#lepszeżycie

Uśmiechnięta depresja może trwać latami i skazywać nas na niewidoczne cierpienie

Śmiech, żart, pogoda ducha. Pozornie.

Karolina Rogalska 23 czerwca 2019 14:43
depresja
Fot. Getty Images

Depresja? Jaka depresja – przecież się śmiejemy, żartujemy. Fakt. Ale pod uśmiechem może kryć się prawdziwe cierpienie. O tym, dlaczego ukrywamy swoje prawdziwe emocje i czym może się to skończyć, z dr Magdaleną Nowicką, psycholożką, rozmawia Karolina Rogalska.

*Dr Magdalena Nowicka – psycholożka, psychoterapeutka, autorka publikacji naukowych poświęconych depresji. Adiunktka na Uniwersytecie SWPS.

URODA ŻYCIA: Na zewnątrz świetnie funkcjonują, odnoszą sukcesy, wzorowo odgrywają społeczne role. O tym, że zmagają się z ogromnym cierpieniem, czasem dowiadujemy się dopiero wtedy, gdy dochodzi do tragedii. W mediach pojawił się nawet termin opisujący to zjawisko – uśmiechnięta depresja. Podobno bije on rekordy klikalności w wyszukiwarkach internetowych.

Dr MAGDALENA NOWICKA: Część osób pomimo ogromnego cierpienia, jakie niesie ze sobą depresja, potrafi się zmobilizować i założyć taką społeczną maskę, udawać, że wszystko jest OK, i  w miarę sprawnie funkcjonować. Ale do czasu. Nasze zasoby w zakresie samoregulacji i samokontroli są wyczerpywalne, a depresja jest chorobą postępującą, w związku z czym wcześniej czy później i  tak dojdziemy do momentu, że w żaden sposób już nie będziemy w stanie jej kontrolować.

Często jest tak, że ignorujemy pierwsze oznaki choroby albo szukamy szybkich rozwiązań, np. w lekach czy alkoholu. Nie słuchamy swojego organizmu, a  przecież ten smutek, to cierpienie, które odczuwamy, jest dla nas bardzo ważnym komunikatem. Depresja jest zazwyczaj odpowiedzią organizmu na pewne sytuacje, które nas w życiu spotykają, często są to sytuacje straty. Bywa też wynikiem przeciążenia, długotrwałego stresu, jakichś traumatycznych doświadczeń. Tu potrzebna jest pomoc specjalisty, która musi dotyczyć nie tylko łagodzenia objawów, ale także przeciwdziałać przyczynom depresji.

Czyli coraz częściej funkcjonujemy w szalonych warunkach i prosimy o tabletkę, żeby dalej móc to wszystko ciągnąć. I lekarze nam ją przypisują.

Tak jest i dotyczy to naszego funkcjonowania w ogóle, nie tylko zaburzeń psychicznych. Np. wiadomo, że powinniśmy wyleżeć grypę w łóżku, a mimo to idziemy do pracy. Bo wydaje nam się, że nie możemy wziąć wolnego. A przecież grypa, tak jak depresja, może skończyć się śmiercią.

Sytuacji nie ułatwia także fakt, że choroby dotyczące sfery psychicznej są w naszym społeczeństwie zupełnie  bagatelizowane. Kiedy pojawia się złe samopoczucie, myślimy sobie: „Muszę to przejść, przecież nic tak naprawdę się nie dzieje”, „Nie mogę się poddawać, muszę to przewalczyć”, ale też: „Nie pójdę do psychiatry czy psychologa, bo ludzie pomyślą, że jestem wariatem”.

Depresja ciągle jest tematem tabu 

Skąd się biorą takie przekonania?

Z braku wiedzy. W Polsce choroby psychiczne wciąż stanowią temat tabu. Choć trzeba przyznać, że w przypadku depresji w ostatnich latach coś się zmieniło. Jest znacznie większe przyzwolenie, żeby o niej mówić głośno, niż jeszcze kilka, kilkanaście lat temu. Dziś o swoich zmaganiach z tą chorobą opowiadają osoby publiczne, celebryci – np. Danuta Stenka, Maria Peszek czy Justyna Kowalczyk. Ale i tak ludzie o niej niewiele wiedzą.

Z jednej strony powszechne jest nadużywanie tego pojęcia i nazywanie depresją zupełnie naturalnych stanów naszej psychiki, takich jak smutek czy żałoba. A  z drugiej – zamykanie oczu na prawdziwą depresję, np. dotyczącą dzieci i młodzieży albo mężczyzn, którzy zresztą świetnie ją maskują.

Depresja w powszechnym przekonaniu kojarzy się ze słabością. A specjaliści mówią, że bardzo często chorują na nią osoby odpowiedzialne, zadaniowe i silne.

Jest to choroba bardzo demokratyczna –  może dotknąć każdego. Osoby, o których pani mówi,  także chorują, choć długo nie dopuszczają do siebie wiedzy, że coś z nimi jest nie tak.

Depresja to także zagrożenie myślami i  zachowaniami samobójczymi. Paradoksalnie  ich pojawienie się jest zwykle związane z polepszeniem funkcjonowania. Bo z punktu widzenia osoby, która doświadcza tak wielkiego cierpienia, perspektywa uwolnienia się od niego przynosi ulgę. Dlatego tak ważna jest edukacja i zdobywanie wiedzy na temat depresji, która zdaniem WHO za kilkanaście lat stanie się najpowszechniejszą chorobą na świecie.

Jak odróżnić depresję od zwykłego smutku czy przemęczenia?

Zarówno smutek, jak i przewlekłe zmęczenie są  podstawowymi objawami depresji. Ale w depresji klinicznej te objawy są mocno nasilone i muszą utrzymywać się co najmniej dwa tygodnie. Bardzo charakterystyczne są też dobowe wahania nastroju. Osoby depresyjne najgorzej czują się rano, koło południa samopoczucie zwykle zaczyna im się poprawiać, a wieczorem niektóre z nich mogą już nawet w miarę normalnie funkcjonować.

Kluczowym objawem w  depresji jest też anhedonia, czyli poczucie, że rzeczy, które dotychczas przynosiły nam przyjemność, radość, odprężenie, przestały mieć taki potencjał. Do tego dochodzą m.in. zaburzenia snu, rytmów okołodobowych, spadek libido.

Czy możemy chorować i nie zdawać sobie z tego sprawy?

U osób, które mocno wypierają trudne emocje, nie dają sobie przyzwolenia na przeżywanie smutku, żalu czy złości, może rozwinąć się depresja maskowana. W jej przebiegu nie obserwuje się objawów dotyczących sfery psychicznej, a jeśli tak, to mają one bardzo małe nasilenie. Tu wszystko rozgrywa się na poziomie somatycznym. Zdarza się, że boli nas całe ciało, swędzi skóra, skacze ciśnienie. Wszystkie te objawy przebiegają według wzorca znanego z klasycznej depresji: nasilają się rano, ustępują wieczorem. Leczenie tej choroby jest trudne, bo zwykle nie identyfikujemy tych objawów jako symptomów choroby psychicznej, tylko somatycznej. Np. sięgamy po środki przeciwbólowe, ale one nie przynoszą ulgi.

Zamiast iść do psychiatry czy psychoterapeuty, szukamy pomocy u internistów.

Często mamy do czynienia z tak zwanymi pacjentami wędrującymi, którzy chodzą od lekarza do lekarza, szukają wyjaśnienia różnego rodzaju objawów, ale klasyczne badania medyczne dotyczące sfery somatycznej nie przynoszą wyjaśnienia. Dopiero leczenie przeciwdepresyjne znosi objawy somatyczne. Czasami jednak trzeba wielu lat, żeby pacjent trafił do psychiatry. Bo lekarze pierwszego kontaktu często nie mają wiedzy, czym jest depresja maskowana i  w jaki sposób może się objawiać. Dlatego też nie są w stanie skierować pacjenta na właściwe leczenie.

Kto jest w grupie najwyższego ryzyka zachorowań na depresję maskowaną?

Wszyscy ci, którzy mają tendencję do tłumienia trudnych emocji. Ta właściwość jest po części wrodzona, a po części nabyta w procesie wychowania. Z badań wynika, że najczęściej są to mężczyźni, „silni faceci”, którzy prezentują się światu jako ci, których nic nie rusza. Skuteczni, ogarnięci, uśmiechnięci. Są bardziej narażeni na tę chorobę, bo wszystkie „złe” emocje trzymają w sobie. A one kumulują się w nas, a w momencie znacznego przeciążenia po prostu eksplodują.

Rzeczywistość, w jakiej żyjemy, jest trudna i skomplikowana. W  życiu nieustannie natrafiamy na sytuacje, które nas przerastają i założenie, że ze wszystkim mamy sobie radzić, do tego z uśmiechem na ustach, jest czystym absurdem.

Nie wydaje się pani, że czasami bardziej korzystne jest dla nas utrzymanie tego typu pozorów? Podobno co piąty pracodawca zwalnia z pracy osobę, która przyzna się do choroby psychicznej.

Niektórzy pracodawcy rzeczywiście tak postępują, choć prawo bezwzględnie zakazuje tych okropnych praktyk. W pewnych środowiskach wciąż dominuje etos sukcesu i wydajności. Taki przekaz płynie z mediów, ale też od  przeróżnych coachów i innych trenerów rozwoju osobistego: „Głowa do góry, myśl pozytywnie”, „Możesz wszystko, wyjdź ze strefy komfortu”, „Pokonaj siebie, przekrocz własne ograniczenia”, „Spójrz na nas, nam się udało” itd. To może rodzić w człowieku, który nie daje sobie rady, poczucie nieadekwatności, przeświadczenie, że się nie dorasta do własnych ideałów i norm społecznych. A przecież ludzie mają święte prawo do  tego, żeby stracić formę i mieć gorszy czas.

Przypomniała mi się sytuacja kryzysu ekonomicznego w Grecji, kiedy to lawinowo wzrosła tam liczba samobójstw. Głównie wśród mężczyzn, którzy udawali macho, w związku z czym zostawali ze swoimi problemami sami. Kobiety radziły sobie znacznie lepiej. Organizowały się, spotykały, dawały sobie wsparcie.

To, o czym pani mówi, pokazuje, jak ważne jest wyjście do świata ze swoim problemem. Przecież wsparcie społeczne to jeden z ważniejszych czynników chroniących nasze zdrowie psychiczne. Generalnie jest tak, że kobiety chorują na depresję częściej niż mężczyźni, ale to faceci sześciokrotnie częściej popełniają samobójstwa.

Widzimy też, jak wielką rolę odgrywa tu czynnik kulturowy. Wzorzec mężczyzny –  twardziela, który nie może pokazać, że sobie nie radzi, albo w ogóle, że przeżywa trudne emocje. Zresztą ze swojej praktyki widzę – a pracuję także z dziećmi i młodzieżą – że część osób wciąż stosuje tego typu model wychowawczy. I to nie tylko w stosunku do chłopców. Dzieci słyszą: „Nie złość się, nie płacz, nie bój się”, „Masz być dzielny i odważny”. Zakazuje im się przeżywania tych stanów emocjonalnych. Często dlatego, że rodzic sam nie potrafi ich unieść. To jest duży błąd wychowawczy, bo warunkiem dobrego funkcjonowania psychicznego człowieka jest odpowiedni balans między emocjami pozytywnymi i tymi, które powszechnie uważa się za negatywne. Przy czym te drugie są zdecydowanie ważniejsze dla naszego przystosowania i  sprawnego funkcjonowania w świecie.

Dlaczego?

Bo informują o różnych ważnych rzeczach. Gdyby nie strach –  ewolucyjnie najstarsza z naszych emocji – nie potrafilibyśmy uniknąć zagrożenia, pchalibyśmy się w sytuacje niebezpieczne. Smutek z kolei zmusza do odpoczynku. Jest to bardzo ważna informacja dla organizmu, że zasoby są na wyczerpaniu i trzeba zwolnić. Gniew pokazuje, że warunki zewnętrzne nam nie sprzyjają i  mobilizuje organizm do podjęcia działań zaradczych itd. Bagatelizowanie tych sygnałów powoduje, że nie stajemy w swojej własnej obronie, nie chronimy się przed tym, co nam nie służy. W dłuższej perspektywie może to prowadzić do znacznego przeciążenia organizmu i depresji.

Depresja wymaga leczenia

Problem nie polega na tym, że funkcjonujemy w warunkach chorobotwórczych, tylko na tym, że nie reagujemy na sygnały ostrzegawcze. Bo przecież każdy z nas będzie napotykał w życiu jakieś trudności i właśnie po to mamy emocjonalny system reagowania, żeby nas wtedy ostrzegał: „To należy zmienić”, „Ta sytuacja mi nie sprzyja”.

To chyba nie jest takie proste. Dziennikarka Agata Konarska swoje zmagania z depresją opisuje tak: „Miałam wszystko: rodzinę, pracę, pieniądze. Powinnam się cieszyć, tymczasem codziennie płakałam w samochodzie i zastanawiałam się dlaczego? Ignorowałam to, aż pewnego dnia wszystko zaczęło boleć mnie tak mocno, że nie mogłam chodzić”. Bywa, że nasza idealnie poukładana rzeczywistość pęka, a my nie rozumiemy, co się z nami dzieje.

W takiej sytuacji najlepiej pójść po pomoc do specjalisty: psychologa, psychoterapeuty. Przyjrzeć się sobie, swoim priorytetom, wyborom, wartościom. Terapia polega właśnie na tym, że człowiek zaczyna rozumieć te uwarunkowania i  dopiero wtedy może zacząć je zmieniać. Czasem odkrywa, że tkwi w toksycznym związku albo że pieniądze, za którymi pędzi bez opamiętania, nie są tym, czego najbardziej w życiu potrzebuje. A gdy odkrywamy w sobie lub w naszym otoczeniu  sytuacje, na które nie mamy wpływu, praca terapeutyczna polega na tym, żebyśmy nauczyli się tę niemoc akceptować.

Kiedy objawy choroby są bardzo nasilone, niezbędna jest farmakoterapia. Ale o podjęciu tego typu leczenia zawsze decyduje lekarz psychiatra. Pamiętajmy, że depresja to nie są tylko dysfunkcje w sposobie myślenia i emocjach, ale też konkretne zmiany biochemiczne w układzie nerwowym. I one czasami muszą być regulowane lekami. To bardzo ważne, bo depresja to w 20–25 proc. przypadków choroba śmiertelna. I  niezwykle powszechna. Szacuje się, że dotyka co dziesiątego z nas.

Czyli może się zdarzyć, że nasz sąsiad czy koleżanka z pracy choruje, a my nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy?

Tak i dlatego potrzebna jest skuteczna psychoedukacja, której w Polsce nie ma. Nie uczymy młodzieży, czym są zaburzenia psychiczne, jak mogą się objawiać i jak wielu z nas dotyczą. Dzięki powszechnej edukacji ludzie zaczną wreszcie ten problem zauważać i  rozpoczynać leczenie na czas.

Jak reagować? Jak rozmawiać z bliską osobą, która przeżywa kryzys psychiczny, ale nie chce się do tego przyznać, czasem nawet sama przed sobą?

Możemy z nią rozmawiać, zachęcać do skorzystania z fachowej pomocy i  podjęcia leczenia, ale tylko specjalista jest jej w stanie pomóc. Pamiętajmy, że nie możemy brać odpowiedzialności za drugiego człowieka, bo każdy z nas sam decyduje, jakie podejmie kroki. My możemy tylko pewne rzeczy sugerować, tłumaczyć. Bądźmy jednak obok, bo ciepły kontakt z drugim człowiekiem jest jednym z  najważniejszych czynników w procesie leczenia. Depresja łączy się przecież z głębokim poczuciem osamotnienia. Obdarzmy ludzi w kryzysie psychicznym życzliwym zainteresowaniem, wyrozumiałością, nie stygmatyzujmy. Wtedy oni nie będą musieli maskować ogromnego cierpienia sztucznym uśmiechem. Uświadamiajmy im, że depresja, chociaż jest bardzo poważną chorobą, to  jednak daje się leczyć. Przy dzisiejszym stanie rozwoju medycyny, stosunkowo szybko i skutecznie.

Rozmowa z dr Magdaleną Nowicką ukazała się w „Urodzie Życia” 6/2019

Wideo

Odkryj kulisy sesji zdjęciowej "Zostań twarzą Kinder Bueno"!

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Monika Olejnik, Martyna Wojciechowska, Joanna Przetakiewicz, Anna Lewandowska i Jessica Mercedes Kirschner. Pięć niezwykłych kobiet w niezwykłej sesji VIVY!. Janusz L. Wiśniewski w mocnej rozmowie o współczesnych kobietach oraz Debora i Joszko Brodowie z 11-stką dzieci o sile rodziny.