Alicja Bachleda-Curuś, VIVA! 2015
Fot. Dennis Leupold
WYWIADY VIVY!

Alicja Bachleda-Curuś: „Pielęgnuję w sobie tę 19-letnią dziewczynę, która wie, że wszystko jest możliwe”

„Nie robię rzeczy, które kłócą się z moimi zasadami”

Katarzyna Sielicka 24 lipca 2020 06:25
Alicja Bachleda-Curuś, VIVA! 2015
Fot. Dennis Leupold

W ramach cyklu Archiwum Vivy!: wywiady przypominamy rozmowę Katarzyny Sielickiej z Alicją Bachledą-Curuś. Wywiad ukazał się w październiku 2015 roku w magazynie VIVA!.

Alicja Bachleda-Curuś wywiad VIVA!

Już nie zastanawia się, czy jej miejsce jest w Polsce, czy w USA. „I tu, i tam”, mówi i dodaje, że tak jest jej po prostu dobrze. W Mieście Aniołów i filmowców Alicja Bachleda-Curuś żyje... tak jak chce. Dlaczego nie wraca do kraju, czy czeka na miłość i jakich ról nigdy by nie przyjęła, opowiada Katarzynie Sielickiej.

Powiedziałaś jakiś czas temu, że jesteś „kobietą, która się zmienia”. Jak się zmieniłaś, od kiedy mieszkasz w Los Angeles?

Ciężko mi to ocenić, bo jestem tu już dobrych parę lat. Ale wydaje mi się, że to, co LA wnosi do życia, to pewna doza pozytywnego myślenia i radość. Każdego dnia doszukujemy się piękna w sobie i w swoim otoczeniu, a tutaj jest łatwiej je dostrzec.

Dlaczego?

Mówiąc prościej, jest tu po prostu pięknie. To się objawia nawet w takim codziennym byciu z drugą osobą. W supermarkecie pani ekspedientka chwali twoje okulary. Obejrzała cię od góry do dołu, żeby znaleźć coś, co jej się spodoba, i móc pochwalić. I w tej dość powierzchownej sferze już mamy kontakt z drugą osobą i czujemy się bardziej osadzeni w tamtej rzeczywistości, nasza przynależność do miejsca jest większa i ja to bardzo cenię.

Często Amerykanom zarzuca się, że to afiszowanie się ze świetnym samopoczuciem, ciągle przyklejony do twarzy uśmiech jest na pokaz, sztuczny.

Takie też było moje pierwsze wrażenie po przyjeździe do Stanów. To jest szok kulturowy i różnica między naszym stylem zachowania a tamtejszym jest bardzo wyczuwalna i drażniąca. Mnie też to kiedyś drażniło, bo przyjechałam z kraju czy może ze środowiska, które nauczyło mnie powściągliwości i tego, że nie należy się niczym chwalić. Trzeba raczej umniejszać to, co się ma i co się osiągnęło. Ta skromność, która jest cnotą, była może u mnie trochę przerysowana. Uważałam, że lepiej ukrywać emocje, niż się z nimi obnosić.

To widać w Twoich wypowiedziach z tamtego czasu. Gdy pytano Cię o to, jak tu się żyje, odpowiadałaś, że „pierwsze wrażenie jest złe”. A przecież LA to marzenie wielu.

To były moje autentyczne, bardzo osobiste odczucia. Byłam z daleka od domu, a że jestem bardzo sentymentalna i przywiązana do korzeni, to rozłąka mocno dawała mi się we znaki. Równocześnie byłam gnana ciekawością na tyle silną, że dawała mi napęd do odkrywania nowych horyzontów. I nawet kiedy było trudno, a było trudno, to to, że udało mi się przetrwać, dawało mi pewną radość. Ale teraz, z perspektywy czasu, wiem, że ludzie przyjeżdżający tutaj mogą być rozczarowani tą „plastikowością” sytuacji.

W czym ona się objawia? Chodzi o relacje między ludźmi?

Tak, to też. Ale LA oprócz tego, że jest pięknym miejscem, bywa też uderzająco brzydkie. Ma dużo zaniedbanych dzielnic. 

Los Angeles to miejsce, gdzie uroda jest szczególnie ważna. Bardziej niż gdzie indziej ocenia się ludzi przez wygląd.

Wszędzie tak jest. Pierwsze wrażenie to ocena wyglądu.

Alicja Bachleda-Curuś
Fot. Dennis Leupold

Jak wyglądają kobiety w Los Angeles?

To zależy gdzie. Jeżeli pojedziemy do Beverly Hills, Malibu czy Bel Air, spotkamy kobiety po operacjach plastycznych, które mają sztuczny biust, utlenione włosy i małego pieska w torebce. W tych droższych dzielnicach istnieją pewne oczekiwania wobec kobiet. Natomiast jest wiele fajnych miejsc, w których można mieszkać lub bywać, spotykać ciekawych ludzi. Ja wybieram takie właśnie miejsca. Obracam się przeważnie wśród Europejczyków, którzy dbają o wygląd, ale bez przesady. Ubierają się w to, w czym jest im wygodnie, albo zgodnie ze swoim stylem. Natomiast drogie marki czy pieniądze nie mają tu dużego znaczenia. Odkąd sama jestem mamą i Henio poszedł do szkoły, jestem w otoczeniu innych mam, które mają tysiące rzeczy na głowie, pracują i nie mają czasu na fiokowanie się i myślenie o tym, jak wyglądają.

Ty też o tym nie myślisz? Nie lubisz buszowania po sklepach, zakupów?

W Stanach ograniczam zapędy zakupowe do internetu. A gdy jestem w Krakowie, lubię przejść się po Kazimierzu, odwiedzając lokalne butiki, ale też zaglądam do Galerii Kazimierz, gdzie wielu młodych polskich projektantów odnalazło swoją kreatywną przestrzeń.

Powiedziałaś kiedyś, że gdy miałaś zagrać Zosię, Twoje relacje z koleżankami się zepsuły. Przez zazdrość. Jak to jest tutaj?

Wtedy ja byłam młodsza, moje koleżanki były młodsze i emocje były bardziej uzewnętrznione. Ale faktycznie takiej zawiści, jakiej doświadczyłam, będąc nastolatką, już nie doświadczyłam nigdy potem.

To zraziło Cię do przyjaźni z kobietami?

Na pewno byłam bardziej nieufna. Ciekawe, ale Ameryka ma coś takiego w sobie, że łatwiej jest tu się przyznać do swoich emocji. Tutaj kobiety mówią do siebie nawzajem: „Boże, jaka ty jesteś szczupła, ładna, jak ja bym chciała taka być! Ćwiczę na tej siłowni i nic mi się nie udaje. Jak ty to robisz?”. Przyznając się do swoich niedoskonałości, uwalniamy się od zawiści. To, że jesteśmy wobec siebie szczere pomaga. Ale może dzieje się tak od momentu, kiedy zostałam matką i jest w tym element takiej komitywy, że wszystkie jedziemy na tym samym wózku (bądź go pchamy) i mamy już inne priorytety. Jest w tym coś fajnego.

Nawiązałaś przyjaźnie z matkami kolegów syna? W parku, na wywiadówkach?

Przyjaźnimy się, mimo że jestem od większości szkolnych rodziców nieco młodsza. Ta różnica jest czasem odczuwalna, szczególnie w sferze towarzyskiej. Nigdy też nie byłam kobietą, która chciała przesiadywać w parku z innymi mamusiami i plotkować albo opowiadać, jakie wspaniałe jest moje dziecko. 

Ale masz przyjaciółki?

Tak. Mam parę przyjaciółek, mam też bardzo fajne koleżanki. Mam dobry kontakt z kilkoma mamami ze szkoły. Kobiety odgrywają coraz większą rolę w moim życiu.

Alicja Bachleda-Curuś
Fot. Dennis Leupold

Mieszkałaś w wielu krajach na świecie. Gdzie najfajniej żyje się kobiecie?

Najbardziej kobieca czułam się w Nowym Jorku. Pewnie dlatego, że tam jest większy nacisk na modę, na styl. Bardziej myślałam o tym, jak wyglądam. To miasto dawało mi natchnienie i pewnego rodzaju lekkość.  

To dlaczego zdecydowałaś się żyć w Los Angeles?

Tu znajdują się agencje aktorskie, tu produkuje się większość filmów i seriali. Jest tu przestrzeń do życia. Piękna przyroda. Oczywiście brakuje mi europejskich przyzwyczajeń. Kafejek za rogiem, starej architektury, historii. Mieszkając w Nowym Jorku, bardziej odczuwałam bliskość kultury, sztuki. Jestem osobą, która musi być inspirowana, a tam ta inspiracja była na każdym kroku. Teraz, kiedy mam syna, mam też inne priorytety, a dla Henia Los Angeles to raj. Ma i ocean, i góry, superszkołę, dużo przestrzeni do zabawy, ogród, w którym może się zgubić i kreować dżunglę amazońską lub świat dinozaurów. To są rzeczy, których nie chciałabym go pozbawić.

Można odnieść wrażenie, że takie życie Ci odpowiada i to ciągłe pytanie, czy lepiej się czujesz w Polsce, czy w Ameryce, jest właściwie bez sensu. Wygląda na to, że jest Ci dobrze tak, jak jest.

Jest bardzo dobrze. Do niedawna borykałam się z myślą, czy będę tu, czy będę tam. Gdzie jest moje miejsce. Aż doszłam do przekonania, że tak naprawdę moje miejsce jest i tu, i tam. Nie muszę dokonywać wyboru. Przynajmniej na razie.

Czy to może jakiś objaw dojrzałości?

Starości! Tak, być może to jest dojrzałość.

A Ty siebie postrzegasz jako osobę dojrzałą? Czy o sobie wciąż myślisz „dziewczyna”?

I tak, i tak. Ja wewnętrznie zawsze czułam się osobą dojrzałą. Być może dojrzalszą od otoczenia na pewnych etapach mojego życia. Teraz pielęgnuję w sobie tę 19-letnią dziewczynę, która wie, że wszystko jest możliwe i umie się cieszyć z każdego dnia. 

Mówiłaś kiedyś, że pojechałaś do L.A., żeby spełnić marzenia. O czym marzysz teraz?

Ojej. Ciekawe pytanie.

Banalne.

Od dawna się nad tym nie zastanawiałam. Kiedy jest się osobą odpowiedzialną za rodzinę, marzenia i plany oscylują wokół szczęścia i dobrobytu rodziny czy ludzi, za których odpowiadamy i których kochamy. 

Sprawiasz wrażenie spokojnej i szczęśliwej. A wiesz, że w Polsce są ogromne oczekiwania wobec Ciebie? Tak jakbyś miała dostać co najmniej Oscara. Czy czujesz to, kiedy przyjeżdżasz do kraju?  

Tak. Ja to rozumiem i chciałabym myśleć, że to jest ton, który kibicuje, a nie krytykuje, choć czasem, niestety, jest inaczej. Jestem spokojna dlatego, że jestem szczęśliwa. Mam fajny dom, fajne dziecko i robię filmy, gdzie mogę się wykazać aktorsko. Nie robię rzeczy, które kłócą się z moimi zasadami, i przez to też nie mam takiej presji, którą pewnie parę osób tu będących i starających się o rolę ma. Dlatego też nie przeszkadza mi, że kiedy przyjeżdżam do Polski, zderzam się z pytaniem: „Gdzie te filmy? My ich tu nie widzimy”. Tak się ułożyła moja droga, że dostaję propozycje głównych ról głównie w filmach niezależnych. I myślę, że to też współgra z moją osobowością. Wtedy czuję się godniej i to mi daje energię, powód, dla którego chcę dalej grać. To jest fajne, że mogę robić filmy, które trafiają na ciekawe festiwale, potem do amerykańskich kin. Gdyby mi faktycznie zależało, żeby być w komercyjnym projekcie tylko dlatego, żeby mnie było przez chwilę widać na ekranie, pewnie byłoby to możliwe, choć musiałabym się przestawić mentalnie. Na dziś z tym mi jest po prostu lepiej. 

Po prostu Cię na to stać.

To też, ale bardziej może emocjonalnie i duchowo niż finansowo.

Joan Collins powiedziała, że być piękną to jak urodzić się bogatą i z czasem biednieć. A czym dla Ciebie jest przemijanie? Od zawsze wiedziałaś chyba, że jesteś bardzo ładna?

Dziękuję za komplement! Nie, jako dziecko byłam zbyt niepewna siebie, by przyjąć coś takiego do świadomości.

Wtedy zaczęłaś karierę.

Zawsze wierzyłam, że nie urodą, a talentem i pracą zdobywamy kolejne szczyty. Nawet czasem wydawało mi się, że aktorkom z ładną buzią jest trudniej, mniej się im wierzy, mają coś do udowodnienia. Ja sama się na tym łapię, że widząc bardziej charakterystyczną urodę na ekranie, od razu zakładam, że film będzie ciekawszy. Ale pytałaś o przemijanie. Domyślam się, że wkrótce zmiany będą dawały o sobie znać. Jestem w stanie zrozumieć ingerowanie w urodę, jeżeli to ma służyć poprawie samopoczucia. Natomiast nie wydaje mi się, żebym uległa modzie i zaczęła się odmładzać chirurgicznie. Jeżeli bym miała być atrakcyjna, ale widocznie poprawiona, to wolałabym być mniej atrakcyjna, ale naturalna.

Alicja Bachleda-Curuś
Fot. Dennis Leupold

To jeszcze Cię nie dotyczy, ale mówi się, że dla kobiet w okolicach czterdziestki nie ma ról.

Myślę, że są role. Absolutnie. Mnie interesują role bardziej ambitne. Faktycznie jeśli miałabym wiecznie grać jakąś sexy kelnerkę, modelkę czy być tak zwaną bimbo, dziewczyną, która jest na ekranie tylko po to, żeby być, to faktycznie mogłabym odczuwać presję związaną z biegiem czasu. Mnie interesują takie bohaterki, które przechodzą jakąś metamorfozę emocjonalną, wewnętrzną i to ich piękno nie jest aż tak istotne. 

A jak wyobrażasz sobie siebie za 10 lat? Siebie, Henia?

Staram się nie wyobrażać sobie siebie za 10 lat. Oczywiście życzyłabym sobie i Heniowi, żebyśmy byli zdrowi i mieli świetny kontakt. Ale nie wiemy, co będzie za parę dni, więc staram się nie wybiegać w przyszłość tak daleko.

Powiedziałaś w jednym z wywiadów, że chciałabyś mieć pełną rodzinę, taką, w jakiej sama się wychowałaś.

Tak było. W pewnym momencie zdałam sobie sprawę z tego, że Henio nie będzie mieć rodziny, która mieszka pod jednym dachem, i pojawił się strach. Przecież to, w czym ja się wychowałam, to moje przepiękne dzieciństwo jest tym właściwym! Natomiast teraz, obserwując Henia i to, jakim jest szczęśliwym dzieckiem, moją sytuację i to, jaką mamy superfajną relację z jego tatą, i to, że Henio tak naprawdę w tym wszystkim odnalazł się wspaniale, i to, że dokoła, niestety, coraz więcej rozstających się par, którym nie udaje się rozstać w tak fajnej energii jak nam, to myślę, że ten model rodziny, który my reprezentujemy, jest równie dobry. I myślę, że mam dużo szczęścia.

A miłość?

A miłość... Miłość jest najważniejsza (śmiech)! I w moim przypadku musi być bardzo mocna, żeby u mojego boku pojawił się mężczyzna, z którym chcę spędzać życie. Jestem i zawsze byłam otwarta na miłość, tylko w tej chwili ta miłość musi sprostać o wiele większym oczekiwaniom.

Dużo plotkuje się na temat Twoich rzekomych związków. Nadal Cię to denerwuje?

Troszkę się przyzwyczaiłam. Być może bardziej denerwuje to osoby, które są tu, na miejscu. Może moją rodzinę czy osoby, z którymi rzeczywiście w danym czasie byłam, a pisano, że jestem z kimś innym.

Naprawdę?

Tak. To jest zrozumiałe. Ale z drugiej strony wydaje mi się, że taka gra z plotkami, blokowanie ich jest nie do końca w moim stylu, męczące, niezdrowe i nieskuteczne. Zostawiam je.

Nad czym teraz pracujesz?

Właśnie skończyłam zdjęcia do serialu „Edge” dla Amazon w Stanach. Jest to dość nietypowy western, gdzie gram Meksykankę, jedną z głównych kobiecych ról. Niedawno promowałam film z moim udziałem „The Girl Is in Trouble”, również „The American Side” był na kilku festiwalach, wkrótce ma wejść na ekrany. Do filmu, nad którym ostatnio pracowałam, „Polaris”, musiałam się nieco odchudzić. Moja bohaterka walczyła z zespołem stresu pourazowego. Wymagało to ode mnie pewnej fizycznej metamorfozy. Trwają zdjęcia do gry komputerowej, już drugi sezon. A teraz właśnie skończyłam zdjęcia do filmu w Polsce „7 rzeczy, których nie wiecie o facetach” w reżyserii Kingi Lewińskiej. To bardzo ciekawy scenariusz, śmiesznie, ale i mądrze napisana komedia. Ze świetną obsadą. Bardzo się cieszę, że będę mogła przypomnieć się polskiej publiczności.  

Henio lubi przyjeżdżać do Polski?

Lubi. Nawet bardzo. Staram się zostawać na dłużej niż trzy tygodnie, bo Heniowi tyle zajmuje przestawienie się na nasz czas. Niedawno byliśmy w Polsce sześć tygodni, a była to zima, kiedy nie było ani słońca, ani śniegu. Ciemno. Henio budził się o drugiej po południu, kiedy już się robiło szaro, więc miał sześć tygodni nocy. I powiem szczerze, że pod koniec już bardzo chciał wracać do słonecznego, ciepłego LA Zresztą ja też. Ale przyznam, że będąc za oceanem, tęsknię za tą naszą szarugą i wiele bym oddała za parę deszczowych, pochmurnych dni. 

Alicja Bachleda-Curuś
Fot. Dennis Leupold

Wideo

Marynarki, kardigany, sukienki maxi, kozaki na słupku. Te produkty będą modne jesienią i zimą 2020/2021

Polecamy

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

MAŁGORZATA ROZENEK-MAJDAN i RADOSŁAW MAJDAN w przejmującej rozmowie o walce o dziecko, mierzonej poświęceniem, niepewnością, ale i wdzięcznością. MICHAŁ ŻEBROWSKI i EUGENIUSZ KORIN, dyrektor i reżyser Teatru 6. piętro. Czy się lubią, podziwiają i... kłócą. MARIOLA BOJARSKA FERENC Los naznaczony tragediami: wypadek mamy, walka o życie synka, rozwód, choroba męża. W cyklu EXTRA: Czy w kontekście niemieckich obozów koncentracyjnych może być mowa o modzie? – opowiada antropolożka mody Karolina Sulej. PODRÓŻ „Będziecie tam wracać”, mówi o Bieszczadach słynna podróżniczka Elżbieta Dzikowska.