WYWIADY VIVY!

Omenaa Mensah: „Dostałam smsa, że król Ashantee zaprasza mnie na swoje 15-lecie”

„Kupiłam mu na urodziny mapę Polski z XVII wieku i piękną rzeźbę z brązu”

Krystyna Pytlakowska 24 maja 2020 06:23

W ramach cyklu Archiwum VIVY!: wywiady przypominamy rozmowę Krystyny Pylakowskiej z Omenaą Mensah. Wywiad ukazał się w lutym 2015 roku w magazynie VIVA!.

Magazyn VIVA! Omenaa Mensah wywiad

Córka Polki i Ghańczyka. Od niedawna szefowa Omenaa Foundation, walczącej o edukację afrykańskich dzieci. Mówi: „Jestem zauroczona Ghaną”. I żartuje: „Szkoda, że nie jakimś facetem”. Właśnie napisała książkę „Gorzka czekolada”, w której opowiada o długiej drodze do swoich korzeni, 0 tym, dlaczego zaangażowała się w pracę charytatywną i swoim słodko-gorzkim życiu. 

Jest jak gorzka czekolada – taki tytuł nosi jej nowa książka. Takiej Omeny nie znacie. To nie tylko prezenterka TVN, ale od niedawna szefowa Omenaa Foundation, działającej na rzecz Afryki, walczącej o edukację afrykańskich dzieci, o tolerancję dla innego koloru skóry i pokazującej, że w Ghanie można robić fantastyczne biznesy. Buduje  tam nowoczesną szkołę, jeździ do króla na urodziny. Jakby tego było mało, realizuje własne projekty nowoczesnych mebli – jej pufy szturmem zdobywają rynek. Poza tym ma nowy program w telewizji – „Domy gwiazd”. Prywatnie – czeka na wielką miłość, a wolny czas poświęca córce Vanessie.Wywiad ukazał się w lutym 2015 roku w magazynie VIVA!.

 Co przeglądasz w tablecie? Pokaż.

Zdjęcia. Chcę pokazać ci moją Afrykę. Tu ja, tu moja córeczka Vanessa. Wracałyśmy znad oceanu, woda porwała mi klapki, ale w Afryce można chodzić bez butów. Zatrzymałyśmy się w wiosce, chciałam zrobić zdjęcia z dziećmi, wykorzystać je dla celów mojej fundacji. W tej wsi kupiłam nowe klapki, które w przeliczeniu kosztowały trzy złote. Za rogiem chłopczyk bawił się samochodem zrobionym właśnie ze starych klapek i kawałka drewna. Gdy go zobaczyłam, popłakałam się.

 Poruszyło Cię, że tym dzieciom do zabawy wystarczy kawałek gumy i drewna?

Zaimponowała mi ich pomysłowość, bo które dziecko europejskie zrobi sobie samochód tak naprawdę ze śmieci? Cała wioska patrzyła, jak robię te zdjęcia, jak biegam z dzieciakami między budynkami. Miałam jeszcze trochę lizaków, poszłam więc do domu tego chłopca, chciałam z nim  chwilkę porozmawiać. Jego tata najpierw przyniósł mi małą dziewczynkę, potem starszą dziewczynkę, aż w końcu przyprowadził tego płaczącego malca. Ale jak mu dałam lizaka, uśmiechnął się. To był dla niego szczyt szczęścia. I to szczęście uchwyciłam właśnie na zdjęciach. Część z nich pójdzie do projektu, który będę robiła w Polsce, zbierając pieniądze na budowę szkoły w Ghanie. Jestem zauroczona Ghaną. Szkoda, że nie jakimś facetem, ale na to może przyjdzie czas (śmiech).

 Wszystko w życiu ma odpowiednią porę.

I dlatego teraz całą moją energię muszę spożytkować, żeby zrobić coś dobrego, coś, co po mnie zostanie. Coś, co może zmieni życie wielu ludzi.

– Dlatego założyłaś Omenaa Foundation?  

Właśnie dlatego. Największy problem miałam z jej nazwą. Aż w końcu wrzuciłam w Google moje imię – Omenaa. Wcześniej dowiedziałam się od króla Ghany, że oznacza ono siłę i złoto. To dobra nazwa dla fundacji. Chcę, żeby moje imię kojarzyło się z jakimś szczytnym celem.   

 Kiedy rozmawiałyśmy kilka lat temu, dopiero miałaś zamiar pojechać do kraju swojego ojca, w którym jeszcze nigdy nie byłaś. Zwlekałaś z tym jednak. Dlaczego?

Musiałam do tego dojrzeć. Wtedy, gdy rozmawiałyśmy, byłam na całkiem innym etapie życia. Wyszłam za mąż, pochłaniała mnie miłość, moja mała córeczka i praca w telewizji. Nie myślałam o tym, żeby działać charytatywnie, nie byłam na to gotowa. Do tego trzeba dorosnąć. Mieć dodatkowy kierunkowskaz, który ja nazywam zdrowym egoizmem. Bo ja sobie samej sprawiam wielką satysfakcję, robiąc coś dla innych. Wtedy jeszcze tego w sobie nie odkryłam. Wyjazd do Ghany odsuwałam w czasie, bo nie był mi tak bardzo potrzebny. Pojechałam tam wreszcie, kiedy moje życie znowu zmieniło się o 180 stopni. 

 Rozwiodłaś się.

Rozwiodłam się z Kubą, chociaż wcześniej planowałam, że będzie to związek do końca moich dni. Ale niczego nie można przewidzieć. A zwłaszcza odmiany uczuć.

 I wtedy postanowiłaś poszukać swoich korzeni?

Tu nawet nie chodziło o korzenie, tylko o spełnienie mojego największego marzenia. Dużo o tym piszę w mojej książce „Gorzka czekolada”, która ukaże się za chwilę.

 Dobry tytuł, symboliczny, wiele mówiący.

Fajnie, że tak uważasz. Najpierw miało być „Apetyt na czekoladę”, ale stwierdziłam, że taki tytuł będzie miał w podtekście zabarwienie seksualne. A nie o to mi przecież chodziło. Gorzka czekolada to moje życie, które jest słodkie i gorzkie jednocześnie. Żeby mogło być słodkie, musiało przedtem być gorzkie. 

 Życie nie może być wyłącznie słodkie, bobyś go nie doceniała. 

To prawda, a ja potrafię jakoś tak żonglować, żeby z każdego momentu wyciągnąć dla siebie mądrość i siłę. Mój tata aż miał łzy w oczach, gdy dowiedział się, że chcę otworzyć fundację pomagającą w kształceniu afrykańskich dzieci i że chcę wreszcie wybrać się w podróż do jego ojczyzny. 

Kiedy tam pojechałaś?

W zeszłym roku w maju. Zmieniłam nawet datę premiery mojej pierwszej książki „Twoje 3i” dotyczącej pracy w telewizji i autoprezentacji. Nie mogłam odłożyć wyjazdu, ponieważ od króla rodu Ashantee, z którego ja też się wywodzę, dostałam zaproszenie na jego urodziny i 15-lecie obchodów panowania Otumfuo Osei Tutu II. Tak się nazywa.

Król wiedział, że jest w Polsce taka Omenaa?

Cała ta historia była bardzo dziwna. Oczywiście, że nie wiedział. Opowiedziałam mojemu znajomemu, który dużo podróżuje po Afryce w interesach, o moim pomyśle utworzenia fundacji na rzecz tolerancji i upowszechniania współpracy polsko-afrykańskiej. Odrzekł, że chciałby mi pomóc, bo mu się ten plan podoba i że za trzy tygodnie leci do Ghany. Jak to, on leci, a ja nie? „Gdybyś kiedyś potrzebował towarzyszki takiej podróży, to ja bardzo chętnie z tobą pojadę”. Po trzech tygodniach dostałam od niego SMS-a, że król Ashantee zaprasza mnie na swoje 15-lecie i czy będę mogła przyjechać w maju. Żart? Jednak nie, wszystko na poważnie. A potem dostałam e-maila od króla z oficjalnym zaproszeniem. Sprawdził, że nazywam się Amma Omen aa Yaa Ware Mensah. A te imiona świadczą o pochodzeniu z rodu Ashantee. Omenaa to nawet w Ghanie bardzo rzadkie imię, mój tata mi je nadał, chciał, żeby było wyjątkowe. Przecież głupio byłoby, gdybym miała na imię Zosia albo Basia. No, spójrz na mnie: czy ja wyglądam jak Basia Mensah (śmiech)? A Daniel Ozon, ten, który pomógł mi w wyjeździe, został współfundatorem mojej fundacji i cały czas wspiera naszą działalność.

 Co kupiłaś królowi na urodziny?

Mapę Polski z XVII wieku i piękną rzeźbę z brązu, a dla jego małżonki kolię z bursztynów.

Omenaa Mensah, Viva! kwiecień 2015 MP
Fot. Tomasz Tomkowiak

Gdy wyszłaś z samolotu w Ghanie, pomyślałaś: Ja stąd pochodzę, to też mój kraj?

To były takie emocje, że trudno o nich opowiedzieć. Przez cały lot byłam spięta, zdenerwowana – i tym, że będę w Ghanie, i tym, że poznam króla. Przecież cała moja ghańska rodzina, mieszkająca tam cały czas, nie miała szansy z królem się spotkać, a ja od razu jadę do niego na przyjęcie urodzinowe do Kumasi – drugiego co do wielkości miasta w Ghanie. Rolls-royce’y, bentleye, mercedesy, najbardziej znane osobistości, prezydent Ghany i ja wśród nich, w kreacji uszytej przez Tomka Olejniczaka. I z kamerą „Dzień dobry TVN”. Kiedy postawiłam nogę na ghańskiej ziemi, miałam kulę w gardle, niewiele brakowało, a wybuchnęłabym płaczem. Od pierwszej chwili jednak wiedziałam, że to nie taka Afryka, jaką sobie wyobrażamy, jaką znamy z filmów pokazujących głównie biedę, choroby i niedożywione dzieci. Że to inny kraj, inny kontynent, inna kultura, gdzie nie wszystko jest takie wymuskane jak w Europie, ale też nie tak strasznie beznadziejne jak w obrazach, które do nas docierają. I od razu zrodziła mi się myśl, że mam misję, że ludzie w Polsce muszą zobaczyć prawdziwą Afrykę, tę biedną i głodną, ale też tę piękną, rozwijającą się. I że to ja powinnam im tę prawdę pokazać.  

 Całe życie byłaś rozdarta, szukałaś swojej tożsamości. Znalazłaś ją wreszcie?

Jestem Polką, myślę po polsku, mówię po polsku, odczuwam po polsku, ale mam w sobie ciekawość ghańskiej części mojej osobowości. Przecież marzyłam o tej podróży, wyobrażałam ją sobie, śniłam o niej. I wreszcie spełniłam to marzenie. Pamiętasz, jak kiedyś ci mówiłam, że chciałabym tam polecieć z moim ukochanym?

 Twoja podróż poślubna to miała być właśnie Ghana. 

Ale mój eksmąż nie był takim oparciem psychicznym dla mnie, żebym naprawdę chciała z nim tam polecieć. A teraz tam lecę, bo otwieram fundację, dostałam zaproszenie od króla, poznam swój region, swoje plemię i wcale nie muszę być tam z miłością życia, co kiedyś zakładałam. Wbrew temu, co myślą Polki, początkiem i końcem życia kobiety nie musi wcale być mężczyzna. 

 A Twoim zdaniem kim powinien być?

Może być uzupełnieniem życia, sprawiającym od czasu do czasu przyjemność, i nie mam tu na myśli tylko przyjemności fizycznej. Fajnie być z kimś, kochać go, ale to nie koniec świata, gdy tego kogoś nie ma. 

Twoje życie jest pełne rozstań? 

Coś w tym jest. Ostatnio stwierdziłam, że nikt nie potrafi mnie przy sobie dłużej przytrzymać. Jestem bardzo samodzielna, bardzo ambitna i cały czas muszę działać, a facet chce mieć żonę w domu, a najlepiej w kuchni. Ja pochodzę z innej bajki, mężczyzna musi mnie inspirować, imponować mi swoją pasją i mądrością życiową. Jednym słowem powinien mieć na mnie sposób.

 I mieć pieniądze?

Pieniądze? One świadczą tylko o tym, że ktoś jest zaradny, pracowity, sprytny, ale jeśli ma pasję, to może ona zastąpić brak pieniędzy. Teraz jestem sama, chociaż nigdy nie bywam samotna. Nie poznałam jeszcze nikogo takiego, z kim chciałabym mieć drugie dziecko. Może teraz jest pora na Ghanę, a nie na mężczyznę. I zobacz, ile dobrych rzeczy z tego wynika. Robię doktorat, piszę o Afryce Subsaharyjskiej, buduję piękną, nowoczesną szkołę w Ghanie. Zbieram na nią pieniądze. Pomagam dzieciom afrykańskim w zdobyciu wykształcenia, w ich rozwoju. To inwestycja w przyszłość. Po co mi teraz facet? Moje przyjaciółki mówią: „Potrzebujesz człowieka, który ciebie ogarnie, który ci powie, co robisz dobrze, a co źle i że nie zawsze ma być tak, jak ty zechcesz. Który ci da coś nowego, nowe pomysły, nowe przeżycia. I nie będzie z tobą rywalizował, tylko będzie cię inspirował”. Bo dla mnie najgorsze, co może być, to facet z kompleksami. 

 A nie przytłacza Cię, że robisz tyle rzeczy naraz: doktorat, książki, piękne meble, nowy program w telewizji, fundacja, budowa… I jeszcze się znasz na pogodzie.

Przytłacza? Coś ty. Ja jestem naprawdę bardzo szczęśliwą kobietą. Spełnioną. Wczoraj napisała do mnie znajoma, że mąż jej koleżanki ma kochankę, a ją zostawił samą z dziećmi. Ogólnie tragedia. Odpisałam jej, że powinna się uspokoić, bo kobieta niezależna od faceta ma szansę być naprawdę szczęśliwa, nawet sama z dziećmi. Bo przecież dzieci rodzimy dla siebie, a nie dla ich ojca. W tym jest cała moja filozofia. Vanessę też urodziłam dla siebie, mimo tego, że wiele lat byłam z jej ojcem. Mam kilka cytatów na różne okoliczności życiowe. Gdy ktoś mnie pyta, jaki jest sposób na sukces, odpowiadam: „Jeśli mówisz, że go osiągnąłeś, to pierwszy dzień twojej porażki. Na sukces cały czas trzeba pracować”. 

 A jeśli ktoś mówi: „To, co robię, jest wyjątkowe, wspaniałe”?

Dla niego może takie być, ale nie musi dla wszystkich. Ostatnio wieczorami zastanawiam się nad tym, czy dam radę, zatrudniam coraz więcej osób, wchodzę w coraz to nowe dziedziny. A jeśli powinie mi się noga? I dlatego zawsze mam plan B, cokolwiek by się nie zdarzyło. Chcę uczyć innych tolerancji, ale zacząć trzeba od tolerancji dla samej siebie. 

Zawsze ją w sobie miałaś? Akceptowałaś swój kolor skóry, myślałaś: jestem biała czy jestem czarna? 

Ostatnio na Zanzibarze ktoś krzyknął do mnie: „O, cappuccino girl”. Bardzo mi się to spodobało. Zawsze myślę o sobie nie w kategoriach czarna czy biała, tylko – jestem czekoladowa. Kiedyś Dorota Gardias u Wojewódzkiego, który mnie próbował obrażać, wypaliła: „Ona nie jest ciemna, ona jest czekoladowa”. To mi się bardzo spodobało. Bo oddaje jakąś prawdę o mnie. Czasami potrafię być słodka, a czasami ostra jak czekolada z chili. A innym razem gorzka z piołunem, bo takie też było moje życie. 

 Pełne dramatycznych przeżyć?

Zabawnych też. Stoję kiedyś na przystanku, mam kilkanaście lat, biegnie dwóch chłopaków, jeden zapatrzył się tak na mnie, że walnął głową w słup od latarni. Pogotowie, zbiegowisko. Różne sytuacje się zdarzały. I do dziś nie wiem, czy gapił się, bo jestem Mulatką, czy urzekła go moja uroda (śmiech).

 W szkole podstawowej przezywali Cię „Murzynek Bambo”. Złościłaś się, płakałaś?

W ogóle tego nie pamiętam. Wyparłam takie sytuacje, zepchnęłam gdzieś w głąb siebie i ich moja pamięć nie przywołuje. Ale mniej więcej rok temu zapytałam mamę, jak reagowałam na te przezwiska. „Omenko – odpowiedziała – ty przez pierwsze dwie klasy codziennie histeryzowałaś, że nie chcesz iść do szkoły, bo dzieci cię przezywają. Murzynek, asfalt”. Pomyślałam sobie: Przez co musiała przechodzić moja matka, która ponad 30 lat temu pokochała czarnoskórego. 

Rodzice są nadal razem?

Rozstali się, ale dopiero po 18 latach. Poznali się na studiach. Kiedy mama wynajęła stancję, właściciel zadzwonił do mojej babci, matki mamy, że tu przychodzi jakiś czarnoskóry i że córka z Murzynem się zadaje. A mojego młodszego brata, który już nie żyje, koledzy wsadzili do beczki z asfaltem. Pamiętam, jak babcia go myła i płakała. 

Gdybyś urodziła się biała, pewnie nie walczyłabyś o tolerancję. Ta walka bierze się z tego, co Cię bolało i pewnie nadal boli. 

Może masz rację. Bo ja bym chciała, żeby Polska była takim krajem, którego nie będę się wstydzić, żeby nie było w niej ksenofobii, rasizmu, żeby dziewczyna Mulatka nie dostawała pornowidokówek ze zdjęciami czarnoskórych. I żeby Polacy nie zmieniali mieszkań dlatego, że ich sąsiadem jest człowiek innego koloru. Ojciec zawsze mi powtarzał: „Omenaa, musisz być dumna ze swojego pochodzenia i z tego, jak wyglądasz, i z tego, co masz w głowie”.

 I jesteś dumna?

Jestem. Zawsze chodziłam z uniesioną do góry głową, nie przemykałam pod ścianami. Nawet jak mnie obrażano. A potem gdzieś czytałam na swój temat, że jestem wyniosła. Ludziom trudno odróżnić wyniosłość od poczucia godności.

 Co odziedziczyłaś po ghańskich przodkach?

Chyba upór i właśnie tę dumę. Dzięki mojemu uporowi wiele osiągnęłam, i to tutaj, w Polsce. A nie było to łatwe. Ojciec mówił, że ja, wyglądając tak egzotycznie, muszę pracować dwa albo trzy razy tyle, co moi biali rówieśnicy. Dzieciństwo i młodość spędziłam nad książkami, skończyłam studia, teraz chcę się doktoryzować. I to mi daje satysfakcję. Na szczęście nigdy nie przeżywałam takiej traumy jak Ola Szwed. Gdy spotkała na ulicy kibiców, zaczęli ją popychać w prawo i w lewo. Nikt nie przyszedł z pomocą. W końcu jednak ktoś zauważył: „To nasz Murzyn przecież. Zostawcie ją”.

 Nigdy nie chciałaś być biała? Nie przymierzałaś blond peruki?

Nigdy. Nie próbuję być europejska, nie farbuję włosów na blond. Wręcz przeciwnie – podkreślam moje pochodzenie. Wróciłam do fryzury afro, choć wcześniej prostowałam włosy.

To był impuls czy długo dojrzewająca decyzja? 

Impuls. Pół roku po rozstaniu z mężem, myjąc włosy, spojrzałam w lustro: mam afro, czemu nigdy tak się nie czesałam? Postanowiłam spróbować. A potem odwiozłam Vanessę do szkoły, gdzie spotkałam znajomego, który pochwalił: „Ale masz fajną fryzurę”. Z mojej strony był to też celowy zabieg, bo nie chciałam być postrzegana poprzez moją seksualność. Zmęczyły mnie te konsumpcyjne spojrzenia. 

Nie udaje Ci się jednak ich uniknąć?

Mężczyźni, ich zachowania – to temat na moją następną książkę, a może i dwie. Teraz chcę osiągnąć cele, jakie sobie zamierzyłam.

 Zawsze miałaś taką społecznikowską pasję?

Nie, wręcz odwrotnie. Do 16. roku życia byłam bardzo nieśmiała, wycofana, ale ta nieśmiałość mi przeszła, bo uwierzyłam w siebie. A teraz odzywają się do mnie różne firmy, które chciałyby zaistnieć w Afryce. Już wiem, co będę robiła przez kolejne miesiące. Zaczynam następny duży projekt. Mogę wiele zrobić dla Europy, ale też nauczyć ludzi w Ghanie, jak się w biznesowym europejskim świecie poruszać. 

 Odzywa się w Tobie patriotyzm?

Raczej przedsiębiorczość, takie wizjonerskie, przyszłościowe myślenie. Kiedy zakładałam fundację, już prawie rok temu, zadzwoniłam do Doroty Wellman, a ona mówi: „Omenaa, to najlepsza rzecz, jaką możesz zrobić w tym kraju, i tylko ty powinnaś się tym zająć”. Utwierdziła mnie w moim zamiarze. Tata dzwoni do mnie prawie codziennie, żebym nie odpuszczała. Rano też telefonował. Planujemy razem zrobić jakąś akcję, on mieszka w Londynie, jest tam znanym kardiochirurgiem. 

Założył drugą rodzinę?

Nie, tata jest takim samotnym wilkiem, ale za to mama ma ukochanego w Ameryce. Wyszła za niego,
mieszkają pod Nowym Jorkiem. To pocieszenie, że miłość przychodzi w różnym wieku. 

Gdy byłaś mała, miałaś do niej żal, że wybrała Ci ojca innego niż tatusiowie białych dzieci?

Nie przypominam sobie, ale był taki okres, kiedy bałam się taty. Tylko z mamą chodziłam po mieście. Nie wiem, z czego to wynikało, może faktycznie ta inność mojego ojca była dla mnie traumatyczna. Kiedy był lekarzem w mojej szkole i szczepił uczniów, nikt się do niego nie ustawiał w kolejce. No bo taki ciemny, czekoladowy. Wpajał mi, że strach nie leży w naturze naszego rodu, że Ashantee to arystokracja wśród Ghańczyków. Król na afterparty po urodzinach spytał, jak się mój tata nazywa, mówię: „Opoku-ware”. „No to jeśli to Opoku-ware, znaczy, że jesteś z królewskiej rodziny”. Dopiero wtedy ojciec mi się przyznał, że mój pradziadek był wicekrólem. Nie mam prawa więc mieć żadnych kompleksów. Jestem arystokratką, choć nie przekłada się to na majątek. 

Ale sprawia, że życie Cię cieszy.

Jestem spełniona, choć może za jakiś czas chciałabym jeszcze raz spróbować stworzyć pełną rodzinę. Może też z kolejnym dzieckiem. Nawet jeśli go nie urodzę, to może zaadoptuję. Tylko nie czarnoskóre, bo nie chciałabym go skazywać na mieszkanie w Polsce. Nie jesteśmy jeszcze tak tolerancyjni, jak bym sobie tego życzyła. Ale liczę, że to zmieni się za jakiś czas.

 A jednak masz zadrę z dzieciństwa. Mimo że wyparłaś stresujące sytuacje.

O, właśnie sobie przypomniałam, jak mój mały brat pobił się z kolegą w klasie, większym od niego, bo tamten przezywał mnie „Murzynka”. Stanął w mojej obronie. Takie rzeczy trudno jest z siebie wyrzucić. Teraz jednak ubawiłam się, bo Vanessa, która ma białego ojca i matkę Mulatkę i naprawdę trudno jest się w niej dopatrzyć cech negroidalnych, została przez kolegów nazwana „Murzynem”. Ale nie wzięła sobie tego kompletnie do serca. Kiedy rodziłam Vanessę, prawie 13 lat temu, nie było to już jakąś sensacją. Ale kiedy ja się rodziłam,  w szpitalu zbiegły się pielęgniarki, żeby oglądać, jakie dziwo moja mama wydała na świat. Urodziłam się jasna i od razu miałam bardzo dużo włosów, za moment jednak ściemniałam. Potem wyjechaliśmy do Londynu. Miałam trzy lata, a wróciliśmy, gdy skończyłam sześć. To najwcześniejsze dzieciństwo więc spędziłam w kraju, gdzie czarnoskórych spotyka się na ulicy co krok. I może dlatego ta największa trauma została mi oszczędzona. 

 A nie dotyka Cię, kiedy mówią o Tobie „Miks”?

Nie, dlaczego? Jestem przecież pół Polką, pół Ghanką. A „Miksy” są zawsze najlepsze, bo biorą sobie najlepsze cechy z obu ras. Zawsze Vanessie powtarzam: „W jednej dwudziestej piątej jesteś czarnoskóra”. A kiedy mówię, że dzwonił jej dziadek, pyta: „Ale który, ten ciemny czy ten jasny?”. I obie się śmiejemy.   

Wideo

Marynarki, kardigany, sukienki maxi, kozaki na słupku. Te produkty będą modne jesienią i zimą 2020/2021

Akcje

Polecamy

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

JOANNA PRZETAKIEWICZ I RINKE ROOYENS Mężczyzna z przeszłością, kobieta po przejściach… Dlaczego zdecydowali się na ślub? KASIA STRUSS Życiowa rewolucja supermodelki. JOE BIDEN – rodzinne tragedie, trudne wybory i droga na szczyt 46. prezydenta Stanów Zjednoczonych. VINCENT ŻUŁAWSKI Co zawdzięcza rodzicom – Andrzejowi Żuławskiemu i Sophie Marceau? Polska „junioromania”, czyli wszystko o EUROWIZJI JUNIOR 2020. W cyklu Extra Elitarne szkoły i uczelnie Wielkiej Brytanii (nie)tylko dla wybranych.