WYWIADY VIVY!

Weronika Rosati: „Odkąd moja córka pojawiła się na świecie, jestem szczęśliwą i spełnioną osobą”

„Jest osobą, z którą najbardziej na świecie chcę spędzać czas”

Beata Nowicka 1 maja 2020 06:22

W ramach cyklu Archiwum VIVY!: wywiady przypominamy rozmowę Beaty Nowickiej z Weroniką Rosati. Wywiad ukazał się w czerwcu 2018 roku w magazynie VIVA!.

Magazyn VIVA! Weronika Rosati wywiad

Kiedyś jej dzień trwał kilkanaście godzin: praca, spotkania, treningi, przyjaciele, miłość, castingi, kino, teatr, tu wyjeżdżała, tam przyjeżdżała… Chciała być wszędzie naraz za wszelką cenę. Sześć miesięcy temu dobrowolnie oddała swoją wolność córce Elizabeth. Tylko Vivie! Weronika Rosati opowiada szczerze o swoim życiu, które wywróciło się do góry nogami. 

Jakimi oczami teraz patrzysz na świat?

Mamy. Oczami kobiety, dla której najważniejsze jest być dobrą mamą. Czyli taką, której córka jest zdrowa i szczęśliwa. Chciałabym dać jej wszystko, co tylko mogę, żeby miała wspaniałe życie. Mój zawód jest egoistyczny, pracujesz na własnych emocjach, własnych doświadczeniach, własnym ciele i to powoduje, że chcąc nie chcąc, nawet kiedy nie pracujesz, jesteś na sobie skupiona, a córka…

 …wybiła Cię z tego schematu?

Tak. Uważam, że to jest jedyny człowiek w moim życiu, który kiedykolwiek mnie ujarzmił. Poskromił i ujarzmił całkowicie. Dobrowolnie poddałam się jej władzy. Elizabeth nie jest dzieckiem, które swoim zachowaniem wymusza na mnie całkowitą uwagę i oddanie. Jest bardzo wyrozumiała, nie płacze bez powodu, śpi całą noc i dopóki mnie widzi, a wokół dzieje się coś interesującego, jest spokojna. Potrafi posiedzieć grzecznie w reżyserce, na kolanach u babci, a nawet pani garderobianej: patrzy w ekran, obserwuje mnie, rozgląda się wokół, uśmiecha. Więc to nie jest tak, że ona mnie poskromiła, bo cały czas płacze i czegoś się domaga. Ujarzmiła mnie swoją miłością, osobowością. Ma charakter, wie, czego chce. Od kilku dni na przykład awanturuje się, ponieważ wymyśliła, że chciałaby całą zabawkę wsadzić sobie do buzi, a nie potrafi. Jest ambitna, strasznie ją frustruje i złości się, że coś jej nie wychodzi.

 Widzisz w niej siebie?

W tym – tak. Zresztą podobno ja też byłam bardzo spokojnym dzieckiem, śmieję się, że potem sobie to odbiłam z nawiązką! Ona jest typem uważnego obserwatora. Przeszywa mnie tym swoim spojrzeniem… Poza tym jest osobą, tu zacytuję Audrey Hepburn, „która ma nieograniczoną i niezaspokojoną potrzebę miłości i czułości, żeby dawać i żeby dostawać”. Widzę to w niej. Kiedy ją całuję czy głaszczę po główce, ona zamiera, poddaje się chwili. Jest osobą, z którą najbardziej na świecie chcę spędzać czas.

 Niektórzy twierdzą, że aktorstwo to nie jest najlepszy sposób na osiągnięcie dojrzałości. A macierzyństwo – owszem.

Mam świadomość – odkąd jestem jej mamą – że tak naprawdę w  moim życiu jest wiele rzeczy, które wyobrażałam sobie inaczej, które chciałabym, żeby wyglądały inaczej, bo nie wszystkie są szczęśliwe czy udane. Nie odnoszę sukcesów na każdym polu. Ale niezależnie od tego wszystkiego, odkąd moja córka pojawiła się na świecie, jestem spokojną, szczęśliwą i spełnioną osobą.

 No tak… miłość matki to szczególny gatunek miłości, nieporównywalny z żadnym innym. Kiedy zobaczyłam, jak nadchodzisz z nosidełkiem i małą w środku, miałam wrażenie, że jakaś nastolatka dźwiga na spotkanie swoją siostrę. Jest Cię coraz mniej…

(śmiech). A nie jem mało, zaraz się o tym przekonasz. Miałam ogromny apetyt, kiedy urodziłam. Przez pierwszy miesiąc karmienia jadłam pięć razy więcej i nagle zrobiłam się dwa razy większa – stałam się M, a jestem XS. Po prostu kiedy pracuję intensywnie, bardzo chudnę. Ogromnie przeżywam swoją pracę, wkręcam się na maksa, a na dodatek to jest też praca fizyczna. Niedawno byłam pochłonięta nagraniem na planie polskiej wersji „Saturday Night Live”, czyli „SNL Polska” dla Showmaxu. Niby nie jest to produkcja, do której musiałam długo się przygotowywać, wchodzić w swoją postać, przeczytać masę tekstów na temat czasów, w których rozgrywa się dana historia, jak to robiłam chociażby przy filmie „Obława”, ale było to wymagające. W takich momentach zapominam o normalnych życiowych czynnościach, jak na przykład jedzeniu (śmiech). Wczoraj dziewczyny musiały na mnie szyć sukienkę, którą przymierzałam trzy dni wcześniej, bo tyle schudłam. Po prostu…

Weronika Rosati, VIVA! nr 17, sierpień 2019
Fot. Marlena Bielinska/MOVE

 …za bardzo się spalasz?

Jak w coś włożę serce, to na śmierć i życie. Jestem osobą, która całkowicie oddaje się temu, w co wierzy. Mam namiętną naturę. Tak samo jest z moim macierzyństwem. Od czasu kiedy zostałam mamą, macierzyństwo wypełnia mój cały świat. Wczoraj pomyślałam sobie: no, rzeczywiście, dziecko jest na planie, może byłoby jej lepiej w jakieś kołysce, w cichym pokoju? Ale potem widzę, że ona, siedząc mi na rękach, kiedy mam próbę, ma oczy na pół twarzy i wszystko jest dla niej pasjonujące. Po prostu widzę, że moje dziecko jest najszczęśliwsze przy mnie i to moja obecność, a nie warunki są dla niej najważniejsze. 

Jako pracująca mama niemowlaka jesteś pod ostrzałem krytyki? Czy wręcz przeciwnie, wzbudzasz uznanie, że potrafisz wszystko sprawnie pogodzić?

Przyznam, że z wielu stron czuję presję. Zaskoczenie i zdziwienie, że ja z nią pracuję. Że w ogóle pracuję.

 Bo powinnaś…?

Wziąć długi urlop macierzyński. Od początku miałam plan, że okres ciąży i pierwsze miesiące życia mojej córeczki poświęcę tylko i wyłącznie jej. I tak właśnie zrobiłam. Przez pierwsze pięć miesięcy nie rozstawałyśmy się ani na chwilę. Niestety, tak to jest w tym zawodzie z kobietami. Mężczyźnie rodzi się dziecko, a on na drugi dzień wchodzi na pół roku na plan zdjęciowy i świat się nie wali. Dlatego mam poczucie, że „pracująca zawodowo mama” nie jest aż tak popularnym zjawiskiem. Uważam, że każda z kobiet powinna wybierać rozwiązania, które są dla niej najlepsze. I zgadzam się z tym, że szczęśliwa mama to spełniona mama.

– Żeby nie zwariować, trzeba nauczyć się ignorować to, co myślą i mówią o nas inni. Odpuściłaś granie już w ciąży, ale cały czas domowym sposobem – nie wiem, jak to inaczej precyzyjnie nazwać – nagrywałaś castingi.

Myślałam sobie: nie mogę grać, choć to kocham, więc przynajmniej nagram chociaż casting, dla mnie to jest świetny trening. Pozwala zachować formę i sprawia ogromną przyjemność. A dodatkowo dzięki temu szefowie castingów o mnie nie zapominają. W Stanach Zjednoczonych dostawałam raz na tydzień trzy, cztery sceny do zagrania i nagrywałam je z mamą. Śmiejemy się, że niektóre nagrania przejdą do historii. Na walizkach budowałyśmy stojak do kamery, bo nikomu nie wpadło do głowy, czyli mnie, że można stojak kupić. Ciągle sobie powtarzałam: „Potrzebuję stojak do kamery”, ale mój problem polega na tym, że rano wychodzę w dwóch różnych butach, bo na nic nie mam czasu. Więc układałyśmy walizki, na walizkach książki, a na książkach kamerę. Często dostawałam casting na ostatnią chwilę, nie byłam w stanie nauczyć się tekstu, i wtedy bardzo pomocny okazał się wózek Eli, bo można było podnieść rączkę i ustawić wysoko iPada z tekstem. W tle stała moja mama, jedną ręką trzymała Elę, drugą obsługiwała kamerę, trzecią rzucała psu zabawkę, żeby nie szczekał (śmiech). A ja w tym wszystkim musiałam tylko skupić się i dobrze zagrać.

 Próbuję to sobie wyobrazić… Zawsze mnie czymś zaskakujesz. Zresztą opłacała Ci się ta kreatywność.

Właśnie z takiego castingu dostałam rolę i rozpoczęłam zdjęcia do amerykańskiego filmu fabularnego „Send it: the movie”, gdzie gram jedną z głównych postaci kobiecych u boku między innymi Denise Richards. Kręcimy nad oceanem, w pięknej miejscowości Rodanthe w Karolinie Północnej. Oczywiście jest ze mną córeczka ze swoją „granny”, jak mówią na planie na moją mamę. „Granny” to połączenie słowa grandma i nanny, w polskim dosłownym tłumaczeniu babcia i niania, czyli Bania (śmiech). Na zaproszenie ekipy dziewczyny często towarzyszą nam na planie.

 Ciężko jest czasami zakochanej mamie z zawodowymi ambicjami?

Nie jest łatwo to wszystko pogodzić. Czasami mam słabszy dzień, jestem zmęczona, ale już następnego łapię oddech i idę dalej. Staram się nie przerażać tym, ile mam do zrobienia, tylko rozkładam wszystko na interwały i skupiam się na tym, żeby to zrobić. To trochę jak z treningiem. Nie ma sensu myśleć, czy się na coś ma ochotę, czy nie. Trzeba po prostu nastawić zegarek i nie analizować. Zresztą chyba każda kobieta, nie tylko mama, tak ma. Żyjemy intensywnie. 

Weronika Rosati, VIVA! lipiec 2016, 14/2016
Fot. Mateusz Stankiewicz/AF PHOTO

Przydałoby się, żeby ktoś jeszcze przy małej pomagał. Jej tato na przykład…?

To nie jest łatwe z uwagi na jego wymagającą pracę i inne zobowiązania. Bardzo pomaga mi mama. Jest ze mną na planie i zajmuje się Elą, gdy ja nie mogę. Jestem jej za to ogromnie wdzięczna. Wspiera mnie też psychicznie. Zawodowo nie poradziłabym sobie bez niej. Ale czasami chciałabym jeszcze zrobić coś wyłącznie dla siebie, na przykład potrenować. Kocham ćwiczyć, ale nie dlatego, że mam obsesję figury, tylko potrzebę wysiłku fizycznego, który dobrze działa na moją głowę, psychikę. Każdy to wie, kto ma ze mną na co dzień do czynienia. Jak nie zaliczę swojej dawki treningu, lepiej się do mnie nie zbliżać. Teraz często jest ze mną Ela, w wózeczku albo w nosidełku. Na siłowni nauczyłam się jeździć na rowerku stacjonarnym z córką na rękach. W Stanach nawet ją na tym rowerku karmiłam.

 Dlaczego zdecydowałaś się urodzić w Stanach?

Z kilku powodów. Bardzo czekałam na Elę, od wielu lat chciałam zostać mamą, ta ciąża była wielkim marzeniem i chciałam ją przeżywać jak każda mama. Na spokojnie. Bez oglądania w sieci swoich zdjęć, gdy wyglądam fatalnie. Ciąża, a potem poród to jest bardzo intymny czas, chciałam mieć spokój, chciałam mieć tę radość wyłącznie dla siebie. Poza tym wiedziałam, że urodzę w grudniu, i w Polsce nie mogłabym nigdzie z nią wyjść. Pomyślałam, że nie ma nic piękniejszego niż dwa pierwsze miesiące życia spędzone w zalanej słońcem Kalifornii, na świeżym oceanicznym powietrzu. Brzmi to może jakoś luksusowo, ale ja przez lata tam mieszkałam, czasami tam pracuję i traktuję to miejsce jako swój drugi dom. Wynajęłam mieszkanie tuż nad oceanem, żeby codziennie chodzić z nią na spacery. 

Mała szczęściara.

Kolejny i najważniejszy powód – chciałam, żeby Ela dostała coś, czego ja nie mam – podwójne obywatelstwo. Dzięki pomocy moich przyjaciół i rodziny udało mi się wszystko zorganizować. Wybrałam szpital położniczy, specjalistyczny, ale zwyczajny, nie były to żadne luksusy. Moje znajome, które tam rodziły, powiedziały, że to jest bardzo porządny szpital, ma dobrą renomę, świetnych fachowców i nowoczesny sprzęt. W ramach ubezpieczenia miałam znakomite warunki, dodatkowo musiałam zapłacić tyko za opiekę lekarzy. Drożej kosztowałby mnie poród w polskim prywatnym szpitalu.

 Bałaś się porodu, fizycznego bólu?

Zdecydowałam się rodzić naturalnie, po pierwsze dlatego, że tak jest zdrowiej dla dziecka i szybciej wraca się do formy. Po drugie dlatego, że panicznie, histerycznie wręcz, boję się operacji i cięcia. To jest mój lęk od dzieciństwa. I szczerze mówiąc, głównie tego się bałam, ponieważ mała nie była drobną kruszynką. Rosła, rosła i rosła… aż w którymś momencie lekarz powiedział, że jeśli dalej będzie tak rosła, być może trzeba będzie zrobić cesarkę. Ale jak się nad tym teraz zastanawiam, to cały czas myślałam przede wszystkim o tym, żeby nie było komplikacji i żeby dziecko urodziło się zdrowe. 

 Krzyczałaś?

Nie. Jestem emocjonalna, ale z drugiej strony też bardzo nieśmiała. Mimo że byłam w Stanach i mogłam sobie krzyczeć do woli – miałam pewność, że nikt nie napisze na pierwszej stronie, że Rosati darła się na porodówce – potraktowałam to zadaniowo: muszę sprawnie urodzić zdrowe dziecko, a nie histeryzować. Ja w ogóle jestem osobą, której brakuje pewności siebie. Nie krzyczę na ludzi, nie mam napadów szału. Nie jestem też apodyktyczna czy despotyczna. Ale podchodzę do życia uczuciowo. Jak wszyscy wiemy, czasami może nawet za bardzo (śmiech).

 Wybiegasz myślami w przyszłość czy córka stała się taką kotwicą, która zanurza Cię w codzienności?

Intensywnie myślę o przyszłości, mam marzenie dotyczące przyszłości. Na pewno już wiem, jak nie chciałabym, żeby moje życie wyglądało. Wiem z doświadczenia, że rzeczywistość i tak wszystko skoryguje. Nie chcę wdawać się w szczegóły, ale jeżeli spojrzysz obiektywnie, z dystansu na to, w jaki sposób Ela znalazła się na świecie, to ta historia mogłaby być scenariuszem taniej telenoweli, ckliwego dramatu albo thrillera psychologicznego. Właściwie każdego z gatunków filmowych, z naciskiem na meksykańską telenowelę. Moje życie jest nieprzewidywalne, więc nastawianie się na cokolwiek czy nawet marzenie o czymkolwiek wydaje się… iluzoryczne.

Weronika Rosati, VIVA! czerwiec 2018
Fot. Mateusz Stankiewicz/AF PHOTO

Rozmawiamy od lat, zawsze wierzyłaś w siłę marzeń.

Przez ostatni rok, kiedy byłam w ciąży, myślałam o tym, że chciałabym dostać fajną, krwistą rolę w polskim serialu, bo chciałabym mieć, jak już urodzę dziecko, taką stałą, ciekawą robotę. I to się udało! Wciąż wierzę w siłę marzeń, zresztą jestem żywym dowodem na to, że marzenia się spełniają. A najważniejsze to nie pozwolić, by ktokolwiek niszczył te marzenia.

 Czasami to właśnie jest najtrudniejsze.

Wiem. Teraz, mimo że nie mogę pewnych rzeczy przewidzieć czy zaplanować, bo życie nigdy nie będzie wyglądać tak, jak bym chciała, jak sobie wyobraziłam czy właśnie wymarzyłam, to teraz najważniejsza dla mnie jest Ela. Chciałabym dać jej jak najfajniejsze życie, zapewnić bezpieczeństwo, spokój, zdrowie na tyle, na ile mogę. Ale przede wszystkim dać jej moją obecność.

Masz poczucie, że Twoje życie zostało zepchnięte na margines, że istnieje tylko Twoje życie z nią?

Ale nie odczuwam tego negatywnie, bo moje życie z nią jest super. Kiedyś mój typowy dzień trwał kilkanaście godzin, ja w tym czasie robiłam milion rzeczy: praca, spotkania, treningi, wyjścia z przyjaciółmi, castingi, kino, teatr, koncert, tu wyjeżdżam, tam wracam, byłam wszędzie. Miałam zresztą takie poczucie, że MUSZĘ być wszędzie naraz, a jak mnie gdzieś nie ma, to koniec świata. Chciałam być jednocześnie na festiwalu filmowym w Cannes, na planie filmowym w Warszawie, na castingu w Los Angeles, na kolacji z przyjaciółmi, na plaży nad oceanem… Prześladowała mnie myśl, że gdzieś mnie nie ma. Teraz już nie odczuwam tego aż tak intensywnie. Mam córkę. Ona jest tylko i wyłącznie czymś, co zyskałam.

 „Jest plusem dodatnim”, jak mawiał pewien charyzmatyczny polityk.

(śmiech). Zyskałam osobę, która do końca życia, na swój sposób, będzie ze mną. To jest niesamowite uczucie. Ja jestem samotnikiem z natury. Jak wiesz, bo znamy się od lat, żyłam bardzo dużo sama. Nie z rodzicami, nie z mężczyzną, tylko sama. Bardzo lubię być sama. Artyści to rozumieją, że można mieć rodzinę, bliskich i być samotnikiem. Ale kiedy ma się dziecko i jest się kobietą, to się kończy.

 Mam wrażenie, że ona stała się elementem Twojej samotności.

Masz rację, jest w pakiecie. Jest ze mną w tym małym kółeczku: ja i ona. Mamy swój hermetyczny, mały świat. Jak ktoś jest fajny i go lubimy, zapraszamy na wizyty. Ona uwielbia ludzi. Przyleciała ze mną ze Stanów, mając dwa miesiące, uśmiechała się do stewardes i ani razu nie zapłakała. Zapłakała tylko raz, jak próbowałam wsadzić ją do specjalnej kołyski. Spojrzała na mnie wzrokiem: czy ty sobie ze mnie żarty robisz…?, i w ryk. Więc przez cały lot trzymałam ją na kolanach i była zachwycona. Widzę – no, teraz już każdy powie, że mi zupełnie odbiło – ale ja naprawdę czuję, że to dziecko lubi doświadczać nowych wyzwań, podróżować…

 W ogóle mnie to nie dziwi. Po prostu wpasowała się w Twoje życie.

Do tego szalonego obrazu z podróży musisz jeszcze dodać mojego psa Franka Sinatrę w torbie (śmiech). Ma półtora roku, jest wrażliwy i dużo mniejszy od niej. Mojemu psu wydaje się chyba, że jest starszym bratem Eli. Przynosi jej zabawkę, wciska pod nos i szczeka na nią, że ma mu ją rzucać. A ona oczy wytrzeszcza i patrzy na mnie pytająco. Niezrażony porażką przynosi jej kolejną zabawkę, bo przywłaszczył ich sobie mnóstwo, a szczególnie te, które piszczą. Rozbraja mnie kompletnie, kiedy tak się bawią. I rozczula. Prawdziwy dom: stworzenia zależne od ciebie, fajny harmider, wszędzie pełno życia i… rzeczy. Wszystkie rzeczy Eli są porozrzucane po całym mieszkaniu, bo każda musi być pod ręką. 

Życie wywróciło Ci się do góry nogami?

Odnoszę wrażenie, że jest o wiele ciekawsze, odkąd ona jest na świecie. Nawet o wiele bardziej cieszę się z pracy, daje mi więcej satysfakcji, jestem bardziej zdyscyplinowana, sprawia mi to większą przyjemność, bo nie pracuję tylko dla siebie. Mam poczucie, że cokolwiek zrobię, moja córka będzie kiedyś mogła to zobaczyć, przeżywać, może być ze mnie dumna. A ja będę mogła jej powiedzieć: „Wiesz, jak mama to kręciła, siedziałaś po drugiej stronie kamery, na kolanach u babci…”. 

 Od prawie trzech lat mieszkasz na stałe w Polsce, tu jest Twój dom, główna baza, sześciomiesięczna miłość życia i praca, którą kochasz. W serialu Michała Kwiecińskiego grasz…

…dziewczynę w moim wieku, która jest wziętą ambitną prawniczką, jest świetna w swoim fachu. Wszystko ma: dobre pochodzenie, superzawód, pieniądze, urodę i atrakcyjnego męża oraz koleżanki, które grają Kasia Zielińska i Julka Wieniawa, ale coś w tym wszystkim nie do końca jest OK. Jak to w życiu bywa, pozory mylą. Kiedy ją poznajemy, wydaje się, że ma wszystko, a właściwie nie ma nic. Przeżywa swoje dramaty i nieszczęścia, o których nikt nie wie. Wszystko jest ukryte pod fasadą idealnego życia. 

Wideo

Marynarki, kardigany, sukienki maxi, kozaki na słupku. Te produkty będą modne jesienią i zimą 2020/2021

Polecamy

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Córka ANNY PRZYBYLSKIEJ, OLIWIA BIENIUK, w jedynym takim wywiadzie: „Kiedy mama umarła, wchodziłam w najtrudniejszy okres dojrzewania i ono się trochę zatrzymało”. PIOTR BECZAŁA i KATARZYNA BĄK-BECZAŁA. Światowej sławy muzyk i utalentowana mezzosopranistka, która zamieniła karierę na rolę żony. Czy żałuje? KEANU REEVES, aktor, który chodzi własnymi ścieżkami. IZABELA TROJANOWSKA w czasach PRL-u szokowała ostrym, rockowym wizerunkiem. Ile dziś zostało z tamtej niepokornej dziewczyny? W CYKLU EXTRA Świat mody z powodu koronawirusa znalazł się na krawędzi.