WYWIADY VIVY!

Agata Młynarska: „Na tę chorobę zapracowałam całym swoim życiem. A ono wystawiło mi rachunek”

„Zawsze bardzo wysoko stawiałam sobie poprzeczkę”

Krystyna Pytlakowska 30 maja 2020 06:14

W ramach cyklu Archiwum VIVY!: wywiady przypominamy rozmowę Krystyny Pytlakowskiej z Agatą Młynarską. Wywiad ukazał się w kwietniu 2015 roku w magazynie VIVA!.

Magazyn VIVA! Agata Młynarska wywiad

Skończyła 50 lat i zrozumiała, że już nie powie o sobie „dziewczyna”. Lata pracy w telewizji przypłaciła ciężką chorobą – chorobą ludzi ambitnych. Dziś już tak nie pędzi. Wybiera rzeczy, które są dobre dla niej. Nie dla innych. Piękniejsza niż kiedykolwiek, zawodowo spełniona, szczęśliwie zakochana. „Dojrzałość to skarb”, mówi Agata Młynarska. I dodaje: „Z wielką radością czekam na nowe!”.

Pięćdziesiąt lat… To trudne dla kobiety?

Kiedy zbliżał się dzień moich urodzin, miałam rzeczywiście dojmujące poczucie uciekającego czasu, ostatnich chwil z czwórką z przodu, a potem… Sama nie wiem. Koledzy z pracy mówili mi: czterdziestka jest seksowna, a pięćdziesiątka – już mniej. Pomyślałam sobie wtedy, że gdybym w przyszłości miała wskazać moich najfajniejszych 10 lat, będzie to dekada między czterdziestką a pięćdziesiątką. To był rzeczywiście fantastyczny dla mnie czas. A co będzie dalej? Co się wydarzy pomiędzy pięćdziesiątką a sześćdziesiątką?

 Zapewniam Cię, że same fajne rzeczy. Pod warunkiem, że nie poddasz się wariackiemu zatrzymywaniu upływającego czasu. 

A ja słyszałam, że takie wariacje mają przede wszystkim kobiety 40-letnie.

 Ta granica się przesunęła. Znajomy psychiatra i seksuolog powiedział mi kiedyś, że gdy kobieta kończy 50 lat, zaczyna rywalizować z własną córką. Wiesz – botoksy, masaże, operacje plastyczne. Ale Ty nie masz córki.

Mam dwie, przybrane. Tak zawsze myślę o Sylwii i Ali. Mam też synową. Przepiękne dziewczyny. Żałosne byłoby, gdybym chciała się zbliżać w stylu i wyglądzie do nich.  

Ale masz na sobie dżinsy z dziurami na kolanach, T-shirt, cerę bez jednej zmarszczki. Nie wnikam, jak to robisz. 

(śmiech) Pomagam sobie mezoterapią. Ale chcę wrócić jeszcze do dnia, kiedy zbliżała się ta godzina, w której miała wybić moja pięćdziesiątka. Czułam, że zamykam jak w pudełku fantastyczny czas, pełen sukcesów, bardzo intensywnych przemian, zmian, odwagi i miłości. Naprawdę pięknych, bujnych lat. A teraz bije zegar. Przez moment poczułam się starsza – mam już 50 lat. To dużo. Już nie powiem o sobie „dziewczyna”. Wcześniej nigdy o sobie tak nie myślałam.

A ja pamiętam Cię jako 20-latkę tańczącą na barykadach, zakładającą nową telewizję, kipiącą energią. I zawsze będę Cię taką pamiętać.

Ja sama siebie taką pamiętam. Tylko że kiedy zapędzam się w swoich działaniach, to z różnych stron słyszę, że nie mam już 25 lat i powinnam bardziej zadbać o siebie, przysiąść na chwilę. Dawniej denerwowały mnie takie uwagi. Ale w zeszłym roku po raz pierwszy zrozumiałam, że mój organizm ma tyle lat, ile ma, i nic na to nie poradzę. Powiedział mi: „Agato, stop”. Usłyszałam od pani profesor, że kobieta w moim wieku musi więcej odpoczywać. „W moim wieku?”. Co to znaczy? Dotarło do mnie, że ten wiek jednak coś znaczy.

 Zachorowałaś i to dało powód do myślenia o sobie inaczej?

To była bardzo poważna choroba, która tyka u wielu kobiet jak bomba zegarowa, ujawniając się
między czterdziestką a pięćdziesiątką.

 Napisałaś nawet książkę na ten temat, ostrzegając inne kobiety, że im też to się może zdarzyć.

Tak, bo osoby, które są bardzo aktywne zawodowo, wprowadzają swój system nerwowy w stan ogromnego niepokoju, cały czas żyją w napięciu. I to napięcie odbija się na nich. Jelita, które zarządzają całym organizmem, zaczynają źle pracować. Przez wiele lat bagatelizujemy objawy, bardzo nieprzyjemne, uciążliwe, wstydliwe. Leczymy je zwykle doraźnie: bierzemy no-spę, żeby nie bolało, i lecimy dalej. Ja tak robiłam. Dopiero gdy znalazłam się z ostrym atakiem bólu na szpitalnym łóżku, lekarze uświadomili mi typowość moich dolegliwości. To choroba autoimmunologiczna, cywilizacyjna.

 Choroba ludzi ambitnych?

Być może. Na tę chorobę zapracowałam całym swoim życiem. A ono wystawiło mi rachunek. Zawsze bardzo wysoko stawiałam sobie poprzeczkę, a czasem, zwyczajnie, nie sposób ją przeskoczyć. Już znacznie wcześniej zdawałam sobie sprawę z tego, że dłużej nie da się tak żyć, że coś trzeba z tym zrobić. Bardzo pomogła mi terapia. 

 Ale czy terapeuta jest w stanie zmienić naszą osobowość? Powiedzieć: „Nie oczekuj tyle od siebie, nie wymagaj”, a Ty go posłuchasz?

Celem mojej terapii było nazwanie problemów, z którymi się zmagam, i próba stawienia im czoła. Jak w każdej terapii, to nie terapeuta ci mówi, co masz robić, tylko ty sama musisz do tego dojść, nie ukrywam, czasami bardzo wyboistą drogą. Jednym z moich największych problemów była nieustająca potrzeba spełniania oczekiwań innych ludzi i nieustające poczucie winy. Bardzo to frustrujące. Zawsze ci ktoś powie, że nie jesteś wystarczająco dobra, wystarczająco znakomita jako matka, jako dziennikarka, jako żona czy przyjaciółka. I nie każdy musi cię kochać. Pod wpływem terapii sama doszłam do tego wniosku, że jedynym sędzią, który może mnie oceniać, jestem ja sama. Ja sama muszę wiedzieć, jaka jestem, na co mnie stać, co zrobiłam dobrze, a co źle, także dla siebie. Na ten terapeutyczny stół wysypały się różne moje lęki, niepokoje, tysiące pytań o uczucia i myśli, które są w nas głęboko ukryte. Myślę, że wiele różnych moich przypadłości miało właśnie tło psychosomatyczne.

 Arytmia? Nerwica lękowa?

Nawet nie, ale trudności w zasypianiu, astma, alergia, problemy skórne. Terapia dała rewelacyjne efekty, chociaż nie wolno odpuszczać. Wyrzuciłam z siebie dużo złych emocji, złych uczuć, wiele zrozumiałam. 

Co na przykład?

Uważałam, że nie wolno mi się złościć, bo będę postrzegana jako niegrzeczna dziewczynka, konfliktowa w pracy, niegrzeczna, rozkapryszona córka czy nazbyt wymagająca matka. Teraz wiem, że nawet dobrze wychowana kobieta musi się czasami zezłościć, wyrzucić z siebie to, co ją zatruwa, i że to uczucie jak każde inne – wszyscy je w sobie mamy. 

I zaczęłaś walić pięścią w stół, trzaskać drzwiami, wymyślać komuś? 

Zdarzało się, chociaż ja nie jestem złośnicą, nie cierpię krzyków i awantur. Trzeba jednak dać sobie prawo do tego uczucia. Mądra złość polega na jasnym określeniu granic. Mówisz po prostu: już dalej tak nie będzie, jestem na ciebie zła, nie chcę dłużej prowadzić tej rozmowy, nie chcę wykonywać tej pracy, nie życzę sobie czegoś. Przedtem uważałam, że takie reakcje są poza sferą moich możliwości.

Komuś konkretnie to powiedziałaś?

Dotyczyło to przede wszystkim moich relacji w pracy, potrafiłam już powiedzieć, że czegoś nie wykonam albo że jestem zirytowana, bo dowiedziałam się, że czegoś nie będę robić. I potrafiłam wprost oznajmić, że nie zgadzam się z tą decyzją. 

Dlatego odeszłaś z Polsatu?

Nie. Odeszłam, bo dostałam bardzo dobrą propozycję z telewizji publicznej, taką, która trafia się raz w życiu. Wiedziałam to od razu. Pamiętaj, że znam rynek medialny od podszewki, bo spędziłam 25 lat w telewizji i wiem, że takie propozycje po prostu często się nie zdarzają. 

 Mówisz o programie „Świat się kręci”?

Tak. Nastąpił ten moment wymagający podjęcia ryzykownej decyzji, zmierzenia się z kompletną niewiadomą. Uda się, czy się nie uda? I chociaż początki były trudne i wiele osób wieszczyło klapę, to teraz mogę powiedzieć, że ten program to wielki sukces. 

 Lubię Twój program, jest niezwykle dynamiczny.

Dziękuję, bardzo mi miło. Każdego dnia zasiada przed telewizorami średnio półtora miliona widzów. O tej porze, kiedy konkurencja ma swoje od lat sprawdzone hity, nie było to zadanie łatwe. Śmiać mi się chce, kiedy przypomnę sobie, co niektórzy wypisywali o tym programie, nawet jeszcze zanim się pojawił. Dla mnie ważne są opinie ludzi, którzy potrafią mi powiedzieć swoje zdanie prosto w oczy. Pani w sklepie czy przy kasie mówi, że to czy tamto jej się nie podobało. Jest sobą, ma odwagę. To dla mnie cenne. Anonimowych opinii w Internecie z zasady nie czytam, bo i po co. Kiedyś pewnie bardzo bym się tym przejmowała, ale teraz każdą krytykę potrafię przyjąć z otwartą przyłbicą. Na szczęście „Świat się kręci” zapracował już sobie na swoją markę i krytyka może być dla nas jedynie konstruktywna. 

Gdy zaczynałaś, nie było Internetu. Na szczęście?

Ale były listy, dostawałam ich bardzo dużo, bo zajmowałam się sprawami społecznymi. Jednych wkurzałam, innym się podobałam, ale jakiś przełom w telewizji dzięki mnie nastąpił. To ja jako pierwsza pojawiłam się w programie w dżinsach, podczas gdy inne prezenterki pokazywały się w sukienkach, szpilkach i złotych klipsach. A ja – jasne lewisy, biała męska koszula, płaskie buty i czerwona bandana pod szyją. Tak wtedy nie wyglądała „pani z telewizji”. Zalała mnie fala listów, że prezenterka nie może tak wyglądać i jak ja tak mogę machać rękoma na scenie? Dziś nazwałybyśmy to hejtowaniem.

Podczas jednego z pierwszych finałów WOŚP z impetem wdarłaś się na scenę w wielkich traperskich butach, w zielonej puchówce.

Tę puchówkę uważałam za wielką zdobycz, była powiewem luksusu i wielkiego świata. Kupiona w nowo otwartym sklepie Cottonfield. Wydawało mi się, że wyglądam w niej bardzo awangardowo. Dzisiaj pewnie wszyscy by się z tego śmiali. Wtedy jednak nikt nie opisywał wyglądu prowadzących, liczył się jedynie sukces programu. 

 Ale przełamałaś telewizyjne stereotypy.

W jakiejś części na pewno. Udawało mi się czasami być naprawdę sobą. W koncertach, w których trzeba było angażować emocje, mówić od serca, czułam się najlepiej i szłam na żywioł. Nie zawsze jednak mi się to udawało. Bardzo często chowałam prawdziwą siebie, udawałam kogoś innego. Bardzo to było frustrujące. Zaspokajałam oczekiwania innych, w tym moich szefów, a one nie zawsze były zgodne z moimi. Musiałam się naginać, udawać, dostosowywać.

 W imię czego? Dobrych stosunków z szefem, ze strachu, żeby Cię nie zwolniono? 

Bałam się, że jeśli odmówię, to już mi nic więcej nie zaproponują. Nie to, że mnie wyrzucą, bo miałam etat, ale że będę niewidzialna, odsuwana od nowych programów, od nowych wyzwań. A ja ciągle chciałam dotykać czegoś nowego. To terapia uświadomiła mi, że nie mogę być rozdygotana i zadowalać każdego. Muszę nauczyć się wybierać rzeczy, które są dla mnie dobre. Dla mnie – nie dla innych! To było bardzo trudne, ale w swojej słabości zaczęłam widzieć siłę. Chociaż kiedy po 17 latach odeszłam z publicznej do Polsatu, myślałam, że świat się skończył.

 Miałaś wtedy 40 lat. I zaczynałaś od nowa. Skąd czerpałaś odwagę?

Miałam lat 41 i wiedziałam, że jako początkująca czterdziestka muszę coś nowego sobie zaproponować, a nie tylko myśleć o tym, jak sprostać walce o nowe rozdanie, u boku na przykład Kasi Cichopek, która wtedy prowadziła różne programy. Nina Terentiew pomogła mi zrozumieć, że powinnam odpuścić i zająć się przede wszystkim tworzeniem i produkowaniem programów jako menedżer. I poszłam w to jak w dym, widząc nową szansę dla siebie.

 Usłyszałaś, że Twój czas się skończył?

Usłyszałam to w TVP po 17 latach pracy. I, co ciekawe, powiedział to facet, który nie grzeszył dorobkiem telewizyjnym, w zdrowym wyglądzie przeszkadzała mu ciąża gastronomiczna, ale bardzo był z siebie zadowolony. Dotarło do mnie, że muszę szukać innego miejsca dla siebie, ale też zrozumiałam raz na zawsze, że nikt nie będzie mi mówił, gdzie się kończę, a gdzie zaczynam. To był zwrotny moment w moim życiu. 

Ale poczułaś się wyrzucona na margines?

Poczułam się na marginesie, lecz zarazem wiedziałam, że muszę wypełnić moją przestrzeń czymś innym i może warto, za radą Niny, postawić na swój rozwój menedżerski. Skorzystałam z tej szansy. Zaczęłam regularnie jeździć na targi TV do Cannes, jako szef zespołu nowych projektów, pracowałam jako producent kreatywny i między innymi w tej roli pojechałam do pracy do Włoch. Przez trzy lata nagrywaliśmy tam „Światowe rekordy Guinnessa”. Była to wielka zawodowa przygoda. We Włoszech zrozumiałam, że kobieta która ma czterdzieści kilka lat, jest wow, sam kwiat. Włosi mówili: „Bella bionda, bella principesa, nostra Agata bellisima”. Od razu chciało się żyć. W Polsce nie oczekuj, że kolega w pracy ci powie: „Ach, przepiękna Agato, jak miło cię widzieć, chodź, napijemy się kawy” i „jakie ty masz piękne nogi”.  

 Oswoiłaś czas? 

Przekonałam się, że kobieta dojrzała to prawdziwy skarb! Mój stylista Piotr powiedział: „Idziesz na ramówkę Polsatu, wprawdzie jako producent, ale musisz się odważyć być sobą”. Wybrał dla mnie minikieckę z dekoltem, do tego superszpilki. Poczułam się jak włoska gwiazda, Barbara d’Urso, na którą nie mogłam się napatrzyć. Na drugi dzień wszędzie widziałam swoje zdjęcia: sexy Agata, sexy babcia na salonach. Było to bardzo zabawne. Pokazało też, jak bardzo oceniają nas, kobiety, przez wygląd. Fajnie pięknie wyglądać, ale łatwo może stać się to pułapką. Trzeba mieć dystans i się tym bawić. 

Kobieta przegląda się w oczach mężczyzny jak w lustrze. Nie brakowało Ci tego?

Nie myślałam o tym zupełnie. Odpuściłam sobie. Moje dzieci wyfrunęły z domu, mogłam więc stworzyć swoją niezależność. Nie mogłam przecież budować dalszego życia na telefonach do moich synów. Nie ma nic gorszego niż nadopiekuńcza i nadgorliwa matka i teściowa. Musiałam znaleźć sobie coś, co mnie pochłonie.

 I stworzyłaś portal OnaOnaOna?

Tak, prezent na moje 45. urodziny. Spełniałam się w nim razem z innymi babkami. Pisałam na forum, jeden klub ONA, drugi. „Agata, tak trzymaj, idź do przodu”, mówiły. Dostałam nagrodę za debiut roku i odbierałam ją w Teatrze Polskim na oczach całego kraju. Transmitowała to już nie moja TVP2. Czujesz ten paradoks? Nagroda za debiut w mediach po 17 latach pracy! I nagle ci, którzy wcześniej zapomnieli, jaki mam numer telefonu, komplementowali mnie, mówiąc, że zawsze we mnie wierzyli. 

No cóż – polska dwulicowość. 

Cały ten zgiełk jest niewart funta kłaków. Stojąc na scenie teatralnej, powiedziałam fragment piosenki mojego ojca: „…bo chociaż jest niejeden szlak, po którym trudniej iść, lecz idąc tak, nie musisz brnąć w pochlebstwa dym i karku giąć przed byle kim…”. Zapadła martwa cisza, a dopiero potem zerwały się niemilknące brawa. Przemknęło mi przez myśl, że tyle lat na tę chwilę czekałam. I że idę własną drogą. To ona zaprowadziła mnie do spełnienia marzenia, jakim jest program na żywo, do spełnienia drugiego marzenia, jakim jest pismo „Skarb”, w którym zostałam naczelną, nie mówiąc już o tym najbardziej osobistym, czyli o miłości. I nie gnę karku, nie muszę, to mi daje też ta pięćdziesiątka. Wiem, że mogę wybrać zawsze inną drogę. 

Kobieta, która zwycięża, przyciąga różne dobre wydarzenia, pracę, mężczyzn, przyjaciół. 

Ale ja tak naprawdę to podobno odstraszałam mężczyzn, wiem to od nich samych. Mówili mi, że czują się onieśmieleni. Szczęśliwie jest coś takiego jak przeznaczenie, tylko trzeba umieć to dostrzec. Wcześniej miałam szum w głowie, który mi w tym przeszkadzał.

A teraz masz jasność myśli i widzisz to, co jest wokół Ciebie?

Teraz doskonale wiedziałam, że właśnie tamtego dnia spotkam się z moim przyszłym mężem. I on wiedział to samo.

Nie posądzałam Cię o mistycyzm? 

Spójrz na to zdjęcie, prowadzę galę 20-lecia Polsatu, a tam widać wśród gości twarz Przemka. Wcześniej napisał do mnie sms-a, że zobaczymy się w Teatrze Wielkim. Nie znaliśmy się, korespondowaliśmy tylko mailowo, i to o sprawach służbowych. Ale po tym SMS-ie już wiedziałam, że napisał go człowiek, z którym zwiążę swoje życie. Po koncercie rozmawialiśmy tak, jak byśmy byli już niemal po ślubie. Rok późnej wyszłam za niego.

Miałaś 49 lat.

Tak, i otworzyłam nowy rozdział, który zatytułowałabym „szczęście”. A teraz przede mną ogromne wyzwanie, by nie zepsuć tego, co mam, umieć to pielęgnować, zadbać, by pięknie rosło.

Dużo zepsułaś w swoim życiu?

Powiedzmy – bardzo dużo mi się nie udało. Moje pierwsze małżeństwo. Mam poczucie, że rodzina, którą stworzyłam, a która się po 10 latach rozpadła, to moja wielka porażka. Za to uważam za sukces przyjaźń z moim pierwszym mężem i jego rodziną. Wychowaliśmy razem, chociaż osobno, dwóch mądrych, wrażliwych i niezależnych mężczyzn. I mogę sobie powiedzieć: Agata, jednak dałaś radę! Oczywiście popełniałam mnóstwo błędów, podjęłam wiele złych decyzji, trudnych dla moich synów, wiem, że mają wobec mnie swoje żale, ale które dzieci nie mają do swoim rodziców pretensji? Teraz są dorośli i nasze relacje są bardzo dobre. Nas ratowała zawsze rozmowa i świadomość, że ja stoję po ich stronie, a oni po mojej.

 Czym się różnisz od Agaty sprzed 15, 20 lat?

Ależ ja jestem dzisiaj już kimś kompletnie innym. Jedyne, co pozostało we mnie z tamtej Agaty, to niegasnący entuzjazm do wszystkiego, za co się zabieram. I to nie ma wieku. A dojrzałość pozwala mi na takie cudowne poczucie wolności, robienie tego, co sprawia mi przyjemność. Chociaż na pewno nie mam już tej siły fizycznej, jaką miałam kiedyś.

 Wyhamowujesz?

Tak, wyhamowuję. Jeszcze dziś mówiłam mojemu mężowi, jak uwielbiam pracować, a on odpowiada na to za każdym razem: „Pracuj mniej, żyj wolniej”.

 Nie dostrzegam, żebyś zwalniała, cały czas jedziesz jak rajdowiec. 

Ale zobacz, tu leży mata. Ćwiczę jogę, jak mój mąż. On ma wszystko poukładane, a ja się temu przyglądam i staram się w tym uczestniczyć.

A co będzie za chwilę?

Nie wiem, z wielką radością czekam na nowe. 

 Masz właściwie już wszystko. Męża, którego kochasz, pracę, w której czujesz się spełniona, synową, dwie wnuczki. 

Dwie cudowne dziewczynki, od razu do zjedzenia. 

Czy to nie za wiele jak na 50 lat? Starczyłoby tych dokonań i dla 70-latki.

Teraz ważne, by utrzymać to, co jest. Nigdy wcześniej nie dbałam o to, by mieć z kimś taki czas tylko dla nas, na wyłączność. Teraz wyłączam telefon, czytam książkę, a Przemek joguje, albo idziemy na spacer, albo do kina. Bilety kupujemy przez Internet, z dużym wyprzedzeniem, a potem okazuje się, że w tym samym dniu jest piękny koncert mozartowski i premiera „Mamma Mia!”.

 Co wybrałaś?

Poszliśmy na „Mamma Mia!”, a na Mozarta bilety podarowaliśmy dzieciom. Życie naprawdę nieźle smakuje, kiedy masz już połowę do setki! I niech dalej się kręci! 

Wideo

Marynarki, kardigany, sukienki maxi, kozaki na słupku. Te produkty będą modne jesienią i zimą 2020/2021

Akcje

Polecamy

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

JOANNA PRZETAKIEWICZ I RINKE ROOYENS Mężczyzna z przeszłością, kobieta po przejściach… Dlaczego zdecydowali się na ślub? KASIA STRUSS Życiowa rewolucja supermodelki. JOE BIDEN – rodzinne tragedie, trudne wybory i droga na szczyt 46. prezydenta Stanów Zjednoczonych. VINCENT ŻUŁAWSKI Co zawdzięcza rodzicom – Andrzejowi Żuławskiemu i Sophie Marceau? Polska „junioromania”, czyli wszystko o EUROWIZJI JUNIOR 2020. W cyklu Extra Elitarne szkoły i uczelnie Wielkiej Brytanii (nie)tylko dla wybranych.