WYWIADY VIVY!

Radosław Majdan: „Nie mogę się już doczekać, kiedy go zobaczę. Chyba mi serce pęknie z radości”

„Ciąża Małgosi to ukoronowanie tego, o co walczyliśmy”

Elżbieta Pawełek 5 maja 2020 06:20

W ramach cyklu Archiwum VIVY!: wywiady przypominamy rozmowę Elżbiety Pawełek z Małgorzatą Rozenek-Majdan i Radosławem Majdanem. Wywiad ukazał się w kwietniu 2020 roku w magazynie VIVA!.

Magazyn Viva! Małgorzata Rozenek-Majdan i Radosław Majdan wywiad

Kiedy oglądają mecz piłki nożnej, on śmieje się: „Małgosiu, nasz syn będzie piłkarzem”. Ona mówi o macierzyństwie „kosmos”, choć świadomość, że jest się matką już do końca życia, bywa trudna. Żałują, że nie spotkali się wcześniej, bo mieliby więcej dzieci. Co sprawia, że tworzą szczęśliwy związek, czym jest dla nich rodzina i czego się boją w czasie pandemii? Małgorzata Rozenek-Majdan i Radosław Majdan w rozmowie z Elżbietą Pawełek. Wywiad ukazał się w kwietniu 2020 roku w magazynie VIVA!.

Wyglądacie na bardzo szczęśliwych. Rozumiem, że jest to zasługa stanu Małgosi?

Małgosia: Chyba w ogóle jesteśmy szczęśliwi…

Radek: Ciąża Małgosi to ukoronowanie tego, o co walczyliśmy. Przytrafiło nam się coś cudownego, ale do największej radości, kiedy na świat przyjdzie nasze dziecko, dopiero się przygotowujemy. Wtedy spełni się moje największe marzenie o synu. Przyjaciele i koledzy mówią mi: „Zobaczysz, jak twój świat się zmieni po jego urodzeniu, bo poczujesz miłość, której dotąd nie znałeś”. A z racji tego, że pewnie będę nadopiekuńczym tatą, wszystko we mnie eksploduje.

Małgosia: Radek jest rzeczywiście opiekuńczy. Widzę to choćby po jego stosunku do naszych trzech psów, zwłaszcza do George’a, buldoga angielskiego. Radek nosi go na rękach po schodach niczym księcia, żeby nie obciążał sobie delikatnych stawów. A dodam, że George waży 25 kilogramów. Ale to wrażliwy pies i trudno go nie kochać. Wiem, że Radek będzie wspaniałym ojcem. Boję się tylko, żeby się nie wypalił, bo jak pamiętam siebie po urodzeniu pierwszego dziecka, tak chciałam wszystko dobrze zrobić, być taka perfekcyjna, że po tygodniu para ze mnie uszła…

 Obstawialiście, że będzie chłopiec czy dziewczynka?

Radek: Chcieliśmy po prostu mieć dziecko, choć wszyscy w koło mówili, że marzymy o córce. Płeć dziecka nie ma wielkiego znaczenia. Bylibyśmy tak samo szczęśliwi, gdyby urodził się nam chłopiec, jak i dziewczynka. Ale jak mamy już syna, to żartuję, kiedy wspólnie oglądamy mecze piłki nożnej: „Zobacz, Małgosiu, będzie piłkarzem”.

Małgosia: Na USG wyszło, że nasz syn ma podniesione ręce i szeroki

rozstaw palców, co Radosław skomentował: „Ma palce ułożone jak bramkarz”. Myślałam, że żartuje. Spojrzałam na niego, ale nie, był śmiertelnie poważny.

 Jak radzicie sobie w dobie koronawirusa?

Małgosia: Boję się tego, czego boją się inne matki. Jestem w siódmym miesiącu ciąży i nie wiem, jak dalej będzie. Najgorsza jest niepewność, zalecenia zmieniają się dość często. Ale jedyne, co mogę zrobić w tej sytuacji, to za wszelką cenę zapobiec zarażeniu się. W tej chwili jest to najważniejsze. Wyjechaliśmy więc w całkowitą głuszę na odludzie, gdzie w ogóle nie ma ludzi. Nie kontaktujemy się z nikim.

 To musi być ciężko?

Małgosia: Wszystkim jest teraz ciężko. Ale stosuję się do wskazówek lekarzy, którzy zalecili mi nie tyle kwarantannę, co izolację. Nie od razu zaszłam w ciążę, kosztowało nas to z Radosławem dużo nerwów i wyrzeczeń. Dlatego wszystko rzuciliśmy, wzięliśmy dzieci, nasze psy i wyjechaliśmy z Warszawy, gdzie nie ma szansy uniknięcia spotkań z innymi ludźmi, choćby wychodząc do sklepu po chleb czy z psem na spacer…

Teraz czujesz się bezpieczna?

Małgosia: Poczucie zagrożenia jest, gdzieś mam w tyle głowy, że gdyby coś się wydarzyło, to przecież nie mogę jechać do szpitala, bo jest to teraz ostatnie miejsce, w którym chciałabym się znaleźć. Na szczęście mam zdrową ciążę, wszystko jest w porządku i sama świadomość, że znajduję się pod opieką sztabu lekarzy, pomaga. Bardzo też wspieramy się z Radosławem, dla niego to również stres. Martwi się o nas, ma w sobie poczucie odpowiedzialności za nas wszystkich.

Małgorzata Rozenek-Majdan, Radosław Majdan, Viva! 7/2020
Fot. Marta Wojtal

 Ludzie postrzegają Was jako gwiazdy, często bywacie na ściankach czy w programach typu „Azja Express”. A tak naprawdę jesteście bardzo odpowiedzialni w życiu i możecie stać się wzorem dla innych.

Małgosia: Może się wydawać, że jesteśmy wszędzie, co wynika z mojej dużej aktywności zawodowej. Ale jeśli chodzi o ścianki, w ciągu roku na palcach jednej ręki można było policzyć te, na których byliśmy. Ostatnie miesiące obfitowały u mnie w nowe wyzwania zawodowe, więc nie mam czasu na życie towarzyskie, a w domu muszę zająć się chłopcami, odrobić z nimi lekcje. Zamartwiam się, jak gdzieś jadą, ale uwielbiam być matką. Macierzyństwo to jest „kosmos”. Najtrudniejsza w nim jest świadomość, że to będzie już do końca życia.

Pamiętam, jak po urodzeniu Stasia przyjechałam do domu, wzięłam go na ręce i powiedziałam: „Synku, od teraz jesteśmy ty i ja. Już na zawsze. Zrobię wszystko, żebyś był szczęśliwy”. Teraz Staś ma 14 lat, a Tadzio 10 lat i pewnie chcieliby, żeby mama im trochę odpuściła. Myślę, że nie mogą się doczekać narodzin brata, bo wtedy będzie „Hurra!, żadnej kontroli”. Rozczula mnie Tadzio, nasz słodki łobuziak, jak widzę, że przytula mi się do brzuszka i coś do niego mówi. Przed Bożym Narodzeniem napisał list do Świętego Mikołaja z prośbą o prezenty dla nienarodzonego brata. Oczywiście, była tam pełna lista prezentów dla niego samego, ale na koniec dodał PS: „A też bardzo cię proszę o jakieś prezenty dla mojego braciszka, który jest w brzuszku u mamy, żeby mu nie było przykro”. Zachowałam ten list na pamiątkę.

Nigdy nie robiliście tajemnicy z tego, że chcecie mieć dziecko. Dlaczego tak późno się zdecydowaliście?

Radek: Zdecydowaliśmy się już dawno, tylko nam nie wychodziło. Na początku, będąc młodym małżeństwem, chcieliśmy spędzić trochę czasu razem, lepiej się poznać, pozwiedzać świat. Później mocno się staraliśmy, żeby nasza rodzina się powiększyła, ale w pewnym momencie pojawiło się zwątpienie…

 Nie ukrywaliście, że musieliście skorzystać z in vitro...

Małgosia: Jak mogłabym to ukrywać, zwłaszcza w czasach, kiedy atmosfera wokół in vitro jest tak nieprzyjazna. A ja każdego dnia jestem wdzięczna lekarzom, że dzięki nim na świat przyszło moich dwóch wspaniałych synów z poprzedniego małżeństwa. Bycie mamą jest dla mnie najważniejsze, bo macierzyństwo i dom nadają sens naszemu życiu.

Radek: Przypomina mi się, co Robert Kubica mówił po wypadku: „Chciałem podziękować konstruktorom bolida, bo gdybym miał ten wypadek 10 lat wcześniej, to już bym nie żył”. Tak technologia i bezpieczeństwo bolidów

poszły do przodu. Mogę powiedzieć to samo, że nasze szczęście zawdzięczamy lekarzom i rozwojowi medycyny. Bo gdyby to było 20 lat wcześniej, nie mielibyśmy z Małgosią szansy na dziecko.

 Niejeden mężczyzna wciąż jeszcze uważa, że skorzystanie z takiej pomocy medycznej to wstyd i ujma dla jego męskości…

Małgosia: Od początku było jasne, że przyczyna leży po mojej stronie…

Radek: Tutaj nie można dociekać niczyjej winy. Tak jak nie można się wstydzić tego, że wychodzi się naprzeciw swoim marzeniom, że chce się dać nowe życie i być za wszelką cenę rodzicem…

 Procedury in vitro są dla cierpliwych. Jak długo staraliście się o dziecko?

Małgosia: Trzy lata. Z początku myślałam, że uda nam się za pierwszym razem, tak jak było w przypadku moich chłopców. A tu przyszło nagłe zdziwienie, że się nie udaje ani za pierwszym razem, ani za drugim, trzecim i kolejnymi. Mieliśmy już wrażenie, że nic z tego nie wyjdzie. Choć niektóre próby kończyły się ciążą, nie mogłam ich donosić.

Pamiętacie moment, w którym usłyszeliście tę radosną nowiną, że będziecie mieć dziecko?

Radek: Byliśmy wtedy u doktora Piotra Lewandowskiego z kliniki nOvum, który powiedział nam o tym ze łzami w oczach. Ale z początku, doświadczeni już niejednym niepowodzeniem, nie mogliśmy wyzwolić w sobie naturalnej radości. Dopiero od niedawna odczuwam spokój.

Małgosia: Jak już widzi się na USG dziecko, to człowiek zaczyna wierzyć, że nie może się wydarzyć nic złego. Dopiero wtedy zaczęliśmy sobie pozwalać na wybuchy radości. Któregoś dnia, to był czwarty miesiąc, obudziłam się spanikowana, że moje dziecko nie ma żadnych ubranek. Że jeszcze nic mu nie kupiłam i jestem kompletnie nieprzygotowana na jego przyjście. Miałam też kilka takich dni, podczas których nałogowo siedziałam w internecie i zamawiałam dla niego różne rzeczy, co mi sprawiało ogromną przyjemność. Ale efekt był taki, że przyszło potem tych rzeczy za dużo.

Mówisz, że Twoim hasłem jest: „Do trzech razy sztuka”. To Twoje trzecie małżeństwo, a teraz będziesz mieć trzecie dziecko…

Małgosia: Jest w nas bardzo dużo miłości. A im więcej jej dajesz, tym więcej jej dostajesz. Trochę żałujemy z Radkiem, że wcześniej się nie spotkaliśmy, bo już moglibyśmy mieć więcej dzieci.

Radek: Czasami spotykamy się z opiniami: „Fajnie macie, trzy psy, dwójka dzieci, a niebawem będzie trzecie”. A ja dodaję: „Mamy jeszcze dwie mewki japońskie”. I widzę u ludzi zdziwienie. Małgosia przyniosła je z planu jakiegoś programu. Są niesamowite, budzą się z nami i tak pięknie śpiewają, że czujemy się jak na wakacjach. Wnoszą do domu energię.

 Jak Wasze rodziny przyjęły wiadomość, że spodziewacie się dziecka?

Radek: Bardzo długo nie mówiłem nic swoim rodzicom, żeby nie zapeszać. Ale jak się dowiedzieli, nie kryli radości. I dziś dzielą razem z nami to szczęście.

Małgosia: W naszych rodzinach dzieci zawsze były ważne. Brat Radosława, podobnie jak mój, ma troje dzieci, jego siostra dwoje. W domu rodzinnym Radka wspaniale też przyjęto moich chłopców, gdzie są traktowani jak reszta dzieci. Tak więc kolejne dziecko staje się kolejną radością. Niedawno moja teściowa kupiła kalendarz pod tytułem: „Moje najważniejsze chwile”, w którym chce zapisywać wszystkie momenty związane z moją ciążą i przyjściem na świat naszego synka. Nasze rodziny były na tyle taktowne, że nigdy nie dociekały szczegółów związanych z naszym staraniem się o dziecko. Ale wiedziały, ile to nas kosztuje wysiłku…

Małgorzata Rozenek-Majdan, Radosław Majdan, Viva! 7/2020
Fot. Marta Wojtal

 A teraz zdecydowałaś się pomagać bezpłodnym parom i założyłaś Fundację MRM. To poważny krok w życiu.

Małgosia: To stało się nieprzypadkowo, bo wiele kobiet przez social media starało się uzyskać ode mnie wsparcie i odpowiedź na nurtujące je pytania. Do jakiegoś momentu mogłam tak pomagać, ale w pewnym momencie skala tych próśb i zapytań mnie przerosła. Tak naprawdę ludzie mający problem z poczęciem dziecka zostali trochę pozostawieni samym sobie, a dla wielu z nich koszty leczenia w prywatnych klinikach są nie do udźwignięcia. Ale powiem szczerze, że nie spodziewałam się, że prowadzenie fundacji, którą założyłam z potrzeby serca, będzie tak dużym wysiłkiem.

 Jakie cele na początek postawiła sobie Fundacja MRM?

Małgosia: Przebadać kobiety na AMH to nasz cel na 2020 rok, w czym pomoże nam Alab i Allegro. Badanie pokazuje, ile czasu pozostało kobiecie, by mogła stać się mamą. Jeżeli wyczerpie się jej tak zwana rezerwa jajnikowa, bo każda z nas rodzi się z kompletem jajeczek, które z czasem traci, to jedyną szansą będzie pobranie komórki od dawczyni. Do tej pory kobiety myślały, że problem zaczyna się około czterdziestki. Niestety, płodność Polaków, i nie tylko ich, spada tak dramatycznie, że do klinik leczenia niepłodności trafiają 20-latki i po zrobieniu AMH okazuje się, że nie mają szansy na zapłodnienie. W wielu krajach to badanie jest refundowane, a u nas nawet nie wszystkie kobiety wiedzą, że coś takiego istnieje. Niestety, przez specustawę w związku z koronawirusem fundacja ma związane ręce. W tej chwili nie może ani działać, ani prowadzić działalności edukacyjnej związanej z leczeniem niepłodności. Rozumiem, że jest to stan wyższej konieczności, walczymy z epidemią, ale jest mi z tego powodu bardzo przykro. Najbardziej mnie boli, że włożyłam mnóstwo pracy i serca w założenie fundacji, a teraz muszę z ogromnym żalem zawiesić jej działalność. Ale wiem, że obecnie powinniśmy się skupić głównie na swoim zdrowiu.

 Oczywiście, ale problem wróci jak bumerang za chwilę. Półtora miliona par cierpi w Polsce na niepłodność, dla niektórych in vitro może być wielką szansą. Dlaczego więc ta metoda spotyka się z krytyką?  

Radek: Myślę, że przeciwnicy nie do końca wiedzą, o czym mówią. Sprowadzają wszystko do kwestii wyznaniowych lub ideologicznych, ale nie trzymają się faktów. Krytykują coś, co innym daje szczęście i pozwala spełnić marzenia. Uważam, że cywilizacyjnie to nas bardzo cofa.

 Przecież WHO wpisało niepłodność na listę chorób cywilizacyjnych...

Małgosia: Oczywiście, że tak. Największym problemem przeciwników jest zapłodnienie dużej liczby embrionów, bo uważają, że jest to już człowiek. Ja też tak uważam. Ale można przeprowadzić in vitro w zgodzie z religijnością kobiety, zapładniając tylko jedną komórkę. Aż 97 procent par wraca po swoje zarodki, bo nie każda próba im wychodzi lub chcą mieć więcej dzieci. Pozostałe zarodki przekazuje się do adopcji prenatalnej, więc nikt ich nie wyrzuca. Każdy, kto choć raz przeszedł przez in vitro, wie, że nigdzie nie ma większej troski o życie niż w tej metodzie.

 Przejdźmy do Was, bo w czerwcu rozwiązanie. Mówisz, Radku, że chcesz być obecny przy porodzie żony.

Radek: Największym wyzwaniem będzie dla mnie, abym wytrzymał i nie potrzebował większej pomocy od Małgosi. Na pewno będę się bardzo denerwował. Nie wiadomo jednak, czy do tego czasu coś zmieni się w kwestii przepisów, które w dobie koronawirusa zakazują mężowi asystowania żonie podczas porodu.

Małgosia: Teraz wiele kobiet przygotowuje się do porodów naturalnych w domu. Nie mam takiej możliwości, ale chyba umarłabym ze strachu, gdyby to miało odbyć się w domu. Na pewno jednak dla wielu kobiet w ciąży jest to jakieś rozwiązanie.

Małgorzata Rozenek-Majdan, Radosław Majdan, Viva! 7/2020
Fot. Marta Wojtal

Dość późno się poznaliście, a jeszcze później zdecydowaliście się na powiększenie rodziny, choć niektórzy nie dawali Wam większych szans. Czujecie satysfakcję?

Małgosia: Z pewnością tak, ale trzeba mieć szczęście, bo tego nie da się zaplanować. Pamiętam, jak się poznaliśmy, wszystko wydawało się bardzo proste. To, co się między nami wydarzyło, było piękne. Chciałabym, żeby każdy chociaż raz przeżył coś takiego, może wtedy bylibyśmy milsi dla siebie.

Radek: Myślę, że dwie rzeczy człowieka uszlachetniają: wielka miłość, która sprawia, że stajemy się lepsi dla świata, i wielkie nieszczęście, które napełnia nas empatią.

 Kobieta powinna mieć oparcie w mężczyźnie?

Małgosia: Tak i ja z tego często korzystam. Przy takim rozkładzie sił jak u nas bardzo łatwo jest być kobietą. Kiedy jestem poza domem, muszę walczyć o swoje sprawy i realizować się zawodowo, co sprawia mi ogromną przyjemność. Ale jak wracam do domu, mam Radzia, na którym się opieram. Wtedy odpoczywam, jestem uwolniona od pewnych trosk. To daje mi siłę. Tylko u nas nie trzeba było tego wypracowywać, to wszystko przyszło samo.

 Po porodzie zamierzasz zrobić sobie wolne i przestać myśleć o pracy?

Małgosia: Przynajmniej przez kilka miesięcy, bo bardzo mi zależy, żebyśmy z synkiem spokojnie weszli w rytm rodzinny. Żeby nie było wyrywania się do różnych zajęć. Oczywiście najpierw pojedziemy do moich rodziców pod Warszawę. Dzieci kochają tam być, bo to jest piękne miejsce, a nasze psy będą szczęśliwe. Mogę tam chodzić w piżamie cały dzień i nikogo nie zgorszę… Pamiętam, jak się czułam po urodzeniu moich synów. Zwłaszcza początek był dla mnie szokiem. To jest tak odczuwalna zmiana, że nie wiadomo, kiedy jest dzień, kiedy noc, przez pierwsze tygodnie żyłam jak w malignie. Dochodzi też huśtawka hormonalna, co wpływa na samopoczucie. Dlatego chcę mieć ten czas dla siebie i zająć się synkiem.

Czego Wam życzyć?

Małgosia: Żeby było tak, jak jest.

Radek: I żeby nasz syn był zdrowy. Chciałbym szybko nauczyć się go kąpać, bo trochę się tego boję. A tak naprawdę nie mogę się już doczekać, kiedy go zobaczę. Chyba mi serce pęknie z radości. 

Wideo

Wiosna 2020 - design, kulinarne inspiracje, podróże bez wychodzenia z domu!

Polecamy

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

„Pandemia nie zmieniła mojego życia, to ja sama je zmieniłam…”, mówi AGNIESZKA MACIĄG. Kraśko, Olejnik, Rodowicz, Rusinek, Szczygieł, Wojciechowska… o emocjach i rodzinnych relacjach w izolacji domowej. JACEK SANTORSKI radzi, jak nie zwariować w czasie pandemii. Zmierzch zachodniej cywilizacji? Beata Pawlikowska w egzystencjalnych rozważaniach w dobie koronawirusa.