów odpowiednio dużo, nie ponosi nakładów na rozkręcenie biznesu ani ryzyka, przychodzi codziennie w to samo miejsce, spotyka tych samych ludzi, pogada, co u kogo słychać, co było na Netfliksie, wypije z kolegami kawkę, w stołówce zje obiad. Dostaje pieniądze, na które może liczyć, nie zamartwia się, że zysk jest wielką niewiadomą i zależy np. od pogody.

Mała stabilizacja ciągle ma zwolenników?

To ludzi bardzo przyciąga. Obserwowałam swego czasu wysyp prawniczek, które miały przesyt korporacji. Część pozakładała własne kancelarie, ale część powiedziała: tu, gdzie jestem, mam posadę, dobre pieniądze, oparcie, nie ponoszę ryzyka finansowego. Tak wolę. I dojście do tego wniosku stanowi moment zwrotny. Bo wszystko zaczyna wyglądać inaczej od chwili, w której uświadomimy sobie, że jest to nasz własny wybór. Moglibyśmy inaczej, ale chcemy właśnie tak i wiemy dlaczego. Jeżeli to w sobie polubię, to mogę się z tego cieszyć i natychmiast przychodzi dodatkowy zastrzyk energii na upiększenie sobie na przykład najbliższej przestrzeni w biurze.

Open space temu nie sprzyja.

Niczemu nie sprzyja. Nie rozumiem, dlaczego my w Polsce stosujemy takie rozwiązanie, z którego świat się już dawno wycofał. Nie dość, że ludzie wyczerpują się, pracując w tak niehumanitarnych warunkach, to jest to nieekonomiczne. Przekonali się o tym już ci, którzy wymyślili to wpuszczenie człowieka w taśmę, żeby zaoszczędzić na siedzibach. Policzono, że praca w hali wcale nie sprzyja wydajności.

Optymista powiedziałby jednak, że nawet w obrębie swojego biurka czy stanowiska pracy wystarczy zawiesić ciepły szal na oparciu, zapalić lampkę i zrobić minihygge. Ale w takim miejscu najważniejsze są relacje.

Jeśli masz tuż obok kogoś, kto głośno mówi, albo pachnie perfumami, które cię drażnią, albo wnosi zły humor – to tak, jakbyś wyszła za mąż wbrew swojej woli. Bo tyle czasu spędzasz z kolegami z  pracy. A są różni. Jedni krzyczą, ktoś będzie mówił ci: „Cześć!” do skutku, choć akurat rozmawiasz przez telefon, kolejna osoba z głupia frant spyta: „Co robisz?” – i tak w kółko, ciągle ktoś zaczepia, bo w  takiej przestrzeni wydaje się, że wolno, bo nie ma drzwi. A jednak musi być tu zachowany pewien savoir-vivre. Inny, ale jednak. Warto nauczyć się pytać: „Czy nie przeszkadzam?” i języka gestów, kiedy ruchem ręki pokazujesz, że jesteś zajęty. I choć nie jest to eleganckie, inni nie powinni się w tych okolicznościach obrażać. Trzeba się przystosować, wychodzić gdzieś z  telefonem, jeśli ktoś chce pogadać, niech idzie do kafejki. Szanujemy naszą ciszę i spokój. To jest współczesna, wielkokorporacyjna higiena pracy. 

W Mordorze [słynnej dzielnicy biurowej w Warszawie – red.] zdarzają się kompleksy budynków, gdzie jest patio, można wyjść, odetchnąć, popatrzeć na kawałek zieleni między tym niklem a szkłem. Tam jest też zwykle sporo sklepików, kafejek, porządne trotuary, wykończenie staranne, a czasem nawet luksusowe. Ale z drugiej strony jak się widzi te wielkie lady recepcyjne w wielkim holu, recepcjonistkę majestatycznie wydającą przepustkę, a potem jak się uroczyście przekroczy bramkę strzegącą nie wiadomo czego, by następnie skorzystać z jednej dozwolonej windy, człowiek się czuje zagubiony. 

I malutki jak w socrealizmie.

Przypomina mi się zalecenie z carskich czasów: „Urzędnik niższego sortu powinien mieć wygląd lichy i durnowaty, żeby nim nie obrażać przełożonego”. Tak, w szklanych wieżowcach chodzi też o to, żeby człowiek czuł się podle i znał swoje miejsce w szeregu. Tylko, na litość boską, po co te zasieki?! Co za patent musi być tak chroniony? A te identyfikatory – jakoś nieuchronnie kojarzą się ze smyczą. Pamiętam film „Pracująca dziewczyna”, gdzie najpiękniejszy był fragment, kiedy bohaterka wreszcie dostała jedyny oddzielny pokój z oknami i widokiem na cały open space. I ta jej radość...! Nadal była zamknięta w akwarium, ale zostało podkreślone, że jest ważniejsza.

W korpo żongluje się takimi instrumentami jak insygnia władzy.

I podpuszczaniem do rywalizacji dla dobra wyników, a nawet napuszczaniem ludzi na siebie. Skoro z racji samych warunków lokalowych wchodzą sobie na głowę, łatwo o nerwy i konflikty. A z badań na populacjach różnych gatunków zwierząt wynika, że po przekroczeniu pewnego progu liczebności, zaczynają się zagryzać. Tu niewiele brakuje, tyle że ludzie mają hamulce. Jednak stwarzanie sytuacji sprzyjających temu jest niehumanitarne. Szkolenie ludzi w tym kierunku – tym bardziej. Psychologia potrafi służyć niekoniecznie dobrym celom.

Hygge ma więc wymiar odwilży.

Zanim nastało hygge, pojawiły się książki o rozwiązywaniu konfliktów na miękko, o „ludzkim” zarządzaniu. Pracodawcy doszli do tego, że w pracy są żywi ludzie, a nie roboty. Ale nic z tego nie wyjdzie, dopóki będą wielkie koncerny. To jak za dawnych lat na warszawskim Ursynowie, gdzie z  zespołem psychologów namawialiśmy mieszkańców do łączenia się w grupy umożliwiające współdecydowanie o osiedlu. Ludzie dostawali przydział w małym domu czteropiętrowym albo w wielkim bloku – na zasadzie loterii. I co się okazało? Oczywiście spotykali się tylko mieszkańcy w tych małych domach. Bo molochy tworzą obcość. 

Jeżeli mała firma jest sensownie prowadzona, to może być drugim domem. 

Tam, poza szalem, lampką i  dobrą herbatą, można więcej. Żyć, nie umierać.  

Hygge mówi, że struktura firmy powinna być możliwie pozioma, relacje partnerskie, bez podkreślania hierarchii, a zarządzanie – przejrzyste i demokratyczne. 

Szef powinien dbać o pracowników, doceniać ich, bez rywalizacji. Jak dobry nauczyciel, który wie, że Jaś jest świetny w piłce, a Józio w matematyce, ale obaj stanowią o poziomie całej klasy. 

To jest bliskie idei turkusowych organizacji, które chcą stawiać na indywidualne talenty poszczególnych pracowników zamiast traktować ich en bloc.

Ale do tego potrzeba ludzi, którzy potrafią być zwierzchnikami ciepłymi, ale i  wymagającymi. To nie takie proste. Jak rodzicom się mówi: kochaj i wymagaj, to albo szaleją z miłości, albo stają się maniakami wymagań. Żeby nie wiem jaka była dostępna wiedza psychologiczna, i tak wiele zależy od tego, jacy są ludzie. 

W pracownikach, niezależnie od szefów, też bywa zaszczepione korpozło. 

Dawno temu pracowałam w ministerstwie w dziale HR, u cudownej szefowej, zrównoważonej, sprawiedliwej, uważnej, która jasno wyrażała oczekiwania, często chwaliła przy wszystkich, ganiła zawsze na osobności. Ludzie chodzili do tej pracy bardzo chętnie, były imieniny, świetna atmosfera, wszyscy się lubili. Aż  przyszedł nowy minister, a z nim nowa szefowa. Jędza. Patrzyłam z boku, jak zmiana szefowej zmieniła ludzi. Zaraz się ujawniły inne cechy charakterów. Wisiał w powietrzu lęk.

Zarządzanie strachem trwa.

A też regułą „dziel i rządź”. Tam było stosowane i jedno, i drugie. Więc nagle widać było, kto jest szują, tylko dawniej ukrytą. Taki ktoś wcześniej się uśmiechał, a  teraz równie swobodnie syczy. Jedni zaczęli donosić, podkopywać pozostałych, inni nie mogli pójść do pracy bez nerwów. A dobre relacje szlag trafił.

Można się w pracy przyjaźnić?

W pracy są sojusze, a czy to przyjaźń, okaże się, gdy jedna z osób odejdzie z  firmy. 

Skoro dostrzeżono w pracowniku człowieka, to czy rynek pracy staje się hygge-niczny?

Czas raczej nie sprzyja. Ale zdarzają się enklawy. Czasem w dużych firmach są takie działy, gdzie panują ludzkie stosunki. Albo w małych rodzinnych biznesach nie jest opresywnie.

A jaki jest najgorszy rodzaj opresji, z jakim ludzie mają problem w pracy?

Nie są zauważani, doceniani; w tych wielkich zespołach jest się nieważnym, daje się odczuć pracownikowi, że łatwo go zastąpić. To jest umyślne pozbawianie pracownika poczucia wartości.

To jak się obronić w takiej sytuacji? 

Trzeba ją racjonalizować, uświadamiać sobie, że to manipulacja, zachować poczucie własnej wartości. Tu pomocne są właśnie firmowe sojusze i słowa osoby widzącej sytuację z boku: „Ale się na ciebie uwzięła!”. 

Kiedy aktem miłosierdzia wobec siebie jest odejście z firmy?

Kiedy ludzie fizycznie zaczynają się źle czuć. Pojawiają się: zmęczenie, bezsenność, zaburzenia odżywiania, bóle głowy – to są psychosomatyczne objawy nerwic, które się biorą z przepracowania albo z  pracy, która wykańcza. Trzeba jednak dobrze diagnozować problem, jak w tym zaklęciu: „Użycz mi pogody ducha, abym zmieniała to, czego zmieniać nie mogę, odwagi, abym zmieniała to, co mogę, i mądrości, abym odróżniała pierwsze od drugiego”. Ludzie często mylnie oceniają przyczynę swojego złego stanu. Nie mają na tyle świadomości, żeby zobaczyć, że całokształt pracy ich wykańcza, a nie koleżanka. Zwłaszcza kobiety oczekują, że będą lubiane, więc wystarczy, że ktoś im powie coś, co trafi w ich samopoczucie – to taka kobieta staje się nieszczęśliwa. A  ja jej mówię, że to nic. Pomieszana jest gradacja problemów. To jeszcze stanowi pole do popracowania nad sobą. Pewne rzeczy od nas zależą i warto wiedzieć które: to, w jaki sposób zgłaszamy propozycje i pomysły, prosimy o awans czy podwyżkę. I warto robić to w taki sposób, żeby to otwierało drzwi. 

Hygge wyszło naprzeciw powszechnym narzekaniom, że praca się nigdy nie kończy. Nie wystarczy wyłączyć telefon, bo człowiek mimo woli o pracy myśli. Czasem nawet bardzo twórczo.

Dopóki mamy na to otwartość i radość, to warto tej kreatywności w sobie nie zabijać. Natomiast nie wolno dobijać się narzekaniem, które nic nie wnosi, w  stylu: „O matko, a jutro na biurku czeka na mnie sterta takich głupich spraw”. Nie. Takie rzeczy po wyjściu z pracy najlepiej zakopać. Uważam, że każdemu potrzebna jest śluza między pracą a  życiem. Niektórzy w sposób naturalny ją uzyskują, bo wracają do domu rowerem albo idą przez park. Ta droga, obojętnie, jak ją pokonają, ma szansę być śluzą. Nie znaczy to, że mamy przestawiać się w  tryb myślenia o obowiązkach domowych i planowanie, że zaraz biorę się do odkurzania. Śluza ma być na bycie ze sobą. Nie ogarniaj domu od progu, siądź w fotelu, na tarasie, idź pod prysznic – niech wszystko, co  przyniosłaś, w sensie emocjonalnym, z ciebie spływa.

Śluza i hygge w jednym. Co zrobić, by pochopnie nie uciekać z pracy?

Wszystko zależy od stopnia sforsowania. Można spróbować zmienić nastawienie i w sytuacji wyboru pomyśleć – jak już mówiłam – czy nie lepiej zostać, bo są przecież zalety. Na pewno trzeba uciekać od psycholi i nie wolno się godzić na sytuacje mobbingowe. Rozpoznawać je i nie kłaść uszu po sobie, tylko iść z  tym wyżej lub do sądu. Mobbing trzeba mocno udowodnić, ale o dyskryminację wystarczy oskarżyć. Tłumaczy się druga strona. Gdy jednak nie ma mowy o takich nadużyciach, tylko jest się po prostu zmęczonym, proponuję pomyśleć o odpoczynku. Znam kilka dziewczyn, które porobiły sobie półroczne albo roczne urlopy, żeby pożyć, posiedzieć na ławce w parku, jak długo chcą, wyjechać. Taka przerwa, jeśli kogoś na nią stać, doskonale robi. Trzeba mieć jednak finansowe zapasy i być spokojnym o  to, że będzie gdzie wrócić, czyli mieć to bezcenne poczucie, że jest się potrzebnym, że firma ceni i poczeka. Takie poczucie najbardziej pracownika uskrzydla i mobilizuje.

Cierpimy też, że gorzej zarabiamy. Jak to przyjmować?

Jak wszystko, na co nie mamy wpływu. Najlepiej przez sitko, jakim jest nasz oddech. Kiedy chcemy się uspokoić, zwracamy uwagę na długie, spokojne wydechy, gdy chcemy się podkręcić –  na szybkie wdechy. Jednak nie lecimy przez życie w zadyszce. To, co mówię, przetestowałam na sobie. Nie ma lepszego sposobu, a jest dostępny dla każdego, ma się go przy sobie, nie trzeba biec do apteki jak po prozac. Niewiarygodne, że ludzie nie używają najlepszego bezpłatnego lekarstwa. A wystarczą trzy minuty świadomego oddechu, tylko trzeba sobie uzmysłowić: o, denerwuję się. Medytacje, czyli zawieszenie umysłu na rzecz świadomego oddechu, dają bardzo wiele. A po dwóch tygodniach widać efekty, jest się bardziej wyciszonym. I  takie trzy minuty dla siebie można sobie zafundować nawet przy komputerze, w toalecie, w kolejce... Spokojnie, nie spiesząc się. Bo i dokąd się tak spieszyć? Do śmierci? Zdążę. Więc oddycham, głęboko, wydłużam wydech. I znowu...

Rozmowa z Katarzyną Miller ukazała się w „Urodzie Życia” 8/2019

Wideo

Byli małżeństwem przez 3 lata. Oto historia miłości Agnieszki i Piotra Woźniak-Staraków

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

„Napisałam tę książkę po to, żeby oczyścić siebie dla dzieci. Żeby nie mieć już bagażu”, mówi w poruszającym wywiadzie wybitna pływaczka, OTYLIA JĘDRZEJCZAK. Były mąż Anji Rubik, SASHA KNEZEVIC, rozpoczął nowe życie – jako tata i jako… artysta. DEMI MOORE odkrywa mroczne strony swojego życia. Ile zostało z buntowniczki w MAŁGORZACIE OSTROWSKIEJ?