WYWIADY VIVY!

Karolina Ferenstein: „Strach chroni nas przed brawurą. Przełamywanie lęku prowadzi do dobrych rzeczy”

„Uwielbiam stawiać sobie granice i je przesuwać”

Beata Nowicka 10 maja 2020 06:27

W ramach cyklu Archiwum VIVY!: wywiady przypominamy rozmowę Beaty Nowickiej z Karoliną Ferenstein-Kraśko. Wywiad ukazał się w lipcu 2018 roku w magazynie VIVA!.

Magazyn VIVA! Karolina Ferenstein-Kraśko wywiad

Na spotkanie przyjeżdża na rowerze: włosy rozwiane, uśmiech, błysk w oku. Ma męża pracoholika, troje dzieci, firmę w Warszawie i stadninę koni w Gałkowie, a roztacza wokół siebie aurę beztroski i wolności. Kiedy mówi: „Po 10 latach przerwy znowu stałam się dla siebie ważna”, widzę to na własne oczy. Po raz pierwszy w życiu opuściła rodzinę na kilka tygodni i wiele się o sobie dowiedziała. Tych dobrych rzeczy i tych mniej dobrych. O rewolucji w swoim życiu Karolina Ferenstein-Kraśko opowiada Beacie Nowickiej. Wywiad ukazał się w lipcu 2018 roku w magazynie VIVA!. 

Zaczyna Pani karierę telewizyjną? Wiem, że dostała Pani kilka nowych propozycji

…i bardzo to doceniam. Przez lata pracowałam na swoją pozycję zawodową niezwiązaną z telewizją i teraz muszę poczuć, że to jest naprawdę dla mnie, że się w tym sprawdzę. Że to przyniesie mi coś więcej. 

Więcej niż popularność? Patrzyłam przez chwilę, jak nadjeżdża Pani na rowerze: włosy rozwiane, uśmiech, błysk w oku… Była w tym jakaś beztroska, radość, wolność.

Ja w ogóle jestem dzieckiem otwartych przestrzeni. Myślę, że kiedy zostaje się mamą, z czasem wpada się w utarte schematy i ten błysk w oku, tę wolność na chwilę tracimy. Początki macierzyństwa to jest przewrócenie życia do góry nogami i nic poza dziećmi nie jest dla nas ważne. Ale czuję, że odnalazłam w sobie tę równowagę i program „Agent” trochę mi w tym pomógł. Sama dla siebie znowu stałam się ważna.

Pani mąż, Piotr Kraśko, powiedział mi, że „Agent” to największa przygoda Pani życia. Przesadził?

Nie (śmiech). To była najbardziej niewiarygodna i zaskakująca przygoda, jaką przeżyłam. Ten program wiele w moim życiu zmienił. Ale nie jako show telewizyjny, tylko jako gra. Fascynująca, wciągająca, skomplikowana rozgrywka emocjonalna, gra psychologiczna, która otworzyła mi dużo furtek i zapadek. 

Brzmi intrygująco.

Pierwszy raz od 10 lat zaczęłam wsłuchiwać się w siebie. Zanurzeni w codzienności nie mamy czasu zastanawiać się nad swoimi reakcjami, wyborami, decyzjami. Wszystko płynie z nurtem codziennych wydarzeń. Kiedy wyjechałam, poczułam się tak, jakby ktoś wyjął mnie z jednej rzeczywistości i przeniósł do zupełnie innej, w której muszę się odnaleźć i określić na nowo. Taka stop-klatka.

 Którą można spokojnie obejrzeć, przeanalizować.

Dzięki temu wiele się o sobie dowiedziałam. Tych dobrych rzeczy i tych mniej dobrych. Po prostu lepiej się poznałam. Jako sportowiec całe życie byłam poddawana presji. A tam okazało się, że gra psychologiczna jest dla mnie najtrudniejsza. Były momenty, w których się zupełnie rozsypywałam. I to nie w Makau, gdzie trzeba było chodzić bez zabezpieczenia na wąskiej kładce 300 metrów nad ziemią czy zjeżdżać kilkaset metrów w dół w dżungli w Hongkongu albo podczas nurkowania w oceanie. Właśnie przy ekstremalnych zadaniach fizycznych odzyskiwałam równowagę. Przegrywałam przez swoją emocjonalność. 

Karolina Ferenstein–Kraśko z głową konia
Fot. Zuza Krajewska/LAF AM

 Nie nazwałabym tego przegraną. 

Ludzie patrzą na mnie na ulicy i mówią: „Ooo, prawie agent” (śmiech). Więc czy to jest prawie porażka, czy prawie zwycięstwo? Trudno stwierdzić, ale muszę przyznać, że akurat w sporcie jeździeckim zdobyłam wiele srebrnych medali i bardzo je lubię. I tak bym podeszła do tej gry. Dla mnie niewiarygodne były relacje między nami. Byliśmy sobie zupełnie obcy, każdy z kompletnie innej bajki i musieliśmy nauczyć się żyć w tym tyglu. Śmiałam się, że jesteśmy jak rodzina. Dysfunkcyjna, ale jednak rodzina, bo wbrew wszystkiemu bardzo się zżyliśmy. 

 W dzisiejszym świecie nie mamy zbyt wielu możliwości, żeby poznać drugiego człowieka tak blisko.

Bo spotykamy się w przelocie, na chwilę. Na co dzień łączą nas powierzchowne emocje, powierzchowne sytuacje. Wszyscy mówimy, mówimy, mówimy i ten potok mało znaczących słów, choć jest ładnie opakowany, do niczego nie prowadzi. A tu można było poznać człowieka, jego reakcje w ekstremalnych sytuacjach, kiedy jest zmęczony, pod presją. Strasznie ich polubiłam. A jak się zaprzyjaźniam, to oddaję całą siebie i całe serce. Im bardziej starałam się być szczera i prawdziwa, im bardziej tłumaczyłam, że nie jestem agentem, im bardziej im tę prawdę wciskałam, tym mniej mi wierzyli. Kolejny paradoks! W dzisiejszych czasach przebić się z prawdą jest naprawdę trudno. Nawet jak ją komuś podajesz na talerzu. 

 Wciąż się spotykacie?

Tak, raz na tydzień – dwa. Opowiadamy sobie historie i anegdoty z wojska (śmiech). Strasznie to lubię. To jest ogromna wartość tego programu, że ludzie, których tam poznałam, dalej zostali w moim życiu. Przez to, że razem przekraczaliśmy granice samych siebie, to staliśmy się sprawdzonymi przyjaciółmi. Kiedy jest mi źle, mogę do nich zadzwonić i powiedzieć pewnie więcej niż komukolwiek innemu. Wydawało mi się, że w moim życiu, tak szczelnie wypełnionym, nie ma miejsca na taką bliskość przeżyć, emocji… A jednak. To jest niesamowite. 

 No właśnie, „życie szczelnie wypełnione”, czyli: trójka dzieci, dom, zapracowany mąż, Gałkowo, konie, firma… Pierwszy raz zostawiła Pani to wszystko na tak długo.

Każdy człowiek ma taki moment w życiu, że chce spróbować czegoś nowego. Myślę też, że dla kobiety ta przysłowiowa czterdziestka to czas, kiedy chce zrobić coś tylko dla siebie. 

 Konsultowała się Pani z mężem?

Jeśli dzieli się z kimś życie, to również dzieli się z tym kimś rozterkami, wątpliwościami. Piotr był chyba taką przesądzającą osobą, namówił mnie. A poza tym zobowiązał się, że udźwignie codzienność na swoich barkach. Więc biorąc pod uwagę, że ma trzy prace: poranki w Tok FM, codzienny program „Fakty o Świecie” w TVN24 BiS i „Dzień Dobry TVN”, było to spore wyzwanie. 

 Liczy się Pani z jego zdaniem?

Oczywiście, ale decyzje zawsze podejmuję sama (śmiech). Uważam, że to jest w życiu fajne, że związujesz się z kimś, kogo cenisz, kto jest dla ciebie autorytetem. I Piotr jest dla mnie taką osobą. Uwielbiam jego wiedzę, szerokie horyzonty, to, że cały czas się rozwija, że mnóstwo czyta, że praca jest jego wielką pasją… Ale mieliśmy rozmawiać… 

 …o Pani. Pojawił się podskórny lęk, że Pani zostawia dzieci? Po raz pierwszy. 

Rozstanie było bardzo emocjonujące, ale nie zdawałam sobie sprawy, ile mnie to będzie kosztowało, dopóki nie zamknęły się za mną drzwi samolotu. Wtedy dotarło do mnie, że następnego dnia rano nie usłyszę wołania: „Mamo, mamo” mojej małej córeczki, że wieczorem nie położę chłopaków spać. To był nieracjonalny niepokój i żal, bo wiedziałam, że oni sobie świetnie poradzą, ale fakt, że nie mam z nimi kontaktu, nie mogę w każdej chwili do nich zadzwonić, porozmawiać… był straszny. Chyba po tygodniu mogłam pierwszy raz zadzwonić na FaceTime. Pamiętam ten moment ze szczegółami, siedziałam pod palmą w środku nocy, w dżungli, tysiące kilometrów od domu i zobaczyłam umazaną kaszką buzię mojej córeczki, która siedzi przy stole w kuchni, przy obiedzie… Rozbiło mnie to na 10 tysięcy kawałków. Był płacz, nie mogłam nic zrobić przez kolejne dwie godziny. Później już zrezygnowałam z WhatsApp-a, bo rozmowa była łatwiejsza niż wizualizacja, że na drugim końcu świata życie mojej rodziny toczy się beze mnie, płynie swoim rytmem, spokojnie, jak gdyby nigdy nic. Niesamowite, bo podczas mojej nieobecności Larcik nie używał słowa mama i jak zobaczył mój obraz w ciemności, było: „Mama, kocham”. A jeszcze nigdy wcześniej nie powiedziała mi „kocham”.

Piotr Kraśko, Karolina Ferenstein-Kraśko, VIVA! maj 2017 new news
Fot. Zuza Krajewska/LAF AM

 Chłopcy patrzą teraz na mamę z podziwem?

Mam nadzieję (śmiech). Na co dzień mama jest taka zwyczajna jak mebel. Zawsze jest, zawsze czeka na swoim miejscu, zawsze można się o nią oprzeć. Ale mama kumpel, po której nigdy nie wiadomo, czego się spodziewać, to dopiero jest wyzwanie! Z mamą się biega, jeździ konno, mama znika na końcu świata i robi różne szalone rzeczy. 

Mąż zauważył tę zmianę?

Śmieje się, że czeka, aż mi ta choroba agentowa w końcu przejdzie. Ale podchodzi do tego ze stoicyzmem. I przymrużeniem oka. 

 Powiedziała Pani, że lepiej poznała siebie.

Złapałam dystans do samej siebie i swojego życia. Kiedy byłam pod ścianą, Piotrek Świerczewski zauważył, w jakim jestem stanie, i powiedział: „Karolina, pamiętaj, mecz można przegrać, ale nigdy oddać”. To był dla mnie przełom. Im większa presja, stres, im jest trudniej, tym bardziej musimy nad sobą panować. Kiedy wjeżdżam na parkur, gdzie odbywa się konkurs Grand Prix, mam przed sobą 12 przeszkód o wysokości 160 centymetrów do przeskoczenia i mój partner, którym w tym wypadku jest koń, poczuje, że ja jestem niespokojna, zbyt agresywna, to po prostu nie wykonamy tego zadania. Nie zdobędę tego, do czego dążę, ponieważ ten sport wymaga absolutnego spokoju, precyzji, konsekwencji i równowagi emocjonalnej. Teraz, patrząc na różne sytuacje życiowe, mam szerszy obraz, wiem, że ta droga prowadzi do czegoś, że nie istnieje tylko tu i teraz. Czasami warto, żeby było trudno i ciężko, żeby osiągnąć swój cel. 

 A co zrobić ze strachem?

Strach jest dobry, chroni nas przed brawurą. Przełamywanie lęku – oczywiście w granicach rozsądku – prowadzi tylko do dobrych rzeczy. Uwielbiam stawiać sobie granice i je przesuwać. To śmieszne, bo całe życie byłam bardzo nieśmiała, wszelkie wystąpienia publicznie – poza rywalizacją sportową na parkurze – to był dla mnie olbrzymi stres. Parę razy oberwałam od tak zwanej prasy kolorowej, kiedy pisali, że jestem wyniosła, dumna, zarozumiała. A ja byłam po prostu speszona… Musiałam się otworzyć, przepracować lęk. Czuję, że po tym programie wróciłam mocniejsza, coś w sobie przełamałam. 

À propos koni, niedawno wydała Pani książkę „Konie. Pasja od pokoleń”. Dla kogo?

Także dla siebie i dla naszych dzieci. Ta książka opisuje blaski i cienie rodziny, która podążała za swoją pasją i zapłaciła za to dużą cenę. Historia zaczyna się w 1899 roku, kiedy urodził się mój dziadek Ludwik Ferenstein, bohater trzech wojen, jeden z ostatnich wspaniałych kawalerzystów w kilkusetletniej historii. Zależało mi, żeby opowiedzieć prostym językiem o miłości do koni ludziom, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę. Jeździectwo to bardzo silna interakcja z naturą, żywą istotą. To dla mnie fitness, medytacja i terapia w jednym. Taka przeciwwaga do wirtualnego świata, w którym żyjemy. Konia nie da się odłożyć na półkę czy zamknąć w szafie, to nie jest rakieta ani piłka. 

 Pani synowie jeżdżą już od kilku lat.

Chłopaki kochają konie, ale lubią również rywalizację, lubią skakać, chcą, żeby cały czas się coś działo. Natomiast Larcik to jest szaleństwo konikowe. Zanim skończyła dwa lata, już nie mogła się doczekać swojej pierwszej jazdy. Ja akurat siodłałam wtedy Armstronga, chłopcy siedzieli na swoich kucykach, a ona tak intensywnie domagała się, że też chce jeździć, że już nie mogliśmy nad tym zapanować i trzeba było spełnić jej marzenie. Ma swojego malutkiego kucyka. Kiedy jesteśmy na Mazurach, codziennie rano budzi nas, stukając kaskiem o podłogę, że ona już chce do stajni, do jazdy (śmiech). 

 To teraz zasłużone wakacje?

Dla mnie bardzo pracowite, świętujemy w Gałkowie 30-lecie naszej stadniny, dorobku życia moich rodziców i mojego również, kolejny wielki projekt połączony z zawodami jeździeckimi i akcją charytatywną. Więc ja zostaję i pracuję, a Piotr jedzie sam z synami na męską wyprawę na nurkowanie.

 Czyli tym razem to Pani będzie ich oglądać na WhatsApp-ie .

Chcieli mi zabrać Larcika, ale stwierdziłam, że trzech mężczyzn w czasie tak pasjonującej wyprawy nie będzie potrafiło skoncentrować swojej uwagi na małej dziewczynce 24 godziny na dobę, a ja, zamiast pracować, umierałabym ze strachu, czy oni jej gdzieś nie zgubili na plaży na drugim końcu świata. Śmieszna historia, bo przylecą prosto na uroczystość 30-lecia. W wyjątkowych momentach w moim życiu moi panowie pojawiają się w ostatniej chwili. Tak jak Piotr przyjechał na nasz ślub.

 Nie śpieszyło mu się…?

Śpieszyło! (śmiech). Ale był w Stanach, relacjonował nadejście kolejnego z potężnych huraganów. Miał wylądować w środku nocy, a w południe mieliśmy ślub, bałam się, czy on na pewno wyląduje i dotrze. Takie same emocje zafundowali mi teraz, jestem bardzo przejęta, czy zdążą. Potem zaczynają się w Gałkowie sportowe obozy młodzieżowe, których także ja doglądam. Za to pod koniec roku szykuje nam się wielka wyprawa rodzinna do Australii na najsłynniejsze regaty żeglarskie na świecie Sydny-Hobart, w których Piotr będzie brał udział, a my będziemy mu kibicować. Śmieję się, że jak już mamy rodzinne pasje, to z wielkim rozmachem. Pytała pani o zmiany we mnie…

Tak.

Zawodowo również czuję, że mogę więcej. Właśnie zakończyły się wielkim sukcesem rozgrywane pierwszy raz w Polsce zawody FEI Longines Nationes Jumping CUP of CSIO Sopot 5* to odpowiednik Superligi. Świetnie zaprezentowali się Polacy, zajmując czwarte miejsce w Pucharze Narodów, transmitowanym na żywo w 95 krajach. Tylko osiem miast na świecie dostało nominacje do organizowania imprezy tej rangi. Razem z moją przyjaciółką z czasów wspólnych startów w zawodach, Kają Koczurowska Wawrzkiewicz – obecnie prezes Hipodromu Sopot – spotkałyśmy się przy tym projekcie. Cieszę się, że miałam w tym swój udział! Wyżej są już tylko mistrzostwa świata i igrzyska olimpijskie. To było spełnienie moich marzeń! A z drugiej strony mam cudowną rozkrzyczaną, wesołą, szczęśliwą rodzinę, w której nic nie jest pod linijkę i… dobrze. Udaje mi się jakoś połączyć rodzinę i pasję, choć czasami jest to wycieńczające i bywają momenty, że mam wszystkiego dość. Ale wreszcie złapałam dystans do siebie i swojego życia. Doceniłam to, co mam. Mówi się, że „życie jest szeregiem natchnionych szaleństw. Trzeba tylko umieć je popełniać”.  

Wideo

Marynarki, kardigany, sukienki maxi, kozaki na słupku. Te produkty będą modne jesienią i zimą 2020/2021

Akcje

Polecamy

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Córka ANNY PRZYBYLSKIEJ, OLIWIA BIENIUK, w jedynym takim wywiadzie: „Kiedy mama umarła, wchodziłam w najtrudniejszy okres dojrzewania i ono się trochę zatrzymało”. PIOTR BECZAŁA i KATARZYNA BĄK-BECZAŁA. Światowej sławy muzyk i utalentowana mezzosopranistka, która zamieniła karierę na rolę żony. Czy żałuje? KEANU REEVES, aktor, który chodzi własnymi ścieżkami. IZABELA TROJANOWSKA w czasach PRL-u szokowała ostrym, rockowym wizerunkiem. Ile dziś zostało z tamtej niepokornej dziewczyny? W CYKLU EXTRA Świat mody z powodu koronawirusa znalazł się na krawędzi.