WYWIADY VIVY!

Paulina Krupińska: „Nie walczę, żeby mieć więcej. Siedzę i czekam, a co sobie wymarzę, to się spełnia”

„Cieszę się, że ktoś dostrzegł we mnie potencjał”

Katarzyna Piątkowska 23 września 2020 06:25

Q ramach cyklu Archiwum Vivy!: wywiady przypominamy rozmowę Katarzyny Piątkowskiej z Pauliną Krupińską. Wywiad ukazał się w sierpniu 2020 roku w magazynie VIVA!.

Magazyn VIVA! Paulina Krupińska wywiad

Piękna, utalentowana, spełniona. Po co miałaby się z kimkolwiek ścigać? Ważniejsze dla niej były i są inne rzeczy: niezależność, uczucie, wychowanie szczęśliwych dzieci. „Nie walczę, żeby mieć więcej i więcej. Siedzę i czekam. A co sobie wymarzę, to się spełnia”, mówi Paulina Krupińska-Karpiel. O miłości, marzeniach, fascynacji górami, swoim „prawdziwym” domu i debiucie telewizyjnym w czasach pandemii opowiedziała Katarzynie Piątkowskiej. 

Żyjesz pomiędzy Warszawą a Kościeliskiem. Gdzie teraz jest Twój dom?

Dom jest tam, gdzie jesteśmy my – Tosia, Jędrek, Sebastian. Dla mnie dom to ważni, kochani ludzie. Kwestia miejsca i budynku jest sprawą drugorzędną. Na razie nasz dom jest w Warszawie, bo tu dzieciaki chodzą do przedszkola, a dla Sebastiana to też jest lepsza baza wypadowa na koncerty. Właściwie powinnam powiedzieć „była”, bo od początku lockdownu przecież nie koncertuje. Ostatnie miesiące spędził z dzieciakami w Kościelisku, a ja kursowałam pomiędzy Warszawą a Podhalem. Tam byli oni, a praca tutaj. Wczoraj zapytałam Tosię, gdzie wolałaby być, a ona odpowiedziała, że w Warszawie, bo tu ma koleżanki. Faktycznie, tam ma tylko kuzynów. A przecież nie pobawi się z nimi lalkami. Ale muszę przyznać, że w sumie nie wychodzi źle na obcowaniu z chłopakami, bo oni ją uczą różnych rzeczy. Ostatnio jeden z nich opowiadał jej historię „Titanica”. Ale dzieciom szybko się zmienia. 

 Dużo podróżujecie…

Tak, choć niektórzy pewnie uważają, że dzieci powinny mieć jeden dom, w którym będą żyły, będą się czuły bezpiecznie. Nasze dzieciaki bezpiecznie czują się przy nas. Takie prowadzimy życie, że ciągle nas gdzieś niesie. Ale dzięki temu wychowujemy dzieci otwarte na świat. Na przykład Sebastian całe młode życie spędził na Podhalu. Gdy przyjechał na studia do Krakowa, to czasami aż go głowa bolała od nadmiaru bodźców – hałasu, ludzi. A z kolei nasze dzieci są przyzwyczajone do zmian. Ale jak pójdą do szkoły, to tam, w górach.

Wyobrażasz sobie, że będziesz mieszkać w górach na stałe?

Teraz już tak, choć jestem bardziej dziewczyną z miasta. Całe dorosłe życie spędziłam w Warszawie i moje pierwsze wymarzone mieszkanie kupiłam prawie w centrum, na Ochocie. Wszędzie jeździłam na rowerze, chodziłam na piechotę. Wtedy nie mieściło mi się w głowie, że mogłabym wynieść się na obrzeża Warszawy, a co dopiero poza miasto. Sebastian, z jego potrzebą wolności, przestrzeni, wytrzymał trochę ze mną na tej Ochocie, ale gdy okazało się, że jestem w ciąży, skorzystał z okazji i namówił mnie na przeprowadzkę do swojego mieszkania na obrzeżach miasta. Wcześniej żadne nie chciało zrezygnować z naszych ukochanych miejsc. Wygrał rozsądek. Teraz nie wyobrażam sobie życia w centrum. A przed nami kolejny etap.

 Góry?

Cieszę się, że to wszystko dzieje się właśnie etapami. Ten rok, kiedy od marca byliśmy zamknięci w domach, pokazał mi, że Kościelisko jest dla nas wymarzonym miejscem do życia. Tam mamy przestrzeń, rodzinę i przyjaciół…

Paulina Krupińska, VIVA! 16/2020, Paulina Krupińska, VIVA! sierpień 2020, Paulina Krupińska-Karpiel, VIVA! sierpień 2020
Fot. Agnieszka Kulesza & Łukasz Pik/ DAS Agency

 I widok na Giewont.

I to jest bezcenne. Tam, na Podhalu, jest prawdziwe życie. Tam nikt nie zamyka drzwi na klucz. Jak idę do sklepu, rozmawiam ze wszystkimi po drodze. Wydaje mi się, że międzyludzkie relacje tam są głębsze. I wszystko dzieje się mimochodem. Jak nasza przyjaciółka jedzie z dzieciakami na konie, to zabiera też Tosię, jak kuzynka Sebastiana karmi swoje dzieci, to moje też dostaną obiad. Na co dzień doświadczam tam serdeczności i gościnności. Gdy przyjeżdżaliśmy na weekend albo na wakacje, bez przerwy chodziliśmy w gości. I nie musieliśmy dzwonić, żeby się umówić. Wiadomo było, że jak się pojawimy, to musimy każdego odwiedzić. W końcu zrozumiałam, że sama muszę mieć w domu zawsze coś dobrego do jedzenia i do picia, bo nigdy nie wiadomo, kto i kiedy do nas zajrzy.  

Poczułaś się jak u siebie?

Od kiedy nie muszę wozić ze sobą całego majdanu, czuję się tam bardziej u siebie. I teraz jeżdżę już do Kościeliska tylko z kosmetyczką, a nie z całą walizką rzeczy. 

 Słyszałam, że świętej pamięci Zofia Karpiel-Bułecka powiedziała, że musisz być odważna, bo sobie trudnego górala bierzesz.

Powiedz, znasz kogoś łatwego? Miałam kiedyś takiego łatwego faceta. Z pozoru nie był trudny. I był wylewny. I kochał mnie. A potem okazało się, że nie tylko mnie (śmiech). Pokutują stereotypy, że jak góral, to trudny, uparty. Ja też jestem uparta, a nie jestem góralką (śmiech).

 Gdy pierwszy raz jechałaś na Podhale poznać rodzinę Sebastiana, obawiałaś się, czy zostaniesz zaakceptowana?

Zaliczyłam bardzo dobry start (śmiech). Sebastian zabrał mnie do swojej siostry. Ile ja tam wypiłam! Żartowano potem, że jestem dobrą zawodniczką. A poza tym nie ja pierwsza w tej rodzinie nie jestem góralką. Szwagier Sebastiana wiele lat temu też przyjechał na Podhale z Warszawy. Poza tym wyszłam z domu, w którym nauczono mnie otwartości. Rodzice mnie tak wychowali, żebym w każdym towarzystwie czuła się dobrze i swobodnie. Sebastian szczególnie to u mnie ceni. Cieszy się, że wiem, kiedy komu i co powiedzieć. Często powtarza: „Jak dobrze, że jesteś taka otwarta i dużo mówisz, wtedy ja mogę odpoczywać” (śmiech). 

 To jaką żoną jeszcze jesteś, żeby mąż mógł odpoczywać?

Jestem logistykiem naszego wspólnego życia. Sprawiam, że nasza rodzinna machina dobrze działa. 

Na początku Waszemu związkowi nie wróżono przyszłości.

Nawet przeczytałam w gazecie wypowiedź jakiejś wróżki, że nie tylko nigdy nie weźmiemy ślubu, ale długo nie pobędziemy razem. Jesteśmy już razem tyle lat, mamy dwoje cudownych dzieci. Tworzymy coraz lepszy związek, bo z każdym rokiem coraz lepiej się znamy. I z lockdownu wyszliśmy umocnieni w przeciwieństwie do wielu par. Oczywiście kłócimy się, jak wszyscy, co tylko dodaje kolorytu naszej relacji. Szczególnie jak się godzimy (śmiech). Żyjemy w takich czasach, że często ludzie odpuszczają, bo jak coś się nie udaje, to nie chce im się o to zawalczyć. Nam się chce. 

Oboje jesteście uparci. Nauczyłaś się, kiedy odpuścić?

Albo kiedy dokręcić śrubę (śmiech). Ale nauczyłam się czytać Sebastiana. Wiesz, ja w ogóle jestem takim papierkiem lakmusowym, umiem wyczuć, kiedy ktoś ma stres, kiedy ma gorszy dzień. Dzięki temu mogę próbować poprawić mu humor, sprawić, że jednak nie będzie tak źle. 

Paulina Krupińska, VIVA! 16/2020, Paulina Krupińska, VIVA! sierpień 2020, Paulina Krupińska-Karpiel, VIVA! sierpień 2020
Fot. Agnieszka Kulesza & Łukasz Pik/ DAS Agency

Dużo z siebie dajesz innym.

Tego też nauczyli mnie rodzice. Jak sięgam pamięcią do mojego dzieciństwa, to widzę, że moi rodzice cały czas przy mnie byli. Byli dla mnie i dla mojego brata. Z tatą chodziłam na mecze, grałam z nim w piłkę. Z mamą robiłyśmy różne rzeczy w domu. Oni uczestniczyli w moim życiu i dawali mi poczucie bezpieczeństwa. Stworzyli cudowną, kochającą się rodzinę. A Pan Bóg postawił na mojej drodze Sebastiana, żeby dać mu rodzinę, jakiej sam nie miał jako dziecko. On wychowywał się bez ojca. Ja podpatrywałam codziennie związek moich rodziców, którzy w różnych sytuacjach okazywali sobie miłość. Jeden ze znajomych zapytał mnie kiedyś, czy nie obawiam się, że Sebastian nie będzie umiał stworzyć rodziny, że może dla niego naturalne jest bycie samotnym wilkiem. A jednak… człowiek nie jest stworzony do życia w pojedynkę. Gdy Sebastian poznał moich rodziców, od razu zaczął zwracać się do nich „mamo” i „tato”. Tak potrzebował rodziny. A ja na to pozwoliłam. Do dzisiaj to mnie bardzo wzrusza. Widzisz, nawet łzy mi się w oczach kręcą, jak ci o tym opowiadam. Moi rodzice pokochali go od razu, bo zobaczyli, że na mojej drodze stanął mężczyzna, który był gotowy na założenie rodziny. Zaufali mu, a on tego zaufania nie nadszarpnął. I nagle Sebastian stał się facetem z wielką rodziną, z dziećmi, z moimi przyjaciółmi i znajomymi. Widzisz, dużo osób naraz. Naturalne jest więc, że czasem potrzebuje od tego wszystkiego odpocząć, ale docenia to, co dostał.

Ty też doceniasz?

Bardzo. Mogę spokojnie nazwać się szczęśliwym człowiekiem. Cieszę się tym, co mam, i nie chcę niczego więcej.

Zazwyczaj ludzie im więcej mają, tym więcej pragną.

Ja mam wystarczająco dużo… czyli bardzo dobrego męża, zdrowe dzieci, dach nad głową. Mam czas dla dzieciaków, a tego nie kupię za żadne pieniądze. Ktoś mógłby pomyśleć, że stoję w miejscu, nie rozwijam się, nie mam marzeń. Mam marzenia. Chciałabym, żeby Tośka i Jędruś dobrze jeździli na nartach i na rowerze, żebyśmy mogli całą rodziną fajnie razem spędzać czas. 

 Myślałam, że zaskoczysz mnie jakimś marzeniem o kolejnym programie…

Dopiero zaczęłam prowadzić „Dzień Dobry TVN”. Nawet zastanawiałam się, jak to się stało, że tam trafiłam.

 Poszłaś na casting?

Zadzwoniono do mnie z produkcji, że wprowadzają zmiany i chcą urozmaicać program, czy w związku z tym bym nie przyszła na zdjęcia próbne. Tak naprawdę to myślałam, że znów dostanę propozycję poprowadzenia jakiegoś cyklu. A oni szukali prowadzącej. Udało się, z czego się bardzo cieszę, bo jest to dla mnie największe zawodowe wyzwanie. I powiem szczerze… ta praca była dla mnie wybawieniem, gdy nastała pandemia. Sebastian siedział z dziećmi i czasami marzył o tym, żeby znów otworzono przedszkola. A ja mogłam na chwilkę się wyrwać. 

 Zaczęłaś nową pracę i od razu lockdown, inne zasady pracy, wszystko nowe.

Śmieję się, że razem z Damianem, z którym prowadzimy program, ciągle debiutujemy. Jeden program poprowadziliśmy w normalnych warunkach, potem nastąpiły obostrzenia i praca niemal w pustym studiu z gośćmi po drugiej stronie ekranu zamiast na kanapie. Teraz znów względny powrót do normalności. Na szczęście jak patrzymy na wyniki programu, sprawdziliśmy się, więc z każdym kolejnym wydaniem powinno być lepiej. Cieszę się, że ktoś dostrzegł we mnie potencjał, a widzowie dobrze mnie przyjęli.

Wcześniej zostałaś zaszufladkowana jako śliczna dziewczyna od tematów urodowych i rodzicielskich.

Ale ja się na tym najlepiej znam (śmiech). Jestem nie tylko mamą, ale skończyłam też studia pedagogiczne. W tych tematach czuję się dobrze i swobodnie. Za czasów mojego panowania jako miss chciałam wszystkim udowodnić, że jestem ważna i jednak mam coś do powiedzenia. A teraz nie muszę już nic nikomu udowadniać. Nie denerwują mnie szufladki i że piszą, że ładna, że miła. O innych też nie piszą nagłówków, że mądra. Gdybym wynalazła lek na raka albo dostała Nobla, a nadal by pisano, że tylko ładna, to pewnie poczułabym się urażona. Ale ja prowadzę program śniadaniowy, więc się nie przejmuję. Niech piszą, że ładna. Gorzej, jak zaczną pisać, że ładna, ale stara (śmiech).

 Albo wyliczać Ci operacje plastyczne.

Tego nie zrobię, bo nie mam potrzeby, a poza tym mąż z chałupy by mnie jeszcze wygonił (śmiech). O, widzisz? Wstawiam słowa góralskie.

Zauważyłam.

Ale nie staram się specjalnie. Tak mi po prostu wychodzi. Sebastian często mi zwraca na to uwagę, a ja się wtedy dziwię, bo ja tego nie zauważam. Zresztą kiedyś „dźwiękowcy” myśleli, że jestem góralką, bo zazwyczaj akcentuję na pierwszą sylabę w zdaniu. „O! Nasza góralka!”, żartowali.  

 A poza tym widzieli Cię przecież na zdjęciach ze ślubu w góralskim stroju. 

Nie chodziło o to, że ja, warszawianka, teraz na siłę zostanę góralką, bo się zakochałam w Sebastianie. Żeby nie było, mam wielki szacunek do tradycji i kultury Skalnego Podhala. Z wielkim zainteresowaniem poznaję tamtejsze zwyczaje. Na przykład wiem już, jaki kolor chusty trzeba założyć na jaką okazję. Wiem, że do góralskiego stroju kobieta nie może mieć rozpuszczonych włosów, a na nogach musi mieć kierpce. Kierpce, nie buty. To mi zawsze Sebek powtarza (śmiech).

Nie bałaś się krytyki, że warszawianka, a bardziej góralska od rodowitych góralek?

Przecież ja nie robię nic złego. Bardzo podobają mi się tradycyjne stroje i z wielkim szacunkiem dla kultury Podhala je noszę. Słowa krytyki nie pochodzą od góralek i górali, których znamy, więc nie docierają do mnie bezpośrednio. W tej kwestii zdanie mojego męża jest ważne, a nie obcych osób. A on jest ze mnie dumny, że z taką łatwością tym przesiąknęłam. Na szczęście nieczęsto spotykam się z hejtem, choć na początku, gdy ogłoszono, że poprowadzę „Dzień Dobry TVN”, komentowano: „A co? Już dziennikarzy nie ma?”, „Misska musi program prowadzić?”. I wieszano na mnie psy, że głupia, że nie mam nic do powiedzenia. A teraz piszą, że cieszą się, że mogą mnie rano oglądać, że widać, że jestem dobrym człowiekiem. I to jest bardzo przyjemne. 

Paulina Krupińska, VIVA! 16/2020, Paulina Krupińska, VIVA! sierpień 2020, Paulina Krupińska-Karpiel, VIVA! sierpień 2020
Fot. Agnieszka Kulesza & Łukasz Pik/ DAS Agency

 Znalazłaś swoje miejsce na ziemi?

Tak. I wiesz? Fajnie jest. Zwłaszcza że ja nie walczę, żeby mieć więcej i więcej. Siedzę i czekam, a co sobie wymarzę, to się spełnia. 

Większość ludzi raczej musi walczyć o to, by coś osiągnąć, by spełniły się ich marzenia.

Zawsze tak miałam. Nigdy nie chciałam brać udziału w wyścigu szczurów. Gdy niektóre moje znajome ścigały się, która będzie miała lepszą torebkę, ja odkładałam na mieszkanie. Bycie niezależną kobietą było dla mnie ważniejsze niż posiadanie najpiękniejszych ciuchów świata. Czy będę lepszym człowiekiem, jeśli założę bluzkę za dwa tysiące? Dla mnie najważniejsi są ludzie i wzajemne relacje, ważne żeby stworzyć cudowny dom, wychować szczęśliwe dzieci, a potem może wnuki. Nie wiem, czy będę babcią czekającą na nie w bujanym fotelu przy kominku, bo mnie jednak nosi. Ale wiem, że jestem w stanie stworzyć dom, do którego wszyscy będą chcieli wracać, w którym będzie dużo ludzi, gwar, śmiech. A potem wyjdę sobie przed chałupę, usiądę na ławeczce, popatrzę na góry i poczuję się spokojna.

 To właśnie dały Ci góry? 

Sprowadzają mnie na ziemię, a ich odpowiednikiem jest mój mąż (śmiech). Jedno spojrzenie wystarczy i już przestaję panikować, denerwować się, przejmować mało istotnymi rzeczami. Bardzo cieszy mnie fakt, że nauczyłam się też lepiej jeździć na nartach, dzięki czemu Sebastian nie musi już na mnie czekać. Góry nauczyły mnie dystansu do siebie i do świata. I dały poczucie błogiego spokoju. Lubię usiąść przed chałupą, popatrzeć na Giewont. Robię się wtedy malutka. A razem ze mną moje problemy. I cieszę się, że żyję, że obudziłam się zdrowa, że mogę tak siedzieć i cieszyć się widokiem. Taką wybrałam drogę. Bardzo lubię tę drogę.  

Wideo

Marynarki, kardigany, sukienki maxi, kozaki na słupku. Te produkty będą modne jesienią i zimą 2020/2021

Polecamy

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

MAŁGORZATA ROZENEK-MAJDAN i RADOSŁAW MAJDAN w przejmującej rozmowie o walce o dziecko, mierzonej poświęceniem, niepewnością, ale i wdzięcznością. MICHAŁ ŻEBROWSKI i EUGENIUSZ KORIN, dyrektor i reżyser Teatru 6. piętro. Czy się lubią, podziwiają i... kłócą. MARIOLA BOJARSKA FERENC Los naznaczony tragediami: wypadek mamy, walka o życie synka, rozwód, choroba męża. W cyklu EXTRA: Czy w kontekście niemieckich obozów koncentracyjnych może być mowa o modzie? – opowiada antropolożka mody Karolina Sulej. PODRÓŻ „Będziecie tam wracać”, mówi o Bieszczadach słynna podróżniczka Elżbieta Dzikowska.