WYWIADY VIVY!

Weronika Rosati: „Każdy z nas nosi w sobie jakieś traumy… ”

„Z wiekiem stałam się bardziej wyrozumiała”

Beata Nowicka 15 maja 2020 06:21

W ramach cyklu Archiwum VIVY!: wywiady przypominamy rozmowę Beaty Nowickiej z Weroniką Rosati. Wywiad ukazał się w styczniu 2015 roku w magazynie VIVA!.

Magazyn VIVA! Weronika Rosati wywiad

Mówi, że jej zawód polega na walce. Walczy z mediami o swój wizerunek, z paparazzi, którzy jeżdżą za nią pięcioma samochodami, kiedy chodzi o kulach. Walczy o role, kontrakty, o wszystko. Mimo to nadal idealizuje świat. O przeznaczeniu, podwójnym życiu i o tym, czego boi się w kobietach, Weronika Rosati opowiada Beacie Nowickiej. Wywiad ukazał się w styczniu 2015 roku w magazynie VIVA!.

Czekając na Panią, czytałam „Szpiega doskonałego” Le Carré i natrafiłam na ciekawe zdanie wypowiedziane przez głównego bohatera: „Skradli mi życie sprzed nosa, a ja stałem jak gapa”. Pomyślałam, że Pani nigdy nie stała jak gapa. Drobna i delikatna, a z uporem walczy i walczy, żeby tego życia nikt Pani nie ukradł. 

Jest takie słowo po angielsku, które brzmi „drive” i nie ma dobrego polskiego odpowiednika. Wydaje mi się, że to jest bardzo adekwatne słowo, jeśli chodzi o mnie. Od dziecka musiałam mieć całkowicie wypełniony dzień. Chciałam chodzić na wszystkie zajęcia naraz. Od zawsze miałam poczucie, że nie mogę tracić czasu. Gdyby mnie pani zapytała, co jest dla mnie największym problemem, powiedziałabym, że cały czas brak mi czasu na coś. Bo on albo za szybko ucieka, albo jest go za mało, albo pojawia się w niewłaściwym momencie. Jednocześnie nie mam w sobie za grosz cierpliwości. Każdego dnia wieczorem bardziej męczę się myślami, że czegoś nie zrobiłam, niż cieszę się, że coś mi się udało. 

 Rozumiem, że dla Pani przysłowiowa szklanka jest zawsze od połowy pusta.

Niestety, taką mam naturę. Ale przy tym nigdy nie miałam poczucia, że muszę być pierwsza i najlepsza. Za to zawsze miałam poczucie, że to, co robię, nie wystarczy. Jakbym miała w stosunku do siebie wymagania, których nie mogę zaspokoić. Bywały takie momenty, że sama siebie strofowałam: „Weronika, zachowaj ten moment, to jest niesamowite, tyle osiągnęłaś”. 

 Ma Pani takie wyjątkowe fotografie w pamięci?

Mam takie stop-klatki. Byłam w Los Angeles, kiedy dostałam od mamy wiadomość, że zostałam nominowana przez Polską Akademię Filmową do Orła w kategorii najlepsza główna rola kobieca za film „Obława”. Pomyślałam wtedy: OK, uff, chyba się spodobałam, bo na tym to polega tak naprawdę, żeby ludziom się podobało to, co robię. Pamiętam też, że w myślach sama do siebie powiedziałam: „A teraz musisz mieć chwilę, żeby się tym cieszyć”. 

 W „Obławie” zagrała Pani fantastycznie, nominacja do Orła była zasłużona, ile się Pani cieszyła? Minutę, pół dnia?

Tak szczerze? Nie umiem długo cieszyć się takimi rzeczami. Dzielę się tą radością z najbliższymi, a potem od razu widzę kolejne przeszkody. Może to wynika z tego, że moje życie jest przepełnione ekstremalnie różnymi sytuacjami, skrajnie różnymi doświadczeniami, rzeczami, które są niesamowite i magiczne, a zarazem rzeczami, które są dramatyczne i tragiczne. Nadal nie wiem, czy nadmiar tych emocji jest fajny, czy może wolałabym mieć spokojne, bardzo unormowane, regularne życie. W moim życiu nie ma nic regularnego. 

 Wszystko jest poza schematem.

Jak w filmach i w kinie. Jednego dnia mam rolę, drugiego nie mam nic, bo produkcja nie ma dla mnie miejsca albo na przykład złamałam nogę. Nauczyłam się, że jutro nie jest pewne. 

Pani się tego nauczyła czy to jest forma samoobrony przed nadmiernymi oczekiwaniami wobec życia?

Myślę, że nadal idealizuję życie. Idealizuję w takim sensie, że wyobrażam sobie cały czas, jak bym chciała, żeby było. Nie przestałam marzyć. Ale już od bardzo dawna nie idealizuję ludzi. Poznałam tyle samo wrogów, którzy chcieli mnie skrzywdzić, zrobić mi coś złego, ile wspaniałych ludzi o wielkim sercu, niezwykłych osobowościach, którzy mnie wiele nauczyli i pozostawili trwały ślad w mojej duszy. 

 Jaka jest elementarna różnica pomiędzy tym, jak ludzie Panią traktują w Polsce i w Stanach?

Największa różnica polega na tym, że w Stanach jestem anonimowa. Mam prawo do całkowitej prywatności. Ludzie oceniają mnie wyłącznie na podstawie tego, jaką jestem osobą i jak wykonuję swoją pracę. Przychodzę na casting i nikt nie ma pojęcia, kim jestem. Jedynie to, co zagram na tym castingu, ma dla tych ludzi znaczenie. A prywatnie – to myślę, że w Stanach nikt się mnie nie boi na początku, w momencie poznania. 

 A tu się boją?

Nie mają pewności, kim jestem. Często budują swoje wyobrażenie na podstawie tego, jaki mój wizerunek stworzą media. To jest obraz, który ja muszę zburzyć i zawsze burzę, bez względu na to, czy jest dobry, czy zły, ponieważ to nie jestem ja. Więc w Polsce bardzo często słyszę, że jestem zupełnie inna, niż się wydaje. Nie mam w sobie takiej próżności i nie oczekuję, żeby mnie wszyscy ludzie lubili, ale chciałabym żyć swoje życie, a nie wiecznie tłumaczyć się ze wszystkiego ani…

…tak dużo walczyć. 

Walczę z paparazzi, którzy jeżdżą za mną pięcioma samochodami, kiedy chodzę o kulach. Mój zawód polega na walce. Muszę walczyć o role, muszę walczyć o kontrakty, muszę walczyć o wszystko. Tylko że walka o rolę na castingu jest uczciwa, ale naruszanie mojego prywatnego życia jest nieuczciwe.  

 Zagrała Pani naprawdę świetną rolę w „PitBullu”, teraz w „Obławie” i za każdym razem, zamiast propozycji, kolejnych wyzwań, następuje cisza. Jakby reżyserzy wiedzieli, że jest Pani bardzo utalentowana, ale… nie wiedzieli, co Pani zaproponować. 

Myślę, że trochę dlatego znalazłam się w Stanach. Oczywiście zawsze byłam zafascynowana kinem amerykańskim i marzyłam o szkole Lee Strasberga. Aż w końcu wylądowałam w Stanach, właśnie w szkole Strasberga, na którą zarobiłam, grając w polskich serialach, ale to, że zostałam tam na dłużej, wynikało z tego, że nie było dla mnie filmów tutaj. Gdyby po „PitBullu” przyszły propozycje, pewnie pracowałabym i żyła w Warszawie.

Weronika Rosati
Fot. Mateusz Stankiewicz/AF PHOTO

 Zastanawiała się Pani kiedyś, dlaczego tak się stało? Nie po to, żeby się użalać, tylko żeby zrozumieć. Chyba że tego nie da się zrozumieć.

Myślę, że w „PitBullu” byłam najbardziej kontrowersyjną odtwórczynią. Być może ludzie nawet myśleli, że ja po prostu taka jestem, jak w tym filmie. Ludzie, którzy mnie wówczas nie znali, po obejrzeniu filmu na festiwalu filmowym w Gdyni byli przekonani, że oglądają naturszczyka, jakąś rumuńską dziewczynę, która gra samą siebie, bo jeszcze wtedy nie mieli pojęcia, że ktoś taki jak Weronika Rosati istnieje. Dostawałam potem jakieś epizody, ale bolało bardzo, że te duże role nie przychodzą. Wtedy, trochę z braku wyboru, postawiłam na seriale, bo chciałam pracować. Chciałam zarobić na wymarzoną szkołę w Nowym Jorku, zarobiłam i pojechałam tam się uczyć. Więc może tak miało być? Tak naprawdę nie potrafię do końca odpowiedzieć na pani pytanie, dlaczego tak jest, ale pogodziłam się z tym. 

Mimo wszystko dziwię się, że po „Obławie” było podobnie. 

Myślę, że po prostu trudno mnie obsadzić, to po pierwsze. Druga rzecz jest taka, że pechowo, parę miesięcy po wejściu filmu na ekrany, miałam wypadek, który mnie unieruchomił. Więc to wszystko razem tak się składa. Mówię o tym nie po to, żeby się skarżyć, tylko dlatego, że rozmawiamy o tej walce. Czasami myślę, że pewnie wielu ludzi wyobraża sobie, że jest mi w życiu łatwo. I jeśli powiem: „Nie, nie jest mi łatwo”, ludzie pomyślą, że nie mówię prawdy.  

 To ja powiem, że ma Pani talent, który zasługuje na coś więcej niż epizody. 

Dziękuję bardzo. Ale rzeczywiście ja wstaję rano i myślę sobie: Dobrze, ja tę walkę dzisiaj muszę stoczyć. I robię to. Nie walczę ze światem, to nie ma z tym nic wspólnego. Po prostu od roku chodzę codziennie na rehabilitację, cały dzień jest do tego dostosowany, a i tak nadal wielu rzeczy nie wolno mi robić. To wszystko przekłada się na moją pracę, na propozycje, które mogę przyjąć. Skoro już o tym rozmawiamy, a były różne przekłamania na temat tego wypadku, chcę powiedzieć, że miałam bardzo poważny uraz.

Wiedziała Pani o tym od początku?

Wiadomo było, że to jest uraz, który będzie wymagał leczenia przez dłuższy czas. Przeszłam dwie operacje, które mnie wycięły z życia na rok: gips, kule, rehabilitacja. A teraz czeka mnie jeszcze jedna operacja. I muszę pani powiedzieć, że to kompletnie zmienia perspektywę. Jestem zupełnie inną osobą, niż byłam półtora roku temu. 

 Na czym ta inność polega?

Trochę na poczuciu lęku. Wcześniej byłam bardziej nieustraszona, w tym sensie, że nie istniały rzeczy, które by mnie przeraziły, o które bym się bała. Teraz jestem sto razy bardziej ostrożna. Chciałabym się pozbyć tego uczucia, bo bardziej mi to przeszkadza, niż pomaga. 

Weronika Rosati, Viva! lipiec 2016 jamnik
Fot. Mateusz Stankiewicz

Takie trochę hamulcowe myślenie. 

Właśnie tak. Mam nadzieję, że minie z czasem. Mówię o tym specjalnie, ponieważ wiem, że są osoby, które przechodziły przez podobne rzeczy i dokładnie rozumieją, co mówię. Tym, którzy są na etapie najgorszym, czyli początkowym, chcę powiedzieć, że to naprawdę mija. Podobno każde doświadczenie czegoś uczy, a to była bardzo trudna lekcja cierpliwości.  

 Zaczął się nowy rok, Pani ma urodziny. W pewnym wieku mamy coraz większą przeszłość, coraz mniejszą przyszłość. Myślała Pani o tym?

Od czasu wypadku nie robię żadnych postanowień. W ciągu jednej sekundy moje życie wywróciło się do góry nogami. Jeszcze przed operacją, będąc na bardzo silnych lekach przeciwbólowych i uspokajających, pytałam lekarza, czy w takim razie, skoro nie mogę lecieć do Stanów za trzy dni, to czy mogę za tydzień. W ogóle do mnie nie docierało, że moje życie zmieniło się diametralnie. I chyba jeszcze nie do końca potrafię to zaakceptować, dlatego cały czas sobie myślę, że może to jest taki sen i on zaraz minie. Z pewnością mam dużo więcej empatii. 

 A dla siebie też?

Ja nie mam wobec siebie litości. Myślę też, że jeszcze nie wiem, czego tak naprawdę to mnie nauczyło. Jeszcze nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Na razie nie chcę nawet o tym myśleć. Nie chcę też sprawiać wrażenia jakiejś ofiary, po prostu mówię o pewnym doświadczeniu, które spotyka wiele osób. Muszę doprowadzić do końca leczenie, to jest priorytet w moim życiu. Bezpieczniej jest nie podejmować innych wiążących decyzji. 

 Ale Pani wcale nie lubi bezpiecznych decyzji. Mam na myśli Pani wojowniczość w mierzeniu się z tym, co przynosi życie. 

Dlatego tak bardzo bliska mi jest postać Elizabeth Taylor, bo to była kobieta, którą władały pasje, empatia. Nikt nie zrobił tak wspaniałych rzeczy dla ludzi chorych na AIDS, jak ona. Miała wielką pasję życia, kierowała się zawsze sercem i ja też kieruję się sercem. Z jednej strony nie chcę planować, z drugiej nigdy nie miałam wykalkulowanych, wyrachowanych, przemyślanych decyzji. Staram się po prostu nie nastawiać na zbyt wiele. Za dużo od siebie oczekuję, tak naprawdę ten „drive”, o którym rozmawiałyśmy, jest obciążeniem. Na pewno doprowadził mnie do wielu sukcesów i wspaniałych projektów, bo ciężko pracowałam nad castingiem, nad rolą, ale jednocześnie jest wykańczający, momentami czuję się bardzo zmęczona. 

Od lat krążę między Krakowem a Warszawą i zdarza mi się, że kiedy otwieram rano oczy, przez ułamek sekundy nie wiem, gdzie jestem. 

Bardzo często to mam. Ostatnio przyleciałam ze Stanów do Włoch, ale w międzyczasie wpadłam na chwilę do Polski i kiedy na takim ciągłym jet lag obudziłam się w obcym mieszkaniu w Rzymie, to nie miałam pojęcia, gdzie jestem. To bardzo nieprzyjemne uczucie. Zabrzmi to strasznie banalnie, ale w Los Angeles czuję się wolna. Ta wolność nie polega na tym, że jestem tam sama i robię, co chcę, tylko na poczuciu, że żyję wśród ludzi, którzy nie mają żadnych uprzedzeń. Tam nauczyłam się tolerancji wobec wszelkiej inności. Uważam, że to jest moja największa zaleta. Myślę, że to jest najważniejsze w życiu i to się zwraca.

Kiedy przekracza Pani te kilka tysięcy kilometrów, zanurza się w inną przestrzeń czasową, w nieco odmienny świat, czuje się Pani również trochę inna?

Powiem tak, naprawdę uważam Los Angeles i Warszawę za mój dom. Nie umiem powiedzieć, co jest bardziej moim domem, dlatego że ja urodziłam się w Warszawie, mam rodzinę w Warszawie, ale osiedliłam się w Los Angeles i to była moja własna, niezależna decyzja. Jestem trochę samotnikiem z natury.

Weronika Rosati, styczeń 2015, 2/2015
Fot. Robert Wolański

 Zauważyłam.

W Stanach sama zbudowałam swoje życie: sama tam pojechałam, musiałam odnaleźć się w obcym mieście, wynająć mieszkanie, wszystko pozałatwiać. Powiem szczerze, że podziwiam tę 21-letnią dziewczynę, która dała sobie z tym wszystkim radę. Podziwiam się z perspektywy czasu. Nie jestem pewna, czy dziś by mi się chciało, po prostu. Może z powodu wieloletniego zmęczenia? Wszystkim. Nie wiem tego. Na pewno takie wyzwanie wymagało niewyczerpanych pokładów energii, siły woli, odwagi. Odwagi, żeby być w miejscu, w którym tak naprawdę nikogo się nie zna. Ja w ten sposób poznałam moich przyjaciół, którzy stali się tam moją rodziną. Więc można powiedzieć, że prowadzę schizofreniczny tryb życia, mając dwa domy i dwa życia, w których jestem tą samą osobą, moje wartości, moralność, mój sposób życia jest taki sam, inaczej tylko wygląda mój dzień. 

 Jak wygląda wersja amerykańska?

Najbardziej w moim życiu w Los Angeles kocham to, że nigdy nie jest tak, jak zazwyczaj. Nie można przewidzieć następnego dnia. Tuż po śmierci Elizabeth Taylor pisałam w moim mieszkaniu artykuł o niej i o Burtonie. Pisanie o aktorach, których lubię i podziwiam, sprawia mi ogromną przyjemność. Zawsze się do tego przygotowuję, oglądam wszystkie filmy, to jest cudowne w Stanach, że nie ma żadnego problemu, żeby je zdobyć, czytam wszystkie publikacje, oglądam albumy, odwiedzam miejsca dla nich ważne, rozmawiam z ludźmi, którzy z nimi pracowali. Miałam do tej pory bardzo dużo szczęścia, że dzięki moim znajomym w Stanach natrafiałam na takich ludzi i mogłam poświęcić na pisanie trzy miesiące. Trzy miesiące poza swoim życiem. 

Cudowny luksus. 

Też tak uważam. W każdym razie pisałam ten artykuł całą noc, skończyłam o 10 rano. Przez cały dzień byłam strasznie zmęczona i w ramach odreagowania, koło piątej po południu, poszłam sobie na zakupy, w dresie, co uwielbiam, i z moim psem. W pewnym momencie zadzwonił mój przyjaciel: „Weronika, nie wiem, gdzie jesteś i co robisz, ale jedź do domu i szykuj się na wieczór”, a ja na to: „Nie ma mowy, nie mam siły, jestem w dresie, w sklepie, mam brudne włosy i czuję się potwornie zmęczona, bo pisałam całą noc. Daj mi spokój”. Ale on się nie poddawał: „Weronika, uwierz mi, chcesz tam jechać”. „Nie ma takiej imprezy ani powodu, który by mnie zmusił do wyjścia z domu”. A wtedy on powiedział: „Weronika, mamy zaproszenie na imprezę w domu Elizabeth Taylor, za trzy godziny”. „OK, pędzę się przebrać, dawaj adres” (śmiech). Zresztą od tamtego czasu w różnych komentarzach przewija się temat czerwonej szmatki, którą mam na ręce. No więc ta szmatka pojawiła się na mojej ręce 17 kwietnia 2012 roku w domu Elizabeth Taylor. Od tamtej pory nigdy jej nie zdjęłam.

 Czyli symboliczna szmatka. 

Trochę tak. Wierzę, że każdy powinien mieć swój świat, pasje, swoją przestrzeń, marzenia, które nie zależą od tego, co inni o nich myślą i czy w nie wierzą. To daje niesamowitą siłę, a w wielu momentach wręcz ratuje życie. Ten dzień, kiedy byłam w domu Taylor, jest dowodem na to, że w życiu mogą się zdarzyć magiczne rzeczy. Kocham tę nieprzewidywalność w Los Angeles. 

 W Polsce zagrała Pani u Krzysztofa Zanussiego w „Obcym ciele”. Gra Pani bezwzględną, ambitną, gotową na wszystko dziewczynę z korporacji. Sam reżyser nie szczędził cierpkich słów na temat takich „radykalnych feministek, kobiet bez skrupułów i niemoralnych”. Lubi Pani Mirę? 

Mira to zbiór wszystkich kobiet, których się boję. Tworząc ją, inspirowałam się bardzo konkretnymi osobami.

 Ale czego konkretnie Pani się boi? Ich bezwzględności?

Raczej wyrachowania, manipulacji, zakłamania. Bezwzględność jest dziwnym słowem, które może być dobre i złe. Bardziej boję się kobiet, które są przekonane, że ciało i seksualność daje im władzę. I naprawdę tym manipulują. Wszyscy znamy takie kobiety, prawda? Ja tak zostałam wychowana i taką mam naturę, że wierzę w wartości, we wrażliwość. Powiem pani, jaka cecha w mężczyznach podoba mi się najbardziej przy pierwszym zetknięciu, zresztą nie tylko w mężczyznach – nieśmiałość. Taka nutka lekkiego speszenia jest czymś jednocześnie niezwykle rozczulającym i cholernie seksownym. Oczywiście jeśli nie jest fałszywa. 

Pani potrafi odróżnić prawdziwą nieśmiałość od fałszywej?

Myślę, że tak. Bardzo rzadko kobiety coś takiego mają i właśnie dziewczyna, którą gram, jest tego przeciwieństwem. Tak naprawdę Mira ma wiele kompleksów i urazów z przeszłości. Tłumaczę ją w ten sposób, że ona została bardzo skrzywdzona przez mężczyzn, zawsze była traktowana przedmiotowo, w związku z czym nawet nie myśli o tym, że mogłaby być fajną kobietą. Ona sama o sobie nie myśli dobrze. Mężczyźni wykorzystywali władzę, żeby ją wykorzystać, dlatego ona niczego nie pragnie bardziej niż władzy. To jest ta jej ludzka strona. Każdy z nas nosi w sobie jakieś traumy… W pracy zawsze staram się w każdej postaci znaleźć jej lęki. 

 W życiu też Pani próbuje zrozumieć innych ludzi, nawet jak Panią skrzywdzili?

Przeczytałam gdzieś takie ładne zdanie: „Bądź łagodna dla każdej osoby, którą spotykasz, bo nie wiesz, jaką walkę ona toczy”. Z wiekiem stałam się bardziej wyrozumiała. Wszystkie problemy z dystansu okazują się o wiele mniejsze. Kiedy patrzę z perspektywy czasu na różne moje przeżycia, myślę nawet, że niektóre osoby za surowo oceniałam. Podoba mi się to, że łagodnieję wobec ludzi, staram się bardziej ich zrozumieć.   

Wideo

Marynarki, kardigany, sukienki maxi, kozaki na słupku. Te produkty będą modne jesienią i zimą 2020/2021

Polecamy

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Córka ANNY PRZYBYLSKIEJ, OLIWIA BIENIUK, w jedynym takim wywiadzie: „Kiedy mama umarła, wchodziłam w najtrudniejszy okres dojrzewania i ono się trochę zatrzymało”. PIOTR BECZAŁA i KATARZYNA BĄK-BECZAŁA. Światowej sławy muzyk i utalentowana mezzosopranistka, która zamieniła karierę na rolę żony. Czy żałuje? KEANU REEVES, aktor, który chodzi własnymi ścieżkami. IZABELA TROJANOWSKA w czasach PRL-u szokowała ostrym, rockowym wizerunkiem. Ile dziś zostało z tamtej niepokornej dziewczyny? W CYKLU EXTRA Świat mody z powodu koronawirusa znalazł się na krawędzi.