Leszek Kuzaj, VIVA 12/2020
Fot. Łukasz Kuś
TYLKO U NAS!

Dziewięć żyć kierowcy rajdowego Leszka Kuzaja

Ile razy „gasło mu światło”? Z jaką prędkością jeździ do pracy? Gdzie poznał swoją żonę?

Katarzyna Piątkowska 26 czerwca 2020 18:45
Leszek Kuzaj, VIVA 12/2020
Fot. Łukasz Kuś
Jego życie jest jak rollercoaster - ogromne tragedie przeplatają się z sukcesami. Podczas Rajdu Czech auto prowadzone przez niego wjechało w kibiców. Dwóch zginęło. Trzy razy w życiu „gasło mu światło”. Rajdy dały mu wspomnienia, ale zabrały rodzinę. Kierowca rajdowy Leszek Kuzaj opowiedział ile razy umierał i z jaką prędkością jeździ do pracy.

Ile miałeś wypadków?

Nie liczyłem.

W rajdowym żargonie, gdy ktoś miał wypadek, mówi się, że mu zgasło światło. Ile razy gasło Tobie?

Tak poważnie światło gasło mi trzy razy. A raz to tak, że byłem w innym świecie. To się wydarzyło osiem lat temu podczas rajdu na Dolnym Śląsku. Było zimno, bo to już była jesień. Na zmianę padało i świeciło słońce. Podczas odcinka specjalnego uderzyłem w drzewo, moją stroną. Pamiętam, że wyszedłem z auta, stałem na drodze, nic nie jechało. Zrobiło mi się bardzo ciepło i błogo. To była bardzo przyjemna chwila, chociaż byłem zdezorientowany. Wiedziałem jednak, że miałem wypadek. Jeden z moich fanów przysłał mi po jakimś czasie film, na którym nagrał moment uderzenia i wszystko to co działo się potem. Okazało się, że wcale nie wysiadłem z samochodu i wcale nie stałem na drodze. Nie można mnie było wyciągnąć z samochodu, pilot mnie reanimował, mówił, że nie było mnie jakieś trzydzieści sekund, na noszach zaniesiono mnie do karetki. Dopiero w niej się ocknąłem.

Byłeś wstrząśnięty tym, co zobaczyłeś?

Tak, bo nic się nie zgadzało. Na filmie działo się zupełnie coś innego, niż w mojej świadomości. Wtedy dotarło do mnie, że to chyba metafizyka.

Całe życie ocierasz się o śmierć.

Dwa razy nawet medialnie mnie prawie pochowano. Pierwszy raz, gdy podczas treningu zginął Leszek Korzanowski. Podano tylko, że Leszek K. Jak ja. I wiesz, co się działo? Rozdzwonił się telefon. Kilka miesięcy później zginął mój dobry kolega Janusz Kulig. W telewizji zamiast jego zdjęcia pokazano moje. A ja miałem wyłączony telefon, bo byłem w domu Janusza. Moi bliscy przeżyli horror.

Na szczęście żyjesz.

Mówi się też, że kot ma siedem żyć, a Kuzaj… na razie dziewięć.

Czym dzisiaj przyjechałeś do pracy na Tor Modlin?

A chcesz usłyszeć, że pociągiem? (Śmiech) Samochodem Renault Megane RS Trophy.

Z jaką prędkością?

Zdziwisz się. Z dozwoloną. Jeżdżę razem z psem, moim wiernym towarzyszem i jestem świadomym i odpowiedzialnym kierowcą. Na drogach nie szaleję. W mieście zawsze staram się przestrzegać przepisów.

Jest więc szansa, że można Cię prześcignąć na drodze?

Jest, tylko po co? W mieście się nie ścigam. To nie jest miejsce na dawanie upustu emocjom, adrenalinie i zamiłowaniu do prędkości.

Od dziewięciu lat jesteś na rajdowej emeryturze, gdzie więc dajesz temu upust?

Tu na Torze Modlin. Próbowałem uciec od rajdów, ale nie do końca mi się udało. Choć bardzo się starałem.

Mówiłeś, że są dla Ciebie jak narkotyk. Dlaczego więc przestałeś jeździć?

Byłem już zmęczony jeżdżeniem, nieustającą walką o pieniądze. Brakowało mi motywacji.

To była dobra decyzja?

Ależ skąd! Teraz to wiem. Powinienem był rok wcześniej zrobić sobie przerwę, a nie rzucać wszystko od razu. Wtedy jednak myślałem tak: mam cztery tytuły mistrza Polski w generalce, miałbym siedem, ale trzy mi uciekły sprzed nosa, mam czterdzieści innych tytułów, więc po co mi kolejne. To tylko liczby. Byłem za stary, żeby zostać mistrzem świata, nie miałem zresztą możliwości. Nie mogłem znaleźć swojej drogi. To była trudna decyzja i dziś myślę, że nienajlepsza… w zasadzie mogę powiedzieć, że fatalna. Ale wtedy… marzyłem o życiu rodzinnym, którego nie miałem, wydawało mi się, że pożegnanie się ze sportem mi w tym pomoże.

Pomogło?

Jak widać tak. W końcu mam u boku ukochaną kobietę, z którą tworzę rodzinę.
To było przyjęcie po zakończeniu Rajdu Barbórki. Minęliśmy się wtedy w drzwiach. Dobrze pamiętam ten
dzień, bo akurat wtedy postanowiłem, że przestaję szukać miłości. Pomyślałem, że chrzanię to wszystko, chcę być sam. I wtedy wpadłem na Anię. A potem spotkaliśmy się przez przypadek kolejnego dnia. Zaintrygowała mnie. Znajomość z nią rozwinęła się inaczej niż wszystkie wcześniejsze. Okazało się, że oboje pragniemy tego samego - założyć rodzinę i być z kimś komu możemy bezgranicznie zaufać.

Jesteście bardzo malowniczą parą - Ty utytułowany rajdowiec i spokojna pani sędzia.

Bardzo malowniczą, to złe określenie. Powierzchowne. Określiłbym, bardzo dobraną i potwierdzić to mogą osoby, które naprawdę nas znają. Nie ma znaczenia, czym zajmujemy się zawodowo. I nigdy nie miało. Potrafimy to doskonale oddzielić od naszego codziennego rodzinnego życia. Ania bardzo zmieniła moje życie. Niewątpliwie ma do mnie bardzo dużo cierpliwości, bo jestem trudnym mężczyzną. Oczywiście staram się dbać o nią najlepiej jak potrafię. I wiesz… w końcu mam u boku kogoś, kto nie tylko ma oczekiwania, ale kogoś kto troszczy się o mnie i jest moim wsparciem.

Prowadzisz spokojne życie, nie brakuje Ci tej adrenaliny, sławy?

Adrenalinę zapewniam sobie na torze, a sławy nigdy nie lubiłem. Owszem, na początku to że jestem rozpoznawalny łechtało moją próżność, ale szybko zaczęło mi przeszkadzać.

Gdy się poznaliście Ania wiedziała, kim jesteś?

Nie, dopiero brat jej powiedział.

Teraz to mógłbyś sukcesy odnosić, podobno ustabilizowane życie rodzinne w tym pomaga.

Teraz to jestem za stary. W życiu jest jak w piosence - „trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść”.

Nie ma u Ciebie równowagi, jak był sport nie było rodziny, jak jest rodzina nie ma sportu.

Coś za coś. Kiedyś poświęciłem dla sportu wszystko. Wiesz jak wyglądało moje życie? Treningi, spotkania z psychologiem, bieganie, treningi, spotkania z psychologiem, bieganie. I praca. Sportowe życie miałem bardzo poukładane. I wszystko mu było podporządkowane.

Masz troje dzieci. One nie mają pretensji, że Cię z nimi nie było?

Ależ ja starałem się dawać im jak najwięcej czasu i jak najwięcej uwagi. Uczestniczyłem w ich życiu, mimo że z mamą moich córek rozstałem się jeszcze zanim zacząłem brać udział w rajdach. Niestety teraz i z nimi i z synem Krystianem rzadko się widujemy, bo oni mieszkają w innych miastach. Ale kiedyś dziewczynki razem z moją mamą, bardzo często przyjeżdżały, żeby mi kibicować.

Z Twoją mamą, przed którą ukrywałeś, że zrobiłeś prawo jazdy?

Nie tylko przed mamą to ukryłem, bo miałem wtedy czternaście lat. W tym wieku nie można było mieć prawka. Ale ja miałem. Zawsze taki byłem, że obierałem cel i dążyłem do niego za wszelką cenę. Moja córka Julia jest identyczna. Marzyła o studiach medycznych na Uniwersytecie Jagiellońskim, ale dostała się na wieczorowe. Dwa lata ciężko pracowała, żeby przyjęto ją na dzienne. Teraz właśnie je kończy. Dominika moja ukochana Artystka, zawsze tworzy i jest pełna inspiracji. Kris, mój synek pochłonięty światem wirtualnym.

Ile miałeś lat, jak postanowiłeś, że będziesz się ścigał?

Sześć. I nigdy nie zmieniłem zdania. Gdy w szkole podstawowej pytali, kim chcielibyśmy być, ja zawsze odpowiadałem, że rajdowcem. A to były takie czasy, że równie dobrze mogłem mówić, że kosmonautą. I tak by mi nie uwierzyli. W końcu przestali pytać.

Skąd ta miłość do rajdów?

Od dziecka się przy tym kręciłem, bo mój tata zawsze startował w jakiś zawodach. Poza tym bywałem w garażu, w którym przygotowywano auta Sobiesława Zasady. Jakie to były dla mnie emocje! Wtedy pokochałem Porsche i Alpine. Nawet studia rzuciłem, żeby zająć się rajdami.

A co studiowałeś?

Chciałem dostać się na archeologię, co oczywiście było bez sensu, ale trafiłem jakimś fartem na Akademię Ekonomiczną. Ale nie odnalazłem się w tym.

Żeby brać udział w rajdach trzeba mieć pieniądze, to zawsze był drogi sport.

W moim domu się nie przelewało. Jak chciałem dżinsy i coca-colę to musiałem sobie na nie zarobić. Najpierw handlowałem książkami, a potem starsi koledzy wciągnęli mnie w handel ciuchami. Potem pomyślałem, że dlaczego mam cudze sprzedawać, skoro mogę własne. Znalazłem krawcową, która szyła dla mnie dżinsy, a ja handlowałem nimi na bazarze. Interes się kręcił. Byłem obrotny, bo miałem cel. Chciałem jeździć. Dostałem od taty starego malucha i startowałem nim. To był potwór i postrach szos (śmiech).

Pamiętasz pierwszą podróż jako kierowca?

Jasne, wziąłem samochód taty, bo przecież już miałem prawo jazdy, i namówiłem kolegę, żebyśmy pojechali niedaleko, na taki fajny, duży plac. Pojechaliśmy. I tam był jeden niewielki słupek. Wjechałem w niego i tak się ta pierwsza podróż skończyła.

Dużo masz aut na sumieniu.

Dużo, bo mój mistrz, profesor psychologii Jan Blecharz, twierdził, że mam za dużo prędkości w sobie. Wtedy, gdy wziął mnie pod opiekę nie istniały dla mnie granice i niczego się nie bałem.

Mieszanka wybuchowa. Naprawdę nigdy się nie bałeś?

W trakcie rajdu? Nie. Miałem tylko, jak większość, stres przed rajdem, ale i z nim zacząłem sobie radzić. Doszedłem do tego, że na pierwszym odcinku rajdu muszę być pierwszy, że nadać tempo i pokazać przewagę. Nauczyłem się, że taktyka jest równie ważna jak prędkość. Musiałem nad tym pracować, bo fizyka jest nieubłagana - nie zawsze byłem w stanie wymierzyć trajektorię auta i zmieścić się w zakręt. Ale jak się mieściłem rosła moja wiara we własne siły i umiejętności.

Pewność siebie nie wystarczy, żeby być świetnym kierowcą rajdowym.

Konieczne jest wytrenowanie, trzeba być opanowanym, skoncentrowanym. I oczywiście mieć dużo doświadczenia.

Co dawały Ci starty? Wyrzut adrenaliny?

Spełnienie.

Zasuwasz głośnym, szybkim samochodem przez las. Drzewa migają ci przed oczami. Jesteś skoncentrowany na drodze i tym co mówi do ciebie pilot. Jakie z tego mogą być wspomnienia?

Będąc wytrenowanym fizycznie i psychicznie, skoncentrowanym i opanowanym szybko wchodziłem w tak zwany stan flow. Wtedy człowiek odczuwa wszystko zupełnie inaczej. Głębiej, precyzyjniej, o wiele bardziej wydajniej mogłem działać z pełnym spokojem. Stan najwyższej koncentracji jest czymś niesamowitym.
Po pierwsze byłem w stanie przesunąć barierę czasu - sekunda podczas rajdu trwała dłużej niż zwykła sekunda. A ja na wszystko miałem czas z niesamowitą precyzją.

Jak jedziesz, jesteś w transie?

W pewnego rodzaju pozytywnym transie. I tego nic nie zastąpi. Zapewne takiego stanu nie można uzyskać przy pomocy żadnych używek. Mi coś takiego dawało prowadzenie samochodu. Niektórzy myślą, że napędza nas złość, czy złe emocje. Nic bardziej mylnego. Siadając za kierownicą samochodu rajdowego trzeba umieć odciąć się od złości, agresji, smutku. Nie zawsze jest to możliwe.

A tu na tym torze dzisiaj jest tak cicho i spokojnie. Aż dziwne, że wszystkie te emocje, doznania zamieniłeś właśnie na to.

Cicho i spokojnie, bo pandemia sprawiła, że niewiele się tu dzieje. Szczerze mówiąc na początku nie bardzo mogłem się tu odnaleźć. Jednak szybko pokochałem to miejsce i ludzi z Toru. Co może spotkać cię w życiu lepszego niż praca która kochasz (rodzinę już mam). Ale czułem, że jestem tu potrzebny. Mamy tutaj wspaniały zespół ludzi i prawdziwych przyjaciół, z którymi udało się stworzyć świetnie miejsce.

Szkolimy kierowców podnosząc ich bezpieczeństwo i świadomość na drodze, szkolimy kierowców z jazdy sportowej, pracujemy z dzieciakami i młodzieżą, robimy eventy dla samochodowych firm. Organizujemy zawody sportowe, a ja jeżdżę szybko po torze praktycznie wszystkimi samochodami sportowymi jakie zostały wyprodukowane. Teraz jest gorzej, bo wszystko co planowaliśmy przez wiele miesięcy musieliśmy odwołać. Teraz staramy się zrobić wszystko, żeby to miejsce przetrwało.

Znowu walczysz.

Może ta walka jest mi potrzebna. Mam motywację. Wiesz, co mnie bardzo wzruszyło ostatnio? Zadzwonił jeden z moich wychowanków i zapytał, czy nie potrzebuję pomocy. Okazało się, że chciał pomóc nie tylko mi, ale też innym. Zaangażowaliśmy się charytatywnie i rozwoziliśmy potrzebne rzeczy do szpitali, w których trwała walka z COVID-19. Zresztą robimy to nadal. To był jeden z niewielu takich telefonów w moim życiu.

Gdy dwanaście lat temu wydarzył się tragiczny wypadek w Czechach z Twoim udziałem, gdzie zginęło dwóch kibiców, też do Ciebie dzwonili znajomi, by Cię wesprzeć?

Wręcz przeciwnie. Wiele osób, o których myślałem, że mogę na nich polegać, odwróciło się.

Wiesz dlaczego?

Jak teraz o tym myślę, to wydaje mi się proste. Po wypadku ogłosiłem, że się wycofuję. Nie wiadomo było, co ze mną będzie. Nie chciałem już jeździć. I to tragiczne wydarzenie zweryfikowało listę moich przyjaciół. Zostało przy mnie wtedy niewiele osób, a jedną z nich był człowiek-legenda świata rajdowego Piotr Gradoń. Znaliśmy się od dawna, bo to on wciągnął mnie w handel ciuchami.

Myślisz czasem o tym, co się wtedy wydarzyło?

Nieustająco. Często myślę: „A gdybym pojechał wolniej?”. Ale nie pojechałem. Tam w Czechach nastąpił splot nieszczęśliwych okoliczności. Na zakręcie, na którym zdarzył się wypadek, rozlany był olej. Nie wiedziałem o tym. Nie wiedziałem też, że widzowie przenieśli się w niedozwolone miejsce, żeby zobaczyć mój przejazd. Jesteśmy tak szkoleni, żeby zminimalizować szkody. Samochód zachował się bardzo podsterownie na tej plamie oleju. Wyrzuciło go na zewnętrzną. Zrobiłem ruch, by nie uderzyć z prędkością 170 kilometrów na godzinę w słup energetyczny. Wpadłem w ludzi. Gdybym widział, że oni tam są… Nie wiedziałem.

Myślałem, że przede mną jest pusta łąka. Próbowałem uruchomić samochód, ale silnik nie działał. Zawołałem więc do ludzi, którzy nagle zbiegli się i próbowali podnieść auto, żeby przestali, bo i tak nie ruszę. Myślałem, że chcą nas postawić na drogę. Nie wiedziałem, że pod samochodem leży człowiek. Czeski kibic. Wysiadłem. Niedaleko leżał Piotrek. Chłopak, który jeździł na rajdy, żeby mi kibicować. Podbiegłem do niego. Umierał. Obok leżało dziecko z potwornie połamaną nogą. Gdybym wiedział, że oni tam są… pewnie wybrałbym ten słup. Podobno żołnierze wysyłani na misje też myślą o osobach, które zabili. Nie wiem czy to jest prawda. Ja myślę. Odwiedzam też grób Piotrka, gdy tylko jestem w okolicy.

Kilka dni później odwiedziłeś jego rodziców.

Musiałem, chociaż wiedziałem, że w żadne sposób nie uśmierzę ich bólu.

Pokuta?

Chyba tak, chociaż nie wiem czy to właściwe słowo.

Pomaga Ci opowiadanie o tym co się wydarzyło?

Ty chciałaś o tym rozmawiać. Sprawia mi ból! Ale świadomie się z tym mierzę i nie uciekam. Rozmowy, jakie odbyłem po wypadku, bardzo mi pomogły, szczególnie te z terapeutką.

Ile czasu minęło zanim ponownie wsiadłeś za kółko?

Półtora miesiąca. Musiałem nakręcić film, w którym robię akrobacje wokół trzech mężczyzn. Nie wiem, kto bał się bardziej - oni czy ja. Gdy wsiadałem do samochodu, to mi się tak nogi trzęsły, że myślałem, że mi się nie uda.

To była terapia szokowa.

Tak. Nie miałem innego wyjścia. Drugim było poddanie się, ale tego nie brałem pod uwagę. Jestem wojownikiem. Nie uciekam. Dlatego też pojechałem do rodziców Piotrka. Nie wybaczyłbym sobie, gdybym wtedy stchórzył. Nie dałbym rady spojrzeć w lustro.

W Twoim życiu tragedie przeplatają się ze szczęśliwymi chwilami jak u mało kogo.

Na szczęście teraz osiągnąłem pewien constans i zrobię wszystko, żeby tak zostało. Zwolniłem. 
 

Wideo

Wiosna 2020 - design, kulinarne inspiracje, podróże bez wychodzenia z domu!

Polecamy

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

BARBARA KURDEJ-SZATAN wyznaje: „Zasuwając intensywnie, oczekiwałam, że gdy wrócę do domu, będę mogła się zrelaksować. Tymczasem były awantury…”. GREG i RAFAŁ COLLINS – od happy endu do tragedii był tylko krok. W VIVIE! na Lato w cyklu Ona o Niej – KRYSTYNA CIERNIAK-MORGENSTERN o ELŻBIECIE CZYŻEWSKIEJ: „Szamotała się psychicznie. Z jednej strony niedawno poślubiony mąż, a z drugiej Polska…”. W cyklu Sztuka gotowania – HANNA LIS. Czy spełni swoje „kulinarne” marzenie i wybierze się do Peru? W Podróżach z Historią: tajemnice KASZUB.