#lepszeżycie

Prof. Ruut Veenhoven wyjaśnia, czemu niektórzy z nas czują się szczęśliwi, a inni nie

„To zawsze jest kombinacja tysięcy czynników”.

Bartosz Janiszewski 24 lutego 2019 09:00
Jak osiągnąć szczęście
Fot. eastnews
Żyjemy dzisiaj w społeczeństwie wielokrotnego wyboru. Możemy decydować, o tym, gdzie zamieszkamy, o pracy, związkach, stylu życia, sposobie spędzania wolnego czasu. Ale czy możemy zapewnić sobie szczęśliwe życie, na ile nasze szczęście zależy od nas, co zrobić, by mu sprzyjać – mówi w rozmowie z Bartoszem Janiszewskim profesor Ruut Veenhoven, socjolog z Uniwersytetu Erazma w Rotterdamie, ojciec chrzestny badań nad szczęściem.


 

Filozofowie pytają o nie od tysięcy lat, poeci próbują je opisać, religie je obiecują, a psychoterapeuci pomagają nam znaleźć do niego drogę. Tymczasem pan po prostu sprowadza szczęście do liczb. W skali od 1 do 10. Nie ma w panu chyba za grosz romantyzmu.

Prywatnie mogę zachwycać się koncepcjami filozoficznymi i pięknymi wierszami o szczęściu, ale jestem naukowcem. Od 40 lat zajmuję się zawodowo szczęściem i potrzebuję do tego naukowych narzędzi. Naukowe jest to, co da się zmierzyć. Żeby badać szczęście, trzeba je więc zmierzyć.

 

Tylko co pan właściwie mierzy? Jak nauka definiuje szczęście?

W psychologii to nieco romantyczne pojęcie rozumiemy jako zadowolenie z całego swojego dotychczasowego życia. Badań, w których pojawia się pytanie o tę satysfakcję, każdego roku jest ponad tysiąc. Przeprowadzają je poważne instytucje, od Unii Europejskiej przez szacowne uniwersytety, instytuty badawcze po rządy państw. W Światowej Bazie Szczęścia na Uniwersytecie Erazma w Rotterdamie gromadzimy je od ponad 30 lat. W tej chwili mamy ponad trzy miliony odpowiedzi na to pytanie. Najciekawsze jest jednak to, że te odpowiedzi przychodzą do nas w pakiecie z innymi informacjami społecznymi, psychologicznymi, finansowymi etc. To pozwala nam na wyciąganie ogromnej liczby wniosków. W tej chwili mamy opisanych ponad 50 tysięcy korelacji różnych czynników ze szczęściem.

 

Możemy więc stworzyć mapę szczęścia, która bez pudła zaprowadzi nas do radosnego życia?

Nie możemy. Z kilku powodów. Po pierwsze, jak wynika z badań, jedynie ok. 40 proc. szczęścia zależy od naszego działania. Reszta wynika z warunków społecznych, w jakich żyjemy, uwarunkowań genetycznych i rzeczy od nas niezależnych. Po drugie, to zawsze jest kombinacja tysięcy czynników. Jestem naukowcem, nie wierzę w złote recepty. Ale to nie znaczy, że nie ma sensu się starać. Przez stulecia szczęście było tematem abstrakcyjnym, bo ludzie żyli w tak ponurych czasach, że niewiele od nich zależało. Ostatnie dziesięciolecia przyniosły nam niesamowity rozwój możliwości. Żyjemy w społeczeństwie wielokrotnego wyboru. Możemy decydować o niesamowitej liczbie rzeczy: o wykształceniu, miejscu zamieszkania, pracy, stylu życia, związkach, sposobie spędzania wolnego czasu i miejscu na wakacje.

Każdego dnia podejmujemy jakieś decyzje. Skoro prawie wszystkim z nas zależy na szczęściu, dlaczego nie mielibyśmy podejmować decyzji z wiedzą o tym, co może nas uczynić szczęśliwszymi?

 

Może dlatego, że brzmi to jak komputerowo zaprogramowany plan życia, a szczęście kojarzy nam się z czymś duchowym, czego nie można zaplanować?

Ze szczęściem jest jak ze zdrowiem. Należy o nie dbać. Nie mamy gwarancji, że jeśli jemy warzywa, unikamy papierosów i uprawiamy jogging, ominą nas wszystkie choroby. Ale zwiększamy szansę na to, że nasze zdrowie będzie w lepszym stanie. Nie mamy recepty na to, jak być szczęśliwym, ale wiemy, co pomaga w dążeniu do szczęścia. Dążenie jest zresztą słowem kluczowym. W szczęściu bowiem mniej niż o samo jego osiągnięcie, chodzi o to, żeby się o nie starać.

 

Skoro ma pan tyle danych, z pewnością spotkał pan takich, którzy na skali szczęścia plasowali się najwyżej, na 10 punktów. Nie kusiło pana nigdy, żeby zapytać ich, w czym tkwi sekret?

Jest kilka właściwości, które mają ludzie z najwyższymi wynikami na skali. Najczęściej cieszą się dobrym zdrowiem, mają udane małżeństwa i coś, co nazywam łatwą osobowością. Upraszczając, można powiedzieć, że nie są neurotyczni, są za to ekstrawertykami.

 

Dlaczego to takie istotne?

Neurotyzm utrudnia nawiązywanie kontaktów. Ekstrawertyzm je ułatwia. A dobre kontakty są silnym wskaźnikiem dla naszego szczęścia. Widać to, jeśli spojrzymy na geograficzny rozkład szczęścia. Przez wiele lat badaczom wydawało się, że kluczowa jest zamożność społeczeństwa. I rzeczywiście, od lat na pierwszym miejscu jest Dania, inne kraje skandynawskie też są bardzo wysoko. Ale okazuje się, że na przykład mieszkańcy USA są mniej szczęśliwi, niż Meksykanie, chociaż z pewnością są od nich zamożniejsi. Podobnie zresztą jest z innymi państwami latynoamerykańskimi.

Dlaczego?

Nie wiemy tego na pewno. Ale badacze, którzy pochylali się nad tym problemem, najbliżsi są twierdzenia, że wynika to z lepszych kontaktów między ludźmi w tych społeczeństwach. W społeczeństwach latynoskich mamy silne więzy rodzinne, ale nie są one tak krępujące jak np. w Indiach, gdzie kastowy system i zależność od członków rodziny jest dla szczęścia destrukcyjna. Latynosi są znacznie bardziej otwarci na innych ludzi w społeczeństwie, ale społeczeństwo nie ma na ich decyzje aż tak dużego wpływu jak np. w państwach azjatyckich, gdzie bardzo mocno ingeruje w wolność jednostki.

 

A może sekret tkwi po prostu w wolniejszym tempie życia? Mamy teraz trend na zwalnianie we wszelkich dziedzinach: slow food, slow work, slow life. Może latynoskie manana zapewnia nam luz konieczny do szczęścia?

To bardzo ładna wizja, tyle że nieprawdziwa. Istnieje mit, według którego ludzie w mniej rozwiniętych społeczeństwach są szczęśliwsi, bo mają więcej czasu. Mit uwiarygodnia się, kiedy ludzie Zachodu przyjeżdżają do tych krajów na wakacje. Widzą piękną przyrodę zamiast biurowców, chodzą na spacery po plaży, zamiast stać w korkach i wydaje im się, że są w raju na ziemi. Ale po dwóch tygodniach wracają do domów. Nie wiedzą, że ludzie na miejscu mają masę problemów. Z których podstawowe to bieda i nuda.

 

Nuda?

Tak, bo dla szczęścia człowieka nuda jest zabójcza. Jeśli jest pan przepracowanym wojownikiem korporacji, wydaje się panu, że spędzanie całych tygodni na gapieniu się w błękitne niebo jest najlepszą rzeczą na świecie. Ale zapewniam pana, że po chwili by się to panu znudziło. Ludziom w biednych krajach, gdzie życie wydaje się prostsze, też się nudzi.

 

Wydawało mi się, że te opowieści o nudzie to propaganda chciwych korporacji, które chcą, bym wypruwał sobie żyły dla ich zysku.

Wszystkie badania pokazują, że posiadanie celu w życiu jest jednym z najważniejszych składników szczęścia. Niedawno analizowaliśmy wyniki badań szczęścia wśród sportowców. Część z nich to byli wybitni zawodnicy, medaliści igrzysk olimpijskich. Co ciekawe, po osiągnięciu sukcesu, takiego jak złoty medal, niemal wszyscy, po chwilowym wzroście, notują wyraźny spadek satysfakcji z życia. Byli szczęśliwi, starając się wygrać, ale kiedy w końcu wygrali, okazało się, że to dla nich koniec tej opowieści. Osiągnęli cel, nic więcej zrobić nie mogą, więc tracą zadowolenie. U sportowców widać to bardzo wyraźnie. Nawet ci, którym kariera przysporzyła wielkiego majątku, są po jej zakończeniu mniej szczęśliwi. Przynajmniej dopóki nie znajdą sobie nowego zajęcia.

 

Nie umiemy się cieszyć tym, co osiągamy?

Umiemy, tylko nie wystarcza nam to na długo. Jesteśmy zaprogramowani tak, żeby próbować mieć jak najbardziej satysfakcjonujące życie. Musimy do czegoś dążyć, bo kiedy przestajemy mieć cel, spada nam motywacja do działania. Bez niej spada nam też poziom zadowolenia z życia. Dlatego, z perspektywy szczęścia, najlepiej pracować w branżach, gdzie kariera zawodowa jest możliwa niemal do końca życia. Z tego punktu widzenia dziennikarstwo, chociaż jest może nie najlepiej płatne w tych czasach, to świetny wybór. Podobnie jak nauka. Więc chyba obaj nieźle trafiliśmy.

 

Sukces nie daje szczęścia?

Ważniejsze od sukcesu jest to, żeby być w coś zaangażowanym. Niekoniecznie trzeba docierać na sam szczyt. Widać to we wszystkich naszych badaniach. Ludzie, którzy mają udaną karierę zawodową, są najczęściej szczęśliwsi, ale to raczej efekt tego, że szczęśliwi ludzie robią lepsze kariery. Istotne jest to, żeby czymś się zajmować.

 

Czyli mieć cel. Dlaczego to takie ważne?

Ważniejsze niż cel jest to, żeby nie stać w miejscu. Mamy niezwykle ciekawe wyniki osób, które ciężko zachorowały lub miały wypadek, wskutek czego straciły możliwość chodzenia. Okazuje się, że spora część z nich po jakimś czasie wraca na swój poprzedni poziom szczęścia albo nawet go przekracza. Próbowaliśmy dociec, dlaczego jedni radzą sobie z taką tragedią, a dla innych jest ona przeciwnikiem nie do pokonania. Okazało się, że czynnikiem różniącym tych ludzi jest chęć robienia nowych rzeczy. Ci, którzy mieli ją w sobie, potrafili być szczęśliwi niezależnie od tego, że poruszali się na wózku. Posiadanie tego głodu uczenia się i robienia nowych rzeczy widocznie wpływa na poziom szczęścia także u zdrowych ludzi.

 

Skoro nie sukces, to może pieniądze?

Tylko w pewnym stopniu. Będąc bardzo biednym, trudno być szczęśliwym. Całą swoją uwagę skupiamy wtedy na zaspokajaniu najniższych potrzeb: głodu, bezpieczeństwa, przetrwania.

Ale jeśli przeanalizujemy wyniki korelacji szczęścia z zamożnością, okaże się, że najszczęśliwsi są ludzie będący tylko trochę powyżej średniej zamożności. Ci najbogatsi nie są z życia tak zadowoleni. W gruncie rzeczy mają wyniki podobne do tych, którzy są poniżej średniej zarobków. Mogą pozwolić sobie na więcej, ale okupują to zmęczeniem, stresem i brakiem czasu dla rodziny.

 

W końcu jakiś pewnik do szczęścia. Rodzina.

I znowu pana zmartwię. Owszem, ludzie w związkach są na ogół szczęśliwsi niż single. Ale dzięki temu, że wiele z naszych badań prowadzimy wśród stałych respondentów, mieliśmy możliwość zmierzenia rozwoju szczęścia u ludzi w ciągu 20 lat. Wzięliśmy pod lupę tych, którzy założyli rodziny. Owszem, poziom szczęścia podnosił im się, gdy brali ślub. Wyraźnie im się zwiększał w okresie ciąży i tuż po porodzie. Ale potem przez kilka lat szedł w dół.

 

Nie przesadza pan? Miesiąc temu zostałem ojcem. Fakt, trochę się nie wysypiam, więcej się martwię, ale jestem szczęśliwy jak nigdy przedtem.

Nie chcę pana martwić, ale statystycznie niedługo pana zadowolenie z życia spadnie. Niewiele, prawdopodobnie o pół punktu, ale spadnie. Po pierwsze, związek stanie się mniej romantyczny i spontaniczny. Po drugie, straci pan część ze swobody podejmowania wyborów. Trudniej będzie panu wyjść do kina albo na imprezę zakrapianą alkoholem. Jeśli jutro dostanie pan propozycję wymarzonej pracy w Nowym Jorku, raczej pan z niej nie skorzysta, bo musiałby pan zostawić rodzinę, chociaż jest pan przekonany, że ta posada mogłaby podnieść pana szczęście o kilka punktów.

 

Czyli instynkt macierzyński, który ma tak wiele kobiet, to ewolucyjny mechanizm przeciw szczęściu?

Rodzicielstwo wpływa różnie na różnych ludzi. Zasadniczo bardziej pomaga w dążeniu do szczęścia kobietom niż mężczyznom. Wśród samych kobiet też jest jednak zróżnicowane. Widzimy w badaniach, że macierzyństwo bardziej obniża poziom satysfakcji kobietom dobrze wykształconym i wysoko wykwalifikowanym.

 

Dlaczego?

Oczywiście, z jednej strony jest to kwestia zahamowania kariery, która dla tych kobiet jest istotnym składnikiem szczęścia. Ale istotne są też inne czynniki. Na przykład to, że poziom feminizmu jest u wykształconych kobiet z reguły wyższy niż u tych mniej wykształconych. To zaś powoduje, że kobiety bardziej oczekują współdzielenia obowiązków i odpowiedzialności za dziecko z partnerem. Tymczasem mężczyźni, niezależnie od wykształcenia, rzadko spełniają w tej mierze oczekiwania kobiet.

 

Czyli, jak zwykle, to nasza – facetów – wina. Przynajmniej tyle ustaliliśmy.

Niech się pan tak łatwo nie zniechęca! Kiedy dzieci wyfruwają z gniazda, zadowolenie z życia u większości ludzi wyraźnie wzrasta. Nie tylko dlatego, że w końcu będzie nieco ciszej i czyściej, ale też dlatego, że będziemy mieli kolejną bliską osobę. To relacja, która daje ogromnie dużo satysfakcji.

 

Taka inwestycja w szczęście zamrożona na 20 lat. Duże poświęcenie.

Duże. Proszę jednak pamiętać, że szczęście to nie wszystko. Gdyby chodziło w życiu tylko o nie, jako gatunek dawno byśmy już wymarli. Ogromne znaczenie mają też inne wartości: poczucie sensu, znaczenia tego, co robimy, wierność własnym wartościom, sumienie czy honor. Weźmy to ostatnie. Macie w Polsce piękną, ale tragiczną historię II wojny światowej. Pana rodacy stawiali czynny opór nazistom. Czy to przyniosło im szczęście? Raczej nie. Ale z różnych powodów podjęli taką decyzję. Niestety, wiele wskazuje na to, że wkrótce mogą czekać nas podobne dylematy. Krwawe konflikty zbrojne toczą się dziś w kilku miejscach na świecie, miliony imigrantów przybywają do Europy, ryzykując po drodze utratę życia, a sytuacja gospodarcza wciąż jest daleka od stabilnej.

 

Czy takie ogólnoświatowe kryzysy odbijają się na naszym szczęściu?

Oczywiście. W kwestii dramatu uchodźców czy wojny w Syrii nie mamy jeszcze wystarczającej liczby danych, ale możemy spojrzeć na przykład na Grecję. Jeszcze w 2007 roku średni poziom zadowolenia z życia wynosił u Greków 6 punktów. W czasie szalejącego kryzysu spadł o ponad 2 punkty, do 3,9 w 2012 roku. To ogromna strata. Polska znacznie mniej odczuła kryzys. W tym samym czasie średni poziom szczęścia spadł u was jedynie o 0,2 punktu. Dzisiaj znowu wynosi 6, podczas gdy Grecy odbudowują go znacznie wolniej.

 

Zawsze wydawało mi się, że ludy północy są znacznie bardziej ponure od tych z południa. Tam mają słońce, uśmiech, więcej radości.

Kraje śródziemnomorskie mają niższy poziom szczęścia od krajów z północy. Wcale nie ze względu na kryzys gospodarczy. Czynnikiem, który odgrywa tu największą rolę, jest coś, co nazywamy dystansem władzy, który jest w krajach południa znacznie wyższy niż wśród społeczeństw północy. Dystans władzy pokazuje zależność w relacjach w społeczeństwie.

W krajach z południa w relacji z jakąkolwiek władzą człowiek ma mniej do powiedzenia. Przeciętny szef w Grecji będzie zostawiał swojemu pracownikowi mniej wolności niż szef w Polsce. To samo dotyczy relacji nauczyciela z uczniem czy rodzica z dzieckiem. To w znacznym stopniu ogranicza możliwość samostanowienia o sobie, które dla szczęścia jest kluczowe.

 

Na drugim biegunie mamy wspomnianą przez pana Danię, od lat będącą najszczęśliwszym krajem świata. Na czym polega ich tajemnica?

Przede wszystkim na świetnej jakości rządów. Państwa skandynawskie pozwalają ludziom na dokonywanie wyborów, ludzie nie są zależni od szefów, klanów czy polityków. Ci politycy zaś rzadko są skorumpowani. Możemy różnie oceniać system gospodarczy Szwecji, ale to, co sprawia, że Szwedzi od lat są w czołówce najszczęśliwszych narodów świata, wynika z tego, że nie ma tam rozwarstwienia między zasadami a ich praktykowaniem. Na drugim biegunie są kraje bałkańskie czy republiki postsowieckie. Prawo często mówi tam jedno, a wszyscy i tak działają po swojemu. To nie wpływa dobrze na nasze poczucie szczęścia. Dlatego dobrze rozwinięte kraje dają lepsze podłoże do szczęśliwego życia.

 

Ale też bardziej skupiają się na szczęściu. Nie ma pan wrażenia, że „propaganda” szczęścia czasami jest tak duża, że czyni nas nieszczęśliwymi? Wszyscy wokół powtarzają nam, że powinniśmy być szczęśliwi, a kiedy nie jesteśmy, wpadamy w jeszcze większy dół.

Być może są ludzie, na których tak to działa. Tylko że moim zdaniem to ich problem. Im więcej bowiem mówimy o szczęściu, tym większe szanse, że je osiągniemy. Znowu odwołam się do zdrowia. Mamy dziś modę na zdrowy tryb życia: sport, właściwe odżywianie, dobre nawyki i tak dalej. Owszem, być może ktoś rano, widząc ludzi uprawiających jogging, będzie odczuwał społeczną presję i z tego powodu podniesie mu się ciśnienie. Nie zmienia to faktu, że świadomość, że sport jest dobry dla naszego organizmu, poprawi poziom zdrowia w całym społeczeństwie. W poprzednich wiekach, kiedy medycyna była w powijakach, ludzie wierzyli, że ciężkie choroby da się wyleczyć ziołami rosnącymi w lesie pod domem, modlitwą albo odczynieniem uroku. Z czasem zdrowie stało się dla nas ważne, a badacze odkryli miliony lekarstw na miliony chorób. Myślę, że dochodzimy do momentu, w którym szczęście traktujemy w podobny sposób jak zdrowie.

 

Tyle że tutaj nie ma prostego lekarstwa. Oczywiście, mamy psychotropy, antydepresanty, a także używki, ale one na dłuższą metę są dla naszego zdrowia destrukcyjne. Co można więc robić?

Zdobywać wiedzę o szczęściu. Od kilku lat prowadzimy program „Happiness Indicator” [wskaźnik szczęścia – przyp. aut.], w którym kilka tysięcy ludzi każdego dnia określa swoje zadowolenie z życia. Zarówno na poziomie ogólnym, jak i związane z poszczególnymi aktywnościami w ciągu dnia. Wypełniają kwestionariusz, w którym notują, jak czują się kiedy wstają, jedzą śniadanie czy jadą do pracy. I tak na przykład poziom naszego zadowolenia w czasie pobytu w pracy jest średnio niższy o 1 punkt od czasu, który spędzamy w domu. Wysiłek i stres włożony w pracę prawie zawsze niesie za sobą koszty w postaci pogorszenia samopoczucia. Żeby je odzyskać, popołudniami wykonujemy różne aktywności. Aż 80 proc. osób robi to, oglądając telewizję – co ciekawe, prawie żadnego z nich nie czyni to szczęśliwszym. Zdecydowanie lepiej sprawdzają się aktywności społeczne: wyjście do kina, muzeum czy choćby na piwo z przyjaciółmi potrafi podnieść poziom zadowolenia o dwa punkty. Bardzo dobrze działa też sport i seks.

 

Może trzeba wszystkim zalecić dużo seksu, sportu i spotkań z przyjaciółmi i problem będzie z głowy?

Niestety nie. Te aktywności wpływają na nasze chwilowe zadowolenie z życia, ale nie mają większego wpływu na to, jak szczęśliwi jesteśmy ogólnie. Dlatego, żeby to zrobić, umożliwiamy wszystkim uczestnikom „Happiness Indicator” porównywanie się z innymi.

 

Byłem przekonany, że porównywanie się z innymi raczej rodzi frustracje i jest depresyjne.

Bo nie chodzi o to, żeby stwierdzać, czy jestem lepszy, czy gorszy, tylko o wyciąganie wniosków. Jeśli twój poziom szczęścia spada o 1 punkt w czasie pobytu w pracy, to znaczy, że odbierasz ją podobnie jak większość ludzi. Ale jeśli jest już o 2 punkty niższy, może powinieneś zastanowić się nad zmianą pracy? Jeśli wiem, że ktoś o podobnym do mojego profilu osobowościowym z podobną sytuacją rodzinną, finansową i zdrowotną deklaruje swoje zadowolenie na 8 punktów, a ja swoje na 6, to znaczy, że mam jeszcze obszary, w których mogę poprawić życie tak, żeby być z niego bardziej zadowolonym. W świecie ciągłego dokonywania wyborów to są informacje, które po prostu mogą nam pomóc podjąć właściwe decyzje. W ciągu ostatnich 100 lat medycyna rozwinęła się na tyle, że kiedy człowiek trafia dziś do szpitala, z miejsca wykonują mu zestaw badań, z których lekarze odczytują informacje o tym, co dzieje się z ciałem pacjenta. Dlaczego nie mielibyśmy robić tego samego ze szczęściem?

 

Ludzie w związkach są na ogół szczęśliwsi niż single, ale to szczęście najsilniej czujemy podczas ślubu i narodzin dzieci. Potem ta intensywność przygasa.

Wyniki wielu badań wskazują na to, że wszyscy ludzie intuicyjnie dążą właśnie do osiągnięcia szczęścia. Jest ono dla nas priorytetem. Dlaczego? Bo kiedy odczuwamy szeroko rozumiany dobrostan, zmienia się całe nasze życie. Podwyższa się odporność, szybciej i lepiej radzimy sobie z chorobami, trudnościami dnia codziennego. Poczucie szczęścia jest swoistym układem odpornościowym naszej psychiki.

Rozmowa z prof. Ruutem Venhovenem ukazała się w „Urodzie Życia" 5/2016

Wideo

Poznaj historię miłości Agnieszki Woźniak-Starak i jej męża Piotra!

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Magda Mołek o pięknym, ale i trudnym macierzyństwie, a także Katarzyna Grochola z mężem o swoim tajnym ślubie…