WYWIADY VIVY!

Alżbeta Lenska: „To, co się stało dwa lata temu, to był dla mnie taki kop w tyłek”

„Nigdy nie umiałam docenić sama siebie”

Gabriela Czernecka 25 września 2020 06:15

W ramach cyklu Archiwum Vivy!: wywiady przypominamy rozmowę Katarzyny Piątkowskiej z Alżbetą Lenską. Wywiad ukazał się w lipcu 2020 roku w magazynie VIVA!.

Magazyn VIVA! Alżbeta Lenska wywiad

Dwa lata temu świat Alżbety Lenskiej zatrzymał się. Aktorce pękł tętniak. Szczęście w nieszczęściu, że stało się to w teatrze, wśród ludzi. Dzięki błyskawicznej reakcji szybko trafiła na stół operacyjny. Wyszła z tego bez szwanku i, jak mówi, to wydarzenie przyniosło jej więcej dobrego niż złego. Dojrzała, by opowiedzieć o tym, co się stało i jak zmieniło się jej życie.  

Boisz się śmierci?

Już nie. Ale kiedyś bałam się potwornie. Taki lęk był we mnie od śmierci mojej ukochanej babci. Widziałam, jak umiera.  

 Od kiedy się nie boisz?

Od momentu, kiedy w mojej głowie pękł tętniak. To wydarzyło się w maju 2018 roku w teatrze, w przerwie spektaklu. Grałam akurat z moim mężem Rafałem. Kiedy usłyszał zamieszanie i garderobianą wołającą, żeby dzwonić po karetkę, zanim straciłam przytomność, od razu był przy mnie. Miałam wielkie szczęście.

 Szczęście?!

Tak. Wyobraź sobie, że jestem sama w domu i to się dzieje. Znikąd pomocy. A tak pomoc przyszła błyskawicznie. To był po prostu prezent od losu. Od razu trafiłam na stół operacyjny w najlepszym szpitalu w Warszawie. Splot okoliczności sprawił, że dzisiaj siedzimy obok teatru Komedia, gdzie to się wydarzyło, rozmawiamy, śmiejemy się. Właśnie wtedy, po tym, jak jedną nogą byłam na tamtym świecie, przestałam się bać.  

Nie miałaś żadnych symptomów? Nie podejrzewałaś, że coś złego może się z Tobą dziać?

Miałam migreny. Jak większość kobiet. Teraz każdemu, kto ma migreny, polecam angiorezonans. Mi nikt go nie polecił. Nie chodziłam na badania, bo wydawało mi się, że migrena to coś normalnego. Miałam je tak często, że się przyzwyczaiłam. Owszem, trochę utrudniały mi życie. Gdy jeździliśmy po Polsce ze spektaklem, cała ekipa wiedziała, że podczas podróży nie będzie ze mną długiej rozmowy. Wsiądę do busa, wezmę proszki i pójdę spać. Potem zagram spektakl, znowu wezmę proszki i znów pójdę spać. Koledzy byli przyzwyczajeni do mojego bólu głowy. Okazało się że to przez tętniaka.

 Ile lat to trwało?

Przez pięć lat żyłam z tykającą bombą w głowie. Jak o tym dzisiaj pomyślę, to naprawdę jestem przerażona.  

 Nawet nie wyobrażam sobie, jak trudne to musiało być dla Twoich bliskich, skoro obcy ludzie bardzo przeżywali Twoją chorobę.  

Wydaje mi się, że to dlatego, że ludziom trudno było uwierzyć, że w ogóle takie coś się stało. Młoda, sprawna, uśmiechnięta, a tu nagle… pęknięty tętniak. Gdy się ma tyle lat co my, w ogóle o takich rzeczach się nie myśli. Dzięki Rafałowi i pomocy psychologa moje dzieci nawet się nie zorientowały, że coś poważnego mi się stało. Oczywiście wiedziały, że jestem w szpitalu, że pękł mi tętniak, ale lekarze robią wszystko, żebym wyzdrowiała. 

Pamiętasz swoją pierwszą myśl po przebudzeniu po operacji?

Jak tylko się wybudziłam z narkozy, od razu zaczęłam się uśmiechać. Pielęgniarki potem powiedziały, że nie wiedziały, czy ja mam tak normalnie, czy to efekt pęknięcia tętniaka i operacji. A mi było tak dobrze, że nie mogłam się nie uśmiechać. Kolory na oddziale kojarzyły mi się z dzieciństwem, świeciło piękne słońce. To była wiosna i przez otwarte okna docierał do mnie jej zapach. Czułam już nadchodzące lato i przyznam, że było mi trochę jak na wakacjach. Ale wyglądałam strasznie. Leżałam, miałam ogoloną głowę, miałam podpięte jakieś rurki i kable. Nic dziwnego, że ci, którzy mnie odwiedzali, wchodzili do sali, gdzie leżałam, i patrzyli na mnie zdumieni ze łzami w oczach. Mówiłam: „Nie płacz! Przecież wszystko jest dobrze”. I zawsze odpowiedź była ta sama: „Beta. Ty zwariowałaś!”. A ja się śmiałam. Jak o tym pomyślę, to nie dziwię się, że pewnie myśleli o mnie „wariatka”. Pomimo ogromnego fizycznego bólu psychicznie byłam w doskonałej formie. Odłączyłam przejmowanie się ciałem. Cieszyłam się, że jestem i że Rafał nie musi się już stresować. 

 Lubisz swoją bliznę czy wręcz przeciwnie?

Nie przeszkadza mi. Gdy miałam ogoloną głowę, była bardzo widoczna. Gdybyś dotknęła operowanego miejsca, poczułabyś, że mam zdeformowaną czaszkę. Ale chirurg, który mnie operował, doktor Jacek Bogucki, zadbał o to, żeby blizna nie tylko mnie nie ciągnęła, ale była ładna. Kocham go za to!

 Co na to Twój mąż Rafał?

Zaakceptował ten stan (śmiech). A wracając do blizny… Dzisiaj śmieję się, że tuż po operacji byłam jak po botoksie, bo miałam uszkodzone nerwy, nie ruszała mi się skóra na czole. Mówili, że to minie i, niestety, mieli rację (śmiech). Znów marszczę czoło i znów słyszę na planie „Ojca Mateusza” od reżysera: „Becia, bardzo dobrze grasz, tylko tak czoła nie marszcz, jak się denerwujesz, bo to bardzo widać w kamerze”.

Alżbeta Lenska, Viva! 14/2020
Fot. Agnieszka Kulesza & Łukasz Pik/Das Agency
  

Bardzo się zmieniłaś?  

To, co się stało dwa lata temu, to był dla mnie taki kop w tyłek. Nigdy nie umiałam docenić sama siebie. Byłam dobra i miła dla innych, ale ja… zawsze na dalszym planie. Chciałam być idealna – najlepsza matka, najlepsza żona, najlepsza aktorka. Nie wychodziło mi, bo zawsze jest ktoś lepszy. Zobacz! Nawet łzy mi płyną, jak o tym mówię! A teraz… Nadal szanuję ludzi, ale w pierwszej kolejności liczę się ze sobą. I już się nie boję, że jak nie dam rady, to kogoś zawiodę. Nie jestem już perfekcjonistką. Jak nie mam siły ugotować obiadu, zamawiam pizzę. A nigdy wcześniej nie zamawiałam pizzy, uwierz mi. Zawsze ja ją robiłam. Nauczyłam się też angażować innych do pomocy, bo nie chcę już być zosią samosią. Nadal zdarza nam się zamawiać pizzę. Ale lubimy też zrobić ją wspólnie własnymi rękoma. Nasza rodzina słynie wśród znajomych z najlepszej pizzy w mieście (śmiech). Tylko że teraz robimy to wszystko bez pośpiechu i bez spiny. Celebrujemy wspólnie spędzony czas. 

Naprawdę czułaś się aż tak niedowartościowana?

Ale przez siebie samą. Zawsze miałam wsparcie w Rafale, przyjaciołach, bliskich, więc nie wiem, dlaczego tak było. Może to się z dzieciństwa bierze? Cholera wie. Czułam, że muszę wszystkich kochać, wszystkim pomagać i im więcej dam z siebie, tym lepiej. Dopiero po roku stwierdziłam, że skoro mnie cofnęli z góry, to chyba nie jestem taka zła. I wiesz, co robię codziennie, jak wstanę? Przytulam się i mówię: „Fajnie, że jesteś”. Nie zachwycam się sobą, tylko cieszę się, że mam ciało i mogę je poczuć. A jak mam zły dzień, to myślę: Ten dzień minie, uspokój się, będzie lepiej. To nie znaczy, że już się nie denerwuję i jestem oazą spokoju. Denerwuję się, czasem chce mi się płakać, ale mam powód, żeby się uspokoić. 

Mówiłaś, że już się nie boisz, ale nie zastanawiasz się czasem, co będzie, jeśli to się powtórzy?

Myślę, że przecież nic złego się nie stanie, jak mnie nie będzie. Wiadomo, że Rafałowi, dzieciom, przyjaciołom będzie źle i nie chciałabym robić im tej przykrości. Ale mnie samej? O siebie się nie martwię. Ja już dostałam czas w gratisie. Każdy dzień to dla mnie bonus. Staram się jednak nie zmarnować tego, co dostałam – nigdy nie byłam tak silna, zdrowa i sprawna. Wiadomo, umrę, ale cieszę się każdym dniem i wiem, że na koniec będę szczęśliwa, że miałam ten fajny czas, fajną część życia, po operacji. 

 Po jakim czasie wróciłaś do pracy?

Bardzo szybko. Stresowałam się trochę, ale po trzech miesiącach już byłam na planie programu „Pozytywka”. To była spokojna praca. To nie serial, gdzie kręci się mnóstwo ludzi, jest tempo, cały czas coś się dzieje. Byłam ja – prowadząca i goście. A tematy były tak wzruszające, że nieważne było, czy mam siłę, czy nie, i tak chciałam tam być. Rozmawiać z ludźmi. Moja producentka zakazała mi w końcu wszystkich przytulać i wszystkim rozdawać numer telefonu (śmiech).  

 Mówisz, że się zmieniło, a jednak…

Ale teraz nie pomagam innym kosztem siebie. I mówię wprost, że czegoś nie dam rady zrobić, bo nie mam czasu albo siły. Nie chcę, żeby ludzie myśleli, że jestem taką zapracowaną gwiazdą, która ma ich w nosie, ale nie wstydzę się już odmawiać.  

Rafałowi jednak nigdy nie odmawiasz, tak jak 10 lat temu, gdy namawiał Cię na ślub. 

I teraz to ja, 10 lat później, poprosiłam go, żeby się ze mną ożenił jeszcze raz (śmiech). Ale nasz pierwszy ślub był bardzo spontaniczny.  

 Większość ludzi przygotowuje się do tego wydarzenia bardzo długo. 

Do drugiego ślubu my też się przygotowaliśmy, ale to prawda, że pierwszy wyszedł nam przypadkiem (śmiech). Byliśmy z Rafałem już zaręczeni. Dostaliśmy zaproszenie do Los Angeles na wydarzenie muzyczne z udziałem Pharrella Williamsa. Nie było jeszcze Instagramu, więc nie mogliśmy się pochwalić, że jesteśmy z nim na jednej imprezie i on dla nas śpiewa (śmiech). Wymyśliliśmy, że skoro już tam lecimy, zostaniemy kilka dni dłużej i pojedziemy do Las Vegas. Spędziliśmy tam weekend. Zwiedzając, trafiliśmy przypadkiem do sklepu Tiffany’ego. Okazało się, że dzięki korzystnemu kursowi dolara stać nas na obrączki. Oczywiście na później. Ale skoro już je mieliśmy… Bliśmy przecież w Las Vegas! Pojechaliśmy, tak jak staliśmy, do White Wedding Chapel (tam gdzie ślub brała Britney Spears) – w klapkach, ja w sukience plażowej, a Rafał w takich strasznych gaciach w kwiatki z basenu. Podjechaliśmy do okienka, bo nie mogliśmy znaleźć parkingu. Pani nas zapytała, czy bierzemy Drive Thru Marriage, czy w środku? Zdziwiliśmy się: „Drive Thru Marriage, tak jak McDonald, przez to okienko?”.

Alżbeta Lenska, Viva! 14/2020
Fot. Agnieszka Kulesza & Łukasz Pik/Das Agency

Którą opcję wybraliście?

Tę droższą (śmiech). Dostaliśmy jeszcze od pani ślubne M&M’s, które na pamiątkę mamy do dzisiaj. I za chwilę już byliśmy mężem i żoną.

 Kto był Waszym świadkiem?

Fotograf Jimmy James Jr., Afroamerykanin w dzwonach, który wyglądał jak z dawnych czasów. Był ubrany cały na czarno, w golfie, z łańcuchem na szyi, a był upał. Powiedział, że jest bardzo dumny, że mógł zostać naszym świadkiem. 

 Nie chcieliście Elvisa?

Elvis był za drogi.

 Spontanicznie, ale musisz przyznać, że mogło być bardziej romantycznie (śmiech).

Tak, ale i tak było niesamowicie. Stanęliśmy przed tym mikromalutkim ołtarzem, rozległa się muzyka z amerykańskich filmów, aż się popłakałam. W ogóle nie widziałam tego plastiku, który nas otaczał. Niby wszystko było takie sztuczne, a emocje ogromne. Gdy rok później braliśmy już w Polsce ślub kościelny w otoczeniu bliskich, przyjaciół, było pięknie, ale już bez takich uniesień. Znajomi mówili, że to był najcudowniejszy ślub, na jakim byli, bo my nie byliśmy zestresowani. Emocje towarzyszące przysięganiu miłości i wierności były rok wcześniej, podczas plastikowej, ale prywatnej uroczystości w Las Vegas. 

 W 10. rocznicę ślubu odnowiliście przysięgę. Planowaliście to, czy Twoja choroba sprawiła, że wpadliście na ten pomysł?

Gdy braliśmy ślub kościelny, mówiliśmy, że chcielibyśmy to powtórzyć. Bardzo chciałam, bo szkoda mi było, że taką piękną suknię założę tylko raz. Żartowaliśmy, że jeśli tyle lat ze sobą wytrzymamy, to potwierdzimy swoją miłość przed ołtarzem. A potem za kolejne 10 lat i za kolejne. Ale im byliśmy bliżej tej rocznicy, tym bardziej odpuszczaliśmy. Wydawało nam się to bez sensu. W końcu mamy dzieciaki, kochamy się, po co wydawać pieniądze na wielkie przyjęcie. Po tym, co się stało, od razu zdecydowaliśmy o odnowieniu przysięgi. I, tak jak mówiłam ci wcześniej, tym razem to ja się oświadczyłam. Rafał zawsze był idealnym partnerem, zapatrzonym we mnie. Zrobiłam to dla niego. Chciałam potwierdzić naszą miłość przy ludziach. Chciałam mu w ten sposób powiedzieć, że cieszę się, że on nie będzie w tę rocznicę sam. A bliskim w ten sposób podziękować za wielkie wsparcie, jakie od nich dostałam, i móc oficjalnie tulić i całować (śmiech).

 Coś się teraz zmieniło w Waszych relacjach? Czy On jest nadal idealnym partnerem, a Ty wariatką? 

Po „nastu” latach już tak nie biega za mną, już drzwi mi nie otwiera, herbatki mi nie robi co pięć minut i nie pyta: „Co, kochanie? Co, kochanie? Co, kochanie?”. Jest normalnym partnerem. Jest cudowny, ale „zaćwierkanie”, jak mówi, trochę już minęło. Ale miłość jest! Cieszę się też, że dwa lata temu to ja mogłam zacząć biegać wokół Rafała. Na początku powoli, bo jak ślimak, ale dałam radę. I zrobiło się na odwrót. Mam wrażenie, że teraz bardziej się doceniamy. Praca, dzieci, obowiązki, zmęczenie. Czasem Rafał zapominał nawet, żeby przytulić się po powrocie do domu. Teraz częściej pamiętamy o sobie. Wysyłamy sobie śmieszne SMS-y, żarciki. Trochę tak, jakbyśmy się cofnęli do początku znajomości, jak nastolatkowie. Wszystko to, co wydarzyło się dwa lata temu, odświeżyło naszą relację. Zawsze rozmawialiśmy, ale teraz rozmawiamy bardzo szczerze. Wiadomo, nie na każdy temat mamy takie samo zdanie. Możemy się pokłócić, ale nie ma możliwości, żebyśmy się nie dogadali.  

 Stawiasz na swoim?

Teraz już nie. Nauczyłam się chodzić na kompromis, choć teraz często oboje odpuszczamy. Umiemy znaleźć balans.   

Wideo

Marynarki, kardigany, sukienki maxi, kozaki na słupku. Te produkty będą modne jesienią i zimą 2020/2021

Polecamy

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

MAŁGORZATA ROZENEK-MAJDAN i RADOSŁAW MAJDAN w przejmującej rozmowie o walce o dziecko, mierzonej poświęceniem, niepewnością, ale i wdzięcznością. MICHAŁ ŻEBROWSKI i EUGENIUSZ KORIN, dyrektor i reżyser Teatru 6. piętro. Czy się lubią, podziwiają i... kłócą. MARIOLA BOJARSKA FERENC Los naznaczony tragediami: wypadek mamy, walka o życie synka, rozwód, choroba męża. W cyklu EXTRA: Czy w kontekście niemieckich obozów koncentracyjnych może być mowa o modzie? – opowiada antropolożka mody Karolina Sulej. PODRÓŻ „Będziecie tam wracać”, mówi o Bieszczadach słynna podróżniczka Elżbieta Dzikowska.