WYWIADY VIVY!

Bogumiła Wander: „Minęłam się z powołaniem. Mogłam zostać architektką albo projektantką wnętrz”

„Projektowanie i wystrój domu to szalona przyjemność”

Magazyn VIVA! 16 maja 2020 06:22

W ramach cyklu Archiwum VIVY!: wywiady przypominamy rozmowę z Romana Praszyńskiego z Bogumiłą Wander. Wywiad ukazał się w styczniu 2015 roku w magazynie VIVA!

Magazyn VIVA! Bogumiła Wander wywiad

Ikona polskiej telewizji. Była prezenterką i prowadziła wielkie festiwale w Sopocie i Opolu. Dziś Bogumiła Wander żyje spokojnie w pięknym domu pod Warszawą. Jej mężem jest kapitan Krzysztof Baranowski, człowiek, który samotnie opłynął Ziemię. Wiele lat ukrywali swoją miłość. „Zakochałam się nieprzytomnie. To była choroba”, wspomina prezenterka. Opowiada o kulisach wielkich estrad, tłumaczy, dlaczego nie zagrała w rozbieranym filmie i zapewnia, że jest życie poza… ekranem.

Ogląda Pani telewizję?

Budzę się w nocy. Zwykle o drugiej nad ranem. Wtedy włączam telewizor. Czytać za długo nie można, oczy bolą, więc miga ekran. A na nim politycy wciąż plotą to samo. 

 Za Pani czasów było lepiej?

Nie chcę narzekać jak babcia, co potępia wszystko, co nowe. Ale w tamtych czasach wiele fajnych rzeczy działo się w telewizji. Było dużo zdolnych ludzi. Kabaret Starszych Panów to było cacko. Wszyscy na to czekali. Kobra, Teatr Telewizji co poniedziałek. Dlaczego dziś nie można szerzyć kultury?

 Tęskni Pani za byciem na ekranie?

Swoje już odsiedziałam. Ale często jestem zapraszana do porannych programów. Gdy miałam yorka, był pretekst, żeby porozmawiać. Jakiś czas temu Agata Młynarska przepytywała mnie w swoim programie „Świat się kręci”, jak było z ubieraniem się na wizję. 

 A jak było?

Występowało się w swoich ciuchach. Był wspaniały magazyn kostiumów prowadzony przez artystkę scenograf Xymenę Zaniewską. Dla aktorów. Nikomu nie przyszło do głowy, żeby prezenterki mogły z nich korzystać. Kiedyś na Wielkanoc założyłam białą bluzkę, która miała lekki połysk. Na zebraniu zastępczyni Zaniewskiej dała mi naganę, że bluzka była za strojna. Ale kilka dni po świętach dostałam telefon od kierownika produkcji filmu Waleriana Borowczyka. Powiedział: „Pan Borowczyk zobaczył panią w telewizji i proponuje pani główną rolę w »Dziejach grzechu«. Żadnych zdjęć próbnych. Część zdjęć we Francji!”. Zadzwoniłam do znajomych, żeby zapytać, kim jest ten Borowczyk. „Dość znany”, usłyszałam. „Ale weź pod uwagę, że cię rozbierze”. Przyjaźniliśmy się z Elą Starostecką i jej mężem Władkiem Korczem. Zapytałam: „Eluniu, jakie masz stawki dzienne?”. Okazało się, że jakieś grosze. Więc odmówiłam, kierownikowi produkcji szczęka opadła. Nie mógł uwierzyć, że nie marzę o zrobieniu kariery filmowej. Ale jakby mnie reżyser rozebrał, to nie mogłabym wrócić do telewizji.

Krzysztof Baranowski, Bogumiła Wander, VIVA! maj 2018
Fot. Olga Majrowska

Pani całe życie związane było z telewizją. Jak to się zaczęło? 

Mieszkałam w Łodzi, studiowałam na uniwersytecie, na wydziale historyczno-filozoficznym. Łódzki ośrodek telewizyjny ogłosił eliminacje na spikerów. Ktoś ze znajomych mnie namówił, zrobiłam sobie zdjęcie i wysłałam. Byłam jedną z 300 chętnych. Przypomniałam sobie o tym, jak oglądałam walizkę po mojej mamie, która odkładała wycinki z gazet. Przeczytałam na pożółkłym papierze: „Wygrała jedna z 270 studentek”. Dostałam się, a niedługo potem przeniosłam się z powodów osobistych do Warszawy. Był rok 1969.

Te powody osobiste to miłość?

Tak. Mąż, ojciec mojego syna, mieszkał w Warszawie. Byliśmy małżeństwem, dopóki był grzeczny. Potem trzeba się było rozstać. Tak to jest z mądrymi przystojniakami, którzy w tamtych czasach zaczęli wyjeżdżać na Zachód. Dostał propozycję pracy w przedstawicielstwie angielskiej firmy. Miał służbowy samochód, wyjeżdżał do Londynu. Trochę się rozhasał. Ale jesteśmy w przyjaźni z powodu syna. 

Po przeprowadzce do Warszawy zaczęła Pani prowadzić festiwale?

Już wcześniej jeździłam na festiwale. Najpierw z moim bratem, Włodzimierzem Wanderem, który grał w zespole Niebiesko-Czarni. Wprowadził młodszą siostrę w ten świat.

 Poznała Pani Czesława Niemena?

Pierwszy raz zobaczyłam go w studenckim klubie Żak w Gdańsku. Brat grał tam na saksofonie. Modny był wówczas jazzowy styl dixieland. To były lata 50., byłam podlotkiem. Brat zabrał mnie do klubu, ludzie tańczyli, śpiewali, oni grali. Pamiętam, w przerwie przyszedł człowiek w zielonej wojskowej bluzie. Krótko ostrzyżony, z wąsem, zapytał, czy może w przerwie pośpiewać. Niestety, wtedy Niemen śpiewał kantyczki, co studentom nie bardzo się podobało. Nie podobał im się jego wąs. Jak Walicki dołączył go do Niebiesko-Czarnych, to brat mnie zabierał na koncerty. Były gwizdy, okrzyki: „Zgól wąs”. Młodzież chciała, żeby było nowocześniej, a on tkwił we wschodnich kawałkach. Potem jeździłam z Czesławem, zapowiadałam go.

 A jak zaczęło się Pani bywanie w Opolu?

Od brata. Ze dwa, trzy razy zabrał mnie na festiwal do Opola. Brat ożenił się z Daną Lerską, która odnosiła sukcesy w Opolu i Sopocie. Pamiętam, pierwszy raz w Opolu weszłam nieśmiało podczas prób. Był upał, wszyscy siedzieli na ławkach. Teresa Zygadlewicz, scenografka, chociaż mnie nie znała, krzyknęła: „Chodź tutaj!”. Siadłam obok niej, obok siedział Bohdan Łazuka. Powiedział: „Czy te wszystkie Wandery muszą być takie ładne?”. To było bardzo miłe. Zapowiadałam w Opolu, w szkole, pierwszy recital Wojciecha Młynarskiego. To było wielkie przeżycie. Z nerwów popełniłam ogromne faux pas. Wojtek tłumaczył mi, żebym uważała, gdy będę zapowiadać pianistę Adama Matyszkowicza. Ma uraz, bo ludzie przekręcają jego nazwisko na Matyszkiewicz. Tak się stremowałam, że oczywiście przekręciłam. Wojtek mnie objął, pocieszył. A ten pianista mieszka od dawna w Stanach. I zmienił nazwisko na Makowicz.

Krzysztof Baranowski, Bogumiła Wander, VIVA! maj 2018
Fot. Olga Majrowska

W Sopocie zapowiadała Pani razem z Lucjanem Kydryńskim?

Tak, pamiętam mój pierwszy Sopot w 1969 roku. Pierwszego dnia z Lucjanem była Edyta Wojtczak, drugiego Krysia Loska, trzeciego ja, a w czwarty, finałowy, zapowiadała Irena Dziedzic. Z Edytą miałyśmy w hotelu wspólny pokój. Od Dany Lerskiej dostałam kolczyki, wielkie złote koła, które przywiozła z zagranicy. Do sukni nie bardzo mi pasowały – za duże. Leżały na szklanej półeczce na umywalce. Dziedzic wpadła do nas: „No, co bąbelki słychać?”. Jej wzrok padł na kolczyki. „A czyje to?”. Zaczęła przymierzać. „Mogę pożyczyć na koncert?”. „Ależ oczywiście. Bardzo proszę, pani Ireno”. I potem zrobiła sobie identyczne i przez długi czas w „Tele-Echu” przypinała.

 Występ przed publicznością i kamerami to był duży stres?

W zależności od reżysera. Czy pogłaszcze po głowie, czy ryknie. Byli tacy, co krzyczeli, Kurylewicz na przykład, który zajmował się stroną muzyczną. Tak wrzeszczał na próbie, że potem nogi się pode mną uginały. Pamiętam też nieprzyjemną sytuację z fotografami. Przed występem zagranicznego artysty w Sopocie trzeba było streścić tekst jego piosenki. A w kanale muzycznym siedzieli fotoreporterzy z aparatami i strzelali fotki. Zapowiadałam występ jakiegoś Holendra i opowiadałam, o czym jest jego piosenka. I nagle słyszę: „Tak? O czym?”. To fotoreporterzy zaczęli mi przeszkadzać. Nudziło im się. A wszystko idzie na żywo. Zdenerwowałam się i powiedziałam w kierunku kanału: „To może któryś z panów mi pomoże!”. Skończyłam ze łzami w oczach i biegiem za kulisy. Powiedziałam, że więcej na scenę nie wyjdę. 

Annę German też Pani zapowiadała?

Z nią wiąże się moje kolejne faux pas. Anna German występowała u Janusza Rzeszewskiego w programach. Usiadła w mojej spikerce, maleńkim pokoiku, gdzie była kamera i mikrofony, i sobie odpoczywała. A ja musiałam wejść, żeby zapowiedzieć. Podniosła się i nagle jej głowa znalazła się wysoko nade mną. Wyrwało mi się: „O, jaka pani wysoka!”. Supergościnnie. A ona na to: „Nie szkodzi, ja już mam swojego partnera”. Tak się poznałyśmy.

 Nie tylko festiwale Pani prowadziła.

Pracowałam na etacie w telewizji. Miałam dyżury, zapowiadałam programy. Jak wszyscy prezenterzy. W latach 80. zaczęliśmy się wykruszać. Pierwsza na emeryturę odeszła Edyta Wojtczak. W drugiej połowie lat 80. – Janek Suzin. 

Przyjaźniliście się?

Tak. Mieszkaliśmy na Saskiej Kępie, on z żoną, aktorką Alicją Pawlicką. Odwiedzaliśmy się, spędzaliśmy wspólnie sylwestra. Kiedyś pojechaliśmy z Jankiem do Moskwy na zaproszenie Rosjan. W hotelu Janek od razu wlazł pod łóżko, sprawdzał, czy nie ma podsłuchów. Zaraz potem wysłali nas pociągiem do Petersburga. Piękne miasto. Gdy Janek zobaczył, jak przechadzam się po petersburskich ogrodach, nazwał mnie księżniczką. Tak zwracał się do mnie do końca. W latach 80. powiedział: „Wiesz, księżniczko, mnie się już nie chce”. I odszedł z telewizji. A kiedy odszedł naprawdę, nie tak dawno, natychmiast rozdzwonił się mój telefon. Byłam w ogrodzie, jakaś dziennikarka zadzwoniła: „Czy wie pani, że Jan Suzin nie żyje?”. Kolana się pode mną ugięły. Zaraz zjechały się wozy przed mój dom. Wszyscy chcieli, żebym coś powiedziała, a ja byłam w szoku. Nie miałam czasu, żeby to przeżyć, przecież to był przyjaciel. 

A Pani dlaczego odeszła z telewizji?

Bo wszystko się zmieniło. Najpierw w 1979 roku wyjechałam z mężem do Brukseli. Gdy wróciłam po stanie wojennym w 1982 roku, telewizja była inna. Na korytarzach zupełnie nowi, nieznani ludzie. Zaczęłam się bać, że mnie wyrzucą. Wiedziałam, że praca na wizji jest bardziej atrakcyjna, praca w redakcji mniej. Zapisałam się na dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim. Zrobiłam magistra i przeniosłam swój etat do redakcji kulturalnej. Robiłam programy własne, głównie o balecie. Tego wcześniej nie było. W Teatrze Wielkim dużo się działo. Zaczynał się kapitalizm. Pamiętam, jak Aleksander Gudzowaty zaprosił balet z La Scali, a na widownię wszystkich, którzy się liczyli. Stałam z ekipą i rejestrowałam wejście gości. Od kościelnych hierarchów do biznesmenów, którzy dziś są miliarderami. 

 Aż przyszedł przełom wieków? 

Pomyślałam, że najwyższy czas ustąpić młodym. Dzień przed sylwestrem 2000 roku miałam dyżur, pożegnałam się z widzami. Ale zachowałam etat, dalej robiłam programy. Gdy w latach 90. przyszła ekipa Walendziaka, tak zwani pampersi, zachowywali się niedopuszczalnie. Atmosfera była tragiczna. Zwalniali ludzi, by zatrudnić swoich. Mój program też obcięto. Gdy dyrektorem Jedynki został Tomasz Siemoniak, aktualny minister obrony, wezwał mnie do siebie. Szłam zaniepokojona, czego chce ode mnie dyrektor. A on stanął na baczność i powiedział, że chce mnie przeprosić w imieniu swoich poprzedników. To było miłe!

Krzysztof Baranowski, Bogumiła Wander, VIVA! maj 2018
Fot. Olga Majrowska

Jednak Pani zrezygnowała?

Dużo pływałam z Krzysztofem, moim obecnym mężem. Byłam na kilku międzynarodowych Operacjach Żagiel. Żaglowce z całego świata dopływały do określonego portu w Europie. Wielkie święto żeglarstwa. Pomyślałam: zrobię reportaż. Polacy nie wiedzą, jakie to cudowne żaglowce, wspaniali ludzie. Pan Rafał Rastawicki z SLD był szefem publicystyki. Złożyłam u niego projekt. Chciałam operatora, kamerę. Dostałam odpowiedź, że nie ma pieniędzy. Popłynęłam z Krzysztofem. Przez trzy dni się zastanawiałam, młodzież, która była na pokładzie, pytała: „Dlaczego pani nie może spać? ”. „Mam coś do przemyślenia”. Po trzeciej nocy wróciłam do kajuty, obudziłam Krzysztofa. „Podjęłam decyzję”, powiedziałam. „Składam wymówienie”. 

 Co on na to?

Powiedział: „Ty się jeszcze zastanów!”. Ale ja miałam dość. Pamiętam, szłam długim przeszklonym korytarzem z wypowiedzeniem w ręku. Naprzeciwko mnie szła Staszka Ryster, która prowadziła „Wielką grę”. Zobaczyła kartkę, myślała, że to może nowy scenariusz. „Co tam masz?”, złapała i czyta. „Czyś ty zwariowała? Takich rzeczy się nie robi!”, wybuchnęła. „Ja ci to podrę!”. „Niczego nie podrzesz”, odpowiedziałam. „Wyobraź sobie, że zostaję, a oni za dwa miesiące mnie zwalniają. Absmak bym miała do końca życia. A tak cichutko znikam”. I wie pan, co się stało ze Staszką? Parę miesięcy później zdjęli jej „Wielką grę”.

 Zostawiła Pani telewizję i co dalej?

Zbudowałam dom, w którym teraz siedzimy. Jest moim dziełem od pomysłu. Kupiłam w kiosku za 10 złotych książeczkę z projektami domów. Wybrałam jeden i architekt, jeden z wychowanków Krzysztofa, zaprojektował go tak, żeby nam się dobrze mieszkało. Projektowanie i wystrój domu to szalona przyjemność. Krzysia nie było, pływał, sama dobierałam materiały. Myślę, że minęłam się z powołaniem. Mogłabym zostać architektką albo projektantką wnętrz. 

 Długo jesteście razem z panem kapitanem Krzysztofem Baranowskim?

Trzydzieści pięć lat razem. Kochamy się do dnia dzisiejszego. Krzyś nie przejdzie, żeby mnie nie pocałować. Jesteśmy ze sobą szczęśliwi. Nie ma między nami kłótni. Wszystko dogadane. 

 To rzadkość.

Chyba tak. Mój syn też jest w bardzo dobrym małżeństwie. Kocha żonę z wzajemnością. To ja mam prawo narzekać. Wnuczkę widziałam na Wigilii, a wcześniej w lipcu. Syn zapracowany, nie ma czasu mnie odwiedzić. A jak ma wolny weekend, to lecą z rodziną za granicę. Ja to rozumiem, to jego życie. Dzwoni tylko i mówi, że mnie kocha. 

 Gdy poznaliście się z panem Krzysztofem, oboje byliście w innych małżeństwach?

To prawda. Krzysztof zaczął pracować w telewizji w latach 70. Spotykaliśmy się w pracy, był grzeczny, kłaniał się. Kiedyś czekałam przy wyjściu na taksówkę, Krzysztof zaproponował, że mnie podwiezie. Zawahałam się: „Nie wiem, czy panu po drodze?”. „Na pewno”, zapewnił, więc wsiadłam. Rozmowa się nie kleiła, wysiadłam przed domem. Ponieważ on musiał zawrócić, czekałam i podziękowałam mu machaniem. A on odebrał to jako zachętę. Trzy dni później przychodzi kartka z Kartageny, gdzie dostał pierwszą nagrodę za swój film. Napisał osobistą kartkę, że do tej pory mu wystarczało, a teraz już mu nie wystarcza. Ja z koleżankami rumieńce i analizujemy, co to znaczy. Pomyślałam, że wypada mu podziękować. Podwiózł, jeszcze kartkę napisał. Głupiej treści, ale niech będzie. Zadzwoniłam. I to był błąd. Nie sądziłam, że to zacznie być ważne, wiedziałam, że wyjeżdżam z mężem do Brukseli. A Krzysztof zaczął pisać listy. I to była niesamowita rzecz. Bo listy działają na wyobraźnię.

 Czegoś Pani brakowało?

Takiego uczucia. Na najwyższych obrotach. Wielkiej miłości. Zakochałam się nieprzytomnie. To była choroba. Bardzo duże uczucie nas łączyło. Ale kiedy to było? Byliśmy młodzi.

Wiele lat ukrywaliście swoją miłość?

Na początku każdy tak robi, bo nie wiadomo, co z tego wyniknie. Czy zauroczenie przetrwa? Krzysztof narzekał na mnie bardzo, bo nie chciałam odejść od męża. Głównie chodziło o syna. Nie chciałam rozbijać rodziny, dopóki nie dorósł. Dziś syn ma już 40 lat, był prezesem różnych korporacji w branży reklamowej. W końcu założył własny biznes.

 Pan kapitan żalił się na Panią w książce „Samotny żeglarz”, gdy Pani od niego odeszła?

Takich rozstań było parę. Wracaliśmy, bo nie umieliśmy bez siebie żyć. A tytuł ja mu wymyśliłam. „Samotny” – skoro tak żalisz się nad sobą, a ja w tej książce wychodzę na taką podłą.

W końcu jednak związaliście się oficjalnie?

Zmobilizowała go do tego jego matka, Kasia, lekarz ginekolog. Mieszkała w Kędzierzynie-Koźlu. Była we mnie zakochana. Gdy ją odwiedzaliśmy, Krzysiek szedł spać w piżamie od mamusi, a myśmy siedziały w kuchni i rozmawiały godzinami o życiu. Bardzo mnie przygarnęła do serca. Miała ogromny wpływ na nasz związek. Jej rozmowy z Krzysztofem dały mu odwagę do tego, co miał zrobić – wyjść z rodziny i związać się ze mną. Kasia pomogła nam też po śmierci. Nie wybudowalibyśmy domu w Warszawie, gdybyśmy nie sprzedali jej domu w Kędzierzynie. Nasz pierwszy dom postawiliśmy na Zaciszu w latach 90. Obok Teresy Torańskiej, która zawsze wyprowadzała trzy psy na smyczy. Mieszkali tam też Leszek Balcerowicz, Krysia Kofta, Jurek Zelnik. Prowadziliśmy wspólne sąsiedzkie życie. Gdy Krzyś wrócił z samotnego rejsu dookoła świata, urządziliśmy przyjęcie.

 Pani żegluje?

Ja nie żegluję. Ja jestem na pokładzie. Z Krzysztofem pływałam wiele razy, kilkakrotnie byliśmy na Karaibach. Cudownie było, wyspa dla bogaczy, śliczna zatoczka, przy wejściu kopce z muszli. O, to co pan widzi, Krzyś wyłowił mi z dna. Kapitan jest wspaniałym człowiekiem. Ma dobre serce. Często się wzrusza. Na filmach i w życiu. Co nie znaczy, że jest niemęski. Widziałam go w takich akcjach na morzu, że książki można by pisać.

 Wierzy Pani w przeznaczenie?

Coś w tym jest. Ale w moim życiu wielką rolę zawsze grał przypadek. Gdybym nie wzięła udziału w konkursie na prezenterkę, zostałabym nauczycielką historii. A kompletnie się do tego nie nadawałam. Rozbiegane dzieci w szkole doprowadzały mnie do szału. Nie wyobrażam sobie życia bez Krzysztofa. Ale gdybym nie dała się wtedy podwieźć kapitanowi do domu, nie wiem, gdzie bym była dzisiaj, ani z kim. Myślę, że jestem szczęściarą.  

Wideo

Marynarki, kardigany, sukienki maxi, kozaki na słupku. Te produkty będą modne jesienią i zimą 2020/2021

Polecamy

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Córka ANNY PRZYBYLSKIEJ, OLIWIA BIENIUK, w jedynym takim wywiadzie: „Kiedy mama umarła, wchodziłam w najtrudniejszy okres dojrzewania i ono się trochę zatrzymało”. PIOTR BECZAŁA i KATARZYNA BĄK-BECZAŁA. Światowej sławy muzyk i utalentowana mezzosopranistka, która zamieniła karierę na rolę żony. Czy żałuje? KEANU REEVES, aktor, który chodzi własnymi ścieżkami. IZABELA TROJANOWSKA w czasach PRL-u szokowała ostrym, rockowym wizerunkiem. Ile dziś zostało z tamtej niepokornej dziewczyny? W CYKLU EXTRA Świat mody z powodu koronawirusa znalazł się na krawędzi.