WYWIADY VIVY!

Doda: „Zachowuję zimną krew, bo płacz nic nie da. Trzeba dawać uśmiech i dobrą energię”

Wanda Rabczewska: „Życie mnie nauczyło, że trzeba odczekać. Bo i tak wszystko minie”

Krystyna Pytlakowska 10 lipca 2020 06:25

W ramach cyklu Archiwum Vivy!: wywiady przypominamy rozmowę Krystyny Pytlakowskiej z Dorotą Dodą Rabczewską-Stępień i jej mamą, Wandą Rabczewską. Wywiad ukazał się we wrześniu 2015 roku w magazynie VIVA!.

Doda z mamą Wandą Rabczewską wywiad VIVA!

Diagnoza: nowotwór. „I szok. Straszny szok. Człowiek nie wierzy, mówi: Niemożliwe. To inni chorują, nie ja”, mówi Wanda Rabczewska. Doda: „Poczułam się tak, jakby ktoś zdzielił mnie czymś w głowę. Nie było czasu na myślenie. Wsiadłam w samochód i po 40 minutach byłam u mamy, w Ciechanowie”. Wzruszająca rozmowa o wierze, nadziei, a przede wszystkim o miłości, która czyni cuda. Matki do córki i córki do matki.

Diagnoza „nowotwór”... i...?

Wanda: I szok. Straszny szok. Człowiek nie wierzy, mówi: „Niemożliwe. To inni chorują, nie ja”. I dopiero gdy czarno na białym widzi wynik, dociera do niego, że nikt nie jest pod ochroną.

Doda: Tym bardziej że mama zawsze mi powtarzała: „Dorotka, ty się niczym nie przejmuj, my nie mamy żadnych obciążeń genetycznych, u nas nikt nie chorował na raka”.

Wanda: Rzeczywiście tak było. Zawsze uważałam, że mamy dobre korzenie, dobre geny i że nas straszne choroby ominą. Moja mama ma 88 lat i zawsze była zdrowa.

Często długo nie wiemy, że chorujemy, diagnozę poznajemy dopiero w ostatnim stadium. Pani zareagowała wcześniej. Przeczucie?

Wanda: Nie. Spotkałam na ulicy kolegę lekarza, popatrzył na mnie uważnie i powiedział, żebym wpadła do niego do przychodni, to porobimy wszystkie badania. Spytał: „Kiedy ostatnio się badałaś?”. A ja mówię: „Wieki temu”. „To tym bardziej wpadnij się zbadać”.

Doda: Popatrzył na mamę i tak jakby od razu wiedział, co się dzieje. Mama pewnie machnęłaby ręką, ale obiecała mi, że się przebada, że zrobi to po prostu dla mnie.

Wanda: Nie miałam żadnych zewnętrznych objawów, tylko cały czas byłam zdenerwowana, zrywałam się w nocy, nie mogłam spać, zlewałam się potem. On zobaczył więc moje pobudzenie i to go zaniepokoiło. Niestety, jego podejrzenia się potwierdziły.

Tylko jak powiedzieć bliskim, że cierpimy na chorobę, która może być śmiertelna?

Wanda: Właśnie... Napisałam do Dorotki e-maila, w którym informacje o raku wplotłam pomiędzy inne, w ostatnim zdaniu.

Doda: Akurat wcześniej trochę się poróżniłyśmy. Mama napisała więc: „Dobra, to się już nie kłóćmy! Zresztą właśnie wróciłam od lekarza i okazało się, że mam raka”. Poczułam się tak, jakby ktoś zdzielił mnie czymś w głowę. Nie było czasu na myślenie. Wsiadłam w samochód i po 40 minutach byłam u niej, w Ciechanowie.

Wanda: Dorota przyjechała i natychmiast wzięła sprawy w swoje ręce. Na drugi dzień zabrała mnie do lekarza do Warszawy, profesora, który mnie potem operował. Właściwie zdałam się głównie na nią, bo mąż kompletnie się pogubił.

Doda: Musiałam być silna, stać się ich filarem. Tak naprawdę to ja jedna musiałam zachować zimną krew i panować nad sytuacją. Pamiętam zresztą, że to samo przeszłam przy Nergalu, kiedy dowiedziałam się, że ma białaczkę. Łatwiej mi więc było wszystko zorganizować, zwłaszcza że poznałam środowisko lekarzy i dostałam nawet nagrodę od minister zdrowia.

Doda z mamą Wandą Rabczewską
Fot. Bartek Wieczorek / LAF AM

Czego to był rak?

Doda: Nie pytaj. Ani gdzie mamę operowano. Nikomu tego nie powiemy, to mamy osobista sprawa.

Wanda: Przyczyną tej choroby na pewno był stres. Długo zastanawiałam się, dlaczego ja padłam jej ofiarą. Zaczęłam czytać na ten temat opracowania, artykuły. Porozmawiałam też z osobami ze środowiska medycznego i wszyscy powtarzali, że niestety, długofalowy stres i traumatyczne przeżycia, jakich doświadczałam w ciągu ostatniego półtora roku przed chorobą, mogły być jej przyczyną. Utwierdziła mnie w tym też doświadczona pielęgniarka, która mnie prosiła, żebym się tak nie denerwowała, wiedząc, jaka jestem wrażliwa i pobudliwa. Byłam strzępkiem nerwów.

Doda: Mamę totalnie rozłożył na łopatki program „Na językach”. Żyła w wielkim napięciu, odkąd zaczęły pojawiać się reportaże o jej małżeństwie. Miało to zaszkodzić mnie, a dotknęło niewinnych ludzi.

Wanda: Nie mogłam od tego uciec, to się nawarstwiało. Już była cisza, a potem znowu ktoś telefonuje: „Pani Wandziu, zaraz będą o was mówić”. I tak co chwilę. Nie jestem osobą publiczną. Ja nawet nie wiem, czemu to miało służyć, dlaczego ktoś na oczach całej Polski roztrząsa moje małżeństwo, moje intymne sprawy i jeszcze angażuje do programu małoletnie dziecko.

Doda: Wyobraź sobie, że teraz ja pójdę do telewizji i będę opowiadać o twoim małżeństwie, przez cztery miesiące, co weekend, obrażając cię i naginając fakty. Słowem można zabić.

Wanda: Czasami czyn mniej boli niż słowo. To przyznaje sam papież.

Doda: Ja jestem znana. W ryzyko mojego zawodu wpisuję fakt, że ktoś może opowiadać o mnie bzdury. Biorę to na klatę, ale moich rodziców muszę chronić. Każde kochające dziecko mnie zrozumie. Mama przecież jest tylko urzędniczką, na pewno nie telewizyjną bohaterką.

Wanda: Męża też to kompletnie rozbiło.

A przecież to jego zdrada spowodowała tę sytuację. Wybaczyła mu Pani?

Wanda: Wybaczyłam już 15 lat temu, kiedy dowiedziałam się o tej zdradzie. A poza tym to naprawdę prywatna sprawa. Ale o dziecku nie miałam pojęcia, ani mąż nie miał. Dopiero gdy po 14 latach ta pani rozwiodła się i zrobiła test DNA, dowiedzieliśmy się, że mój mąż ma nieślubną córkę. Ale mąż nie walczył, nie zaprzeczał, wywiązywał się ze swoich obowiązków, płacił alimenty. To nie byłoby w jego stylu, żeby negować coś, czego sam był sprawcą. Uważaliśmy jednak, że to sprawa tylko pomiędzy nami. I tak wystarczająco ją przeżywaliśmy. Całą rodziną.

Doda: A moja mama tej dziewczynce oddawała moje ubrania i pomagała tej kobiecie cały czas, mimo że moi rodzice nie są majętni. Takie właśnie ma złote serce.

Wanda: ... nie potrafię odmówić.

Doda z mamą, Wandą Rabczewską
Fot. Bartek Wieczorek / LAF AM

Mówi Pani: stres. Najczęściej jednak przyczyn raka upatruje się w genetyce.

Wanda: To prawda, tylko że – powtórzę – moi przodkowie nie byli obciążeni nowotworem. A na waszym portalu Polki.pl przeczytałam tekst o doktorze Simontonie, światowej sławy psychoonkologu, który twierdzi, że istnieje ścisły związek pomiędzy długotrwałym stresem a chorobą nowotworową.

Doda: A tych programów było chyba pięć, jeden w samo Boże Narodzenie. I dużo zwiastunów. Starszą osobę może to wpędzić do grobu.

Wanda: Strasznie podgrzewano atmosferę, że ta dziewczynka – przyrodnia siostry Dody – będzie udzielała wywiadu. Ja myślę, że to dziecko nie wiedziało, co mówi, a za parę lat pewnie będzie żałowała tego, że to powiedziała.

Doda: Ja od razu żałowałam swoich słów. Tyle emocji, i to na oczach całego kraju... Można stracić głowę. A autorzy programu tylko na to czekali.

Wanda: Po każdym z tych programów byłam kompletnie rozdygotana, bałam się wychodzić na ulicę. Wydawało mi się, że wszyscy na mnie patrzą i szepcą za moimi plecami. Budziłam się w nocy i płakałam. Teraz też łzy mi lecą.

Proszę się nie denerwować, nerwy nic tu nie zmienią – to już się stało.

Wanda: Wiem, wiem, trzeba nabrać dystansu. Jednak w tym samym programie wyśmiewano się z mojej córki, szydząc z jej wypadku, kiedy miała pęknięty krąg szyjny i chodziła w kołnierzu. To dopiero był ból dla mnie, dusiłam się z bezsilności.

Doda: Takie są uroki show-biznesu, mamo.

Wanda:  Ja zresztą nie załamałam się, od razu postanowiłam walczyć. Życie mnie już nauczyło, że trzeba odczekać, uspokoić się. Bo i tak wszystko minie. To Dorota jest choleryczką, ja – nie.  

Doda: Kiedy dostałam tego e-maila od mamy, najpierw wbiło mnie w ziemię, potem się popłakałam, a potem zaczęłam działać. Bo ja w ekstremalnych sytuacjach bardzo się mobilizuję.

Wanda: Kiedy przyjechała, byłam zapłakana, ale też starałam się opanować, bo musiałyśmy się naradzić, co dalej robić. A jeszcze Dorotka powiedziała: „Nie martw się, wszystko będzie dobrze” i napełniła mnie tą myślą, optymizmem. I krzyczała: „Nie mów mi tylko o śmierci”.

Doda: Bo jak mogło być inaczej? Musi być dobrze. Nie wolno złymi myślami przyciągać złych wydarzeń, trzeba myśleć pozytywnie, a ja w tym mam wprawę.

Wanda: Płakałam też, bo bałam się twojego cierpienia, twojego strachu o mnie, chociaż wiem, jak jesteś silna. Ale przecież każde dziecko boi się o matkę, a matka o dziecko. Każda operacja to przecież ryzyko, ale Dorotka była cały czas ze mną, przy mnie. Przy niej naprawdę dużo mniej się lękałam. Nawet kocyk sobie przenosiłaś, rozkładałaś koło mojego łóżka i spałaś na podłodze. Dorotka to dobre, kochane dziecko.  

Doda: A pielęgniarki myślały, że jestem psychicznie chora, bo dzwoniłam: „Dzień dobry, mówi Dorota Rabczewska, moja mama pięć minut temu poszła na stół, jak ona się tam czuje?”. A pielęgniarka: „No właśnie, pięć minut temu, pewnie jeszcze nie śpi”. Ja na to, że zadzwonię później. Po siedmiu minutach znowu telefonuję: „Mówi Dorota Rabczewska...”, a pielęgniarki: „Wiemy, wiemy, dzwoniła pani kilka minut temu”. I tak przez całe trzy godziny, czy otworzyła oczy, czy mówiła coś, czy teraz coś powiedziała.

Wanda: Źle zniosłam pierwszą narkozę, ale drugą lepiej, a trzecią bardzo dobrze. Bo były trzy operacje. Musieli mi jeszcze wycinać te niedobre komórki z innych miejsc.

Doda: Gdy ja kończyłam dzwonić, zaczynał tata. „Panie Rabczewski, córka przed chwilą telefonowała...”. Pielęgniarki miały nas kompletnie dosyć. Tata jednak niezłomnie wysyłał mamie laurki. Rysował serce przebite strzałą i trzy krople krwi kapiące z tego serca, a na dole kałużę. I podpis: „Twój mąż Paweł”.

Wanda: Ta laurka leżała na mojej poduszce, wszyscy lekarze musieli ją oglądać. Trudno było zresztą jej nie zauważyć.

Kiedy ktoś bliski choruje, wszystko odkłada się na bok?

Doda: Starałam się odłożyć, ale ja potrafię tak sobie zorganizować czas, żeby wszystko pogodzić.

Wanda: Czasami wpadała do mnie wieczorem, jeszcze w stroju scenicznym.

Doda: Dzwoniłam, pytałam: „Śpisz?”. „Nie, oglądam film”. „To ja wpadnę”. I przyjeżdżałam po jakimś evencie z doczepionymi czterema kilogramami włosów, z makijażem, w kapeluszu. Godzina 22.30, portier mówi: „Nie ma odwiedzin”. A ja: „Jak to nie ma, właśnie przyszłam. Tylko na pięć minut”. A zostawałam dwie godziny.

O czym wtedy rozmawiałyście?

Wanda: O wszystkim. Mówiłam jej: „Ty się opiekuj tatą, bo on też jest chory – kręgosłup, serce”. Beze mnie całkiem się psychicznie rozsypał. Prawie nie jadał, łóżka nie ścielił. Moja mama, która cały czas z nami mieszka, bardzo się tym denerwowała. Dorotka więc miała na głowie nie tylko mnie, ale i tatę. I musiała stanąć na wysokości zadania.

Doda: Mamie przywoziłam jedzenie do szpitala. Zresztą ja zawsze byłam wobec rodziców opiekuńcza. Pamiętam, że po mojej operacji, gdy tylko wybudziłam się z narkozy, mówię do mojego byłego już męża Radka: „To teraz zabierz ich na obiad, bo ja nóg nie czuję”. I cały czas starałam się mamę rozśmieszać, żeby nie dopuszczała do siebie złych myśli, bo najgorzej, gdy psychika siądzie. To już cały organizm przestaje walczyć. Kiedy Nergal chorował, też go nakręcałam pozytywnie, mówiłam mu: „Nawet przez chwilę nie myśl o śmierci, bo te myśli cię zjedzą”.

Wanda: Przy takiej chorobie cały czas trzeba myśleć sobie, że wszystko będzie dobrze, będzie, będzie.

Doda: Gadałyśmy o piosenkach, oglądałyśmy razem filmy w telewizji. I przyznałam się, że mam nowego chłopaka.

Jak zareagowała?

Doda: Podniosła palec do góry, że OK.

Wanda: Ucieszyłam się, bo Dorotka przecież przez jakiś czas była sama i nie chciała tego zmieniać. Martwiłam się, że wszystko jest na jej głowie. Chciałam, żeby poznała odpowiedzialnego mężczyznę, na którego ramieniu w końcu będzie mogła się oprzeć. 

Doda: A potem powiedziałam mamie, że może go zobaczyć, niech tylko podejdzie do okna. Emil stał na dole. Mama mu pomachała. Chyba jej się spodobał.

Wanda: Tak, spodobał mi się, a Dorotka nawet jeśli się bała, że ja się zdenerwuję, to niepotrzebnie. Ja przecież nie wtrącam się w jej wybory. Zresztą wtedy potraktowałam tę sytuację jak powrót do normalności, że wszystko wraca na swoje tory.

Doda: Pytałam mamę: „Co chcesz zjeść na przykład?”. A ty, że lody z McDonalda.

Wanda: Po pierwszej operacji poszłyśmy więc na te lody, ale nie zdążyłam dojechać do Ciechanowa, kiedy na sygnale wracałyśmy do szpitala. Wtedy myślałam, że umrę. Dostałam ataku, spuchłam cała. Byłam biała jak papier. Przewróciłam się na ziemię, a mąż krzyczał: „Wandeczko, walcz, walcz”.

Doda: Mamie wtedy strasznie spadła morfologia, przetaczali jej krew. To było gorsze niż sama operacja.

Wanda: Dorotka chciała mi zrobić tymi lodami przyjemność, ale to ja sama zachowałam się bardzo nieodpowiedzialnie. Głupie łakomstwo.

Doda: Siedziałam na korytarzu, byłam w szoku, czekałam. Ten atak mamy naprawdę mnie przeraził. Dotarło do mnie wówczas, że im rodzice są starsi, tym bardziej trzeba się nimi zajmować. Że chorują, że czasami są jak małe dzieci. I że to ja muszę być mądrzejsza.

Wanda: A coraz więcej jest takich sytuacji, że to dzieci uciekają od starych schorowanych rodziców, oddają ich do zakładów opieki. Kilka moich koleżanek tak zrobiło.

Doda z mamą, Wandą Rabczewską
Fot. Bartek Wieczorek / LAF AM

Doda często mówi Pani, że Panią kocha?

Wanda: Mówi albo pisze w sms-ach, często, w ogóle bez okazji. Oczywiście nie przyznaje się do tego – w mediach chce uchodzić za twardzielkę. Ale ma bardzo dobre, czułe serce. Ja też mówię jej, że ją kocham, bez okazji. A mój mąż wyznaje mi miłość codziennie. A najpiękniej powiedział wtedy, gdy przyznał się do zdrady. Padły takie słowa, że nie mogę o nich mówić bez łez. To one spowodowały, że mu wybaczyłam.

Doda, a Ty wybaczyłaś ojcu?

Doda: No jasne, przecież inaczej nie dałoby się żyć. To wspaniały, wartościowy człowiek, wiele mnie nauczył. Jesteśmy kochającą się rodziną, na dobre i złe.

Wanda: Jesteśmy normalni, jak każda rodzina. Są gorsze i lepsze dni. Ale ja wiem jedno, że nie można dwa razy karać za to samo. Bo tak naprawdę najważniejsza jest miłość. Zresztą inaczej się na to patrzy, mając lat 20, a inaczej, mając 60.

Doda: A nasza babcia opowiadała, jak ją dziadek uwielbiał i najgorsze słowo, jakie do niej powiedział, to „moja słodka trucizno”. Po jego śmierci nie wyszła już za mąż, choć była młoda i piękna.

Gdy mama zachorowała, Twoje relacje z ojcem nabrały innego charakteru?

Wanda: Podtrzymywałaś go na duchu, tak jak i mnie.

Doda: Bardziej skupiałam się na tobie, ale dzwoniłam też ciągle do taty i mówiłam mu: „Nie przejmuj się, ja się wszystkim zajmę”. I na bieżąco go informowałam, co się z mamą dzieje. Nasze relacje nie musiały się zmieniać. Bo my cały czas żyjemy bardzo blisko siebie.

Wanda: Cały czas się kochamy, tak było, jest i, mam nadzieję, że będzie. Wiele małżeństw po czymś takim, co zdarzyło się u nas, rozpada się. Ale to wtedy, gdy nie ma miłości. A tam, gdzie jest, przezwycięży wszystko. Szanuję w moim mężu to, że walczył o rodzinę i miał odwagę się do wszystkiego przyznać. Chociaż wiem, jak mu to ciąży do dziś.

Od Pani operacji minął już rok?

Wanda: Rzeczywiście będzie rok, w listopadzie. Pod koniec października zrobię badania i mam nadzieję, że wyniki będą dobre.

Doda: I pamiętaj, co mi obiecałaś. Jeżeli wyjdziemy z tego cało, nie będziesz się już niczym denerwować, bo ja mam świadomość tego, że się martwisz za nas wszystkich. Że denerwują cię sprawy, które za chwilę przeminą. Powinnaś podchodzić do nich z dystansem, pogodnie, tak jak to potrafisz. Tak lubię, kiedy jesteś pogodna.

Dla Waszej rodziny ten rok był ciężką próbą?

Doda: Próbą? Największym hardcore’em życia!

Wanda: Dorotka też wiele przeszła i myślę, że przeżycia i cierpienia ją trochę uodporniły.

Doda: Dla mnie to walka i sprawdzian, ile jestem w stanie zrobić, żeby pomóc.

Wanda: Choroba wyzwala w nas i siłę, i inny stosunek do życia.

Doda: Ja mam na przykład zupełnie inny próg bólu. Ktoś mówi, że będzie bolało, a ja pytam: „Gdzie ten ból. To żaden ból”. Przez pięć lat kręgosłup mnie tak bolał, że myślałam: Za chwilę zejdę. Przetrzymałam. A kiedy nie boli, ma się inne nastawienie do świata i chce się wszystkim pomagać.

Wanda: Dorotka jeździ do szpitala, do dzieci chorych na raka, współdziała z Fundacją Spełnionych Marzeń. Odwiedziła też dom dziecka koło Ciechanowa, przywożąc mnóstwo prezentów.

Doda: Moje koleżanki, które jeżdżą ze mną, płaczą rozklejone na korytarzu, a ja zachowuję zimną krew. Płacz nic nie da. Trzeba dawać uśmiech i dobrą energię.

Wanda: Płaczesz, ale w samotności, ja o tym wiem. Pamiętam, jak wychodziłaś od Adama i mdlałaś na korytarzu. Lekarze cię ratowali. Bo wszystko, co miałaś, oddawałaś jemu. Całą swoja siłę.

A teraz, podczas choroby mamy, mdlałaś?

Doda: Nie.

Wanda: Nigdy się nie przyzna, żeby mnie nie denerwować.

Doda: Tak jak ty się nie przyznasz, gdy gorzej się czujesz.

Bo mama musi żyć wiecznie.

Wanda: Chciałabym bardzo długo. I choć mam już dwoje ślicznych wnucząt od syna, chciałabym doczekać wnuka od Dorotki. Wiem, że miałaby cudne dziecko. Szkoda byłoby takie geny zaprzepaścić. I na pewno jako matka poradziłaby sobie. Jest bardzo zaradna.

Doda: Wszystko w swoim czasie. Nie mówmy teraz o tym. Najpierw to tata musi mnie do ołtarza poprowadzić, a ty, mamo, musisz być zdrowa, żeby potańczyć ze mną na moim weselu. 

Doda i Wanda Rabczewska, VIVA!
Fot. Bartek Wieczorek LAF

Wideo

Wiosna 2020 - design, kulinarne inspiracje, podróże bez wychodzenia z domu!

Polecamy

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

BARBARA KURDEJ-SZATAN wyznaje: „Zasuwając intensywnie, oczekiwałam, że gdy wrócę do domu, będę mogła się zrelaksować. Tymczasem były awantury…”. GREG i RAFAŁ COLLINS – od happy endu do tragedii był tylko krok. W VIVIE! na Lato w cyklu Ona o Niej – KRYSTYNA CIERNIAK-MORGENSTERN o ELŻBIECIE CZYŻEWSKIEJ: „Szamotała się psychicznie. Z jednej strony niedawno poślubiony mąż, a z drugiej Polska…”. W cyklu Sztuka gotowania – HANNA LIS. Czy spełni swoje „kulinarne” marzenie i wybierze się do Peru? W Podróżach z Historią: tajemnice KASZUB.