WYWIADY VIVY!

Katarzyna Niezgoda: „Można być kompletnie oddaną pracy, a jednocześnie prywatnie ciepłą osobą”

„I udało mi się to pogodzić, nie muszę niczego udawać”

Krystyna Pytlakowska 28 kwietnia 2020 06:29

W ramach cyklu Archiwum VIVY!: wywiady przypominamy rozmowę Krystyny Pytlakowskiej z Katarzyną Niezgodą. Wywiad ukazał się w czerwcu 2018 roku w magazynie VIVA!.

Magazyn VIVA! Katarzyna Niezgoda wywiad

„Jeżeli jeszcze ktoś mi powie, że co mnie nie zabije, to mnie wzmocni – uduszę”, ostrzega na wstępie. Jest specjalistką od kryzysów, bo sama pokonała ich w życiu wiele. I dzięki nim to życie zmieniła. Dziś mówi, że jest szczęśliwa, choć dojście do tego stanu zajęło jej wiele lat. Katarzyna Niezgoda w rozmowie z Krystyną Pytlakowską wspomina dzieciństwo, rozlicza się z zawiedzioną miłością, zdradza, dlaczego lubi chodzić w piżamie, i tłumaczy, jak pokonać szklany sufit. 

W jakim momencie życia teraz się znajdujesz?

W bardzo dobrym. Chyba wreszcie dojrzałam do tego, by to życie dostosowywało się do mnie, a nie ja do niego. Wcześniej moje działania często wynikały z okoliczności i sytuacji, w jakiej się znajdowałam, a teraz nad tym wszystkim panuję.

 I nie walisz już „pięścią w szklany sufit”?

To tylko tytuł mojej książki. Wcześniej nie mogłabym takiej napisać. Nie miałabym na tyle doświadczenia, żeby uogólnić to, czego się nauczyłam, i nie mogłabym też pracować w zawodzie, który mam teraz.

 A jaki masz zawód właściwie?

Zajmuję się rekrutowaniem menedżerów na różne stanowiska – do korporacji i do prywatnych firm. Muszę znajdować najlepszych kandydatów i często przekonywać ich do tego, żeby zmienili pracę. To ludzie z dużymi sukcesami zawodowymi, pożądani w wielu miejscach. Przekonanie ich jest bardzo trudne.

 Kusisz ich więc po prostu.

Nie, mnie kiedyś kuszono, gdy zmieniałam pracę, pamiętam więc, jak to jest. Ja tego nie robię, bo wiem, że taka życiowa zmiana to jeden z największych stresów. Nie chcę być w 100 procentach odpowiedzialna za czyjeś decyzje. Staram się tylko pokazać plusy i minusy, nigdy na nikogo nie naciskając. Zawsze daję wybór. Cieszy mnie, gdy ludzie, którzy podjęli decyzję o zmianie, są szczęśliwi, robią wielkie kariery. Ostatnio byłam na spotkaniu w jednej z dużych firm. Osoba, którą tam poleciłam, awansowała już na wiceprezesa. Byłam dumna, że ten człowiek zdecydował się na taką zmianę. Ja tym ludziom tylko pomagam, nigdy za nich nie decyduję.

Jesteś teraz łowcą – headhunterem. Na kobiety też zarzucasz wędkę?

U mnie wszyscy są równi.

 Ale swoją książkę napisałaś dla nas, dla kobiet.

Tak, bo to my mamy więcej dylematów przy zmianie pracy i to my bardziej się zastanawiamy, czy to właściwy moment na taką zmianę.

 Bo jesteśmy ostrożniejsze?

Tak i patrzymy na siebie przez lupę. Poza tym mamy wielkie poczucie odpowiedzialności, ale tłumaczę, że zawsze będziemy za kogoś odpowiadać. Trzeba więc wyważyć, co dla nas jest dobre, a nie dla innych. Musimy myśleć o sobie, bo inaczej nie będziemy skuteczne.

 Tobie ktoś pomagał na początku?

Nie. Ja już bardzo długo pracuję w branży biznesowej, prawie od zawsze. Zaczęłam na studiach, na drugim roku. To okoliczności mi pomogły.

Zamiast balować, romansować i cieszyć się pięcioma latami studenckiej młodości, Ty poszłaś do pracy. To nie było normalne. Zwłaszcza że pochodziłaś z zamożnej rodziny, gdzie nie wylicza się, ile ziemniaków kto ma zjeść na obiad.

Fakt, że zaczęłam pracować, był skutkiem kryzysu pomiędzy mną a moim ojcem. On zawsze uważał, że powinnam dać sobie spokój ze studiami i od razu zająć się prywatnym biznesem, a ja na to nie miałam zupełnie ochoty. W mojej rodzinie i dziadek, i ojciec pracowali prywatnie. Uważali, że to warunek sukcesu finansowego. Powiedziałam więc, że będę studiować i że nie potrzebuję ich wsparcia finansowego, bo sama go sobie zorganizuję. I dlatego tak się zmobilizowałam.

Katarzyna Niezgoda, Viva! 12/2018
Fot. Iza Grzybowska

 Jesteś podobna do ojca z charakteru?

Chyba nie, nie mogliśmy się dogadać, więc pomyślałam, że najlepiej będzie, gdy stanę się za siebie odpowiedzialna, nie oczekując od niego czegokolwiek. 

Wyprowadziłaś się z domu i zaczęłaś żyć na własny rachunek.

Sama mieszkałam od 16. roku życia, jeszcze gdy chodziłam do szkoły średniej. Rodzice się rozwiedli, mama wyjechała za granicę, miałam mieszkać z ojcem, ale nie było nam obojgu po drodze. To nie było dla mnie łatwe. Pamiętam, że w liceum udawałam, że mam normalny dom i mieszkam z rodzicami. Uważałam, że świetnie się maskuję, ale po latach dowiedziałam się, że i tak wszyscy wiedzieli, jak to ze mną jest. No a potem zaczęłam zarabiać na siebie jako recepcjonistka. To była naprawdę cudowna, fajna praca.

 Od hotelowej recepcji do dyrektora dużego banku daleka droga. Jak to zrobiłaś?

Nie osiadałam na laurach, szukanie było moją siłą napędową, nie bałam się, próbowałam od początku. Najpierw pytałam, co mam do zrobienia, a dopiero potem, ile będę zarabiała. Najtrudniejsze było przejście z firmy fast-moving consumer goods do bankowości. Bank to zupełnie inne środowisko, inne zasady, musiałam nauczyć się wszystkiego od początku, nawet zachowań. Najtrudniejsze było pierwsze pół roku, potem już się wszystkiego nauczyłam.

Musiałaś przekonać mężczyzn w tym męskim świecie, że nie jesteś kobieciątkiem?

Oczywiście, że musiałam. Przede wszystkim nie mówi się tam do siebie po imieniu, w banku panują sztywne formuły. Nie można było wpaść do kogoś do pokoju i posiedzieć przy jego biurku. Nawet takie spotkania umawiała sekretarka. Nieraz popełniałam faux pas, bo i tak zwracałam się do wszystkich po imieniu albo sama robiłam sobie kawę w kuchni. Ubierałam się też podobno nie tak. Natomiast nie przypominam sobie, żeby moja kobiecość stanowiła jakiś problem.

Byłaś już wtedy mężatką?

Za mąż wyszłam jeszcze przed pracą w korporacjach, na ostatnim roku studiów. 

 Ale dlaczego? Przecież nie musiałaś?

W tamtych latach dziewczyny studiowały, żeby sobie znaleźć męża. A na czwartym, piątym roku już nic tylko były śluby. Męża wypadało mieć.

 Przywiązujesz wagę do tego, co wypada?

Teraz już nie, ale kiedyś przywiązywałam. Poza tym brakowało mi rodziny, nawet takiej dwuosobowej. Miałam potrzebę stworzenia domu. To był fajny człowiek, chociaż oboje byliśmy za młodzi na małżeństwo i oboje mieliśmy dużo pomysłów na życie. Drugi raz tak wcześnie bym za mąż nie wyszła.

 Zawsze uważałam, że nosisz w sobie jakąś tajemnicę. Na zewnątrz jesteś szalenie mocna, ale w domu wychodzi z ciebie romantyczny pluszaczek, lubiący się przytulać, pospać rano i zjeść kolację przy świecach.

Bo jestem normalna, mam swoje słabości, lubię chodzić w piżamie przez weekend, uwielbiam gotować, robić zakupy. Można być kompletnie oddaną pracy, a jednocześnie prywatnie ciepłą, normalną osobą. I udało mi się to pogodzić, nie muszę niczego udawać ani niczego demonstrować.

Katarzyna Niezgoda, Viva! 12/2018
Fot. Iza Grzybowska

Jaki jest najczęstszy błąd popełniamy przez kobiety szefów?

Przez wiele lat byłam szefową i miałam szefowe. Z niektórymi dobrze się porozumiewałam, a z innymi nie. Myślę, że błędem najczęściej popełnianym przez kobiety na wysokich stanowiskach jest dążenie do perfekcji, wszystko musi być zrobione idealnie. Zatracają przez to dystans do siebie i do pracy. Widzą tylko zadanie do wykonania, a nie ludzi, którzy je wykonują. Czasami warto odpuścić, powiedzieć: „Daję wam dwa dni więcej, zróbcie to spokojnie, ale za to dobrze”. Ludziom, którzy dla nas pracują, trzeba dać poczucie bezpieczeństwa i pamiętać o tym, że wszyscy popełniamy błędy. Dla mnie porażką byłoby, gdyby moi pracownicy nie potrafili się do błędu przyznać. Do mnie można było przyjść i powiedzieć o wszystkim.

 Nie miałaś nigdy kompleksów, zawsze szłaś do przodu i nie dręczyła Cię niepewność?

Miałam niskie poczucie własnej wartości, uważałam, że nie jestem idealna, że wszyscy wokół mnie są lepsi, ważniejsi, mądrzejsi, ładniejsi, a ja im nie dorównuję. A z drugiej strony po babci odziedziczyłam dynamiczność w działaniu i takie parcie do przodu. Bałam się tego, co nowe i nieznane, ale brałam byka za rogi. Pamiętam, że idąc do pierwszej czy drugiej pracy, trzęsłam się ze strachu, a jednocześnie na rozmowie kwalifikacyjnej twierdziłam, że potrafię absolutnie wszystko i mówiłam sobi: komu ma się to udać, jak nie mnie.

 Wiara w siebie to podstawa.

Tak, uczymy się jej w domu. To moja mama absolutnie we mnie wierzyła, powtarzając: „Masz być samodzielna, od nikogo niezależna”. Powtarzała mi to od dziecka.

Nauczyła Cię też, jak znosić porażki?

Miałam ich naprawdę dużo, i to bardzo bolesnych. Porażki osoba z nieustającym pasmem sukcesów znosi bardzo boleśnie. Trzeba wielu lat mądrości, żeby sobie z tym poradzić. Ja nie potrafiłam przewidzieć swoich kryzysów zawodowych, dlatego tak mnie rozbiły. Teraz wiem, że w tego rodzaju sytuacjach potrzeba więcej pokory i spokoju. Nie wolno brać wszystkiego do siebie. Ponieważ trudne sytuacje zawodowe to wypadkowa różnych okoliczności, sympatii, antypatii, a nawet polityki. Moim przykazaniem dla innych jest: nigdy nie wątp w siebie.

Kasiu, ale jak w miarę bezboleśnie przeżyć zwolnienie z pracy?

Na to wszystko potrzeba czasu. Pierwsze pytanie, jakie sobie zadajemy – dlaczego ja i co zrobiłam źle? A potem dążenie do natychmiastowej poprawy sytuacji, co jest wielkim błędem. Nie masz na to wpływu po prostu. Trzeba dać sobie czas na pewien rodzaj żałoby. Zajęło mi to bardzo dużo czasu. Mocno to odchorowałam.

 Związałaś się ze znanym nazwiskiem. Nie wkalkulowałaś tego w ryzyko?

Nigdy niczego nie kalkulowałam, nie wyliczałam i to był mój błąd. Nie zdawałam sobie sprawy, jak trudno być osobą publiczną. Byłam w tym kompletną ignorantką. Po prostu zakochałam się.

 Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Zaczęłaś robić to, co robisz teraz i co daje Ci poczucie wolności.

Jeżeli jeszcze ktoś mi powie, że co mnie nie zabije, to mnie wzmocni – uduszę. Ale zgadzam się, że dzięki temu nastąpił przełom w moim życiu, zaczęłam inaczej myśleć. Chociaż do dziś uważam, że ten kryzys był mi niepotrzebny i niezasłużony. Kosztował mnie zdrowie i wiele lat, zanim się z niego podniosłam.

Katarzyna Niezgoda, Viva! 12/2018
Fot. Iza Grzybowska

 Chodziłaś do terapeuty?

Musiałam poszukać pomocy u kogoś, kto wyciągnąłby mnie z depresji, ze stresu i sprawił, że zacznę sobie dawać radę sama ze sobą.

 Tym bardziej że wkrótce po kryzysie zawodowym rozstałaś się ze swoim partnerem, a może to on rozstał się z Tobą – nie wnikam w to.

Jedni cię skreślają, inni zostają i zaskakują. Życie to ciągłe zmiany, nic naprawdę nie jest wieczne. A dla mnie ważne jest, że są przy mnie ludzie, którzy mi pomogli, szczerzy, nikogo nieudający. Niektórych w życiu nigdy bym nie podejrzewała o taką życzliwość dla mnie. A teraz ja mogę znowu pomagać innym.

Co uważasz za swój największy sukces?

On ciągle jest przede mną. Dla mnie sukces to nie to, co osiągnęłam, ale to, co osiągnę. Kiedy to wszystko się działo, zupełnie nie wiedziałam, co ze sobą zrobię, ale pewnego dnia obudziłam się i już wiedziałam, jaką drogą mam pójść. Otworzyłam firmę, chociaż nie miałam żadnych klientów, nic jeszcze nie sprzedałam. Kilka osób poprosiłam, żeby pomogły mi nawiązać kontakty z ewentualnymi klientami. A ile się namęczyłam, żeby o to poprosić. Przez trzy miesiące zastanawiałam się, jak to zrobić, a teraz sama udzielam porad, odpowiadam na listy i mejle od kobiet na zakrętach. I wiesz, co jest dla mnie bardzo ważne – nie mam poczucia straconego czasu albo że coś mi umknęło.

Masz ogród, dom, psa i… Dalej nie drążę.

Dobrze, że nie drążysz (śmiech). Mam ogród, dom, psa i… jestem naprawdę szczęśliwa. 

Wideo

Marynarki, kardigany, sukienki maxi, kozaki na słupku. Te produkty będą modne jesienią i zimą 2020/2021

Polecamy

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Córka ANNY PRZYBYLSKIEJ, OLIWIA BIENIUK, w jedynym takim wywiadzie: „Kiedy mama umarła, wchodziłam w najtrudniejszy okres dojrzewania i ono się trochę zatrzymało”. PIOTR BECZAŁA i KATARZYNA BĄK-BECZAŁA. Światowej sławy muzyk i utalentowana mezzosopranistka, która zamieniła karierę na rolę żony. Czy żałuje? KEANU REEVES, aktor, który chodzi własnymi ścieżkami. IZABELA TROJANOWSKA w czasach PRL-u szokowała ostrym, rockowym wizerunkiem. Ile dziś zostało z tamtej niepokornej dziewczyny? W CYKLU EXTRA Świat mody z powodu koronawirusa znalazł się na krawędzi.