WYWIADY VIVY!

Filip Chajzer: „To przykre, kiedy musisz wybrać, komu pomóc. Tutaj jest umierające dziecko, tutaj drugie...”

„Wszystkie historie dramatyczne i tak samo ważne”

Katarzyna Piątkowska 6 kwietnia 2020 06:36

W ramach cyklu Archiwum VIVY!: wywiady przypominamy rozmowę Katarzyny Piątkowskiej z Filipem Chajzerem. Wywiad ukazał się w lutym 2018 roku w magazynie VIVA!.

Magazyn VIVA! Filip Chajzer wywiad

Mówi, że w życiu spotkało go tyle dobrego, że chce to oddać, więc pomaga. Jedni go kochają, bo hipnotyzuje ich swoją osobowością, inni nienawidzą i uważają, że wszystko robi pod publiczkę. Filip Chajzer nie pozostawia nikogo obojętnym. Jaki jest prywatnie prowadzący program „Hipnoza”, kogo kocha i kto rządzi w jego domu, opowiedział Katarzynie Piątkowskiej.

Podzieliłeś naród. Połowa Cię kocha, a połowa nienawidzi.

Mów mi Jarosław. A tak serio… nie wiem, czy więcej osób mnie kocha, czy więcej nienawidzi. Mogę się opierać na moich facebookowych statystykach. Mam 816 tysięcy followersów, z czego 78 procent to kobiety w wieku od 25 do 34 lat (śmiech).

Kochają Cię!

Opieram się tylko na statystykach (śmiech).

Czy to łechce Twoją próżność?

Nie, ani trochę. Uważam social media za genialne narzędzie do robienia dobrych, potrzebnych rzeczy i w ten sposób głównie staram się je wykorzystywać. Nie służą mi do podbijania własnego ego. 

Organizujesz tyle akcji charytatywnych, że trudno je zliczyć.

Nigdy ich jednak nie planuję. Zazwyczaj są zupełnie spontaniczne i dzieją się randomowo, czyli od przypadku do przypadku. Jeśli w czymś widzę szansę na powodzenie, czuję, że coś może wyjść i skłonić ludzi do mniejszej bądź większej refleksji albo rzeczywistej pomocy komuś, to to robię.

Ludzie wiedzą, że nie odmawiasz pomocy, i sami się do Ciebie zgłaszają?

Niestety, nie da się zbawić całego świata, i to jest w tym najgorsze. Codziennie dostaję na skrzynkę pocztową od kilkudziesięciu czasami do kilkuset próśb o pomoc. Nie jestem w stanie odpisać na wszystkie. To przykre, kiedy musisz wybrać, komu pomóc. Tutaj jest umierające dziecko, tutaj drugie, tu operacja nogi, tu oka… wszystkie historie dramatyczne i tak samo ważne, a wiesz, że wszystkim nie pomożesz… 

Jak dokonujesz wyboru?

Robię to, co mi serce dyktuje. Ale jest to dla mnie bardzo trudne i wyczerpujące emocjonalnie. 

Dlaczego to robisz?

Kieruję się zasadą, żeby dobrą karmę, którą dostałem od życia, oddawać. A dostałem naprawdę dużo. Mam całkiem niezłą karierę i ciągle wierzę, że jestem na jej początku, a nie gdzieś w środku. Moja praca jest moją pasją, bo kocham to, co robię, i tym żyję. Jestem szczęśliwym człowiekiem. I działalność charytatywna jest moim sposobem na oddanie tego, co sam dostałem od Pana Boga. Chciałbym, żeby moje życie miało jakiś sens. Dlatego angażuję się w te wszystkie akcje. Mój kalendarz jest wypełniony po brzegi. Wszystko jest poukładane jak klocki duplo, na styk.

Są tacy, co uważają, że robisz to pod publiczkę.

Niech uważają. Co mam zrobić? Żyjemy w wolnym, demokratycznym kraju, wolno myśleć, co się chce. Niech każdy tak działa pod publikę, a świat będzie trochę piękniejszy. 

Jak sobie radzisz z hejtem?

Szczerze? Mam to gdzieś, żeby nie powiedzieć konkretnie, gdzie… Przecież nie zmienię tego, że ktoś ma o mnie złe zdanie. Ja się na to trochę zgodziłem, bo jestem osobą publiczną, pracuję w telewizji. Jak mówiłem, uwielbiam to, co robię, ale mam pełną świadomość tego, z czym to się wiąże. 

Ciebie potraktowano wyjątkowo obrzydliwie. Lawina hejterskich komentarzy spadła na Ciebie po śmierci Twojego syna. 

Dla swojego zdrowia psychicznego staram się o tym nie pamiętać. Do wszystkiego trzeba w życiu dojrzeć. Jestem na etapie osiągnięcia równowagi. Oczywiście każda krytyka, każdy hejt ma swoje granice. Jeśli ta granica zostaje przekroczona, to rzeczywiście zdarza się, że puszczają mi nerwy. Na szczęście coraz rzadziej. To jest kwestia złapania perspektywy. Jeśli patrzysz na coś negatywnego i skupiasz się wyłącznie na tym, to rzeczywiście może to urosnąć do rangi problemu. Natomiast jeśli rozszerzę perspektywę i widzę, że jestem szczęśliwym człowiekiem, mam fantastyczną rodzinę, rewelacyjną pracę, buduję dom, spełniam swoje marzenia, to wszystko, co złe, oddala się. Życie nie trwa minuty. W jego perspektywie ten jeden mały wpis, jak najbardziej gówniany by nie był, jest tylko tu i teraz, a za chwilę zdarzy się milion innych, genialnych i fantastycznych rzeczy. Mam 33 lata i chyba zdążyłem się już tego nauczyć. 

Filip Chajzer, Viva! luty 2018
Fot. Adam Pluciński/MOVE

Po tym, co Cię spotkało, jestem pełna podziwu dla Twojego podejścia. 

Ja też jestem pełen podziwu. Wykonałem gigantyczną pracę. Nie tylko ja, ale też ludzie, którzy się mną zajmowali, którzy nadal się mną zajmują, rodzina, przyjaciele. Uprzedzając kolejne pytania – rozdrapywanie tego tematu nie jest jeszcze chyba najlepszym pomysłem. 

Ile akcji wspomogłeś?

Nie powiem, bo znowu usłyszę, że to pod publikę – tyle, ile mogłem.

Za co byś się nie wziął, odnosisz sukces. Twój polonez wystawiony na Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy sprzedano za 67 tysięcy złotych. 

Byłem w ciężkim szoku. Z radości otworzyłem moje ulubione whiskey i na chwilę zmieniłem orbitę. Kiedy oddawałem kluczyki, spotkała mnie też zabawna historia, bo okazało się, że Sebastian Kulczyk, który go kupił, przyjechał po niego w obstawie kilku dość imponujących limuzyn. Po przekazaniu auta wyszło na to, że właściwie nie mam jak jechać do pracy na nagranie nowego programu TVN „Hipnoza”. Pan Sebastian zaproponował mi więc, że mnie podwiezie. I pojechaliśmy. On za kierownicą, ja w roli pilota, a sam poldek w obstawie wspomnianych limuzyn. To był chyba najlepiej chroniony polonez w Polsce.  

Jak się czułeś jako pasażer?

Było mi trochę smutno, bo ten samochód to kilka lat pięknych wspomnień. Sam go wyszykowałem, zamontowałem mu nawet klimatyzację, pojechaliśmy nim w charytatywnym rajdzie na Sycylię. Po kolei odpadały mu różne części, ale dojechaliśmy i w ten sposób byłem częścią akcji, dzięki której udało się uzbierać spore pieniądze dla dzieci ze śląskich domów dziecka. Teraz będzie ozdobą kolekcji pana Sebastiana. W tym roku planuję pojechać ze Złombolem, bo tak nazywa się ten rajd, do Grecji dużym fiatem. To dopiero będzie wyzwanie. Samochód już mam. Dostałem od bezdomnego z Krakowa (śmiech). Napisał do mnie właściciel tego auta, że wie, że zrobię z nim coś dobrego, i chce mi go oddać. Obiecał, że dojadę nim z Krakowa do Warszawy, a czy do Grecji…? Zobaczymy. Muszę go najpierw trochę podrasować. 

Kiedy znajdziesz na to czas? Akcje charytatywne, „Hipnoza”, „Dzień dobry TVN”, dziewczyna, maleńki synek, budowa domu i jeszcze remont auta?

Mam nie znaleźć czasu na pogrzebanie w aucie? Jak nie znajdę, jak znajdę! Mój przyjaciel i sąsiad ma w garażu kanał do napraw, też jest pasjonatem starych aut i sobie będziemy dłubać. 

Przeprowadziliście się już do nowego domu?

Jeszcze się wykańczamy. W pełnym tego słowa znaczeniu (śmiech). Trochę żartuję, bo uwielbiam budować. Gdybym nie pracował w telewizji, zostałbym projektantem. Wnętrza powinny być odzwierciedleniem duszy, więc moje będzie skandynawskie. Prywatnie jestem bardzo hygge. Minimum tego, co jest potrzebne, i jak najwięcej przestrzeni. Nie lubię przepychu, nie lubię glamouru, czerwonych dywanów, stresuję się tą sesją zdjęciową, tym wywiadem. To jest bardzo nie moje. 

Jeszcze się nie przyzwyczaiłeś? Tkwisz w show-biznesie już tyle lat.

Tkwić w tym świecie można na wiele sposobów. Jest to wypadkowa mojej pasji, ale czerwonych dywanów unikam jak mogę. 

Nie unikasz za to dywaników u szefa.

Masz na myśli mojego telewizyjnego ojca Edwarda Miszczaka? Właściwie to ja mam dwóch ojców. Jednego większego, drugiego mniejszego (śmiech). Oczywiście rangą. Ojciec osobisty zawsze jest numer one, ale mój telewizyjny ojciec też jest fantastyczny. Ma do mnie tony cierpliwości.

Często u niego lądujesz?

Zdarza się. Jednak zaufał mi i powierzył nową misję – poprowadzenie programu „Hipnoza”. To duży show, w sobotę o 20, czyli w prime time. Program, który najlepiej oglądać w dużym gronie, bo zaraża śmiechem i doskonałą zabawą. Podobnie jak moje facebookowe akcje łączy ludzi w różnym wieku. Ale ta produkcja to także duża odpowiedzialność. 

Z odpowiedzialnością chyba nie masz problemów. Sam wszystko sprawdzasz na własnej skórze.

To dlatego, że jestem fanem anglosaskiego podejścia do dziennikarstwa, czyli modelu empirycznego. Jeśli nie sprawdzę czegoś na sobie, jak mam o tym ludziom opowiedzieć? Dlatego jeśli zimą robię materiał o tym, żeby nie wchodzić na lód, bo można wpaść do lodowatej wody, to wpadam do niej. Nie dla samego wpadania, tylko po to, żeby pokazać, że przed wejściem na zamarznięte jezioro warto zabrać dwa zwykłe długopisy… Mogą uratować życie. Wbijając je w lód, wydostajesz się z wody, taka lekcja.

Zarwał się pod Tobą lód, siedziałeś nago w saunie, robiłeś materiały niemal o wszystkim. Czego byś jednak nie zrobił na wizji?

Nie wiem. Jeśli czuję, że zrobienie czegoś ma jakiś głębszy sens, bo może ludziom coś pokazać, udowodnić, przekonać, sprawić, że staną się trochę lepsi, albo że się uśmiechną i ich dzień będzie  pogodniejszy, to wtedy to robię i tyle. 

Dałeś się zahipnotyzować?

Tak. Okazało się, że na 70 procent osób hipnoza nie działa. Ja znalazłem się wśród tych pozostałych 30 procent. Podobno im masz większą wyobraźnię, tym bardziej jesteś podatny na sugestie hipnotyzera. To niewiarygodne przeżycie i doświadczenie. Czujesz stan fantastycznego relaksu. 

Myślałam, że jesteś racjonalnym człowiekiem.

Raczej jestem.

Raczej?

Nie wierzę we wróżbitów Maciejów i wróżenie ze zgniłego jajka. Jak poszedłem do wróżki, to dlatego, że akurat robiłem o tym materiał. Wydaje mi się, że jednak dzięki tej mojej racjonalności i praktyczności akurat w programie „Hipnoza” jestem bardziej wiarygodny.

Niedaleko pada jabłko od jabłoni. Twój tata też prowadził programy rozrywkowe. 

Mój tata prowadził największe „sztosy” w historii polskiej telewizji. Może „Hipnozę”, która pokazuje, jak niesamowity jest ludzki mózg, też będzie można do nich zaliczyć. W Wielkiej Brytanii to był wielki hit. Pokazujemy, jakie w naszych umysłach drzemią siły, o których na co dzień nie mamy pojęcia. I robimy to w totalnie zakręcony i zabawny sposób. Ten program to genialny pretekst na domówkę ze znajomymi. Śmiech gwarantowany. Kiedyś pani w podstawówce spytała mnie, co bym chciał w życiu robić, a ja jej odpowiedziałem, że chyba chcę prowadzić programy. A potem okazało się, że tak właśnie jest. Ale prowadziła mnie do tego długa i kręta droga. Nazwałbym to maratonem. 

Dzięki nazwisku było Ci łatwiej czy trudniej?

Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Sam kilka razy się nad tym zastanawiałem. Wysyłałem do kolejnych miejsc pracy CV i listy motywacyjne jak wszystkie zaczynające karierę dzieciaki na świecie. Gdybym był skończonym debilem, to nawet nazwisko raczej by mi nie pomogło…   

Co kupiłeś za pierwsze zarobione pieniądze? 

Za pierwsze to nic, bo na niewiele by mi starczyło. Dostawałem 300 złotych miesięcznie. Na stażu. Ale potem, gdy w Radiu Złote Przeboje dostałem pierwszą wypłatę, jakieś dwa tysiące złotych, poszedłem do empiku i tam okazało się, że stać mnie na PlayStation. Stanąłem w kolejce, żeby zapłacić, i zacząłem się zastanawiać, kiedy będę w to grać, przecież siedzę w pracy po 20 godzin dziennie. Odłożyłem. I poszedłem do pracy. Niestety, już wtedy byłem chyba pracoholikiem albo inaczej – gigantycznym pasjonatem swojej reporterskiej profesji.

Masz to po tacie chyba, on też mówi, że jest pracoholikiem.

Pewnie tak. Ale nie mam z tym problemu.

Zygmunt i Filip Chajzer, Viva! 26/2005
Fot. Piotr Porebsky

Ty nie, a Twoja rodzina?

Po wywiadzie wsiądę w samochód i pojadę do Łodzi poprowadzić event. Zresztą to Gosia mnie tam wysyła, ponieważ jest moim menedżerem. Jesteśmy razem w życiu i w pracy i uważam, że to jest rozwiązanie doskonałe. Gosia jest genialnie precyzyjna w tym, co robi, doskonale dba o moje interesy i o mój czas, a przy okazji o swoje interesy i swój czas (śmiech).

 Z tego, co widziałam na sesji, wydawało mi się, że lubisz rządzić.

Nie! Jestem fatalnym szefem, bo jestem miękki. Chcę dla wszystkich najlepiej. Po prostu jestem profesjonalistą, zawsze staram się być w stu procentach perfekcyjny. I tego samego wymagam od wszystkich dookoła. 

Jesteś szefem swojej dziewczyny?

Raczej ona moim. Ja nie potrafię negocjować kontraktów, czytać umów, pilnować kalendarza. Pracuję dlatego, że kocham to robić. Uwielbiam nie tylko moją reporterską robotę, ale też konferansjerkę. Jestem z ludźmi, dla ludzi i czerpię od nich energię. Tak sobie myślę, że z każdego człowieka, którego spotkałem, jakaś cząstka została we mnie. Nigdy na przykład nie zapomnę takiej rozmowy na temat tego, co ludzi denerwuje. Wyszedłem na ulicę i spotkałem człowieka na wózku inwalidzkim. Pomyślałem: O! Teraz to całą litanię usłyszę. A on mówi, że go absolutnie nic nie denerwuje. Pytam: „Jak to nic?”. A on odpowiada, że jest po poważnym wypadku, to cud, że żyje, i teraz cieszy się każdą minutą. I wtedy sobie pomyślałem, że faktycznie on ma rację, że trzeba się cieszyć każdą minutą. I to są te cząstki, które we mnie zostają. 

W domu też rządzi Gosia?

W domu? Nie. Od trzech miesięcy rządzi Aleksander. Zdecydowanie rozstawia wszystkich po kątach. I mam wrażenie, że on ma już dosyć tego leżenia, najchętniej już by wstał i poszedł w świat… energia go roznosi. 

Pewnie jest taki jak Ty, że nie może usiedzieć w jednym miejscu. 

Chyba jest dokładnie tak jak mówisz. Po raz kolejny jabłko pada zaraz obok jabłoni. Kurtyna. 

Wideo

Wiosna 2020 - design, kulinarne inspiracje, podróże bez wychodzenia z domu!

Polecamy

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

BOJARSKA-FERENC, CHODAKOWSKA, LEWANDOWSKA, RUBIK, JĘDRZEJCZYK, SKURA… – ich wspaniałe figury, zdrowie, niesamowita energia, kreatywność to efekt wyrzeczeń, restrykcyjnych diet, a może dobrych genów? Nowa gwiazda modelingu KAROLINA PISAREK zdradza, czemu zawdzięcza sukces. Kierowca rajdowy LESZEK KUZAJ – ryzyko to jego specjalność! A także intrygująca historia JOGI oraz skąd się wzięło SPA.