Bartek Królik, Viva! 13/2020
Fot. Szymon Szcześniak/LAF AM
TYLKO W VIVIE!

Bartek Królik: „Ze zbyt dużym impetem wpadłem w dorosłe życie, co szybko odbiło się na moim zdrowiu”

„Po raz pierwszy trafiłem do szpitala w wieku lat 21 z podejrzeniem udaru”

Beata Nowicka 12 lipca 2020 07:41
Bartek Królik, Viva! 13/2020
Fot. Szymon Szcześniak/LAF AM

Życie jest nieprzewidywalne i nie mamy nad nim kontroli”, mówi muzyk Bartek Królik. Muzyk przeszedł przez wiele. Udar, guz mózgu... Artysta podkreśla, że namiastki piekła dotknął podczas pobytu w szpitalu. ,,Zostałem na weekend z druzgocącą hipotezą, że mam guza w głowie. W miejscu, gdzie styka się życie ze śmiercią, zobaczyłem, jak cienka jest ta granica. Będąc sam ze sobą i swoimi myślami, najpierw przeszedłem namiastkę piekła, by potem poczuć kompletny spokój i siłę płynącą z życia. Bardzo chciałem zachować na dłużej ten stan wewnętrznej harmonii", wspomina Bartek Królik w rozmowie z Beatą Nowicką. Jak sobie z tym wszystkim poradzić i odnaleźć szczęście? To niezwykła rozmowa z człowiekiem, któremu największą siłę daje rodzina i miłość. 

Wyszedł Pan ze szpitala i…? 

Fizycznie? Jestem człowiekiem z bólami głowy, który częściej musi przystopować albo łyknąć tabletkę. Natomiast dzięki kilku bliznom pooperacyjnym stałem się bardziej asertywny i żyję tu i teraz bardziej niż przedtem. Dojrzałem. 

 Ale chyba nie przestał Pan mniej pracować?

Stwierdziłem, że muszę w końcu zrobić coś dla siebie, ponieważ wcześniej cały czas pomagałem innym spełniać marzenia. Postanowiłem, że zapoczątkuję formę własnego pamiętnika i zrobiłem to w swoim stylu, nagrywając solową płytę. 

„Z ręką na sercu, jak długo bić będzie, ślubuję przed wami nareszcie, by wypełniać misję, tworzyć muzykę, by słyszeć ją w każdym mieście”, ładnie Pan śpiewa. 

Ta deklaracja to nowe rozdanie, nowy oddech. W kilkunastu piosenkach na płycie artysta może zawrzeć swój światopogląd, charakter, emocje, poczucie humoru. Pomyślałem o tym, że gdyby mnie dzisiaj zabrakło, to będzie to najlepsza forma pamiętnika przywołująca same dobre wspomnienia na mój temat. 

Tak może myśleć człowiek, który naprawdę poczuł swoją śmiertelność.

Rzeczywiście to, czego doświadczyłem w szpitalu, „wyprostowało” mnie i przyspieszyło moje działanie. Nam się tylko wydaje, że jesteśmy nieśmiertelni. Kiedy patrzę, jaką krzywdę ludzie sobie robią swoimi zachowaniami, przypomina mi się pierwsze piętro szpitala onkologicznego. Tam wszyscy są jak dzieci. Odarci ze swoich masek i zmarszczonych czół. Ten świat równoległy istnieje, ale my o nim zupełnie nie myślimy na co dzień. Tak samo jak świat niepełnosprawności, który nas na co dzień nie dotyczy. Myślę sobie, że kontakt z tymi światami jest bardzo potrzebny, bo bez niego jesteśmy mniej ludzcy. Unikając tego świata, nie widzimy pełnego spektrum siebie, życia. Zamykamy się w swoich samochodach, za wielkimi płotami, w dużych domach, w pracy albo po prostu w swoich głowach. To jest prawdziwy obraz tego, jacy jesteśmy. A życie jest nieprzewidywalne i nie mamy nad nim kontroli. Mnie los w to wrzucił któregoś dnia.

 Bez uprzedzenia.

Tak jest. I myślę, że na każdego z nas przychodzi odpowiedni czas. Takie doświadczenia są bardzo cenne.

(...)

Skąd w Panu te lęki?

Może to dlatego, że dość wcześnie wyszedłem z domu. Jak miałem 14 lat, trafiłem do internatu przy szkole muzycznej i właściwie po pierwszym roku rzadko przyjeżdżałem do domu. A internat jest jak biwak, gdzie trwa walka o swoje, a decyduje oczywiście prawo dżungli.

Żałował Pan tego wyboru? Był Pan jeszcze dzieckiem, nie mógł tego wszystkiego przewidzieć.

Nie żałowałem. Ciekawość mnie ciągnęła w świat. Myślę natomiast, że ten survival internacki, który z jednej strony nauczył mnie sporo, spowodował, że ze zbyt dużym impetem wpadłem w dorosłe życie, co bardzo szybko odbiło się na moim zdrowiu. Po raz pierwszy trafiłem do szpitala w wieku lat 21 z podejrzeniem udaru, później dostałem diagnozę – stwardnienie rozsiane, która była niesłuszna i z którą żyłem przez kolejne 15 lat. Tymczasem, jak się później okazało, były to epizody związane z autoagresją organizmu. Innymi słowy, sam sobie zrobiłem krzywdę.

Co Pan chciał udowodnić? I komu właściwie – sobie, rodzicom? Czy to było warte takiej ceny?

Chciałem udowodnić sobie i rodzicom, że jestem w stanie sam się utrzymać. Bardzo długo nie miałem pewności, czy moja decyzja – podjęta troszkę wbrew rodzicom, że chcę być banitą i uciec od wiolonczeli, muzyki klasycznej i grać jazz i muzykę rozrywkową – przyniesie mi utrzymanie, pieniądze. Kiedy zacząłem odnosić pierwsze sukcesy z moim zespołem Sistars…

…od razu był to olbrzymi sukces.

Po raz pierwszy poczułem wiatr w żagle, ale okazało się, że nawet ogromny sukces szybko mija, relacje między ludźmi psują się i znowu zostałem na lodzie. Wtedy tak naprawdę zacząłem zdawać sobie sprawę z tego, że życie to sinusoida. Że nic nie jest na stałe, że o wszystko trzeba walczyć samemu, wciąż od nowa. Z czasem jednak można się do tego rollercoastera przyzwyczaić.

Robi Pan coś dla siebie, żeby nie zwariować?

Tak. Znalazłem sobie hobby na stare lata (śmiech). Trenuję sztuki walki. Polecam każdemu. Bardzo porządkują głowę.

Cały wywiad w nowej VIVIE! Magazyn dostępny w punktach sprzedaży w całej Polsce już 9 lipca, a także w formie e-wydania na stronie hitsalonik.pl  

Bartek Królik, Viva! 13/2020
Fot. Szymon Szcześniak/LAF AM

Anja Rubik, Viva! 13/2020, okładka
Fot. Zdjęcia selfshot/anja rubik

Wideo

Wiosna 2020 - design, kulinarne inspiracje, podróże bez wychodzenia z domu!

Polecamy

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

BARBARA KURDEJ-SZATAN wyznaje: „Zasuwając intensywnie, oczekiwałam, że gdy wrócę do domu, będę mogła się zrelaksować. Tymczasem były awantury…”. GREG i RAFAŁ COLLINS – od happy endu do tragedii był tylko krok. W VIVIE! na Lato w cyklu Ona o Niej – KRYSTYNA CIERNIAK-MORGENSTERN o ELŻBIECIE CZYŻEWSKIEJ: „Szamotała się psychicznie. Z jednej strony niedawno poślubiony mąż, a z drugiej Polska…”. W cyklu Sztuka gotowania – HANNA LIS. Czy spełni swoje „kulinarne” marzenie i wybierze się do Peru? W Podróżach z Historią: tajemnice KASZUB.