Z pierwszej ręki

Podróże: W górę rzeki, w głąb duszy. Kongo oczami Marcina Kydryńskiego

MA 24 października 2015 13:34
Marcin Kydryński fotografuje Kongo dla Vivy!
Fot. Marcin Kydryński

"Dalej, zdaje się, nie ma już nic. Tu, gdzie spotykają się terytoria Kamerunu, Republiki Środkowoafrykańskiej i Konga stoi wieczny las. Ten czasownik zakłada nieruchomość, trwanie, tymczasem puszcza jest w ciągłym ruchu, oddycha, żyje. Choć nie jest to miejsce przeznaczone dla człowieka, żyją tu ludzie. O lesie mówią Ndzamba. Dla nich ma on duszę, którą nazywają Edzengi. Dusza lasu jest posłańcem najwyższego bóstwa, Komba. Czuła obserwacja natury jest zatem rozmową z bogiem" - Marcin Kydryński, dziennikarz, podróżnik i fotograf, pisze o Kongo dla "Vivy!" w nowym cyklu podróżniczym "Z pierwszej ręki".

 

Ouesso, północne Kongo. Dlaczego tu wróciłem? Czemu w ogóle zależało mi na wędrówce w górę rzeki, i dalej biegiem Sanghi aż na koniec świata. Pół roku wcześniej dotarłem tu lądem, przez Kamerun. Zachorowałem. Zawalczyłem. Przeżyłem. Powroty w miejsca naszych życiowych dramatów oswajają te dotąd zaklęte przestrzenie. Pozwalają nam sięgnąć w głąb własnych lęków, stawić im czoło. Ułatwiają zrozumienie puszczy czasem trudniejszej do poznania niż las wnętrza Afryki: naszej duszy.

 

Do wnętrza


Czemu jednak ruszyłem tu wtedy, po raz pierwszy? Wśród ważnych lektur młodości tkwiła szczupła książeczka, o której mówi się, że zapoczątkowała XX wiek.

 

Fot. Marcin Kydryński

 

"Podróż w górę rzeki była jak cofanie się do najwcześniejszych początków świata, kiedy roślinność panoszyła się na ziemi, a wielkie drzewa były królami. Pusta rzeka, wielka cisza, nieprzebyty las. (…)" - pisał kapitan rzecznego statku na Kongu. Joseph Conrad. Myślałem o nim często, jako chłopiec mijając dom przy Nowym Świecie w Warszawie, gdzie mieszkał, będąc dzieckiem. Jeśli z mojej ulicy mógł dotrzeć aż tak daleko, to ja uwierzyłem, że potrafię podążyć jego śladem.

 

Każda podróż jest w rzeczywistości wędrówką do własnego wnętrza, to truizm. Jakże inne doznania towarzyszą jednak człowiekowi podczas Grand Tour po muzeach Włoch, na grzbiecie wielbłąda na szlaku przez Saharę i na łodzi, która zabiera go rzeką niczym wielką żyłą, do serca kontynentu, który Afrykanie często nazywają Matką. Antropologia podpowiada, że i my powinniśmy mówić o niej w ten sposób.
 

Brzeg, pamiętam z młodzieńczej lektury, szeptał do kapitana statku: "Chodź, dowiedz się". O sobie. Dowiedz się o sobie, myślałem wiele lat później na łodzi, która pod silny prąd niosła mnie w górę rzeki.

 

Fot. Marcin Kydryński

 

Ludzie lasu

 

Wojskowa łódź płynie z Ouesso w górę rzeki Sangha cztery godziny, nim dotrze do pierwszej stacji w puszczy Ndoki: Bomassa. Rzeka jest granicą. Dżungla po obu stronach: kameruńskiej i kongijskiej piętrzy się zwarta, spada wprost do wody, brak tu brzegów. Pojedyncze dzioborożce towarzyszą łodzi. Silnik zagłusza ich krzyki. Mijamy kilka pirog, parę podtopionych rybackich chat. Jedyne ślady człowieka. Woda jest wysoka i rwąca. Brzemienna w porze deszczowej. Las tłumi się gadaniem małp, żab, owadów, gdy zatrzymujemy się na chwilę, by zatankować bak z żółtego kanistra. Pachnie ropą, skwarem, potem i wolnością.


Droga z Bomassa do kolejnej stacji Mondika to parę godzin tunelem w głębinach lasu. Land cruiser łamie gałęzie, wzbija fontanny błota. Lepkie łapska tłustych liści czyszczą jego białą karoserię w tej naturalnej myjni. Chwytają zachłannie, są drapieżne, jakby chciały zadusić silnik. Wchłonąć żelastwo, przetrawić je, zapomnieć, unicestwić. Las gęstnieje, nasz trakt jest wąski jak komin. Po burzy w nocy padło kilka drzew. Trzeba się zatrzymać, wyjąć piłę spalinową i pociąć pnie na kawałki, które może przesunąć z drogi paru silnych mężczyzn. Potem długie godziny pełzania przez dżunglę, w mule, w bagnie po pachwiny, w kałużach po nocnym deszczu. W mrok.

 

Fot. Marcin Kydryński

 

W lesie mieszkają Baka. Moi przewodnicy i tragarze są z tej społeczności. Niewielcy, brunatni ludzie, żyją w chatach z liści.  Polują, łowią i zbierają owoce. Z roślin potrafią wytwarzać lekarstwa, ale i trucizny. Znana im  roślina iboga jest ponoć jednym z najsilniejszych środków halucynogennych na Ziemi. Wędrują, gdy zbiorą wszystko, a zwierzyna z lęku ruszy głębiej w puszczę.

 

Historia naszych spotkań z ludźmi lasu ma wiele trudnych kart. Jak ta z wyprawy Stanleya: jeden z członków ekspedycji na odsiecz Eminowi Paszy wysłał w paczce z solą odciętą głowę Afrykanina do specjalisty na londyńskim Picadilly, by mu ją wypchał.

 

Albo ta z Nowego Jorku w 1906, kiedy prezbiteriański misjonarz zorganizował wystawę w Zoo w Bronxie. Choć Kongo to ziemia goryli, Ota Bengi prezentowany był w małpiarni razem z pochodzącymi z Indonezji orangutanami. Zwracano szczególną uwagę na jego spiłowane zęby. Media sugerowały, że to w celu spożywania ludzkiego mięsa. Dla spotęgowania efektu rozrzucono wokół długie piszczele i kości udowe. Kongijczyk uwolniony w wyniku interwencji organizacji humanitarnych, został w Ameryce. Po latach popełnił samobójstwo.

 

Fot. Marcin Kydryński

 

Na tropie goryli

 

Wspomniałem nizinne goryle. Przyjechałem tu także dla nich. Widywałem wcześniej ich górskich krewnych w niegdysiejszym Zairze i parokrotnie na omszałych stokach wulkanów w Rwandzie. Osobliwe to były spotkania. Patrzyliśmy sobie głęboko w oczy. Znajdowałem w nich więcej mądrości, skupienia, namysłu niż w oczach wielu przedstawicieli mojego gatunku. Czekałem, aż przemówią do mnie. A przecież to działo się wciąż, tylko nie umiałem odczytać znaków. Niektóre z tych stworzeń, jak słynny w latach 70. Koko, posługują się językiem migowym ponad tysiąca precyzyjnych znaków.

 

Kolonialny wędrowiec Paul Belloni du Chaillu, który przywoził  z Konga skóry i szkielety goryli, pisał: "Bestie porywają kobiety i zaciągają je do swoich leży w głębi dżungli w celach zbyt plugawych, by o nich mówić". Jak łatwo udało nam się zmitologizować Afrykę. Do dziś uczymy się ją rozumieć.


W Kongu, inaczej niż w Rwandzie, by spotkać goryle, trzeba wędrować wiele dni. Potem pełzać. Wreszcie czołgać się w błocie. W kałużach własnego potu, w ciemności, zgniliźnie. Miliardy martwych owoców drzewa bemba wyglądają na dnie lasu jak potop zelówek po niepojętym holokauście. W pewnej chwili mocne doznanie zmysłowe; nagły wark, jakby na mgnienie włączonego dieslowskiego silnika.

 

Fot. Marcin Kydryński

 

"Ebobo! Goryl" - mówi Yo Yo, mój tropiciel. Idziemy i po chwili wchodzimy w smugę woni. W zapach, który trwa. Unosi się jak mgła na łąkach o zmierzchu, nieomal widzialny. Po zwierzęciu nie ma już śladu. Wisi tylko drażniący, wpół męski, wpół koci odór. Splot woni pekaesu w lecie z marcowym zbryzganiem piwnicznych okien przez napalone kocury. Zapach pociągający, jeśli zna się jego źródło. Utrzymuje się długo, przez dwa, może trzy zakręty ścieżki, nim rozpłynie się i zniknie w zbutwieniu zgasłych liści.

 

Imię dla słonia

 

W trzeciej i ostatniej stacji, Mbeli Bai, spotykam Janę. Belgijkę, studentkę biologii. Stoi na drewnianej platformie wysuniętej nad leśną polaną. 13 hektarów bagnistej łąki w najbardziej dziewiczym lesie Afryki. Nie dotkniętym wciąż jeszcze piłą leśnika. Odwiecznym. Pracują z nią Marie i Val. Te trzy kobiety na końcu świata stanowią całą załogę stacji. Rozmawiamy o słoniach leśnych. Zwracam uwagę na ich powab. Są nieco mniejsze i zgrabniejsze od ich kuzynów z sawanny. Martwi mnie tylko, że uczone, notując informacje o każdym ze zwierząt, traktują je tak bezosobowo. Słonie mają tu jedynie litery określające płeć i podporządkowane im numery. Proponuję, by nadawać im imiona.

 

Dziewczyny znikają we wnętrzu bungalowu zawieszonego wysoko wśród drzew. Wracają ze śmiechem, pokazują księgę badanych zwierząt, z nowym wpisem: "Zgodziłyśmy się, że numer AM 26-ten, który teraz kąpie się w stawie, będzie miał na imię Martin, na pamiątkę naszego spotkania!".

 

Fot. Marcin Kydryński

 

W powietrzu wisiała burza, chmury ciążyły ku ziemi. Nocą lunęło, jak z przerwanej tamy na rzece. Wyszedłem z namiotu, rozebrałem się do naga i wziąłem w deszczu upragniony prysznic. Po dwudziestu latach spędzonych w Afryce, pomyślałem, nagle taka historia.


"Lasy trwały nieporuszone jak maska - pisał Conrad - ciężkie, jak zamknięte drzwi więzienia - patrzyły z wyrazem ukrytej wiedzy, cierpliwego wyczekiwania, nieprzystępnego milczenia". Do mnie las Konga przemówił. Ofiarował dar. Przynajmniej na chwilę, na mgnienie jednego życia. Dookreślił mnie. Był jak świat cały, w którym znalazłem swoje miejsce. Prawda, że zupełnie nieistotne. Ale przecież i pomógł pogodzić się z poczuciem nieistotności.  A w najdalszym punkcie kontynentu, po dnie niedostępnego lasu, wędruje dziś słoń, który nosi moje imię.

 

Tekst i zdjęcia Marcin Kydryński

 

Fot. Marcin Kydryński

 

Fot. Marcin Kydryński

Wideo

Ten kosmetyk zmniejszy widoczność zmarszczek w ciągu jednej nocy!

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Niezwykła rozmowa z Grażyną Torbicką o jej wszystkich miłościach. A Remigiusz Mróz zdradza nam tajemnice swojego sukcesu!