#lepszeżycie

To już ostatni dzwonek na globalne otrzeźwienie! Zróbmy to, zanim będzie za późno

Dzisiaj życie etyczne znaczy: życie ekologiczne.

Bartosz Janiszewski, Magdalena Żakowska 4 czerwca 2019 09:54
ile rozkłada się plastik
Fot. Getty Images

Powodzie, upały, susze, znowu powodzie – to nie przyroda oszalała, ale my, ludzie. Bez naszej pomocy Ziemia nie poradzi sobie sama z globalnym ociepleniem. I wcale to nie znaczy,  że wszyscy musimy nagle wywrócić swoje życie do góry nogami. Wystarczą minimalne, właściwie nieodczuwalne zmiany, a każdy z nas ocali takiego żółwia, jak na zdjęciu powyżej.

Cały rok segregujesz śmieci, jeździsz do  pracy rowerem, a na zakupy chodzisz z płócienną torbą. Zastanawiasz się dwa razy, zanim kupisz nową sukienkę, bo wiesz, że kupowanie ubrań w sieciówkach oznacza generowanie śmieci. Ale wystarczy, że kupisz bilety lotnicze na wakacje na drugim końcu świata, żeby ktoś życzliwy skomentował to krótkim: „I po co było się tak cały rok starać?”. Bo przecież teoretycznie jedna podróż samolotem do Tajlandii to większa krzywda dla naszej planety niż codzienna jazda samochodem do pracy i te kilkadziesiąt reklamówek, które zużyjesz w ciągu roku na zakupy.

Czy to znaczy, że cały twój wysiłek idzie na marne? Po co się starać, jeśli przekreśla to jedna podróż samolotem? Ale czy naprawdę przekreśla?!

– Wszyscy jesteśmy hipokrytami. Każdy z nas ma coś na sumieniu – mówi filozofka, profesor UMK w Toruniu Ewa Bińczyk. – Nie jesz mięsa, ale nosisz skórzane buty. Sprzedałeś samochód i  używasz roweru, ale latasz samolotem i kupujesz ubrania w tanich sieciówkach, uszyte w łamiących prawa człowieka fabrykach w Bangladeszu. I tak dalej, i tak dalej. Często podświadomie szukamy argumentów, które nas usprawiedliwią i zwolnią z obowiązku myślenia o tym, jaki świat zostawimy naszym dzieciom. A  przecież nie wszyscy muszą się zmieniać w stu procentach. Jeżdżąc rowerem, zachęcasz do tego innych. To już dużo. Dyskomfort, który odczuwamy, zmieniając swoje nawyki, szybko może przerodzić się w satysfakcję.

Sceptycy twierdzą, że na ratowanie świata jest już za późno, a nawet jeśli nie jest, to pojedynczy człowiek nie zatrzyma procesu globalnego ocieplenia. Zamożne pięknoduchy troszczą się o to, żeby marchewka na ich stole pochodziła z  ekologicznej uprawy, ale z drugiej strony i tak, jak my wszyscy, oddychają skażonym powietrzem. Gdy na początku 2018 roku Polskę zasnuł smog, liczba zgonów wzrosła o jedną czwartą w porównaniu do tego samego okresu we wcześniejszym roku.

– Z jednej strony mamy marazm, zniesmaczenie biernością polityków, skalą zniszczeń i poczucie, że nie mamy szans niczego zmienić w walce z potężnym przeciwnikiem, jakim są np. wielkie koncerny paliwowe – mówi profesor Bińczyk. – Z drugiej jednak strony zobaczmy, jak wiele osiągnęliśmy działalnością maluczkich, którzy w toku dziejów doprowadzili do ogromnych zmian. Tak było z emancypacją kobiet, równością ras, prawami człowieka. Jeśli spojrzeć na to z dystansu: nie do wiary, że to wszystko się udało. Możemy być dumni z ludzkości. Dlatego jest nadzieja, że nie wszystko stracone. Jednak dużo ważniejsze od patrzenia na etykiety proekologicznych towarów jest patrzenie na ręce politykom. Musimy od  nich żądać realnych działań na rzecz środowiska.

Innego końca świata nie będzie

Jasne, że nie wszystko zależy od nas. Ale przecież wiele już udało się zrobić! Zjawiska, które stosunkowo niedawno wydawały się nie do odwrócenia, cofają się pod naszym wpływem. Jeszcze kilkanaście lat temu Bug czy Wisła były ściekami, w których zamiast ryb pływały plastikowe butelki i żółta pieniąca się ciecz z elektrowni. Dzisiaj latem można się w tych rzekach bezpiecznie wykąpać. Londyn, w którym 67 lat temu potężny smog w ciągu kilku miesięcy zabił 11 tys. osób, dziś dzięki ograniczeniu w  ruchu samochodów osobowych cieszy się najczystszym powietrzem od stu lat. W największych miastach w Polsce też mamy już elektryczne autobusy i coraz więcej mówi się o kolejnych krokach, które ograniczą skażenie powietrza.

– Nawet papież Franciszek podkreśla w swojej Zielonej Encyklice, że istnieje coś takiego jak grzech ekologiczny! – dodaje profesor Bińczyk. – O konieczności natychmiastowych zmian wspólnie mówią ONZ, Unia Europejska i Bank Światowy. To dobry znak. Jest wiele do zrobienia, ale drogi są wytyczone, trzeba tylko zacząć nimi iść.

Czasu na zmiany jest coraz mniej, a  cudownego rozwiązania technologicznego nie widać. Dlatego naukowcy biją na alarm, a  politycy (Al Gore) i celebryci (Leonardo Di Caprio) tworzą organizacje walczące ze zmianami klimatycznymi. Coraz więcej mówi się o tym, co każdy z  nas mógłby zrobić dla przyszłości naszej planety. Naukowcy obliczyli, że za 30 lat Ziemia nie będzie wyglądała tak jak dzisiaj. Wielu zmian nie da się już zatrzymać. Ocieplenie klimatu niesie za sobą susze, powodzie, kataklizmy. I mogłoby się wydawać, że przerażające wizje bliskiej przyszłości wywołają w nas wstrząs, a co za tym idzie – zmiany w globalnej polityce, które doprowadzą do powstrzymania efektu cieplarnianego. Tymczasem zachowujemy się wręcz przeciwnie! Ewa Bińczyk nazwała to „efektem otępienia”.

– Skoro jest tak tragicznie i być może za późno, to nie ma sensu nic robić. Możemy tkwić w marazmie ekologicznym. Tanecznym krokiem zdążać w stronę przepaści. Według badań psychologów i socjologów ludzie rozumieją skalę problemu. Ale jego rozwiązanie jest tak upiornie trudne, że robimy, co możemy, żeby nic nie wyrwało nas z klimatycznego denializmu.

Powiedzmy sobie szczerze: wkład jednostki w walkę z efektem cieplarnianym jest niedostrzegalny. Co z tego, że używając zmywarki (i ekologicznych kapsułek), ograniczysz zużycie wody, skoro 70 proc. wody w Polsce zużywa się do chłodzenia elektrowni?! Co z tego, że podlejesz kwiaty ekologiczną deszczówką, skoro żeby wyprodukować w Indiach zwykły T-shirt, potrzeba kilku tysięcy litrów wody?!

– Nie jesteśmy w stanie zmienić całego świata, jesteśmy w stanie zmieniać tylko jednostki – mówi Areta Szpura, aktywistka, edukatorka i influencerka eko, autorka książki „Jak uratować świat”. – Ale jeśli się postaramy, to jednostki przerodzą się w masę, która będzie już miała bezpośredni wpływ na naszą rzeczywistość. Nigdy w historii ludzkości nie zmieniło jej nic innego niż pojedynczy człowiek, za którym poszli inni.

Plastikowe słomki i foliówki naprawdę zabijają

Kilka miesięcy temu Areta Szupra zainicjowała akcję: „Tu pijesz bez słomki”, dzięki której już ponad 500 restauracji w całej Polsce zrezygnowało z plastikowych rurek. W głośnej kampanii, która obiegła media społecznościowe, znani aktorzy, dziennikarze, sportowcy opowiadali, jakie zwierzęta morskie nieświadomie zabili, po prostu pijąc przez słomkę, która po krótkim żywocie w szklance wylądowała na setki lat w oceanie.

– Słomki nie są oczywiście głównym problemem naszej planety, ale dobrym przykładem tego, jak bezsensownie używamy czegoś, bez czego możemy się świetnie obyć – mówi Areta. – Zresztą nie musimy z niczego rezygnować: są przecież fajne zamienniki plastikowych słomek, przede wszystkim słoma.

Mówi się, że 2019 rok upłynie pod znakiem walki z plastikiem. Będziemy ograniczać jego użycie i walczyć z  zanieczyszczeniem środowiska, które już spowodował. Znacie kultowy odcinek serii „Blue Planet” (BBC), w którym opowiedziana jest żałoba matki młodego wieloryba? Zmarł zatruty jej mlekiem, zanieczyszczonym toksycznymi substancjami z plastiku. Scena pogrążonej w żałobie wielorybicy, która przez kilka dni nie była w stanie puścić ciała swojego dziecka, wycisnęła łzy u setek milionów widzów na całym świecie i skłoniła do ponownego zastanowienia się: ile rozkłada się plastik? Co jednak ważniejsze, miała realne przełożenie na rzeczywistość. Pod wpływem programu śmieciami w oceanach zainteresowała się nawet królowa Elżbieta II, która zażądała, żeby do minimum ograniczyć zużycie plastiku w pałacu Buckingham i na zamku w Windsorze. Dyrektor BBC zobowiązał się, że do 2020 roku jego stacja będzie całkowicie wolna od plastiku jednorazowego użytku, podobne obostrzenia w całej Wielkiej Brytanii zapowiedziała już premier Theresa May.

Zdrowych i przyjaznych planecie zamienników plastiku i innych biodegradowalnych produktów jest coraz więcej. Jednorazowe waciki do twarzy wymienić już można na bawełniane, wielokrotnego użytku. Zamiast płynu do kąpieli kupujmy mydło w kostce – polskie marki sprzedają je na dodatek bez opakowania, w samym papierze, co dodatkowo sprzyja środowisku.

– Jednymi z produktów najczęściej znajdowanych w oceanach są szczoteczki do zębów, podpaski i tampony. W Warszawie produkowane są świetne i tanie szczoteczki drewniane, a te z nas, które są na to gotowe, mogą wymienić podpaski i tampony na kubeczki menstruacyjne wielokrotnego użytku – mówi Areta. – Kupujmy lokalnie, bo globalizacja produkcji i transportu towarów w dużym stopniu przyczynia się do zanieczyszczenia środowiska. Soki i inne napoje kupujmy w szklanych butelkach. Szkło jest niemal w stu procentach recyklingowalne i to bez straty wartości.

Od kilku lat mówi się, że plastikowe butelki na wodę zawierają toksyczne dioksyny, które przedostają się do wody, a następnie do organizmu. Nie znamy jeszcze wszystkich tego skutków, ale już wiadomo, że to bardzo niezdrowe. W Polsce w większości miast system wodociągów jest na tyle dobry, że można już pić wodę bezpośrednio z kranu. Dlaczego więc upieramy się, żeby wydawać na nią pieniądze?

W ciągu najbliższych 20 lat prawdopodobnie dziesięć razy zmienisz model smartfona, twoje dzieci skończą studia i być może założą już własne rodziny, urodzą ci się wnuki. Ale jeśli dziś wymienisz w domu tradycyjne żarówki na LED-y, za 20 lat wciąż będą świecić, w dodatku zużywając 85 proc. mniej energii. To twój dar dla planety.

Na stronie naukaoklimacie.pl każdy może zmierzyć sobie swój ślad węglowy, czyli swoją indywidualną sumę emisji gazów cieplarnianych. A potem za pomocą kilku niezbyt radykalnych ani wymagających kroków każdy z nas może ten ślad systematycznie zmniejszać.

– Nie jestem idealna – mówi Areta Szpura. – Wciąż mam wiele nawyków, które są dalekie od ekologii. Ale drobnymi krokami, z miesiąca na miesiąc, zmieniam się na lepsze. Mam dużą kolekcję kubków do kawy i herbaty, butelek wielokrotnego użytku: na zimne, na ciepłe picie itd. Marzę o tym, żeby chodzenie z plastikową butelką było obciachem. Na zakupy chodzę z własnymi siatkami albo z pudełkiem. Mam samochód, ale ma on dla mnie już tylko znaczenie sentymentalne, stoi w garażu u rodziców, nie używam go, przestałam też jeździć taksówkami. Korzystam z transportu publicznego. Podróżuję pociągiem, latam tylko wtedy, kiedy nie ma innego wyjścia. W ogóle staram się mniej podróżować, a wakacje łączę z podróżami służbowymi. Nie jem mięsa, zdarza mi się jeść nabiał, ale jak już, to kupuję sery ze sprawdzonego lokalnego źródła. Nie piję mleka. Nie kupuję ubrań w sieciówkach.

Łatwo jest okpić wojnę o plastikowe słomki, plogging, czyli jogging połączony ze zbieraniem śmieci, czy chodzenie po mieście z własnym kubkiem po kawę z automatu. Bo to aktywizm sytych i żyjących w dobrobycie, uspokajanie własnego sumienia, podbudowywanie własnego ego. Bo niezależnie od tego, czy pijemy lemoniadę przez słomkę plastikową, czy słomę, i tak gdzieś w Wietnamie albo Kambodży miliony ton zanieczyszczeń płyną rzekami do oceanów. – To właśnie absurd uprzywilejowanych, bogatych społeczeństw: odmówię sobie słomki i od razu się czuję lepiej. Ale badania psychologów pokazują, że jeśli ktoś poczuje się lepiej, kiedy odmówi sobie słomki albo wykorzysta powtórnie foliówkę po śniadaniu, to jest spora szansa, że pójdzie dalej w stronę eko – mówi Bińczyk.

Wegetarianizm? Albo przynajmniej fleksitarianizm, czyli: zjedz mniej zwierząt

W 2015 roku kilku izraelskich aktywistów z grupy Animal Rights wkradło się na fermę drobiu w Australii i zmusiło jej pracowników do zablokowania maszyn, w których mielono na miazgę setki żywych jednodniowych piskląt. Zapytacie, po co lub na co były mielone? Otóż po nic i na nic. W maszynie mielono kurczęta, które urodziły się kogucikami.

Co roku sześć miliardów kurcząt przychodzi na świat, a po kilku godzinach wysyła się je na śmietnik tylko dlatego, że ich życie nikomu się nie opłaca. Drób hoduje się dla dwóch celów: mięsa albo jaj. Z punktu widzenia hodowców połowa kurczaków jest więc bezużyteczna – męskie pisklęta nie składają jaj, a rosną zbyt wolno, żeby opłacało się je karmić.

Film z akcji izraelskich naukowców zdobył szturmem internet i wywołał falę oburzenia. Losem piskląt zainteresowali się naukowcy z Uniwersytetu w Lipsku. Opracowali szybki, prosty i tani sposób (proces nazywa się Seleggt), dzięki któremu można określić płeć pisklęcia zaledwie dziewięć dni po zapłodnieniu jaja, przed jego wykluciem. W ten sposób na świat przychodzą tylko żeńskie kurczęta. Pierwsze jaja z ferm, które skorzystały z tego wynalazku, trafiły na półki supermarketów w Berlinie w listopadzie, opatrzone stemplem „RespEGGt”.

20 proc. emisji gazów cieplarnianych pochodzi z produkcji czerwonego mięsa. Ale nawet ci, którzy nie wyobrażają sobie życia bez mięsa, mogą zrobić dla Ziemi coś dobrego. Wystarczy, że będą jedli go mniej i zastanowią się, z jakiego źródła je kupują. W 2009 roku Jonathan Safran Foer, jeden z najwybitniejszych amerykańskich pisarzy współczesnych, nazywany dziś spadkobiercą Philipa Rotha, wydał książkę „Zjadanie zwierząt”, która została przetłumaczona na ponad 40 języków i na zawsze zmieniła podejście do przemysłu mięsnego. Nie była to kolejna jego powieść. Kiedy Foerowi urodził się syn, postanowił zbadać, czym go karmić, aby zapewnić mu jak najzdrowszy start w życie. Pytanie to doprowadziło go do innego pytania: czym tak naprawdę jest mięso? Skąd pochodzi? Jak się je produkuje? Jak traktowane są zwierzęta i czy to ważne? Jak zjadanie zwierząt wpływa na gospodarkę, społeczeństwo i środowisko? „Zjadanie zwierząt” nie nawołuje jednak do tego, byśmy wszyscy przeszli na wegetarianizm. Ta książka to apel o świadome i odpowiedzialne jedzenie mięsa. W książce Foera zakochała się Natalie Portman: „Dałam ją w prezencie wszystkim ludziom, których kocham” – mówiła. Rok temu wspólnie z Foerem wyprodukowała film dokumentalny „Eating Animals”, w którym nie tyle epatują okrucieństwem chowu przemysłowego, ile promują lokalnych amerykańskich farmerów i ich styl hodowli zwierząt, oparty na idei zrównoważonego rozwoju: zwierzęta żyją w kontakcie z naturą, ich mięso i mleko nie są skażone antybiotykami i sterydami.

„Ograniczenie spożywania mięsa to najlepsze, co możesz zrobić dla środowiska w 2019 roku” – napisał kilka tygodni temu brytyjski „The Guardian”. Tym bardziej że większość jedzenia i tak marnujemy – to największy paradoks antropocenu. W 2018 roku mieliśmy największą nadwyżkę żywności w dziejach ludzkości, a jednocześnie na naszych oczach odbywa się największa katastrofa humanitarna w historii: według ONZ 20 milionów ludzi w Jemenie, Somalii, Południowym Sudanie i Nigerii jest zagrożona śmiercią głodową, a 10 proc. ludzkości cierpi na niedożywienie.

Coraz większe małe kroki

Nawet jeśli nie macie ochoty być pionierkami życia w zrównoważonym rozwoju, wkrótce możecie nie mieć wyboru. Chcąc nie chcąc, wszyscy popłyniemy z ekomasą. Przez dziesięciolecia globalne ocieplenie, zanieczyszczenie środowiska, cierpienie zwierząt i wykorzystywanie pracowników z biednych krajów były może dobrym tematem do towarzyskich rozmów dla lewicującej klasy średniej, ale mało kto traktował te kwestie priorytetowo. Teraz, na naszych oczach, właśnie się to zmienia. William Nordhaus, laureat tegorocznej nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii, już pół wieku temu alarmował, że mierzenie rozwoju społeczeństw tylko za pomocą wzrostu PKB to podcinanie gałęzi, na której siedzi nasza cywilizacja. Nordhaus jest autorem Wskaźnika Ekonomicznego Dobrobytu [ang. Net Economic Welfare – NEW], alternatywnej wobec PKB koncepcji, według której, mierząc rozwój, musimy pamiętać o jego kosztach, o wolnym czasie, który tracimy, pracując, zanieczyszczeniu środowiska, które generują fabryki. Nordhaus, od lat zaangażowany w walkę ze zmianami klimatu, nie wierzy w to, że dramatyczne apele odwołujące się do etyki mogą przekonać wielkie korporacje i rządy mocarstw do zmiany nastawienia. „Jeśli chcesz, żeby firmy dbały o środowisko, musisz sprawić, że będzie im się to opłacało” – tłumaczy, a w swoich koncepcjach zrównoważonego rozwoju proponuje nałożenie wysokich podatków za każdy gram dwutlenku węgla wyemitowanego do atmosfery.

W takim systemie marka odzieżowa będzie musiała pomniejszyć swój roczny zysk o koszty związane z zanieczyszczeniem środowiska przez fabryki w Bangladeszu, które produkują ich odzież, oraz zapłacić podatek za niskie standardy zatrudnienia, jakie proponują swoim szwaczkom. Koncepcja zrównoważonego rozwoju zakłada, że możemy zaspokajać swoje potrzeby bez wykorzystywania społeczeństw biedniejszych państw i niszczenia środowiska. To hasło stało się tak popularne, że dziś na sztandary wpisują je nawet największe i najbardziej chciwe korporacje. I nawet jeśli robią to ze strachu przed utratą dobrego wizerunku, która spowodowałaby odpływ klientów, liczy się efekt.

zrób #ekopostanowienie

– Jesteśmy zagonieni, pochłania nas wysokoemisyjna rozrywka, za którą dużo płacimy, więc musimy na nią zarabiać. To bez sensu, bo wszelkie dane psychologów pokazują, że poziom życia materialnego wpływa na poczucie szczęścia w znacznie mniejszym stopniu niż więzi, relacje i działania, które dla nas samych i innych mają sens. Harowanie po kilkanaście godzin w korporacji po to, żeby dyrektor generalny zarobił jeszcze więcej, mało dla kogo ma sens. Dlatego coraz częściej dobrobyt definiuje się dostępem do czasu wolnego wysokiej jakości – mówi prof. Ewa Bińczyk. – Czasy dojrzały do zmiany. Jesteśmy w momencie, kiedy mamy okazję i wreszcie poważny pretekst, aby wybrnąć z tej konsumpcyjnej spirali.

Najmłodsze pokolenie wyraźnie daje znać, że nie chce być częścią takiego świata. Największą gwiazdą Szczytu Klimatycznego w Katowicach pod koniec 2018 r. nie był Arnold Schwarzenegger ani były wiceprezydent USA Al Gore, tylko 15-letnia Szwedka, Greta Thunberg, która zasłynęła wprowadzeniem „piątków dla klimatu” – od kilku miesięcy w piątki, zamiast do szkoły, idzie przed siedzibę szwedzkiego rządu i protestuje przeciwko niewystarczającym działaniom polityków na rzecz klimatu. W Katowicach spotkał się z nią sam sekretarz generalny ONZ António Guterres i kilku innych światowych przywódców. Nie miała dla nich dobrego słowa. Powtarzała: „Liderzy nas zawiedli”.

– Mam postanowienie, że w 2019 r. nie kupię żadnego nowego ubrania – mówi Areta Szpura. – To nie takie łatwe: to, w co się ubieram, jest dla mnie bardzo ważne, swój ubiór traktuję jako element mojej tożsamości. Ale zrobiłam porządki w szafie, oddaję i sprzedaję część ubrań, a resztę wymieniam z koleżankami – robimy sobie co miesiąc spotkanie przy winku, każda przynosi ciuchy, którymi chciałaby się podzielić, wymienić. W ten sposób co miesiąc mam coś „nowego”, co mogę na siebie włożyć, a z mojej szafy nie wysypują się stosy zmiętych ubrań.

Kilka tygodni temu użytkownicy Instagrama zaczęli masowo udostępniać swoje noworoczne postanowienia ekologiczne, opatrując je hasztagiem #myecoresolution. Supermodelka Cara Delevingne (ponad 40 mln obserwujących na Instagramie) rezygnuje w tym roku z korzystania z plastikowych butelek i słomek. Angielska aktorka Lily Collins (ponad 12 mln obserwujących) rezygnuje z plastikowych toreb w supermarkecie. Do ich akcji dołączają kolejne gwiazdy i zwykli użytkownicy mediów społecznościowych.

– Gdyby uderzył w nas meteoryt i przez to mielibyśmy wyginąć, to nie będzie nasza wina – mówi prof. Bińczyk. – Ale zaśmiecenie oceanów plastikiem, a nawet destabilizację klimatu możemy jeszcze zatrzymać, to leży w zakresie naszej sprawczości. Dlaczego nie mielibyśmy spróbować? Naukowcy nie mają wątpliwości, że w XXI wieku to największe wyzwanie dla ludzkości.

Ekologiczny słownik 2019 r.

  • ANTROPOCEN

Już ponad 30 lat temu naukowcy ogłosili, że skończyła się epoka holocenu, w którym ludzkość rozwijała się od blisko 12 tysięcy lat, a zaczęła się nowa epoka – antropocen, w której człowiek zaczął przekształcać całą planetę w sposób nieodwracalny, tak daleko idący, że nie ma już „środowiska” w sensie otoczenia przyrodniczego. Do końca stulecia utracimy około 50 proc. wszystkich gatunków flory i fauny. Na razie tracimy 14 gatunków rocznie. O tym, dlaczego, mimo alarmów naukowców, wciąż niszczymy naszą planetęi jak możemy ją uratować, profesor Ewa Bińczyk pisze w książce „Epoka człowieka. Retoryka i marazm antropocenu” (PWN).

  • PLASTIK

Od lat 50., kiedy skomercjalizowano plastik jako materiał codziennego użytku, wyprodukowano go ponad 8,3 miliarda ton. Tylko 9 proc. z tego zostało poddane recyklingowi. 12 proc. wyprodukowanego plastiku zostało spalone (powodując ogromne zanieczyszczenie powietrza), a 79 proc. zgromadziło się na wysypiskach śmieci, w rzekach i oceanach. Krótko mówiąc, prawie cały plastik, który kiedykolwiek został stworzony, jest nadal z nami.

Jeśli nie podejmiemy teraz zdecydowanych działań, to do 2050 roku, w oceanach będzie więcej kawałków plastiku niż ryb. Tymczasem z roku na rok produkujemy go coraz więcej – w tym roku powstanie go od 320 do 350 milionów ton. Każdy z nas może sprawić, że ta produkcja się zmniejszy. Bardzo przekonująco pisze o tym dyrektor ds. Oceanów Greenpeace w książce „Jak zerwać z plastikiem” – przeczytacie w niej m.in. o tym, dlaczego ubrania warto prać w worku!

  • MIĘSO

Zwierzęta hodowlane, razem z ludźmi, stanowią dzisiaj 96 proc. wszystkich ssaków na ziemi. W celach spożywczych hoduje się dziś na świecie 70 miliardów zwierząt. Hodowla pochłania coraz większe połacie ziemi, lasy są wycinane po to, żeby powstawać mogły kolejne pastwiska. Przemysłowe hodowle mają druzgocący wpływ na naszą atmosferę – rocznie emitują tyle samo gazów cieplarnianych, co wszystkie samochody i samoloty świata. Według naukowców redukcja ilości spożywanego mięsa jest dla środowiska pilniejsza niż ograniczenie transportu. Ale nie musicie od razu przechodzić na weganizm – na świecie coraz popularniejszy staje się fleksitarianizm, czyli dieta polegająca na ograniczeniu mięsa. Przepisy i porady znajdziecie w książce Nicoli Graimes, „Wegetarianizm na pół etatu”.

  • MODA

Branża modowa emituje do środowiska więcej gazów cieplarnianych niż wszystkie loty międzynarodowe i żegluga morska łącznie. W ciągu minionego roku na śmietniki Unii Europejskiej trafiła ponad połowa kupionych w tym czasie ubrań, a tylko 0,8 proc. materiału używanego do ich produkcji wykorzystuje się ponownie. Dla tych z nas, które nie chcą wspierać fast fashion, powstała nawet specjalna aplikacja na telefon: Not My Style. Dzięki niej możesz sprawdzić dowolną markę odzieżową na świecie i przekonać się, czy tworzy swoje ubrania z szacunkiem dla środowiska i swoich pracowników.

Tekst ukazał się w „Urodzie Życia” 3/2019

Wideo

Poznaj historię miłości Agnieszki Woźniak-Starak i jej męża Piotra!

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Magda Mołek o pięknym, ale i trudnym macierzyństwie, a także Katarzyna Grochola z mężem o swoim tajnym ślubie…