WYWIADY VIVY!

Małgorzata Rozenek-Majdan: „W naszym przypadku rzeczywistość jest piękniejsza niż marzenie”

„Żyjemy w ciągłym zachwycie”

Beata Nowicka 2 listopada 2020 06:25

W ramach cyklu Archiwum Vivy!: wywiady przypominamy rozmowę Beaty Nowickiej z Małgorzatą Rozenek-Majdan i Radosławem Majdanem. Wywiad ukazał się w październiku 2020 roku w magazynie VIVA!.

Magazyn VIVA! Małgorzata Rozenek-Majdan i Radosław Majdan wywiad

Byli nieustępliwi w walce o swoje dziecko. Po trzech latach odnieśli sukces. „Dar od losu”, mówią o czteromiesięcznym Henryku i śmieją się, że rozpoznaliby go wśród miliona innych niemowlaków. O poświęceniu, wdzięczności i wyboistej drodze do szczęścia Małgorzata Rozenek-Majdan i Radosław Majdan w przejmujący sposób opowiadają Beacie Nowickiej. W rodzinnej sesji towarzyszą im: najmłodszy syn Henio, najstarszy Stanisław i średni syn – Tadeusz.

Cudowne jest to Wasze sześć kilogramów szczęścia.

Małgorzata: Nawet już trochę więcej. Nasz dar od losu. Czasami, kiedy człowiek bardzo długo o czymś marzy, boi się, że gdy jego pragnienia w końcu się spełnią, już nie będzie tak fajnie. W naszym przypadku rzeczywistość jest piękniejsza niż marzenie. Żyjemy w ciągłym zachwycie nad Henrykiem.

Radosław: Zanim pojawił się Henio, przyjaciele mówili mi, że narodziny dziecka są jak piorun. Wszystko się potwierdziło, ale emocje, które temu towarzyszą, trzeba przeżyć samemu. Myślę, że ci, którzy mają dzieci, czują w stu procentach, czym jest te sześć kilogramów szczęścia i miłości. Dziecko sprawia, że stajemy się lepsi. 

Poznalibyście Henia po zapachu w gromadce 20 niemowlaków?

Małgorzata: Poznałabym go wśród miliona. Kiedyś oglądaliśmy serial o pingwinach, które, wracając z połowów, kierując się jakimś szóstym zmysłem, wśród tysięcy pingwiniątek odnajdywały swoje maluchy. Pomyślałam wtedy, że miałam podobnie z każdym moim synem. Moje piękne i unikatowe pingwinki odnalazłabym na końcu świata.  

Radosław: Nie wyobrażam sobie, że mógłbym synka nie poznać, bo pachnie cudownie. Kiedy na niego patrzę, a on spogląda na mnie z uśmiechem i szeroko otwartymi oczami, zastanawiam się, do kogo jest bardziej podobny. Jak się złości, jest podobny do mnie, kiedy się uśmiecha, do Małgosi. 

Małgorzata: Mój mąż próbuje być miły, ale ewidentnie jest to syn Radosława.

Czy Twój stosunek do Małgosi zmienił się, odkąd zostałeś ojcem? Kochasz ją jeszcze bardziej?

Radosław: Kocham Małgosię bardzo mocno i zawsze ją kochałem, ale kiedy żona rodzi ci dziecko, przepaja cię olbrzymia wdzięczność za to, że chciała to wszystko przejść, że poświęciła kilka lat, co dla kobiety jest 
wyzwaniem. Małgosia zdawała sobie sprawę, że wspólne dziecko będzie dla nas wielkim szczęściem. Dzielnie znosiła procedury in vitro, które powtarzaliśmy, dziesiątki zastrzyków, które brała w brzuch, nasze momenty zwątpienia, smutku. Nie załamała się, tylko cały czas twardo stała na stanowisku, że musimy zrobić wszystko, żeby finał okazał się szczęśliwy. I udało nam się. Więc kocham ją tak samo mocno i czuję bezgraniczną wdzięczność za to, co dla mnie zrobiła. Byliśmy rodziną z dziećmi, a teraz 
ta rodzina jest pełna, wzbogacona o naszego synka.

Małgorzata: Mam poczucie, że nam udało się tylko dlatego, że oboje byliśmy nieustępliwi i nasi wspaniali lekarze: doktor Piotr Lewandowski i doktor Katarzyna Kozioł z kliniki leczenia niepłodności Novum, bo to im zawdzięczamy Henryka. Myślę ze smutkiem o tym, ile par zrezygnowało przedwcześnie z marzeń o własnym dziecku głównie ze względów finansowych. Dlatego tak bardzo zależy mi na tym, aby zabiegi in vitro były refundowane. 

 Kiedy poznałeś Małgosię, Staś i Tadzio byli małymi chłopcami, jeden miał siedem, drugi trzy latka i mieli własnego tatę. Musiałeś odnaleźć się w trudnej sytuacji. Na czym najbardziej Ci zależało?

Radosław: Na tym, żeby mi zaufali, żeby mnie zaakceptowali, bo wiedziałem, że to jest najważniejsze dla Małgosi. Kiedy spotykasz się z kobietą, którą kochasz, to naturalnie zaczynasz kochać jej dzieci. Chyba Tadzio zapytał mnie pierwszy: „Radku, kim ty jesteś dla mnie?”.

Małgorzata Rozenek-Majdan, Radosław Majdan, Stanisław Rozenek, Tadeusz Rozenek, Henryk Majdan, VIVA! 20/2020
Fot. Marlena Bielinska/MOVE

 Co mu odpowiedziałeś?

Radosław: „Jestem kimś, kto w każdym momencie twojego życia, gdy będziesz miał jakiś problem, będzie służyć ci pomocą”. Nigdy nie starałem się wchodzić w przestrzeń między chłopcami a ich tatą, którego kochają. Nie było tu konfliktu. Poznałem Tadzia jako malutkiego chłopca, wszedłem w nowe obowiązki i świetnie się z tym czułem. Moja obecność w życiu Stasia i Tadzia była definiowana tym, że jestem facetem, który kocha ich mamę i stał się ich przyjacielem. Dzieci z natury są otwarte i szczere. Kiedy okażesz im miłość, wrażliwość, odwdzięczą się tym samym. 

 Nie można kłamać, grać ani udawać. 

Radosław: To podstawa. Zawsze kochałem dzieci, wzruszały mnie, mój brat ma trójkę, moja siostra dwójkę dzieci, miałem z nimi superrelacje. Pewnie dlatego dogadaliśmy się z chłopakami i szybko mnie zaakceptowali. Nawet Małgosia przyznała, że kilka miesięcy drżała na myśl o tym, jak to będzie, kiedy ich poznam. Rozumiem, o co jej 
chodziło.

 O Twoją „reputację”?

Radosław: O to, kim byłem przed poznaniem Małgosi. Sportowcem, który ma dwa nieudane związki na koncie, który nie ma dzieci, który jak był kawalerem, mógł pozwolić sobie na trochę więcej. Była to opinia krzywdząca, ludzie uwielbiają wydawać krytyczne opinie o innych i szufladkować. Nie mogłem pojąć, dlaczego tak trudno ludziom uwierzyć, że mam dobre relacje z dziećmi? Bo byłem piłkarzem, bo kilka razy poszedłem na imprezę, bo… no właśnie, bo co? Dlaczego? Na jakiej podstawie można zawyrokować, czy ktoś jest dobrym materiałem na partnera dla kobiety z dwójką dzieci, czy nie? Myślę, że byłem oceniany bardzo powierzchownie. Zresztą w moim życiu wielokrotnie udowadniałem, że jestem człowiekiem wrażliwym, empatycznym i taki też okazałem się dla Małgosi i jej synów. 

Małgorzata: Przez kilka miesięcy nie spałam, myśląc o tym, jak to będzie. Gdy poznaliśmy się z Radziem, moment, w którym się zobaczyliśmy, był momentem, kiedy zrozumieliśmy, że chcemy być razem do końca życia. Zastanawialiśmy się tylko nad tym, jak to wszystko ogarnąć logistycznie. Dla mnie największym stresem była myśl o tym, jak ułożą się relacje Radka z chłopcami. Kiedy w końcu zobaczyłam ich razem, zrozumiałam, że niepotrzebnie odwlekałam tę decyzję. Żaden z nich nie musiał się oswajać, wysilać. To pięknie zadziało się samo, jak z nami. Jakiś czas temu oglądaliśmy stare zdjęcia z wakacji, zrobione tuż po moim rozwodzie z Jackiem. Na zdjęciach jestem ja, moi rodzicie i chłopcy. Tadzio zapytał: „A gdzie jest Radzio?”. Ja na to, że jeszcze wtedy Radzia nie było z nami, nie znaliśmy go. „Jak to? Naprawdę!?” – mój syn był kompletnie zaskoczony. Uświadomiłam sobie wtedy, że on nie pamięta życia sprzed Radzia, dla Tadzia mój mąż istniał zawsze. 

Małgorzata Rozenek-Majdan, Radosław Majdan, Stanisław Rozenek, Tadeusz Rozenek, Henryk Majdan, VIVA! 20/2020
Fot. Marlena Bielinska/MOVE

 Czego pragniesz dla Henia, co chciałbyś mu zapewnić?

Radosław: Przede wszystkim poczucie bezpieczeństwa, możliwość, żeby sam dokonał wyboru, kim chce być, żeby odkrył swoje pasje. Nigdy nie będę tatą, który zaspokaja własne ambicje kosztem dziecka, bo sam swoje zrealizowałem. Jako kilkuletni chłopak wychodziłem z piłką pod pachą na podwórko i bawiłem się, jako 30-letni facet pojechałem na mistrzostwa świata w reprezentacji Polski i spełniłem marzenia. Robiłem to, co kochałem. 

Małgorzata: Chciałabym, żeby Henio był szczęśliwym chłopcem, to jest najważniejsze. Jest mi obojętne, co będzie robił. Nie mam oczekiwań co do przyszłych zawodów synów. Sama chodziłam do szkoły baletowej, skończyłam prawo, a pracuję w telewizji. Nie da się zaplanować życia. Rodzice zawsze przykładali wagę do naszego wykształcenia, podróży i języków. Czerpałam z tego, co dzięki rodzicom udało mi się zobaczyć i przeżyć, teraz to samo robię z dziećmi. 

Czyli?

Małgorzata: Jako mama pragmatyczna wybieram dla synów najlepszą szkołę, pomagam rozwijać zainteresowania. Stanisław jest zafascynowany kulturą Japonii, więc uczy się japońskiego, ale nie jestem mamą, której dzieci biegają z zajęć na zajęcia. Tadeusz aktywnie szuka swoich pasji. Dużo podróżujemy, bo nic tak nie rozwija jak poznawanie świata. 

 To prawda, ale może rośnie Wam sportowiec…?

Małgorzata: Jeszcze jak byłam w ciąży, poszliśmy na USG i na zdjęciu Henryś miał szeroko rozłożone paluszki u dłoni. Radosław na to z zadowoleniem: „Ooo, to jest szeroki rozstaw palców, będzie bramkarzem”. Myślałam, że żartuje, patrzę na niego, a on jest śmiertelnie poważny (śmiech).

Radosław: Małgosia śmieje się ze mnie, ja oczywiście mówię to pół żartem, pół serio, ale chciałbym zabrać Henia na na jeden czy drugi mecz albo – jeśli nie będzie zbyt protestował – zapisać go na lekcje gry na gitarze. Marzy mi się, żeby mój syn czuł się zrealizowany. Bardzo chciałbym mu w tym pomóc.

 Margaret Thatcher lubiła powtarzać: „Dzieci najlepiej słyszą, kiedy mówi się nie do nich”. Hołdujecie tej zasadzie… 

Małgorzata: To jeden z moich trzech ulubionych cytatów. Śmiejemy się z Radziem, że Henryk będzie lewakiem. Jest wegetarianinem od urodzenia, z in vitro, nieochrzczony, Europejczyk, rodzice wspierają środowiska LGBT, bardziej na lewo już chyba nie ma nic (śmiech). A na poważnie, piękne w moim mężu jest to, że mając jakieś wyobrażenia czy oczekiwania wobec drugiej osoby, nie uważa, że musi być właśnie tak, jak on by chciał, co ewidentnie widać po naszych starszych chłopcach. Stanisław ma artystyczne uzdolnienia, można byłoby założyć, że Radzio chciałby, aby jego syn – bo tak traktuje moich chłopców – miał sportowe osiągnięcia, ale ponieważ Stasiek w ogóle tego nie czuje, Radosław wspiera jego własne pasje. 

 Jak tato Ciebie wychowywał?

Radosław: W szacunku do mamy, dziadków, osób starszych. Powtarzał, że jeśli coś robisz, musisz robić to z zaangażowaniem, co pomogło mi w byciu sportowcem. Mogłem w życiu pewne rzeczy zaniedbać, ale wszystko, co było związane z piłką nożną, traktowałem śmiertelnie poważnie. Tata był marynarzem, więc duży wpływ miała na mnie mama. Myślę, że moją czystą, szczerą wrażliwość odziedziczyłem po niej. Moja mama jest niesamowicie dobrym człowiekiem. 

 Byłeś karanym dzieckiem?

Radosław: Nie, rodzice dużo rzeczy mi wybaczali, chyba dlatego, że widzieli, jak bardzo jestem zaangażowany w to, co robię. Grałem w piłkę od 10. roku życia, do szkoły sportowej jechałem z domu ponad godzinę na drugi koniec Szczecina. Wychodziłem o 7 rano, wracałem o 19, po treningu. Nie wyjeżdżałem z kolegami na kolonie i biwaki, tylko jeździłem na obozy sportowe, gdzie była harówka i dyscyplina. Myślę, że rodzice doceniali moją determinację i poświęcenie. Ja też nie byłem trudnym dzieckiem, fantastyczny trener Włodzimierz Obst, który był jednocześnie naszym wychowawcą, miał prosty instrument, żeby nad nami zapanować. Kto sprawiał problemy, nie mógł przyjść na trening. 

Partnerstwo w związkach wciąż jest w Polsce kulawe, nieudolne. Wam się udało, jesteście naprawdę zgrani. 

Radosław: Nie ma złotego środka. Nie możesz komuś wytłumaczyć: „Zrób tak, będzie dobrze” albo „Nie rób tego, bo będzie źle”. Wbrew temu, co się o nas mówiło, oboje z Małgosią bardzo szybko pokochaliśmy się, dogadaliśmy i zaczęliśmy planować wspólne życie. Fajnie i pozytywnie zaskakiwaliśmy się od pierwszego dnia. Niedawno w prezencie na naszą rocznicę nakręciłem dla Małgosi film, a ona w tym samym czasie robiła to samo (śmiech). 

Małgorzata: Koleżanki często mnie pytały: „Jak wy to robicie?”, zaczęłam się nad tym zastanawiać i… nie wiem. U nas nikt na nic się nie umawiał. Nie było tak, że dzieliliśmy się obowiązkami: w poniedziałek ja robię to, we wtorek ty tamto. Radosław instynktownie przejął pewne rzeczy, inne ja. On odbiera chłopców ze szkoły, ale nie umie obsłużyć pralki. Ja uwielbiam robić rzeczy, które są związane z domem. 

Radosław: Wszystko układa się naturalnie. Od początku byliśmy bratnimi duszami: lubimy podróżować, jesteśmy rodzinni, kochamy zwierzęta. W wielu rzeczach się różnimy, ale potrafimy dyskutować, czasami sprzeczamy się, choć nigdy długo nie gniewamy. To element, który Małgosia wniosła do naszego związku. Bywam pamiętliwy, jak się pokłócę, zadra we mnie zostaje, a Małgosia nauczyła mnie, że szkoda na to czasu i energii. Przyznałem jej rację. 

Dobrze Ci idzie.

Radosław: Nie można być za dużym egoistą, nie można być małostkowym. Są rzeczy, na których bardzo mi zależy, tego się trzymam. Ale trzeba liczyć się ze zdaniem drugiej osoby. W życiu najważniejsze jest, żebyśmy dawali sobie szczęście, żeby moja żona i dzieci były zdrowe, mama, siostra i brat, których strasznie kocham, również. Jeśli bardzo chciałbym pojechać na wakacje do Włoch, a moja żona mówi: „Słuchaj, a może pojechalibyśmy do Francji”, to nawet przez sekundę nie będę się zastanawiał, tylko pojadę do Francji. Myślę, że facetowi w związku powinno sprawiać przyjemność sprawianie przyjemności swojej kobiecie. To nie jest służalczość czy uległość. To jest wewnętrzna pewność, że żona, którą kocham, daje mi tyle szczęścia i ja chcę się odwdzięczyć.

 Małgosia też się odwdzięcza. Robi Ci pełne czułości zdjęcia z George’em.

Małgorzata: Radosławowi zdarza się zdrzemnąć w ciągu dnia. Zawsze mu dogryzałam, że to niewyobrażalne, jak można spać w ciągu dnia i tracić czas. W ciąży sama tego doświadczyłam, tak mnie ścinało z nóg, że zasypiałam, a mój mąż robił mi zdjęcia, żeby mieć dowód. To były nasze żartobliwe przekomarzania, ale widok ukochanej śpiącej osoby jest wzruszający. Zwłaszcza kiedy śpi u boku uwielbianego psa (śmiech).

Radosław: George też jest moim synkiem. Jak boli go łapa, to choć waży 30 kilogramów, znoszę go po schodach i wnoszę, żeby nie musiał się nadwyrężać.

 Skoro mowa o przysypianiu, każdy z nas miał w dzieciństwie ukochaną przytulankę. 

Radosław: Nie pamiętam swoich zabawek, ale na pewno nie były tak niezwykłe jak te, które ma nasz synek teraz: mata do zabawy, szeleszczące książeczki, interaktywny szczeniaczek.

Małgorzata: Henio uwielbia zasypiać z Wydrą Usypianką. Jest tak dużo cudownych zabawek, że chciałoby się kupić dziecku wszystkie. Trzeba siły woli, żeby wybrać te pożyteczne i potrzebne. Zawsze obronią się klasyki, na przykład piramidka z kółek do układania czy sorter z klockami, które uwielbiali również Stasio 
i Tadzio. 

 Światowej sławy pediatra Benjamin Spock mawiał: „Dzieci są jak małe maszyny do uczenia się, łapią w mig wszystko, co widzą i czego doświadczają w otaczającym je świecie”.

Radosław: Henio ma już świado- mość, że może operować rączkami, więc uwielbia przekładać z ręki do ręki strony szeleszczącej książeczki w kształcie zwierzątka. Henio coraz więcej chłonie wzrokiem. Czasami wieczorem po kąpieli włączamy mu chmurkę, która świeci. Jej muzyka jest bardzo relaksująca i żartujemy, że robimy Heniowi klimat domowego spa.

Małgorzata: Niedawno odkrył swoje stopy. Śmialiśmy się z Radziem, bo wyraźnie myśli, że to jest jego trzecia i czwarta ręka (śmiech). Tak cieszy się tym odkryciem, że doświadcza obecności swoich stópek każdym zmysłem. Najpierw przyglądał im się badawczo i w skupieniu, a potem zaczął ssać duży palec. Uwielbiamy obserwować jego reakcje. Henio kocha towarzystwo, rozgląda się z zachwytem po swoim świecie i chłonie wszystko, co się wokół niego dzieje. Jest ciekawskim, rezolutnym dzieckiem. 

 Staś ma 14 lat, Tadzio 10, Henio cztery miesiące. To jest inna jakość macierzyństwa?

Małgorzata: Cały czas, kiedy zachwycam się Heniem, mam w tyle głowy czujnik, który uświadamia mi, że nie chciałabym, aby moi starsi synowie mieli poczucie, że dla mamy teraz jest fajniej niż wtedy, kiedy oni byli mali. Więc nie powiem, że teraz jest fajniej. Ale masz rację, że to jest zupełnie inne macierzyństwo. Kiedy urodziłam chłopców, byłam młoda, nie pracowałam, całkowicie skupiłam się na dzieciach, strasznie wszystko przeżywałam, bo nie miałam o niczym pojęcia, uczyłam się na własnych błędach. Teraz mam pracę, pomoc przy Heniu, cieszę się zaletami posiadania dziecka. Bardzo szybko wróciłam do pracy, uważam, że trochę za szybko, ale kiedy pojawiam się w domu, jestem ogromnie stęskniona za Heniem i zachwycam się, że go widzę. Kolejne macierzyństwo jest spokojniejsze. Znasz dowcip o złotówce?

 Nie.

Małgorzata: Kiedy twoje pierwsze dziecko połknie złotówkę, jedziesz na ostry dyżur do szpitala i umierasz ze strachu. Kiedy drugie dziecko połknie złotówkę, dajesz mu środek na przeczyszczenie i czekasz w domu, aż sam ją wydali. Kiedy trzecie dziecko połknie złotówkę, odliczasz mu od kieszonkowego. To jest to. Przy Heniu nie przejmuję się połową rzeczy, nad którymi trzęsłam się przy starszych 
chłopcach.

Praca ma teraz nowy posmak?

Małgorzata: Bardzo lubię swoją pracę, bo robię różne rzeczy, wchodzę na plan w telewizji jak do siebie, to jest moja scena, wiem, jak to się robi, fascynują mnie social media, czuję, że jestem w tym dobra i to mnie uskrzydla. Znalazłam się na planie najnowszego filmu Patryka Vegi, dostałam jedną z głównych ról, to ogromne wyzwanie aktorskie, które mnie dużo kosztuje emocjonalnie, a jednocześnie daje mnóstwo satysfakcji. Jutro zaczynam zdjęcia do komedii romantycznej. Czas od narodzin Henia przyniósł mi wiele fajnych projektów, ale nawet przed „epoką Henia” miałam świadomość, że to jest tylko praca. Ja nie żyję dla pracy i nigdy nie żyłam. Dla mnie nadrzędną wartością jest rodzina. Nasz najmłodszy syn trafił do ciepłego i pięknego w sensie uczuciowym domu.  

Wideo

Marynarki, kardigany, sukienki maxi, kozaki na słupku. Te produkty będą modne jesienią i zimą 2020/2021

Polecamy

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

ANITA WERNER I MICHAŁ KOŁODZIEJCZYK Dziennikarka TVN i dyrektor redakcji Canal+ Sport. Dziennikarskie DNA połączyli, pisząc razem książkę. A wcześniej... zakochali się w sobie. WOJOWNICZKI Marsz na Wersal, „długi piątek” w Islandii, protesty w wyniku zaostrzenia prawa aborcyjnego w Polsce… Kobiety od zawsze musiały walczyć o swoje prawa. EWA WACHOWICZ – zaskakujący bilans 50-latki. PIOTR MACHALICA o dorastaniu, życiowych rebeliach, miłości i wolności. W cyklu EXTRA Słynny fotograf – Steve McCurry uchwycił w obiektywie niezwykłe relacje między zwierzętami a ludźmi.