WYWIADY VIVY!

Anna Lewandowska: „Jestem perfekcjonistką i borykam się z tym. Bo dla mnie to wada”

„Lubimy z mężem mieć wszystko zaplanowane”

Gabriela Czernecka 7 września 2020 06:21

W ramach cyklu Archiwum Vivy!: wywiadyprzypominamy rozmowę Katarzyny Sielickiej z Anną Lewandowską. Wywiad ukazał się w sierpniu 2015 roku w magazynie VIVA!.

Magazyn VIVA! Anna Lewandowska wywiad

Już dawno przestała być tylko zawodniczką karate. Albo tylko żoną piłkarza. Trenerka? Tak. Ale to znów za mało. Mówi, że dla niej najważniejszy jest rozwój. Każdego dnia chce sięgać po więcej. Działanie to jej żywioł. Dlaczego nigdy nie płacze, jak to się stało, że nie poszła do… szkoły filmowej i gdzie naprawdę jest jej dom, Anna Lewandowska opowiada Katarzynie Sielickiej.

Ma wdzięk nastolatki. Kiedy wchodzi do redakcji, filigranowa, z rozbrajającym uśmiechem i wysoko zawiązaną kitką, myślisz, że ma góra 15 lat. Ale kiedy zaczyna mówić, już wiesz, że masz przed sobą fighterkę. Mówi szybko i precyzyjnie. Jakby zadawała ciosy karate. Zawsze w punkt. Zawsze na temat. Rozmawiamy o ćwiczeniach. „Ćwiczenia w parku?”, pytam, bo nie rozumiem. „Jakie?”. „Takie!”, odpowiada, zeskakuje z kanapy, robi głęboki przysiad i śmieje się. Właśnie wróciła z obozu, który co roku organizuje w Dojo Stara Wieś. To jej praca, pasja. Kiedy o nim opowiada, oczy jej płoną. Znika dziewczynka, pojawia się pewna siebie, świadoma kobieta. Jest przecież trenerką, specjalistką od dietetyki, autorką bestsellerowej książki i płyty z ćwiczeniami, która właśnie stała się hitem. Nie tylko żoną Roberta Lewandowskiego, najsłynniejszą polską WAG. Opowiada o ludziach, którzy zwracają się do niej z prośbą o pomoc i którzy dzięki niej zmieniają swoje życie. O zdrowym żywieniu, bo na tym zna się jak mało kto, i o rozmowach z kucharzem, którego musiała przekonać, że zdrowsze znaczy lepsze. Ma na sobie dżinsy i sweterek. Bransoletkę, dyskretnie pomalowane paznokcie. I buty Chanel. Ale te płaskie, wygodne espadryle. Tak, jakby zaraz miała się zerwać i biec dalej. Po kolejny sukces.

 Jak było na obozie?

Cudownie. Jeszcze nie mogę dojść do siebie. To był jeden z najfajniejszych obozów, jaki organizowałam dotychczas, a odbyły się już cztery. Sto osób, pozytywnych osób, pozytywna energia. Jestem zachwycona!

 Uczestniczki to pewnie Twoje fanki. Znają Ciebie, Twoją książkę…

Właśnie nie! Wiele przyjeżdża przypadkiem, bo usłyszały o obozie od koleżanki albo mąż zrobił im prezent. To są młode mamy, starsze mamy z córkami, studentki, nauczycielki, pani adwokat, pani doktor. I w różnym wieku – od 16 do 60 lat. Jestem zaskoczona zaangażowaniem tych kobiet, bo treningi, które prowadzę, nie są lekkie. Każda z nich zmaga się ze swoimi „schodami”, niedoskonałościami. Tak naprawdę trzeba im uzmysłowić, że jedyne ograniczenia są w głowie. 

Jak to się dzieje, że kobiety, które właściwie mogłyby być Twoimi mamami, mają do Ciebie takie zaufanie?

O to trzeba byłoby zapytać już same panie. Przychodziły często do mnie ze swoimi problemami i chciały po prostu porozmawiać. Mówiły, że czują we mnie ciepło i że daję im siłę, żeby ćwiczyć. To bardzo budujące. Na koniec obozu dziękowały mi, że zmieniłam ich życie. Mówiłam: „Dziewczyny, idźcie stąd, bo się popłaczę, a przecież ja nie płaczę”. No i się poryczałam.

 Dlaczego nie płaczesz?

Ja jestem twardą fighterką! Nie będę się rozczulać (śmiech).

 Zmienić komuś życie to jest wielka moc. Może się od tego przewrócić w głowie. Nie boisz się, że „odbije Ci palma”?

To jest moc, ale też duża odpowiedzialność. Przede wszystkim muszę pokazać, że jestem profesjonalna, nie zrobię nikomu krzywdy, tylko mogę pomóc. Na tym się skupiam. Jestem sportowcem z krwi i kości. Zawsze nam wpajano, że chociaż dziś jesteś mistrzem, to wracasz i trenujesz dalej, bo za pół roku są następne zawody. Nie ma spoczywania na laurach. 

Anna Lewandowska
Fot. Bartek Wieczorek/LAF AM

 Ale umiesz się cieszyć z sukcesów. Oboje z mężem odnosicie ich mnóstwo. Właściwie – same sukcesy.

My bardzo szanujemy życie i szanujemy to, co nas spotkało. Często rozmawiamy z Robertem o tym, że trzeba zawsze pamiętać o swoich początkach. Dzisiaj byliśmy na obiedzie. Dowiedziałam się właśnie, że moja płyta jest na pierwszym miejscu w EMPiK-u i mówię: „Popatrz, to taki kolejny mały sukces”. Robert
na to: „Jestem bardzo z ciebie dumny!”. Wciąż umiemy się cieszyć ze wszystkiego, co udaje nam się osiągnąć, ale też zawsze pamiętamy o tym, że trzeba mocno stąpać po ziemi. Nikomu tu nie odbiła palma. Wiemy, że wciąż trzeba iść dalej. 

Twoje projekty dotyczą zdrowego stylu życia, żywienia. Zawsze się tym interesowałaś? Podobno jako dziecko byłaś chucherkiem.

Tak, byłam chorowita, miałam wiele alergii i astmę. Jeszcze w liceum i w czasie studiów, kiedy byłam już zawodniczką karate, nie zwracałam dużej uwagi na to, co jem. W ogóle nie umiałam gotować, nie potrafiłam nawet zrobić zupy pomidorowej. Wszystko zaczęło się osiem lat temu od tego, że mój trener, Jerzy Szcząchor, bardzo schudł. Zapytałam, co się stało, a on odpowiedział, że zupełnie zmienił dietę. Widziałam w nim też inne pozytywne zmiany – zaczął ćwiczyć razem z nami, częściej się uśmiechał. Zainspirował mnie i ja też weszłam na tę drogę. Wtedy też rozpoczęłam współpracę ze szwagrem trenera, Jackiem Kucharskim, który jest specjalistą do spraw żywienia. Chciałabym, żeby aktywny i zdrowy styl życia stał się dla każdego z nas codziennością. 

 Płyta z ćwiczeniami, którą wydałaś, jest też w wersji dla niesłyszących. Skąd ten pomysł?

Otrzymywałam wiele wiadomości od osób z takim właśnie problemem. Pomyślałam, że moja płyta sprawi im radość. Nie ma żadnego powodu, żeby wykluczać osoby niesłyszące z aktywnego trybu życia. Mam nadzieję, że takich projektów będzie więcej.

 Dużo uwagi poświęcasz motywacji. Piszesz: „Powalcz o lepszego siebie, ja sama też walczę”. Nigdy nie miałaś chwili zwątpienia w tej walce? Nie chciałaś po prostu odpuścić diety, zjeść ciastka!?

Pewnie, że tak. Przecież ja też jestem człowiekiem. Nie zjadłabym hamburgera, bo szkoda mi wątroby i jelit, pewnie po tym słabo bym się czuła i gorzej regenerowała po treningu. Od jakiegoś czasu nie jem wielu rzeczy, cukru, żywności przetworzonej, fast foodów, nabiału. Gdybym ich spróbowała, to później naprawdę źle bym się czuła, byłabym zmęczona, nie miałabym siły na trening. Nie warto tego robić. No dobrze, czasem zjem pączka. Ostatnio w tłusty czwartek. Znajomi mówią często: „Nie wierzę, że nie zjesz tego batona”. A ja go naprawdę nie zjem. Wolę takie batony i pączki, które zrobię sama, są smaczniejsze, a przy tym zdrowsze. Proszę mi uwierzyć, że domowe słodkości są lepsze niż zwykły baton ze sklepu, zawierający ulepszacze i bardzo szkodliwe tłuszcze trans. 

Anna Lewandowska
Fot. Bartek Wieczorek/LAF AM

A jako sportowiec? Nigdy nie miałaś dość treningów? Twoje koleżanki pewnie chodziły na imprezy, kiedy Ty ćwiczyłaś.

Często mnie o to pytają. Zdarza się, że uprawiające sport nastolatki mają chwile zwątpienia, ale ja – wręcz przeciwnie. Jako kilkunastoletnia dziewczyna miałam różne problemy. Reagowałam wtedy nie zniechęceniem tylko odwrotnie – byłam bardziej zmobilizowana. Zaciskałam zęby i ćwiczyłam, weszłam do kadry karate. I cały czas to karate trenuję.

 Dlaczego tak reagowałaś? To była jakaś forma ucieczki od problemów?

Tak. Myślę, że sport był wtedy dla mnie formą ucieczki. Ja generalnie jestem osobą temperamentną. Wolałam pójść, uderzyć w worek. Uciec w sport i oddać się tej pasji. Bo sport był dla mnie zawsze bardzo ważny. Pamiętam, że największą karą było dla mnie, kiedy nie mogłam zdawać na kolejny pas w karate. Dostałam dwie jedynki z matematyki i mój wujek, który zastępował mi ojca, powiedział: „No nie, Ania. Teraz musisz więcej czasu poświęcić nauce”. Nie było tak, że ja przez karate zaniedbywałam szkołę, bo zawsze dobrze się uczyłam. Tylko matematyka mi słabo szła. Wtedy zmobilizowałam się, szybko poprawiłam oceny na bardzo dobre i wujek cofnął zakaz. Mogłam dalej trenować, a na tym mi zawsze najbardziej zależało.

Zależało Ci, bo miałaś wizję swojej sportowej przyszłości? Chciałaś być mistrzem, zdobywać medale?

Nie! Ja chciałam być filmowcem, operatorem. Szłam bardziej w artystyczną stronę, tak jak moja mama, która maluje, i mój brat Piotrek, który robi witraże i również maluje. Chodziłam na rysunek, interesowałam się fotografią. Teraz zresztą wróciłam do fotografii, na blogu zamieszczam swoje zdjęcia. Jacek Bławut, operator filmowy i mój ojciec chrzestny, pomagał mi się przygotować do egzaminów do szkoły filmowej. I w pewnym momencie stwierdziłam po prostu, że ja tego nie chcę. Że wolę AWF. Znowu wybrałam sport. 

 Nigdy nie żałowałaś, że nie poszłaś do Filmówki?

Chyba nie. Mój chrzestny zawsze mi powtarzał, że to jest trudny zawód dla kobiety. Ale ja lubię wyzwania. Jako mała dziewczynka jeździłam na plany zdjęciowe, zbierałam autografy. Od Edyty Olszówki dostałam taki wpis: „Do zobaczenia kiedyś na planie, bo wiem, że będziesz dobra w tym zawodzie”. Przypomniało mi się to, gdy się kiedyś spotkałyśmy. Nadal spotykam ludzi z branży filmowej, ale jestem teraz z drugiej strony kamery. Przy okazji jakiegoś programu spotkałam też Czarka Pazurę, którego często widywałam, jak byłam mała. A teraz się przyjaźnimy. To są bardzo miłe spotkania.

 Sport też nie jest łatwy. Przecież nie zawsze się wygrywa. Czasem trzeba przyjąć porażkę. Co wtedy?

Na blogu zamieściłam takie zdanie: „Nie chodzi o to, żeby czekać, aż burza minie, chodzi o to, żeby nauczyć się tańczyć w deszczu”. Pamiętam mistrzostwa świata w Brazylii kilka lat temu. Przygotowywałam się do nich bardzo mocno. I przegrałam walkę o wejście do półfinału przez wskazania – to najgorsza przegrana z możliwych. Dla mnie świat się zawalił. Płakałam w samolocie kilka godzin. Byłam załamana. Powiedziałam, że już nie będę ćwiczyła, bo po co się cały rok przygotowywałam? Zawalałam inne rzeczy? Liczyło się tylko karate! Wróciłam z Brazylii rozżalona w niedzielę, a we wtorek byłam już na treningu. I powiedziałam sobie, że kiedyś zdobędę medal mistrzostw świata, i tak się stało.

 Jak sobie poradziłaś z tą porażką? Tak po prostu przeszedł Ci ten żal? 

Zawsze w takich chwilach dzwonię do mojego trenera, który wszystko potrafi mi wytłumaczyć. Wtedy powiedział: „Ania, przyjdź na ten trening. Porozmawiamy”. Do tej pory w ten sposób mnie motywuje. Mówi: „Ania! Ty nie dasz rady?”. To na mnie najlepiej działała. Mój mąż robi to samo. Mówi: „Ty nie pójdziesz? Ty nie zrobisz?”. A ja wtedy myślę: O nie! Ja wam pokażę!

 Jesteś bardzo ambitna. Osiągasz wszystko, co sobie zamierzysz. Nie za bardzo? Nie zrażasz tym ludzi do siebie?

Nie, może nie. Chcę się rozwijać, dążyć do wyznaczonych celów, ale zawsze z poszanowaniem drugiego człowieka. Każdy z nas ma do tego prawo. Chciałabym, aby wszystko, co robię, służyło czemuś dobremu. Spotykam się z tym, że na obozach czy spotkaniach ktoś podchodzi i mówi: „Chciałabym być taka jak ty”. A ja wtedy mówię: „To nie jesteś gotowa na zmianę”. Bo ja nie chcę być „jak ktoś”. Ja chcę być lepszą wersją siebie. Dojrzałam do tego
z czasem. 

 Perfekcjonistka?

Tak. Jestem perfekcjonistką i borykam się z tym. Bo dla mnie to wada, choć czasem też zaleta.  Kiedyś koleżanka powiedziała: „Spóźnij się choć raz, odpuść sobie”. A ja nie umiem się spóźniać. Jak się spóźniam, to się źle z tym czuję. Lubimy z mężem mieć wszystko zaplanowane. 

Anna Lewandowska
Fot. Bartek Wieczorek/LAF AM

Robert też jest tak doskonale zorganizowany?

Też, chociaż jak to facet – bardziej umie odpuścić. A ja nie umiem. W szafie wszystko mam starannie poukładane. Czasem myślę: A nie, nie odłożę tej bluzki na miejsce, najwyżej będę miała bałagan. I to czasem  mi się udaje.

 Waleczna, ambitna perfekcjonistka. Nie wyglądasz na taką. Jesteś przecież delikatną kobietą! 

Powiem szczerze, że ostatnio nawet pomalowałam sobie paznokcie na różowo! To już jest sukces, bo ja nie lubię różowego. Moja menedżerka spojrzała i mówi: „Aniu! Zmieniasz się”. O nie, pomyślałam. Zaraz przemaluję na czarno! Ta sesja do Vivy! to jestem totalnie ja. Rockowa stylizacja, warkocz. Owszem, obcasy i sukienki też lubię. Ale nie lubię słodkich różowych tiuli, zawsze muszę mieć pazur. Nie skupiam się na ciuchach, nie chodzę zbyt często na zakupy. Jak czegoś potrzebuję, zamawiam w Internecie. Nie marnuję
na to dużo czasu i nie korzystam z pomocy stylistki. Lubię też rzeczy polskich projektantów, na przykład La Manię Joanny Przetakiewicz, a także prostą elegancję Victorii
Beckham.

Przyjaźnisz się z innymi żonami piłkarzy?

Przyjaźnię się z Anią Peszko, z Karoliną Garncarczyk, z Magdą Wojtkowiak i Małgorzatą Dutką. To jeszcze z czasów Lecha Poznań. Fajne więzi, które przetrwały wiele lat. Utrzymuję kontakt z Mariną Łuczenko czy z Sarą Boruc. I mówię zdecydowanie „stop!” stereotypowi dziewczyny piłkarza. Żadna z nich nie jest taka, jak to się opisuje. To inteligentne dziewczyny, każda rozwija się w swojej dziedzinie.

 A Ty wciąż walczysz ze stereotypem żony piłkarza? Wiem, że kiedyś bardzo nie lubiłaś, gdy tak o Tobie mówiono.

Kiedyś mnie to dotykało. Teraz już nie. Cały czas się uczę, jeżdżę na szkolenia, studiuję. Współpracuję z naukowcami, z wieloma wybitnymi osobami. To są poważne rzeczy i nie interesuje mnie plotkarski świat. Bardzo cieszy mnie to, co robię, i poświęcam temu mnóstwo energii. Oczywiście niektórzy myślą, że nic nie robię. Leżę i pachnę albo lansuję się. A ja najpierw próbowałam udowodnić, że jestem tą samą Anią, która walczy na macie, potem, że nie jestem tylko żoną Roberta, potem, że mam jakąś wiedzę. Teraz już nie mam potrzeby, żeby cokolwiek udowadniać. 

 Nie przejmujesz się już hejterami?

Ostatnio miałam taką sytuację. Na promocji książki podeszła do mnie kobieta, miała około 30 lat. Ze łzami w oczach powiedziała, że w jej życiu wydarzyło się coś bardzo złego, ale dzięki mnie wróciła na dobrą drogę. Stało się to w ciągu ostatniego pół roku, ale wcześniej to właśnie ona ubliżała mi pod każdym wpisem na Facebooku czy Instagramie, to ona wysyłała do mnie najgorsze wiadomości mailem. W pewnym momencie po prostu ją zablokowałam. Zapytała, czy mogłabym ją teraz odblokować. Powiedziałam, że jej gratuluję, cieszę się, że zmieniła coś w swoim życiu, ale nie. Nie odblokuję. I zdałam sobie sprawę, że czasem trzeba powiedzieć „nie”, mimo że potrafiłam jej pogratulować, wybaczyć, że mi życzyła jak najgorzej. Uodporniłam się na hejt.

Doświadczyłaś go jednak. W pewnym momencie krytykowano Cię za wszystko. Że śniadanie jesz za drogie, że po bułki latacie z mężem helikopterem…

Oj tak! A to przecież nieprawda, że leciałam po bułki! Ja nie jem pieczywa! Nikt nie zapytał, czy może ktoś złamał nogę i była potrzebna pomoc, nikt się nad tym nie zastanowił, tylko napisał to, co chciał…

 A złamał?

To już w tej chwili nie ma żadnego znaczenia. Uodporniłam się na hejt w dużej mierze dzięki mojemu mężowi, który mnie wspiera. Zna moją wartość i przypomina mi, że są ludzie tu, w Polsce, ale też za granicą, którzy szanują nas. Po prostu szanują drugiego człowieka. 

 Fani rozpoznają Cię na ulicy w Monachium?

Ostatnio jak biegałam w parku, zaczepiły mnie dwie dziewczyny. To jest bardzo miłe. Ale ja się na tym nie skupiam, to nie jest najważniejsze. 

 A na czym się skupiasz? O czym marzysz?

Moim największym marzeniem było i jest mieć zawsze zdrową i szczęśliwą rodzinkę. A zawodowym marzeniem – żeby kiedyś mieć swoje miejsce treningowe, swoją klinikę, gdzie będę pracować z ludźmi, propagować ruch i zdrowe życie. 

 Jesteś już blisko spełnienia tych marzeń.

Jeśli chodzi o tę kwestię zawodową, to teraz nie mam takiej możliwości, bo mieszkam w Monachium. Dlatego organizuję spotkania, warsztaty, prowadzę wykłady i moje ukochane obozy. Ja się w tym spełniam. Uwielbiam dawać. Naprawdę. Czasem moje przyjaciółki śmieją się, że na siłę chcę im dać coś ze swojej szafy. Lubię się dzielić. To mi daje siłę. 

 A kiedy mówisz, że wracasz do domu, to myślisz o Monachium czy o Polsce?

O Monachium. O mężu! Mamy mieszkanie w Warszawie, ale jeśli mówię, że wracam do domu, to wracam zawsze do męża.  

Wideo

Marynarki, kardigany, sukienki maxi, kozaki na słupku. Te produkty będą modne jesienią i zimą 2020/2021

Polecamy

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

MAŁGORZATA ROZENEK-MAJDAN i RADOSŁAW MAJDAN w przejmującej rozmowie o walce o dziecko, mierzonej poświęceniem, niepewnością, ale i wdzięcznością. MICHAŁ ŻEBROWSKI i EUGENIUSZ KORIN, dyrektor i reżyser Teatru 6. piętro. Czy się lubią, podziwiają i... kłócą. MARIOLA BOJARSKA FERENC Los naznaczony tragediami: wypadek mamy, walka o życie synka, rozwód, choroba męża. W cyklu EXTRA: Czy w kontekście niemieckich obozów koncentracyjnych może być mowa o modzie? – opowiada antropolożka mody Karolina Sulej. PODRÓŻ „Będziecie tam wracać”, mówi o Bieszczadach słynna podróżniczka Elżbieta Dzikowska.