Cleo Ćwiek
Fot. martyna Galla
#przełamującfale

Polska modelka o chorobie afektywnej dwubiegunowej: „To zostaje w tobie do końca życia”

Cleo Ćwiek łamie tabu

Anna Maruszeczko 21 sierpnia 2019 21:43
Cleo Ćwiek
Fot. martyna Galla

Nagle czujesz się dobrze. Masz siłę i ochotę na wszystko. Po tygodniach czy miesiącach depresji taki przeskok to jest naprawdę hit! Cieszyłam się. Myślałam, że to nareszcie jest ten moment, na który czekałam, że zmieniło mi się życie!” – opowiada Cleo Ćwiek (24 l.), autorka kampanii społecznej „Można zwariować”, która o swojej chorobie afektywnej dwubiegunowej nie boi się mówić otwarcie.
 

Anna Maruszeczko, „Uroda Życia”: „Można zwariować” brzmi jak żart.

Cleo Ćwiek: Nazwa miała być zabawna, choć kampania dotyczy czegoś naprawdę poważnego. Inaczej by odstraszała. Smętne formy nie trafiają do najbardziej zainteresowanych. Dobrym przykładem jest dla nas Fundacja „Rak’n’Roll”. Nazwę wymyślił mój kolega scenarzysta. Głowiliśmy się nad tym, a on kiedyś przychodzi i mówi: „Podaję hasło: »Można zwariować«”. Zareagowaliśmy entuzjastycznie.

Od czego się zaczęło?

W październiku, w Nowym Jorku, gdzie mieszkałam przez ostatnie cztery i pół roku, miałam dwumiesięczny epizod depresyjny. Jeden z tych, w których kolejny raz budzisz się rano i wydaje ci się, że to się nie skończy, że każdy dzień będzie tak samo koszmarny, że nie ma światełka w tunelu. To było dziwne, bo na zewnątrz wszystko było w najlepszym porządku. Dostałam jedno z lepszych zleceń, robiłam kampanię dla japońskiej marki Issey Miyake. Cieszyłam się. Na secie [sesja zdjęciowa – red.] byłam wręcz idealnie traktowana. Miałam zdjęcia do wymarzonej pracy, a w przerwach szłam do łazienki, żeby sobie popłakać. Zachowanie zupełnie nieadekwatne do sytuacji, w której byłam. Ale miałam przebłysk w tej ciemności, jeden lepszy dzień. I pomyślałam o fundacji.

Już wcześniej działałaś na rzecz osób z kryzysami psychicznymi. Papaya Films wypuściło filmik wideo, w którym opowiadasz o chorobie psychicznej.

Tak. I miał dobry odzew. Chodziło o to, żeby zaangażować użytkowników mediów społecznościowych i uświadomić osobom z takimi problemami, że nie są same w sieci. Wcześniej ktoś mi już proponował, żeby założyć fundację, ale wtedy wydawało mi się, że jestem zupełnie niekompetentna. Jednak miałam ten lepszy dzień, wpadł mi do głowy pomysł, zaczęłam szukać w internecie i trafiłam na Fundację eFkropka. W działania tej fundacji włączają się osoby po kryzysach zdrowia psychicznego – eksperci przez doświadczenie. Postanowiłam się im przedstawić, opowiedzieć, co robiłam do tej pory i zaproponować współpracę.

Choroba afektywna dwubiegunowa to bagaż na całe życie

„To było tak, jakbym cały czas nosiła w sobie jajko. Nijakie, niepewne, żadne, z którego dopiero wykluła się osoba. Stałam się sobą dopiero, gdy ktoś powiedział: »To prawdopodobnie zostanie z tobą do końca życia«” – powiedziałaś w kampanii na rzecz osób doświadczających kryzysów psychicznych. Co zostanie z tobą do końca życia?

Ta choroba. Zabiega się o to, żeby mówić „osoba ze schizofrenią”, a nie „schizofrenik”, „osoba z chorobą dwubiegunową”, a nie „chory psychicznie”. Więc ja jestem osobą z chorobą afektywną dwubiegunową (ChAD). To polega na tym, że mam skrajne zwyżki nastroju, czyli manie lub hipomanie [łagodniejsza forma manii – red.], albo skrajnie obniżony nastrój, czyli stany depresyjne. Ostatnio na terapii, bo chodzę co tydzień na psychoterapię, moja terapeutka zapytała mnie, jak choroba mnie zmieniła. I kompletnie nie wiedziałam, co odpowiedzieć, bo tym, co wprowadziło istotniejszą zmianę w moim życiu, było rozpoczęcie leczenia. Nie potrafię podzielić życia na przed chorobą i po niej, bo nie wiem, w którym momencie zaczęłam odczuwać jej objawy. Potrafię je natomiast podzielić tak: przed rozpoczęciem leczenia farmakologicznego i podjęciem regularnej psychoterapii, i po tym.

Co w tobie zmieniła właściwa diagnoza?

Wszystko się rozjaśniło. I wyjaśniło. Zrozumiałam wiele rzeczy z przeszłości. Odkąd pamiętam, nie potrafiłam się dostosować do otoczenia. Tylko czasem się udawało, ale to było nietrwałe. Wszystko nadmiernie analizowałam. Nie potrafiłam funkcjonować w schematach. W gimnazjum odkryłam, że bardzo cierpię przez ten brak interakcji społecznych. Obserwowałam zachowania nastolatków i wydawało mi się, że potrafię je odtworzyć, ale tak na logikę, a nie spontanicznie.

Cleo Ćwiek
Fot. archiwum prywatne

Cleo Ćwiek (24 l) to modelka z Warszawy, mieszka w Nowym Jorku, od 10 lat w branży modowej. Studiuje psychologię kliniczną i jest współzałożycielką Fundacji „Można zwariować”, autorka kampanii społecznej pod tą samą nazwą, na rzecz osób z zaburzeniami i chorobami psychicznymi.

Gdy usłyszałaś, że masz ChAD, to się uspokoiłaś?

Bardzo. Każdy powie, że trafiona diagnoza to jest wielki kamień z serca.

Nawet taka, która skazuje cię na cierpienie do końca życia?

Tak, bo nareszcie mogę sobie pomóc, mogę się leczyć. Nareszcie rozumiem, o co chodzi. Co było tym czymś, tym „elephant in the room”. Całe życie czułam, że coś jest nie tak, ale nie podejrzewałam choroby psychicznej. Myślałam, że po prostu taka jestem – nadwrażliwa, nieśmiała, wyobcowana. Teraz, nie dość, że zaczęłam to rozumieć, to czuję, że dostałam ochronę, pancerz ochronny. Jestem w stanie trochę się usprawiedliwić, wytłumaczyć przed, nazwijmy to, normalnymi ludźmi. Chociaż raczej nie korzystam z tego. To jest dla mnie.

I gdy mówisz o tym otwarcie, to czujesz się bezpieczniej?

Nie umiem inaczej o tym mówić. Nie byłam pierwszym chorym dzieckiem w domu. Pierwsza zachorowała moja młodsza siostra. Na anoreksję. Miała 15 lat, gdy trafiła do szpitala. Ta choroba to piekło. Baliśmy się, że Ola może umrzeć. Wiem, że zaburzenia odżywiania często mają źródło w sytuacji w domu, choć ja pochodzę z naprawdę spoko rodziny. Moi rodzice to inteligentni ludzie, z którymi jestem w stanie przegadać wiele godzin i się nie nudzić. Dla niewtajemniczonych anoreksja to po prostu chuda dziewczyna. My też na początku niewiele z tego rozumieliśmy. Rodzice starali się jak najwięcej dowiedzieć. „Dieta nieżycia” to była dla wszystkich w domu obowiązkowa lektura. Dwie części, od deski do deski. I rozmawialiśmy o tym, coraz bardziej otwarcie. Nie wiem, w którym momencie to się przełamało. Teraz w mojej rodzinie świadomość i wiedza na temat zdrowia psychicznego są bardzo duże.

Dla rodziców to musiał być szok. Dwie córki z problemami psychicznymi.

Na pewno, jednak zamiast to negować, postanowili zapewnić nam najlepszą możliwą opiekę. Codziennie byli w szpitalu, rozmawiali z lekarzami. Szukali informacji, czytali na ten temat. Myślę, że postawa rodziców była bardzo istotna w całym procesie. Mogliby przecież podejść do tego, jak do fanaberii, a wtedy skończyłoby się zupełnie inaczej.

Jak trafiłaś do szpitala?

To było trzy miesiące przed maturą. Mieszkałam u rodziców. Pół roku wcześniej odbyłam terapię grupową w Warszawie. W ramach tej terapii wyjechałam na obóz terapeutyczny, gdzie mieliśmy po pięć godzin terapii dziennie. Chciałam spróbować, sprawdzić, czy wszystko ze mną w porządku. I dosłownie w dniu powrotu z obozu miałam silne załamanie nerwowe. Strasznie płakałam, nie mogłam oddychać, nie byłam w stanie wyjść z domu. Mama mnie pytała, co się dzieje, a ja nie umiałam jej odpowiedzieć. Załamanie nerwowe i atak paniki w jednym. Próbowali mnie uspokoić, ale mi nie przechodziło. I wtedy rodzice z siostrą uznali, że trzeba mnie zawieźć do szpitala psychiatrycznego, nawet jeśli mieliby nas stamtąd zaraz odesłać. Mama jeszcze sprawdziła, czy to nie są dolegliwości fizyczne, na przykład zapalenie wyrostka.

Terapia grupowa i obóz terapeutyczny ci zaszkodziły, chociaż liczyłaś, że pomogą. Udział w obozie to był błąd?

Na terapii grupowej przekonujesz się, że nie jesteś sam, że są inni ludzie, którzy zmagają się z konfliktami wewnątrz siebie i którzy cię rozumieją. Po wyjściu ze szpitala trafiłam na bardzo dobrą terapeutkę, panią Wandę, dzięki której stanęłam na nogi. I ona mi powiedziała, że terapia grupowa wcale nie jest dla każdego. Mogło być też tak, że otworzyłam pewne sprawy w terapii grupowej, ale one nie zostały zamknięte.

To u ciebie spowodowało kryzys psychiczny. Nie miałaś żalu?

Nie myślałam wtedy w ten sposób, nie połączyłam tego kryzysu z terapią grupową.

Trafiłaś na trzy tygodnie na oddział zamknięty. Co z tego pamiętasz?

Przede wszystkim to, jakie to było dla mnie bezpieczne miejsce. Do tego stopnia, że nie chciałam wychodzić na zewnątrz.

Ludzie zwykle opowiadają, że bronili się przed szpitalem wszystkimi siłami.

Ja też na początku chciałam stamtąd jak najszybciej spadać. Przyjechałam z tatą i z siostrą. Mama została z naszym bratem, który był jeszcze bardzo mały. To było w warszawskim Instytucie Psychiatrii i Neurologii na ulicy Sobieskiego – w „hotelu Sobieski”, jak się w tym środowisku żartuje. Ja zapłakana, z trudem oddychałam, nie mogłam sklecić zdania. Ale moja siostra, zaprawiona w takich sytuacjach, rzeczowo opisała dyżurnej lekarce, co się ze mną działo. Między mną i siostrą zwykle jest tak, że gdy jedna traci głowę, druga trzeźwo reaguje. Nie chciałam zostawać w szpitalu, mówiłam lekarce, że to chwilowy stan, że zaraz mi przejdzie. Ale ta pani przekonywała, żeby zostać chociaż dobę, dwie, by nie być dla siebie samej zagrożeniem.

Umiałabyś odtworzyć tę sytuację sprzed blisko sześciu lat?

Z czegoś w rodzaju izby przyjęć przeszłam na oddział, na którym było akurat miejsce w pokoju obserwacyjnym. Dostałam łóżko na środku pokoju, ze starszą panią, która nic nie widziała i krzyczała przez całą noc, z drugą panią, która leżała twarzą do ściany i w ogóle się nie ruszała, i kolejną, która mówiła, że ma schizofrenię, i wyglądała jak Indianka. W szpitalach psychiatrycznych nie można mieć telefonów z kamerą, więc trzeba załatwić sobie jakiś stary aparat telefoniczny. Mieliśmy w domu taki, kiedyś już był potrzebny, więc tato po niego pojechał. No i zostałam w tym szpitalu. Budzę się, a Indianka blokuje drzwi krzesłem, na którym stawia jakieś moje rzeczy. „Lot nad kukułczym gniazdem – pomyślałam. – Ale dobra, byle do rana”. Kolejnego dnia miałam spotkanie z psychiatrami, mogło ich być nawet dziesięciu. Każdemu z osobna musiałam opisywać, co się właściwie stało. Jeden kończył i mówił: „Proszę tu poczekać”, wchodził następny i pytał o to samo. W końcu któryś z nich zaordynował, żeby przenieśli mnie na oddział dla dzieci i młodzieży. Na miejsce na tym oddziale czeka się tygodniami a nawet miesiącami. Ten lekarz wiedział, że byłam w klasie maturalnej, że nie ma czasu do stracenia. I to było zbawienne, chociaż wtedy tak nie myślałam, bo „ja przecież wychodzę dziś wieczorem”. Na oddziałach dla dorosłych jest naprawdę nieciekawie. To już są osoby w poważnych stanach chorobowych, które często tam rezydują.

Wtedy dowiedziałaś się o ChAD?

Nie. Zostałam zdiagnozowana na oko. Uznano, że trafiłam tam z anoreksją. Już zapisano mi dietę, a dieta dla chorych na anoreksję w szpitalu jest hardcore’owa. Te wszystkie nutridrinki... Musieli przyjść moi rodzice, żeby potwierdzić, że nie jestem tam z tego powodu. Więc na początku byłam na nie. Nie chciałam wstawać na posiłki, nie interesowałam się kolejnymi punktami szpitalnego programu. Aż coś mnie ruszyło. Popatrzyłam na inne dzieciaki i pomyślałam: „Boże, jacy oni są smutni! Muszę im jakoś pomóc”. Mam skłonności społecznicze, altruistyczne, chociaż wiem też, że altruizm jest najwyższą formą egoizmu. (śmiech) Byłam wolontariuszką w muzeum Polin, w Polskim Czerwonym Krzyżu. Zawsze miałam ciągoty, by działać społecznie. O sobie zawsze myślałam, że jestem uprzywilejowana, ponieważ urodziłam się w takiej, a nie innej rodzinie. A to, w jakiej rodzinie się urodzisz, to żadna twoja zasługa, to ruletka. Ja miałam szczęście. Wszystko miałam zapewnione – zabawki, wakacje za granicą. Więc wtedy w szpitalu poczułam, że nie muszę działać na rzecz siebie, że mogę ten czas wykorzystać na rzecz innych, którzy nie mieli tak łatwo jak ja. Przestałam myśleć, po co właściwie tam jestem.

Fokus na kogoś innego zamiast na siebie. Czy to dobrze?

Trochę tak, czasami pomaga krótkie odwrócenie uwagi, moje troski są zawsze „mojsze” – to z „Dnia świra” – i większe, a na czyjeś potrafimy spojrzeć z dystansem i w mig znaleźć alternatywne rozwiązania. Ale też myślę, że zrobiłam dużo dobrego w tym szpitalu. Zabawami, wygłupami, pozytywnym nastawieniem, które zresztą sama musiałam w sobie wskrzesić. Myślę, że nawet jeśli sami nie czujemy się jakoś super, ale jest przy nas ktoś naprawdę bardzo smutny, to trzeba się postarać – przynajmniej ja tak mam – wykrzesać z siebie najlepsze rzeczy, zaanimować sytuacje, by jakoś temu zaradzić. Miałam wiele mikrosytuacji, które wtedy były ogromnymi sukcesami. To, że porozmawiał ze mną chłopak, który do nikogo się wcześniej nie odzywał, tylko szeptem gadał do ściany, i że wszyscy się jakoś zakolegowaliśmy, że starałam się stworzyć jakąś wspólnotę, żeby nie było tak, że każdy sobie... Fachowcy pewnie za głowę by się złapali, ale podobno najlepszy sposób na obniżony nastrój to zająć się problemami drugiego człowieka. Trochę tak jest.

Obie widziałyśmy w Teatrze Syrena w Warszawie musical „Next to normal”, włączony do programu tegorocznego Kongresu Zdrowia Psychicznego. Choroba psychiczna głównej bohaterki miała źródło w traumatycznym przeżyciu – utracie dziecka. Czy u ciebie było coś porównywalnie silnego?

Jej choroba nie wynikała ze straty dziecka – moim zdaniem. Choroba afektywna dwubiegunowa jest jedną z chorób, które mają duże podłoże biologiczne. Ale może wystąpić tak zwany trigger, czyli zapalnik w życiu osoby z ChAD, i wtedy objawy się nasilają albo objawiają. U niej to się mogło ujawnić tak czy inaczej. A co u mnie było triggerem? To mogły być różne rzeczy. Przerabiam to na terapii. Moja siostra miała dwie próby samobójcze. Boleśnie to przeżyłam. Ale to, że nie przystawałam do grupy rówieśniczej, też było dla mnie trudne do zniesienia. A gdy trafiłam do szpitala, to byłam w stu procentach akceptowana, jakkolwiek bym się zachowywała.

Zupełnie nowa sytuacja. I zaczęłaś wchodzić w relacje.

Tam były różne dzieciaki i nikt nikogo nie oceniał. A dzieci w swoich ocenach potrafią być dużo bardziej okrutne niż dorośli. Nie mają hamulców. Mnie się mocno oberwało w sytuacjach szkolnych.

Bo nie przynależałaś do żadnej grupy, która mogłaby cię obronić?

Tak, byłam łatwym celem. A sama nie potrafiłam się bronić. Teraz też nie umiałabym na przykład kogoś zwyzywać. Mam pacyfistyczną naturę i nie chcę dla nikogo nic złego. Wierzę, że każdą złą rzecz, nienawiść, da się zwalczyć wyłącznie dobrem. Przećwiczyłam już, że jeśli na podpuszczanie czy prowokację reaguję rozsądnie i z kulturą, to napastnik staje jak wryty i nagle agresja opada, a on odpowiada w tonie, w jakim ja ustawiłam rozmowę.

Pobyt w szpitalu psychiatrycznym nie był dla ciebie stygmatyzujący?

Nie wstydzę się tego. Szpital nie był dla mnie traumą, wspominam to jako dobre doświadczenie. Podeszłam to tego jak do doświadczenia, z którego mogę skorzystać, jeśli odpowiednio się do niego nastawię. Wyszłam z jakąś zagmatwaną, nieokreśloną diagnozą – depresji i nerwicy lękowej. Co ciekawe, w adnotacji przy przyjęciu do szpitala widniało: „Podejrzenie choroby afektywnej dwubiegunowej”, natomiast to zupełnie nie zostało wzięte pod uwagę podczas mojego pobytu. Ale też ChAD diagnozuje się po pierwszej manii, a jeśli ona nie nastąpi podczas pobytu w szpitalu, to nie można jej zdiagnozować, więc nie mam o to do nikogo pretensji ani żalu.

Co ci dał pobyt w szpitalu, oprócz tego, że zaprzyjaźniłaś się z pacjentami?

Przełomem dla mnie było przestawienie się ze stanu buntu, z: „Nie chcę tu być”, na: „Dobra, skoro już tu jestem i nie zanosi się, żebym szybko wyszła, to muszę wykorzystać ten czas, bo najprawdopodobniej jestem pod opieką najlepszych specjalistów w Polsce, 24 godziny na dobę”. Podjęłam decyzję, że będę im mówić wszystko, dokładnie wszystko, co mam w głowie. To jest moja strategia na życie od tamtego czasu. Ja zresztą nie umiem tak, że jedno powiem, a drugie zataję, co się czasem na mnie źle odbija. Zmiana podejścia do sytuacji wzięła się też ze świadomości, jak skomplikowane jest leczenie mojej siostry, jak długo to już się ciągnie.

Dobrze się tam czułam, bo byłam wśród fajnych osób. Nie potrafię dobrze tego ująć słowami, ale odniosłam wrażenie, że forma zaburzeń czy chorób psychicznych dotyka ludzi ponadprzeciętnie wrażliwych, bardzo inteligentnych. A oni wszyscy byli z najróżniejszych środowisk. Jednak każdy miał w sobie pierwiastek czegoś naprawdę dobrego. Nie potrafię określić, co to było, ale nikt nie był dla nikogo niemiły, panowała tam jakaś niepisana zasada wzajemnego szacunku. Poza tym przebywałam na świeżo wyremontowanym oddziale, może to też miało znaczenie. Gdy moja siostra tam trafiła, szpital wyglądał upiornie. Kiedy przestałam się skupiać na tym, że nie chcę tam być, zobaczyłam mnóstwo pozytywnych rzeczy.

Praca modelki to nie był zapalnik?

Bardzo szybko i bardzo dużo zaczęłam pracować. Zostałam zeskautowana, gdy miałam 14 lat, w centrum handlowym, przez pracownika agencji modelek. Mając 24 lata, mam już 10 lat stażu.

Praca nie od razu przychodziła mi łatwo. Byłam bardzo nieśmiała. To też była taka sytuacja „albo, albo”, jak z tym szpitalem. Albo się zbuntuję, będę się opierać, poczekam, nie do końca w to wejdę – albo pójdę za ciosem i to wykorzystam na sto procent. To jest stawianie sobie wyzwań, które nie leżą w mojej naturze. Modeling był tak daleko od mojej natury, jak to tylko możliwe. Miałam pokazywać się przed wieloma ludźmi, a byłam osobą raczej skłonną do tego, by schować się za ścianą i zamknąć drzwi. Weszłam na drogę prób i błędów, czasem przymuszania się, pokonywania nieśmiałości.

Nie lepiej, zamiast walczyć z naturą, inwestować w swoje mocne strony?

Później zrozumiałam, że to są moje mocne strony. Długo nie byłam świadoma swoich atutów. Nigdy nie myślałam o sobie, że jestem ładna. To wszystko było dla mnie sporym szokiem, ale na zasadzie: „O Boże, ktoś we mnie uwierzył, ktoś wyciągnął do mnie rękę. To się już na pewno nie powtórzy”. Nigdy w życiu nie spotka mnie nic takiego, więc najlepiej, jeśli będę się tego trzymać”. Kurczowo się tego chwyciłam. Tym bardziej że w wieku 14 lat nie zastanawiasz się jeszcze, co chcesz robić w życiu. To była długa droga, ale fajnie, że zaczęła się już te 10 lat temu. Teraz jestem w kompletnie innym miejscu, w bardzo dobrej agencji Model Plus.

Nie od razu byłaś w dobrej?

Nie. Pierwsza szefowa mydliła mi oczy: „Pojedziesz w świat, będziesz gwiazdą. Nie trać czasu, zrób szkołę internetową”. I tak zrobiłam. Dwa lata liceum zaliczyłam w szkole dla dzieci Polaków mieszkających za granicą. Raz czy dwa razy w roku musiałam dojechać na egzaminy. Dosyłałam prace pisemne, miałam lekcje przez Skype’a. Miałam dużo samozaparcia. Byłam na kontrakcie w Chinach – kompletna pomyłka – przez półtora miesiąca. Wstawałam o ósmej rano, o dziewiątej podjeżdżał po mnie samochód i jeździliśmy na castingi. Wracałam o 19, brałam prysznic, o 20 kładłam się spać. Nastawiałam budzik na dwunastą w nocy, bo do wpół do czwartej rano miałam lekcje z nauczycielami przez internet. I tak codziennie.

Ciężkie życie.

Ale sama to sobie tak wymyśliłam.

Lubiłaś tę pracę?

Nie tak jak teraz. Teraz jestem tysiąc razy bardziej świadoma. To można porównać do wspinaczki, gdy znasz drogę, versus to, że nawet na nią nie spojrzysz, tylko wchodzisz na ścianę i nie wiesz, czego się łapać. Teraz wiem, czego się chwytać i widzę szerzej. Jeździłam po świecie. Może trzy miesiące w roku byłam w Warszawie. To były kilkumiesięczne kontrakty. Na przykład trzy miesiące mieszkałam w Singapurze. Nie przytrafiłoby mi się to, gdybym zaczęła teraz.

Nie wiążesz kryzysu zdrowotnego z tym swoim przedwcześnie samodzielnym, aktywnym, szalonym życiem?

Nie jeżdżąc nigdzie, myślałabym podobnie.

Nie tęskniłaś za życiem blisko rodziny?

Zawsze chce się być tam, gdzie się nie jest. Jasne, że miałam takie chwile, że chciałam być w domu. Dzwoniłam do mamy z płaczem, że w moim mieszkaniu są karaluchy, a mama interweniowała u właścicielki agencji, żeby mnie natychmiast stamtąd zabrała. Wracałam na chwilę do domu i było miło. Rodzice nie mieli już wpływu na moje decyzje odnośnie do tego, co dalej.

Nigdy nie żałowałaś tej decyzji? Nie pojawił się inny pomysł na życie?

Nie żałowałam. Pierwsze lata były dla mnie trudne, ale mimo to czułam, że posuwam się do przodu. Wtedy jeszcze w nieokreślonym kierunku, ale zawsze do przodu. Rozpoczęłam studia psychologiczne i teraz, trzy lata później, jestem w trakcie pisania pracy licencjackiej.

Mania pojawiła się już po wyjściu ze szpitala. Miałaś świadomość, że to objawy choroby, a nie po prostu świetny stan?

Nie. Mania pojawiła się mniej więcej pół roku później. Być może to się odbywało już wcześniej, a ja myślałam, że po prostu mam lepszy humor. Sama zdecydowałam, że muszę powiedzieć o tym swojemu lekarzowi. Chociaż był to dla mnie cudowny okres. Nie będę ściemniać, mania bardzo mi się podobała. Nigdy czegoś takiego nie doświadczyłam – tak skrajnie podwyższonego nastroju, tego, że mi się tak wszystko chciało.

Skąd wiedziałaś, że to objawy choroby?

W chorobie dwubiegunowej jest tak, że się przeskakuje z depresji w manię. To się nie odbywa płynnie, z okresem neutralnym pomiędzy. To jest przeskok z dnia na dzień. Po tygodniach czy miesiącach depresji taki przeskok to jest naprawdę hit! Nagle czujesz się dobrze. Masz siłę i ochotę na wszystko. Cieszyłam się. Myślałam, że to nareszcie jest ten moment, na który czekałam, że zmieniło mi się życie! Nie jestem już tą smętną, melancholijną dziewczyną! Jestem towarzyska, potrafię rozmawiać z nieznajomymi ludźmi, nie wstydzę się itd. Byłam w euforii. Dzwoniłam do znajomych: „Znalazłam fajne miejsce, jedźmy tam!”. Pamiętam, że wchodziłam na taką fajną stronę wymiany umiejętności i raz zaczepiłam chłopaka, który miał mnie uczyć gry na pianinie, a ja jego – praktycznego angielskiego. Byłam odważna. Niczego nie sprawdzałam. Najbardziej spektakularną rzeczą, którą zrobiłam i z której się śmieję z moją terapeutką, to były zakupy niebieskich ręczników w Paryżu, w liczbie blisko stu! Szłam koło placu Republiki, gdy w witrynie jakiegoś sklepu zobaczyłam ręczniki w kolorze Yves Klein Blue. To odcień niebieskiego, nazwany po malarzu, który go odkrył. „Ja bym się chciała tym kolorem otaczać, chciałbym mieć go blisko siebie”, szumiało mi w głowie. Oczywiście ludzie w manii robią dużo gorsze rzeczy. Doprowadzają do bankructwa i swoje firmy, i związki. Ja chyba jestem ostrożna, bo kompletnie mnie nie ciągnie w tym kierunku. Mój największy wybryk to to, że nakupiłam sobie ręczników, które mogłam przecież później zwrócić. Dlatego mania mnie nie przeraża.

Czy wtedy byłaś w trakcie leczenia?

Nie pamiętam. Ale nawet podczas leczenia czasem niektóre stany przeważają. Znam ludzi z ChAD, którzy twierdzą, że mania bywa jeszcze bardziej wykańczająca niż depresja. Intelektualnie jestem w stanie to zrozumieć, choć dla mnie nie chcieć być w hipomanii jest kompletnie niezrozumiałe. To dlatego, że jestem osobą raczej depresyjną, raczej introwertyczną niż ekstrawertyczną. Mania wydobywa ze mnie pokłady energii, czyli tego, czego naturalnie mam w sobie mniej.

A jednak poszłaś do lekarza.

Zasugerowała mi to siostra, kiedy poczułam, że zaczyna ze mnie schodzić powietrze. Jak z balonika. To mania zaczęła schodzić. Przestałam się budzić każdego dnia z energią. W apogeum manii nawet nie pomyślałabym o lekarzu. Psychiatra mi wtedy powiedział, że spodziewał się tego. Zaczęłam właściwe leczenie farmakologiczne. Teraz choroba jest w remisji, bo jestem dobrze leczona. Ale do tego nieraz dochodzi się całymi latami.

Codziennie rano i wieczorem musisz brać leki. Jak traktujesz to, że jesteś na nie skazana?

Był taki czas, że się frustrowałam, trudno mi było zaakceptować to, że potrzebuję wspomagaczy, by funkcjonować tak jak inni ludzie bez tabletek, że muszę pilnować godzin itd. Im bardziej wchodziła mi ta frustracja na branie leków, tym częściej zapominałam o nich. To było głupie. Robienie sobie przerw jest po prostu autosabotażem. Musiałam zrozumieć, że robię sama sobie pod górkę. Te wszystkie walki toczyły się w obrębie mnie samej. Teraz mam wszystko ustawione – o dziewiątej czasu nowojorskiego, 15 tutejszego, 21 na Dalekim Wschodzie. Zawsze biorę leki na czas, niezależnie od tego, w jakiej strefie czasowej akurat jestem.

Czy kiedykolwiek spotkała cię jakaś przykrość z powodu twojej choroby?

Omija mnie hejt. Czytam najwyżej: „To dlatego, że jesteś za chuda i nic nie jesz”. Ktoś mi zarzucił, że przez ten temat próbuję zyskać rozgłos. Wszelkie niemiłe reakcje są absolutnie niemerytoryczne, więc niespecjalnie się nimi przejmuję. Raz jednak spotkałam się z ostracyzmem w życiu zawodowym. Miałam już prawie przyklepany kontrakt z bardzo dobrą światową agencją modelek i miałam spotkanie z ich skautką tylko po to, by zrobić ostatnie polaroidy itd., no i zadzwoniło mi przypomnienie o lekach. Wyjęłam je, połknęłam, popiłam. Zapytana, odpowiedziałam, że to z powodu dwubiegunówki. I nie doszło do kontraktu. Skautka się przestraszyła, że będę nieprofesjonalna, nieodpowiedzialna, że będę się spóźniać na zdjęcia, że będę wydziwiać. A ja w tamtym momencie miałam blisko sześć lat stażu w pracy i nigdy nie nawaliłam.

Wyobrażasz sobie życie z ukrywaniem tego faktu?

Nie. To byłby rodzaj więzienia. Poza tym dużo ludzi do mnie pisze, że są wdzięczni za to, że o tym mówię. Zobacz SMS: „Cześć, dzięki, że o tym mówisz. W pracy nikt tego nie rozumie”. Ten ktoś jest budowniczym, pracuje przy budowie dróg.

Spotkałaś też dzieci, które bały się wracać do swojego środowiska, bo bały się reakcji otoczenia.

W ogóle stygmatyzacja społeczna utrudnia zgłaszanie się po pomoc. Myślę o Piotrku. Nasze drogi nigdy by się nie przecięły, gdybyśmy nie trafili do tego samego szpitala. Trafił tam z anoreksją. On był z tych rozbójników, którzy robią ustawki, którzy jeśli uprawiają sport, to po to, żeby innych odstraszać. Wolny czas spędzał z chłopakami na ławce, pijąc piwo. Założył sobie osobne konto na FB dla znajomych ze szpitala i napisał do mnie: „Gdyby koledzy zobaczyli, że byłem w psychiatryku, i to z taką babską chorobą, to nie daliby mi żyć, i strasznie się tego boję”.

Jak dbasz o zdrowie psychiczne?

Nie ma nic prostszego niż zasady higieny zdrowia psychicznego. Otwartość i realny optymizm to coś, co niektórzy mają, a niektórzy muszą wypracować. Warto jednak poświęcać temu uwagę i skupiać się na pozytywach. Sport. Ja znalazłam dyscyplinę, która bardzo mi odpowiada. To wspinanie i bouldering. Zdrowe jedzenie, odpowiednia ilość snu. Ale też nietłumienie w sobie emocji, tylko wyrażanie ich. Natura. Takie małe rzeczy jak aplikacje z oddechem czy medytacją. No i nie można żyć cały czas pracą. A odnoszę wrażenie, że mnóstwo ludzi teraz tak żyje. Mądry odpoczynek jest kluczem do sukcesu. Przydałaby się też terapia, żeby sobie wszystko dobrze poukładać, ale niektórym wystarczy samodzielna introspekcja, słuchanie siebie. Ja jeszcze tego nie umiem. Myślę, że ludzie potrzebują instrukcji do wielu nowych sytuacji, których nie rozumieją, a które świat uważa za oczywiste. Na przykład moja znajoma ostatnio urodziła dziecko i kompletnie nie wiedziała, co z nim zrobić, a nikt nie pomyślał o tym, żeby jej wytłumaczyć podstawowe rzeczy, bo to przecież takie oczywiste.

Jakie masz plany?

W piątek dowiedziałam się, że będę leciała do Szanghaju we wtorek, ale jeszcze nawet nie mam biletu. Tak to wygląda.

Jak można układać sobie życie, pracując w takim trybie?

Widzę w tym plusy. Można się doskonalić w trudnej sztuce skupiania się na tu i teraz. A to także zalicza się do higieny zdrowia psychicznego. A tak serio, otwieramy dialog na temat zdrowia psychicznego i raz na zawsze kończymy z piętnowaniem osób z doświadczeniem kryzysu psychicznego. Na ich stygmatyzacji tracimy wszyscy, również osoby zdrowe. Chcemy pokazać, że można być osobą z zaburzeniem czy chorobą psychiczną i prowadzić normalne życie, spełniać się, odnosić sukcesy – trzeba tylko zadbać o swoje zdrowie, tak jak to robimy w przypadku każdej innej choroby. Kampania społeczna „Można zwariować” rusza jesienią tego roku. Czas na zmiany!

Dużo w was entuzjazmu!

Tworzymy zwartą drużynę. Mój chłopak też bardzo się zaangażował. Jest w niej scenarzysta, chłopak z agencji reklamowej, reżyser... Nikt oprócz mnie nie miał wcześniej wiele wspólnego z tematem zdrowia psychicznego. Myślę, że każdy potrzebuje, żeby się w coś zaangażować.

Masz takie poczucie?

Tak. Zwłaszcza młodzi ludzie. Żyjemy w czasach, w których do wszystkiego mamy dostęp. Jasne, są zagrożenia wynikające z rewolucji cyfrowej, ale to ma się nijak do tego, z czym zmagali się ludzie po wojnie czy w czasach transformacji ustrojowej, kiedy trzeba było się odnaleźć w kapitalizmie, w czymś zupełnie nowym, w czym się nie wyrastało. Oczywiście są ci wszyscy internetowi aktywiści, ale oni myślą, że jeżeli udostępnią coś na FB, to wystarczy. Ich aktywność wyczerpuje się w klikaniu, w lajkowaniu. Większość z nas teraz ma pracę, która jest głównie klikalna. Działanie w realnym świecie jest już czymś bardziej ekstrawaganckim, ciekawym i trudniejszym, ale wszyscy mamy przekonanie, że warto to robić. Pamiętam, jakie wrażenie zrobiło na chłopakach, gdy im powiedziałam, że rocznie dwa razy więcej osób ginie w wyniku samobójstw niż w wypadkach samochodowych. A co roku przed świętami emituje się spoty na temat bezpieczeństwa na drogach, policja robi akcję „Znicz”. A o zdrowiu psychicznym nikt się nie zająknie.

Rozmowa z Cleo Ćwiek ukazała się w „Urodzie Życia” 8/2019

Wideo

Byli małżeństwem przez 3 lata. Oto historia miłości Agnieszki i Piotra Woźniak-Staraków

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

„Napisałam tę książkę po to, żeby oczyścić siebie dla dzieci. Żeby nie mieć już bagażu”, mówi w poruszającym wywiadzie wybitna pływaczka, OTYLIA JĘDRZEJCZAK. Były mąż Anji Rubik, SASHA KNEZEVIC, rozpoczął nowe życie – jako tata i jako… artysta. DEMI MOORE odkrywa mroczne strony swojego życia. Ile zostało z buntowniczki w MAŁGORZACIE OSTROWSKIEJ?