WYWIADY VIVY!

Daria Ładocha: „Każdy dzień daje mi spełnienie. Ja szukam go w małych rzeczach”

„Teraz moje życie jest zupełnie inne”

Katarzyna Piątkowska 29 kwietnia 2020 06:22

W ramach cyklu Archiwum VIVY!: wywiady przypominamy rozmowę Katarzyny Piątkowskiej z Darią Ładochą. Wywiad ukazał się w czerwcu 2018 roku w magazynie VIVA!.

Magazyn VIVA! Daria Ładocha wywiad

Cechy charakterystyczne? Blond włosy, zawsze czerwone usta i… „gadanie” z prędkością karabinu maszynowego. Daria Ładocha, specjalistka od kuchni tajskiej i zdrowego żywienia, zwyciężczyni programu „Agent – Gwiazdy”, opowiedziała nam o gotowaniu – wielkiej pasji, córkach – wielkiej miłości i życiowych zakrętach zapisanych w tatuażach.

Wpada na spotkanie i od razu warszawska restauracja „Przegryź”, w której się spotkałyśmy, wypełnia się pozytywną energią. Na dzień dobry opowiada dowcip i sama się z niego szczerze śmieje. Ma niski głos, czerwone usta i blond włosy. Daria Ładocha, dziennikarka, kulinarna gwiazda „Dzień dobry TVN” i specjalistka od zdrowego żywienia, zwyciężczyni drugiej edycji programu „Agent – Gwiazdy”, dla swoich dwóch córek – Laury i Matyldy zrobi wszystko. Da się nawet zamknąć w trumnie. Poza tym żyje prawie normalnie – prowadzi dwa bardzo popularne blogi. Mamałyga poświęcony jest zdrowemu odżywianiu. Drugi poświęcony jest jej największej pasji – kuchni tajskiej. Autorka One More Thai co roku jeździ do Tajlandii, poznaje tajniki tamtejszej kuchni, a potem dzieli się swoją wiedzą. Na początku swojej kulinarnej przygody potrafiła wejść do tamtejszego domu lub restauracji i powiedzieć: „Dzień dobry. Nazywam się Daria Ładocha i chciałabym nauczyć się gotować”. Dzisiaj jest specjalistką od ostrej zupy tajskiej z krewetkami i Tom Yum Goong. Uważa, że tajska kuchnia jest prosta, a dzięki zdrowemu odżywianiu całe życie może stać się lepsze, dlatego chce uczyć Polaków świadomie jeść. Napisała kilka książek kulinarnych, między innymi „Nowoczesna kuchnia polska” i „Kuchnia dla zajętych kobiet i mężczyzn”. Sprawdziłam, skąd czerpie energię, dlaczego lubi słowa „bąbelek”, a nie cierpi „pachy”, i co oznaczają jej tatuaże. Ona sprawdziła, czy barszcz, który zamówiłam, nadaje się do jedzenia.

 Jak było w trumnie?

Cierpię na skrajną klaustrofobię. To powinno wszystko wyjaśnić. Miałam ziemię w ustach, zabrakło mi tlenu i zaczęły spadać kamery zamontowane przez produkcję. Miałam wrażenie, że nikt tego nie kontroluje. A najmniej ja.

Dlaczego więc dałaś się w niej zamknąć?

Chciałam pokazać moim córkom, ale przede wszystkim sobie, że nie ma rzeczy niemożliwych. Kiedyś w Wietnamie zacięłyśmy się w windzie. Natychmiast dostałam ataku paniki, a przecież to ja powinnam być spokojna, żeby dziewczyny się nie zdenerwowały. Tymczasem to moja starsza córka stanęła na wysokości zadania, uspokajała mnie, przemawiała do mnie jak do malutkiego dziecka. Gdy Laura zobaczyła, że daję się zamknąć w tej trumnie i że dałam radę, popłakała się i wciąż powtarzała, że jest ze mnie bardzo dumna. Laura jest bardzo mądra. Zawsze powtarzam, że ona przyszła na świat po to, żeby mnie czegoś nauczyć. To ona nauczyła mnie, jak być matką, bo nie jestem typową matką Polką od urodzenia. W ogóle nigdy nie sądziłam, że nią zostanę, bo lekarze powiedzieli mi, że nie mogę mieć dzieci.

Daria Ładocha z dziećmi, Daria Ładocha, VIVA! czerwiec 2018
Fot. Olga Majrowska

 To był dla Ciebie cios?

Nie. Było mi trochę przykro, to fakt, ale nie załamałam się. Pewnie dlatego, że wtedy nie planowałam posiadania dzieci. Ale to było jak z czekoladą. Jak ktoś nie lubi czekolady, a mu się zabroni, od razu będzie chciał ją jeść. A potem pojechaliśmy na wakacje, pierwszy strzał i jest Laura (śmiech). Teraz ona mi mówi, że dzieci biorą się z aplikacji. Siedzą sobie gdzieś na chmurce, klikają, patrzą, którzy rodzice są dostępni, i sobie wybierają. A jak już sobie wybiorą, to mama i tata „robią te seksy”, jak mówi, i wtedy dziecko idzie do brzucha. Na razie nie wyprowadzam jej z błędu (śmiech). Mówię, że były bąbelkami, które same wybierają sobie rodziców, i że jak ona sobie nas wybrała, to zdarzył się cud, który miał się nie zdarzyć.

 Dlaczego akurat jako bąbelki?

Dlatego, że to bardzo pozytywne słowo. Nie da się powiedzieć „bąbelek” ze złością. W przeciwieństwie do słowa „pacha”, którego nie cierpię

Kiedy pojawiła się Matylda?

Kiedy myślałam, że nie będę mogła mieć kolejnego dziecka. Wymarzyliśmy sobie rodzeństwo dla Laury, ale nam się nie udawało. Nie jestem typem fabrykantki. Kalendarzyki, planowanie, pilnowanie i uprawianie seksu tylko po to, by począć dziecko, jest zupełnie nie dla mnie. To absurd. Odpuściliśmy. Założyłam firmę, zaczęłam piec ciasta do stołecznych kawiarni i restauracji i przy pieczeniu tych tart i serników stało się i Matylda jest z nami.

Są do siebie podobne?

Są bardzo różne. Starsza jest filigranowa, ćwiczy gimnastykę artystyczną, pięknie się wysławia, jest dobra. A młodsza to jest taki wiecznie utytłany łobuziak. Taki Marian. I tak na nią mówimy. Na przykład Mania stoi na stoku w narciarskim rynsztunku i w końcu mówi: „I wytłumacz mi, po co ty mnie tutaj zabrałaś? Żebym marzła?”. Za to Lura ma w sobie tak wielkie pokłady troskliwości, że nie mogę się nadziwić. Dopóki ona nie pojawiła się na świecie, słowo „troskliwość” kojarzyło mi się tylko i wyłącznie z bajką „Troskliwe misie”.

Nie miałaś o kogo się troszczyć?

Miałam Bartka, z którym byliśmy osiem lat, zanim urodziła się Laura. On jest starszy ode mnie. Gdy szedł do szkoły, ja się dopiero rodziłam. Więc tylko o niego, bo nikt inny mnie wtedy nie interesował. Oczywiście poza rodzicami.

Daria Ładocha z dziećmi, Daria Ładocha, VIVA! czerwiec 2018
Fot. Olga Majrowska

 To była miłość od pierwszego wejrzenia?

Tak, wielka i szalona. Uciekłam z domu, żeby z nim zamieszkać. Skończyłam liceum, miałam zdawać na studia do Opola, ale zamieszkałam z nim we Wrocławiu. Przez pierwsze osiem lat bycia razem nawet znajomych nie mieliśmy, bo nie byli nam do niczego potrzebni. To była taka miłość, że chodziliśmy do kina i nie wiedzieliśmy, na jaki film, nagle patrzyliśmy na zegarek i odkrywaliśmy, że jest piąta rano. To była taka miłość, że przekraczałam wszystkie swoje granice, próbowałam zupełnie nowych rzeczy. Bartek tak naprawdę jest moim pierwszym mężczyzną, bo przed nim miałam chłopaków, ale z nimi tylko za rękę się prowadzałam i pod krzakiem całowałam. 

 Wtedy Wasze życie należało tylko do Was.

Tak, a to się zupełnie zmieniło, gdy pojawiły się dziewczynki. Teraz nasze życie należy całkowicie do nich. Ale nie zapominamy o sobie. 

 Niektóre matki uważają, że macierzyństwo to ciężki krzyż.

A mnie Laura nauczyła, że wcale tak nie jest. Że macierzyństwo oczywiście nie jest łatwe, ale jest bodźcem do tego, żeby jeszcze bardziej poznawać świat. Matki, które na siedem czy nawet więcej lat zamykają się z dziećmi w domu, złotego medalu za to nie dostaną. A gdy im dzieci wyfruną z domu, zostaną z niczym, bo nie mają swojego życia. Kiedy jedna dziennikarka zapytała Laurę, czy nie tęskniła za mną, gdy brałam udział w „Agencie”, moja córka odpowiedziała jej, że tęskniła, ale wiedziała, że spełniam swoje marzenia. 

 Wzruszyłaś się!

Zawsze się wzruszam, gdy o nich opowiadam.

 To była chyba trudna decyzja, żeby zostawić dzieci na sześć tygodni i nie mieć z nimi kontaktu.

Nie bałam się tego, że ja będę tęsknić, ale tego, że im będzie źle. Dlatego ustaliliśmy pewne reguły, które miały pomóc dziewczynkom poradzić sobie z tęsknotą. Pierwszą było to, że jak już im będzie bardzo źle, będą próbowały narysować uczucia. A wiadomo, że jak dzieci czymś się zajmą, to od razu zapominają, że tęsknią. Mogły też pójść do taty i powiedzieć mu, że chcą poprzebierać się w moje ubrania i umalować moimi kosmetykami, a potem nakręcić film i mi wysłać. Nie dostałam żadnego. 

Dlaczego zdecydowałaś się na udział w programie?

Chciałam się zmierzyć z moimi słabościami. A poza tym chciałam w dorosłym życiu przeżyć przygodę dziecka. Dostawałam zadania, których nigdy i nigdzie indziej bym nie dostała, miałam ekipę, z którą świetnie się bawiłam. Bez komputera, bez telefonu całkowicie poświęciłam się programowi. Bawiłam się w grę. I może dlatego wygrałam. Ci, którzy chcieli coś ugrać, odpadali na początku.

 Po programie pojawiły się na Twój temat nie tylko pozytywne komentarze. 

Było: że zołza, że taka, że śmaka. Ale ja się tym nie przejmuję. Ci, którzy mnie znają i kochają, wiedzą, jaka jestem naprawdę. Zdecydowałam się wejść w show-biznes ze wszystkimi jego konsekwencjami. Wiadomo, że jedni nas kochają, a inni nienawidzą. Gdybym miała się wszystkim przejmować, tobym zwariowała. 

 Tak jak wtedy, gdy zostałaś trenerką żywieniową, a dyplomowane dietetyczki zarzuciły Ci, że nie masz papierka?

Sama nie byłam zadowolona z tego określenia, bo nie ja je wymyśliłam. Dietetyków, których szanuję, jest w Polsce bardzo niewielu. I wiem, że będę się od nich uczyć do końca życia, bo to są ludzie z powołania. A dla dietetyczek, które kiedyś mnie zaatakowały, mam radę, żeby nie tylko mówić wszystko, co się wie, ale też wiedzieć, co się mówi. Ja uczę się każdego dnia, bo dietetyka szalenie mnie pociąga. 

Daria Ładocha z dziećmi, Daria Ładocha, VIVA! czerwiec 2018
Fot. Olga Majrowska

Zrobisz dyplom z dietetyki?

Jak zajdę w trzecią ciążę i będę chodzić z brzuchem. To będzie ten moment. 

 Kiedy zainteresowałaś się zdrowym odżywianiem?

Miałam 17 lat i lekarz zdiagnozował u mnie zespół jelita drażliwego. Chciał mi zapisać leki, które miałabym brać do końca życia. Wtedy już interesowałam się medycyną chińską, wgryzłam się też więc w chińską dietetykę. Cały czas jestem w procesie uczenia się. Jestem nienasycona. Zawsze wożę ze sobą książki o jelitach, o Hashimoto, o bakteriach jelitowych. Próbuję czytać beletrystykę, ale mi nie wychodzi. Mnie po prostu jara zdrowe żywienie. 

Jesteś ortodoksyjna jeśli chodzi o żywienie dziewczynek?

Nie! Ale one wiedzą, że jak mają katar, to nie powinny jeść bananów, bo one powodują zwiększenie wydzielania śluzu, a jak są chore, to muszą zapomnieć o cukrze. Mam takie wspomnienie z dzieciństwa. Trwa coniedzielna rodzinna idylla. Tylko jedno popołudnie w tygodniu. Po obiedzie zapada cisza i wtedy babcia wjeżdża z szarlotką albo ciastem cynamonowym. Zapach cynamonu od razu przenosi mnie w tamte momenty. To się nazywa pamięć zmysłów. Nie można tego dzieciom zabierać. Nie jestem fanatyczką i ortodoksem, jeśli chodzi o zdrowe odżywianie. Jestem za zasadą złotego środka.

Jaką jesteś mamą?

Są mamy uporządkowane i te, które kochają swoje dzieci (śmiech). Ostatnia dowiaduję się o terminie zielonej szkoły czy ostatnia biorę wymiary na sukienkę komunijną. Ale zupełnie się tym nie przejmuję i przede wszystkim niczego przed nimi nie udaję. Nie ukrywam emocji, ale je nazywam. Jak się uderzę tak, że chce mi się płakać z bólu, to płaczę. Od początku traktuję moje dziewczyny jak normalnych, dorosłych ludzi. Dlatego komunikują się w normalny sposób. Nie kiziam, nie miziam, normalnie im tłumaczę. Ale uczę je, żeby dawały mi przyzwolenie na to, żebym ja czasami mogła pobyć dzieckiem. Oczywiście zapewniam im poczucie bezpieczeństwa i jestem odpowiedzialna, ale nie trzymam gardy wysoko za wszelką cenę. Pokazuję im emocje, że czasem mogę być smutna, że mogę się na coś zdenerwować. Po prostu uczę je, że możemy dać sobie przyzwolenie na ich okazywanie. Dziewczyny pokazały mi też, co to znaczy prawdziwa siostrzana miłość, bo moje relacje z siostrą są teraz bardzo fajne.

 A nie były?

Były, ale zupełnie inne. Trochę w dzieciństwie rywalizowałyśmy. A teraz jesteśmy gotowe zrobić dla siebie bardzo wiele. Podczas Balu Dziennikarzy zadzwoniła do mnie moja siostra. Miała jakiś problem i musiała pogadać. Ona na Karaibach, ja w Polsce, bal trwa, na dworze -10, a ja przez godzinę na zewnątrz wiszę z nią na telefonie. Ona tego potrzebowała. 

 Jak troskliwą siostrą jest Laura?

Jak byłam w ciąży z Matyldą, dostała skrajnego atopowego zapalenia skóry. Była non stop na sterydach. Nie jadła. Była cała podrapana. Chciałam uśmierzyć jej ból, a nie miałam jak. Kąpałam ją w słomie, bo uczuliła się na wodę i na własny pot. To trwało cztery miesiące. Masakra. Odchodziłam od zmysłów. Aż w końcu trafiłam na terapeutkę z Białorusi, która powiedziała, że u nich atopowe zapalenie skóry nie jest traktowane jak choroba dermatologiczna, tylko psychologiczna. Poszliśmy do psychologa, gdzie okazało się, że ona się boi, że jej siostra umrze przy porodzie, bo ona sama o mało nie umarła. Myślała, że jak raz się udało, drugi raz na pewno się nie uda. Tak bała się o rodzeństwo, którego nigdy na oczy nie widziała. 

 Masz za sobą bardzo trudne historie, a mimo to jesteś radosna, pełna energii.

Na pewno mam energię odnawialną (śmiech). Wszystkie te rzeczy – ciężki poród i strach o życie pierwszej córki, a później konsekwencje z nim związane pozostawiło we mnie ślad. Ale wierzę, że co mnie nie złamie, uczyni mnie silniejszą i pomoże mi rozwiązywać problemy moich córek. Wszystkie te rzeczy pozwalają mi się rozwijać. Stoję na straży wewnętrznego spokoju. Tak jak ćwiczymy ciało, tak samo powinnyśmy trenować umysł. W tamtych chwilach było mi bardzo źle, ale ja to wszystko wyrzucam. Nie chcę tego gromadzić. Od niedawna medytuję. 

Masz duży apetyt na życie.

Tak mi babcia kiedyś powiedziała. Śmiała się, że mam nie tylko duży apetyt na pierogi, a potrafiłam na raz zjeść 30 (śmiech), ale mam też duży apetyt na życie. A jak ktoś tak ma, chce chłonąć życie pełnymi garściami. Ten, kto ma mniejszy bagaż, idzie szybciej. Bagaż, który mi ciąży, po prostu zostawiam za sobą.

Jesteś urodzoną optymistką?

Ludziom wydaje się, że optymiści patrzą na wszystko przez różowe okulary trochę ślepo. A ja staram się patrzeć na świat dosyć realnie i brać go w sposób bardziej radosny, pozytywny. Ale nie jestem takim frikiem, który patrzy ślepo przez różowe okulary i gdzieś się w pewnym momencie wykopyrtnie, bo mu ten realizm ucieka. Staram się, żeby wszystko szło równo. I tak to trwa przez cały rok, aż do przełomu stycznia i lutego, kiedy zaczynam się zamartwiać. A przecież nie ma czym. Ale ten stan występuje u mnie regularnie. W tym roku więc postanowiłam wyjechać. Pojechaliśmy do Wietnamu i wpadłam z deszczu pod rynnę. Tam to dopiero się martwiłam! Było strasznie i brudno! Miewam też takie dni, że do nikogo się nie odzywam. 

Wydaje mi się to niemożliwe. 

Zdarza się bardzo rzadko (śmiech). Rzeczywiście gadam i gadam na okrągło – czasem ciężko mi złapać oddech, dlatego ćwiczę swoją przeponę, by nadążała. A jak wczoraj około godziny 17 straciłam głos, Bartek powiedział: „Oho! Pan Bóg jednak istnieje!”. 

 Kto jest Twoją największą inspiracją?

Dziewczynki. Kiedyś Laura zapytała mnie, co najbardziej lubię jeść. Odpowiedziałam jej, że pierogi. Wtedy ona zapytała, dlaczego wobec tego ich nie jem na co dzień. Tak powstał pomysł, żeby unowocześnić i „odchudzić kalorycznie” polską kuchnię i tak powstała książka „Nowoczesna kuchnia polska”. W ten sam sposób założyłam firmę „Kuchta”, bo kiedyś zapytała mnie, dlaczego, skoro chciałam zostać piosenkarką, zostałam „kuchtą” (śmiech). To słowo tak mi zapadło w pamięć, że bliżej mi do kuchty niż do kucharki. 

Cytując Laurę: dlaczego zostałaś kuchtą?

Pojechałam do Tajlandii i tak się zakochałam w tamtejszym jedzeniu, że postanowiłam się wszystkiego nauczyć. W 30. urodziny siedziałam pod posągiem Buddy w ray-banach. On był w ray-banach, nie ja, ale podobno Buddy się nie wybiera, i żaliłam mu się: „Panie Buddo, ja już nie chcę robić tego, co robiłam dotychczas, nie chcę już wracać tam, gdzie byłam”. A byłam wtedy współwłaścicielką agencji reklamowej. Po powrocie do Polski odeszłam z niej i zajęłam się gotowaniem. Gotując, jestem szczęśliwa. Nie tak jak wtedy, kiedy po narodzinach Matyldy usłyszałam jej płacz i uzyskałam pełnię absolutnego szczęścia. Ale bardzo. To była dobra decyzja.

Przed złymi decyzjami chroni Cię wytatuowana rączka Fatimy?

Moja najukochańsza babcia z każdej podróży przywoziła mi taką rączkę. Gdy miałam w życiu taki moment, że potrzebowałam, żeby mnie ktoś pilnował, wytatuowałam ją sobie. Czułam, że przechodzę w nowy etap życia. To był trudny moment dla mojego związku. 

W Waszym życiu wydarzyło się wtedy coś złego?

Nie, ale wymknęłam się z tego naszego kokonu, żeby szukać swojej drogi. Jestem bardzo uczciwym człowiekiem. Nie chciałam, żeby te moje poszukiwania spowodowały, że gdzieś odejdę czy zrobię coś głupiego, bo bardzo szanuję nasz związek. Zresztą każdy z moich tatuaży coś oznacza. Mam taki, który pokazuje cały nasz 18-letni związek. Najpierw było osiem szalonych lat, constans – ciągła linia. Potem pojawiła się Laura, a wraz z nią wielka niewiadoma – na moim ręku linia przerywana. Potem były wzloty i upadki zaznaczone jako sinusoida. Pojawiła się Matylda i znów wszystko się wyprostowało. Coraz trudniej było mi łączyć pracę z macierzyństwem, więc mam tu jakieś zakrętasy. Aż doszliśmy w tym wszystkim do takiego momentu, że mogliśmy zacząć wszystko od początku. Ale do takiej prostej linii jak ta pierwsza już nigdy nie wrócę, bo teraz moje życie jest zupełnie inne. 

W tatuażach zapisujesz swoje życie?

To taki mój pamiętnik. Mam na przykład kropki oznaczające rodzinę, miłość, pracę i pasję. Po narodzinach Laury pojawiły się storczyki, a po narodzinach Matyldy – maki. Tak zapisuję moją historię. I mam jeszcze miejsce na dużo więcej. Ludzie często pytają mnie, co zrobię, jak mi się znudzą. Nie rozumiem, dlaczego miałyby mi się znudzić. Przecież one oznaczają bardzo ważne rzeczy dla mnie. Są zrobione dla mnie, nie na pokaz. 

Jesteś zadowolona z tego, jak się Twoje życie potoczyło?

Tak, bo każdy dzień daje mi spełnienie i szczęście. Tylko że ja szukam tego spełnienia i szczęścia w małych rzeczach. Nie mam parcia na szkło, nie chcę być celebrytką. Skupiam się teraz na budowaniu swojej marki i stworzeniu Akademii Zdrowego Żywienia. Miejsca, gdzie będzie można nauczyć się świadomego żywienia. Ale przede wszystkim jestem matką i mam za zadanie wychować obywatelki świata. 

Wideo

Marynarki, kardigany, sukienki maxi, kozaki na słupku. Te produkty będą modne jesienią i zimą 2020/2021

Akcje

Polecamy

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Córka ANNY PRZYBYLSKIEJ, OLIWIA BIENIUK, w jedynym takim wywiadzie: „Kiedy mama umarła, wchodziłam w najtrudniejszy okres dojrzewania i ono się trochę zatrzymało”. PIOTR BECZAŁA i KATARZYNA BĄK-BECZAŁA. Światowej sławy muzyk i utalentowana mezzosopranistka, która zamieniła karierę na rolę żony. Czy żałuje? KEANU REEVES, aktor, który chodzi własnymi ścieżkami. IZABELA TROJANOWSKA w czasach PRL-u szokowała ostrym, rockowym wizerunkiem. Ile dziś zostało z tamtej niepokornej dziewczyny? W CYKLU EXTRA Świat mody z powodu koronawirusa znalazł się na krawędzi.