#czytajdlaprzyjemności

„Dzięki Wisłockiej szwaczka i pani profesor mówiły o orgazmie”.

O autorce „Sztuki kochania” mówi seksuolog, prof. Maria Beisert.

Aleksandra Pezda 28 listopada 2018 09:00
Michalina Wisłocka, autorka „Sztuki kochania”
Fot. getty images
„Dobry związek dzisiaj to – w oczach seksuologa – relacja między równoprawnymi i równie dojrzałymi partnerami. A nie – jak chciała Wisłocka – macierzyńskiej kobiety z psotnym chłopcem”. Ile Wisłockiej mamy dziś w naszych domach? Czy książka z lat 60. jest nadal aktualna? Przed laty była sensacją i sprzedała się w 7 milionach egzemplarzy – a jak dzisiaj czytać „Sztukę kochania” Michaliny Wisłockiej? I czy w ogóle warto? Z seksuolożką, profesor Marią Beisert*, rozmawia Aleksandra Pezda.
 
*Prof. dr hab. Maria Beisert psycholożka i seksuolożka kliniczna, prawniczka i biegła sądowa. Jest wiceprezeską Polskiego Towarzystwa Seksuologicznego. Kieruje Zakładem Seksuologii Społecznej i Klinicznej oraz Podyplomowymi Studiami „Seksuologia Kliniczna Opiniowanie-Edukacja-Terapia” w Instytucie Psychologii Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu.
 
Aleksandra Pezda: Zaangażowała się pani w seksuologię w 1977 roku – wtedy, kiedy wyszła „Sztuka kochania” Michaliny Wisłockiej. Kupiła ją pani?
Profesor Maria Beisert: Kupiłam. Na bazarze, z kartonu ustawionego gdzieś między marchewką a ziemniakami. I to za jakąś gigantyczną cenę, jeśli dobrze pamiętam. Niestety, pożyczyłam komuś ten egzemplarz i już do mnie nie wrócił. Z kolegami z Akademii Medycznej w Poznaniu bardzo na tę książkę czekaliśmy. Michalina Wisłocka była już znaną postacią, jej artykuły czytaliśmy w tygodnikach.
 
„Dzięki Wisłockiej praczka, szwaczka i pani profesor mówiły o orgazmie” – powiedział seksuolog, prof. Zbigniew Izdebski. Jakie były jej największe zasługi?
Wisłocka jako pierwsza w naszym kraju zaczęła mówić o tym, o czym dotąd mówiło się tylko po cichu w sypialniach: że seks nie jest wyłącznie dla reprodukcji, ale dla przyjemności. Podobnie jak dobre jedzenie czy sztuka. Przecież nie dlatego potrafimy godzinami gapić się w zarysowany kawałek płótna w muzeum, bo jest nam to potrzebne do przetrwania, ale dlatego, że pobudza nasze zmysły i prowadzi do przyjemności. Wtedy głównym zadaniem seksuologa było zajmowanie się problemami, patologią i zaburzeniami. Przełom, po którym zaczęliśmy zajmować się również zdrową seksualnością, zawdzięczamy w Polsce właśnie Wisłockiej. Pamiętam jej artykuł pod tytułem „Radosna zabawa we dwoje”. Na tej idei zresztą opiera się filozofia książki. To było niesłychane wtedy w taki sposób mówić o seksie.
 
To dlatego 10 recenzentów negatywnie oceniło książkę? Pozytywnie napisał o niej tylko prof. Andrzej Jaczewski. Wspominał potem, że koledzy go ostrzegali przed kompromitacją.
Nie znam tamtych recenzji, ale podejrzewam, że oceniały naukową wartość pracy. A proszę pamiętać, że „Sztuka kochania” nie jest pracą naukową. Jest świetnie napisaną i bardzo dobrą pracą, ale popularyzatorską. Dlaczego akurat prof. Andrzej Jaczewski udzielił Wisłockiej wsparcia? Sądzę, że oboje mieli ogromną odwagę i gotowość do przeciwstawiania się powszechnemu nurtowi. To nie jest częsta cecha.
 
Recenzenci uważali, że Wisłocka „wyprzedza zainteresowania ludzi”. Dlatego decyzją rządu „Sztuka kochania” przeleżała kilka lat na półkach.
Zarzucano Wisłockiej, a włączył się w to także i Kościół, że odziera seksualność człowieka z uczuciowości, że mówi o „tych sprawach” nazbyt wprost. Jakby mówienie wprost o przyjemności czy mechanizmach biologicznych, które kierują ludźmi, było czymś uwłaczającym. Trzeba pamiętać, że seksuologia była wtedy objęta znacznie większym tabu niż dzisiaj. Mówienie o seksie otwarcie było odbierane jako niewłaściwe. Podobnie jak mówienie na głos o powszechnych, ale nieakceptowanych zachowaniach, na przykład seksie nastolatków. To Wisłocka wreszcie zaproponowała, żebyśmy przestali na to przymykać oczy. I to m.in. dlatego jej książkę władza przez lata uważała za niemoralną i nie pozwalała wydać.
 
Dlaczego u Wisłockiej dziewczynki są tak schematycznie przedstawione – jako uczuciowe i romantyczne, a chłopcy jakby im chodziło wyłącznie o spółkowanie?
To wrażenie bierze się stąd, że Wisłocka – chociaż cytuje wnioski z różnych badań i to wówczas najnowszych, na przykład słynnego duetu Masters i Johnson – nie powołuje się na żadną konkretną koncepcję rozwoju seksualnego. Przeciwnie, często podkreśla, że opiera się na własnych spostrzeżeniach, pisze „moje obserwacje z gabinetu” itp. Gdyby jednak Wisłocką odczytać poprzez nowoczesne psychodynamiczne teorie rozwoju seksualnego, okazałoby się, że jej obserwacje są całkiem na miejscu. Okres nastoletni określa się dzisiaj – na przykład w teorii Ottona F. Kernberga – jako okres dezintegracji seksualnej. Chodzi o to, że w rozwoju seksualnym każdego człowieka, niezależnie od płci, obecne są dwa aspekty: pożądania i uczuciowości, jednak w dzieciństwie i dorastaniu niezintegrowane. Celem rozwoju seksualnego jest ich integracja. Seksualność dojrzałego człowieka miałaby się opierać na obu tych aspektach, skierowanych wobec jednego partnera.
Gdyby „przełożyć” Wisłocką na język tej teorii, byłoby tak: z przyczyn przede wszystkim biologicznych, ale i kulturowych, aspekt seksualności jest u dziewczynek nastolatek bardziej wycofany przy dominancie aspektu uczuciowości, u chłopców zaś odwrotnie – dominuje aspekt pożądania, wycofany jest aspekt uczuciowości.
 
Co znaczy, że różnica między chłopcami a dziewczynkami istnieje.
Jednak i pożądanie, i uczuciowość występują przez cały czas u obu płci. Zwracam też uwagę, że dziś – po latach od wydania książki Michaliny Wisłockiej – seksualność nastolatek manifestuje się odmiennie. Istnieje większe społeczne przyzwolenie na otwartość i śmiałość dziewcząt w ujawnianiu pragnień seksualnych, co budzi zgrozę tych środowisk, które kobiecość chciałyby nadal łączyć ze skromnością i wstydliwością.
 
„W moim przekonaniu w kobiecych rękach leży kształt miłości i kultura życia uczuciowego rodziny” – pisze Wisłocka. To wyzwolenie kobiet czy ustawianie w roli strażniczek ogniska domowego?
Czytając dziś „Sztukę kochania”, trzeba pamiętać, że Wisłocka zaczęła publikować pod koniec lat 60. poprzedniego wieku. Pozycja kobiety w ówczesnym społeczeństwie patriarchalnym była zdecydowanie inna od tej, którą osiągnęłyśmy dziś, również dzięki edukacji seksualnej. Wizja Wisłockiej była więc próbą kompensacji niższej społecznie roli kobiety. Możemy się z tym obrazem zgadzać albo nie. Jednak faktem jest, że to Wisłocka wywalczyła dla kobiet prawo do przeżyć, które wtedy przysługiwały wyłącznie mężczyznom. Przed naszą rozmową porównałam „Sztukę kochania” z „Małżeństwem doskonałym” Theodoora Hendrika van de Velde’a – bardzo popularną pozycją również z tamtego okresu. Obie odegrały dużą rolę w moim życiu prywatnym i zawodowym. Obraz kobiety w „Małżeństwie...” dopiero by panią oburzył. A był zupełnie inny niż ten u Wisłockiej. Dla van de Velde’a kobieta, zwłaszcza młoda, była niesamodzielną i nierozgarniętą istotą, która potrzebowała mężczyzny w roli przewodnika. Ten On, mądrzejszy i bardziej doświadczony, wprowadzał ją – naiwną – na ścieżkę życia seksualnego. Całe pokolenia na tym wychowywano.
 
A ojcowie prowadzili chłopców do domów publicznych, żeby tam zdobywali seksualne doświadczenie.
Zastanawiało mnie to już, kiedy czytałam jako dziewczynka „Małżeństwo doskonałe”: gdzie chłopcy nabierają doświadczenia? Jak to jest, że dziewczynki są takie naiwne, a ich rówieśnicy nie? Ta podwójna moralność ogromnie mi się nie podobała. Podobnie jak fakt, że seksualność tylko w ograniczonym wymiarze miała być dostępna kobietom. Właśnie takiemu nastawieniu dała odpór Wisłocka. Jednak to, co proponowała w zamian, dzisiaj jest już nie do przyjęcia. Ze „Sztuki kochania” przebija obraz kobiety, która, owszem, oddaje się seksualnym igraszkom, ale prowadzi pewnego rodzaju nadzór nad „rozbrykanym” chłopcem – mężczyzną. Nadzór nad jego zachowaniami, jego moralnością i jego seksualnością. Prowadzi go jak na smyczy i ma wybaczać wieczne niepohamowanie. To odbiera mężczyźnie walory istoty dojrzałej, a związkowi kobiety i mężczyzny – walor równości. A przecież to równość jest tym, co uważamy za istotę i wartość w związkach. Czego nie należy mylić z jednakowością. Dobry związek dzisiaj to – w oczach seksuologa – relacja między równoprawnymi i równie dojrzałymi partnerami. A nie – jak chciała Wisłocka – macierzyńskiej kobiety z psotnym chłopcem.
 
„Onanizm to następny grzech, którego się czepiali recenzenci, że jest taki strasznie szkodliwy. Odpisałam: »Gdyby był tak szkodliwy, wszyscy byliby bardzo uszkodzeni«”.
Oto i kolejny powód do wyrażania uznania dla Wisłockiej. Wisłocka pisała w czasach, gdy onanizm powszechnie uważany był za synonim choroby czy zaburzenia. Seksuolodzy dopiero przebijali się z poglądem, że masturbacja to nie patologia, tylko normalne zachowanie. Ona ten pogląd forsowała. Proszę tylko pomyśleć, jaką musiała mieć odwagę! Wtedy do poradni zgłaszało się wielu rodziców z problemem masturbacji dziecięcej. Z lękiem, że to zboczenie, które uniemożliwi ich dzieciom normalną inicjację seksualną, a w przyszłości współżycie. Była też duża grupa dorosłych pacjentów z problemami seksualnymi, które wiązali często z wcześniejszą masturbacją. Dzisiaj jeden z największych autorytetów seksuologii, John Bancroft, traktuje masturbację jako oznakę zdrowia. Oczywiście poza wyjątkami: jeśli masturbacja zawiera praktyki, które ewidentnie szkodzą zdrowiu psychicznemu lub fizycznemu albo wykorzystuje schematy, które nie będą możliwe do zaadaptowania w działaniach par – wtedy jest patologią. Dotyczy to również działań nałogowych. W gabinetach psychologicznych ten problem pojawia się znacznie rzadziej, bo dorosło pokolenie rodziców, psychologów i nauczycieli, którzy wiedzą, że masturbacja dziecięca jest problemem rozwojowym.
 
Rozdział o antykoncepcji też był krytykowany. Ale na spotkania autorskie z Wisłocką przychodziły tłumy kobiet, bo często rozdawała kapturki i krążki dopochwowe zdobyte za granicą.
To następny krok milowy, który dla nas zrobiła. Propagowała najnowocześniejsze wtedy metody: kapturki, krążki, środki plemnikobójcze, prezerwatywy i spirale, ale nie zapominała o klasycznych metodach, jak kalendarzyk, pisała też o stosunku przerywanym. I to oburzało. Podobnie jak całkiem niedawno jeszcze niektórych rodziców oburzało, że edukatorzy seksualni uczą młodzież zakładać prezerwatywę. Według mnie techniczna wiedza o tym, jak zapobiegać ciąży, to akurat bardzo ważny element wychowania seksualnego. Najgorzej jest pozostawić dzieci w niewiedzy. A przecież kontakty seksualne są nieodłącznie związane z możliwością zapłodnienia. Człowiek ma na to wpływ i może świadomie takie decyzje podejmować. Oczywiście dzisiaj musielibyśmy do książki dołożyć rozdział o tabletkach antykoncepcyjnych i innych nowościach.
 
„Nie ma co oddzielać seksu od miłości – seks to początek, potem jest miłość”. Anachroniczne?
Jeśli potraktujemy to literalnie i hasłowo, być może zabrzmi anachronicznie. Ale wróćmy do naszej koncepcji rozwoju seksualnego – przypominam, dwa aspekty: pożądanie i uczuciowość w dojrzałej relacji występują razem.
 
„W naszym społeczeństwie kultura pieszczot jest zaledwie w zarodku, a niejednokrotnie wcale jej nie ma” – ubolewa Wisłocka i nakazuje narodowi przystąpić do pettingu i neckingu.
I znowu coś dobrego dostaliśmy w spadku po Wisłockiej. Uznała walory pieszczot pozagenitalnych. Kiedy o tym pisała, uważało się je wyłącznie za pieszczoty wstępne, koniecznie prowadzące do pełnego stosunku. Dzisiaj myślimy o tym inaczej. Mówimy o zachowaniach genitalnych, które prowadzą do zetknięcia narządów płciowych, czyli do stosunku, oraz o zachowaniach pozagenitalnych – takich, które dążą do przyjemności, ale nie są kontaktem w postaci stosunku. Kanonem normy w tej chwili nie jest więc wyłącznie stosunek z penetracją. Zakładamy, że istnieje spory arsenał zachowań seksualnych, które obejmują całe ciało, nie tylko genitalia, a forma kontaktu seksualnego zależy od pary, jej upodobań i wyborów. W książce Wisłockiej przewija się też wątek, który dziś jest już wiodący – że forma zachowań seksualnych zależy od etapu rozwoju człowieka. W dzieciństwie występuje przewaga zachowań pozapenetracyjnych, u człowieka dojrzałego na te zachowania nakłada się stosunek. Nie zastępuje niczego jednak, jak się uważało w czasach Wisłockiej, ale uzupełnia zachowania seksualne. Na starość znowu wraca przewaga zachowań pozapenetracyjnych. To też zauważyła Wisłocka, proszę spojrzeć, w jaki świeży i nowoczesny sposób pisze o starości.
 
Na pewno nie zestarzały się słynne pozycje, które Wisłockiej kazano zmniejszyć do rozmiaru znaczka pocztowego, jak sama barwnie opowiadała.
Kiedyś rozmawiałam z czeską seksuolożką Evą Šipową, której książka ukazała się w tym samym czasie, a przeszła to samo – rysunki musiały być czarno-białe i schematyczne. Żeby się tylko ludzie nie podniecili podczas czytania.
 
Ale podniecali się. Niektórzy zaglądali do „Sztuki kochania” dla tych obrazków.
I bardzo dobrze, bo może przy okazji oglądania obrazków przeczytali coś więcej. A nawet jeśli nie – i tak skorzystali, bo nauczyli się, że życie seksualne nie polega na powtarzaniu jednego wzorca, ale daje wiele różnych możliwości. Ważne, czy wzrósł ich potencjał do osiągania przyjemności. Zresztą szczegóły techniczne też są ważne.
 
„Widownię, która daje nam poczucie bezpieczeństwa i ogromnej wartości wszelkich osiągnięć naszego życia, stwarza i stworzyć może tylko kochający człowiek obok nas”. Tak Wisłocka kończy „Sztukę kochania”. Jak to dzisiaj czytać?
Dzisiaj to oczywiste, że człowiek jest wartością samą w sobie. Krzywdziłby nas pogląd, że tyle jesteśmy warci, ile warte są nasze związki. Z drugiej strony związek z drugim człowiekiem jest ogromną wartością, a dążenie do bliskości jednym z celów i pragnień dorosłego człowieka. Pewnie to Wisłocka miała na myśli. Pyta pani, jak ją dzisiaj czytać. Aktywnie. To nadal dobra lektura i można w niej coś dla siebie znaleźć. Ale warto też czytać po to, żeby dostrzec, jak bardzo kultura kształtuje podejście do seksualności oraz ile wysiłku kosztowało ukształtowanie tak otwartego podejścia, jakim się dzisiaj cieszymy. Mamy to dzięki takim ludziom jak Michalina Wisłocka. Od kilkunastu lat w ramach studiów podyplomowych, którymi kieruję na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu, przyszłym seksuologom zalecam lekturę "Sztuki kochania" nie tylko z powodów historycznych. To wartościowa książka, która wskazuje, że walka o edukację seksualną była zawsze elementem naszego zawodu i że to przynosi ogromne efekty.
 
Rozmowa z prof. dr hab. Marią Beisert ukazała się w „Urodzie Życia” 1/2017

Wideo

Poznaj historię miłości Agnieszki Woźniak-Starak i jej męża Piotra!

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Niezwykła rozmowa z Grażyną Torbicką o jej wszystkich miłościach. A Remigiusz Mróz zdradza nam tajemnice swojego sukcesu!