Kora Jackowska, VIVA!
Fot. Bartek Wieczorek/LAF AM
TYLKO U NAS!

„Zawsze myślała o mnie z czułością”. Anna Kubczak w poruszającym wywiadzie o Korze

Legendarna artystka we wspomnieniach starszej siostry

Krystyna Pytlakowska 15 listopada 2019 08:46
Kora Jackowska, VIVA!
Fot. Bartek Wieczorek/LAF AM

W środę w Agorze przy Czerskiej odbyła się wzruszająca promocja książki Kory Miłość zaczyna się od miłości, opracowana na podstawie jej dzienników, które skrupulatnie prowadziła. Nazywała je zeszytami. Oczywiście był tam Kamil Sipowicz, jego syn Szymon z partnerką Kasią Zielonką, i jego wnuk, syn Szymona. Przyjechała też z Olsztyna siostra Kory, Anna Kubczak. Krystynie Pytlakowskiej udało się namówić ją na krótką rozmowę.

Viva! wywiad z Anną Kubczak, siostrą Olgi Kory Jackowskiej

Czym jest dla Pani promocja książki Kory?

Nie ukrywam, że wielkim przeżyciem. Nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo jest uwielbiana przez ludzi, którzy znają jej poezję i kochają jej głos. Zaskoczyło mnie, że jest ich tak wielu. Byłam szczęśliwa, widząc, ile osób wychodziło z tą książką i dedykacją od nas. Myślę też, że moja siostra również to widziała i również była bardzo szczęśliwa, bo wierzę, że była tam wśród nas, czułam to. I proszę zwrócić uwagę na to, że nie było podczas tego wieczoru żadnego akcentu politycznego, chociaż przecież dzisiaj większość rozmów kończy się wyrażaniem politycznych poglądów.

Kora była raczej apolityczna?

Nie angażowała się w żadne ruchy. Była członkinią klubu „22”, w którym uczestniczą kobiety związane z polityką, ale pozostawała raczej z boku. Była takim rajskim ptakiem o niekonwencjonalnym sposobie bycia. A mnie zawsze powtarzała, że nie jest feministką. Chociaż jej wypowiedzi świadczyły o tym, że pragnęła, aby kobiety miały równe prawa w różnych dziedzinach.

Kora nie była agresywna i unikała patosu. Dla niej liczyło się tylko to, co prawdziwe.

Była też pryncypialna, ale w tych kwestiach, co do których miała przekonanie, że są słuszne. Wtedy potrafiła być bardzo stanowcza. Potrafiła jednak przyjąć stanowisko polemiczne, bez agresji. U niej wszystko przechodziło przez filtr intelektu, chociaż emocje również tkwiły w niej bardzo mocne. Ale głównie pracowała mózgiem.

Myślała Pani kiedyś, że taki ktoś wyrośnie z Olgi, Pani młodszej siostry?

Mogłam się tego domyślać. Ola była utalentowana. Bardzo wiele rzeczy ją interesowało. Iskrzyła tym zainteresowaniem. Dużo czytała, przyswajając wiedzę z różnych dziedzin, co potem kiełkowało. I pamiętam, że zawsze jako dziecko śpiewała. Na moim weselu zaśpiewała przy mandolinie Serce matki. Miała wtedy 13 lat. Ale nie podejrzewałam, że będzie aż taką wielką artystką.

Wasza mama też podobno śpiewała...

Tak, mama miała piękny głos.

A Pani śpiewa?

Od 30 lat śpiewam z mężem, w Olsztynie w chórze Collegium Baccalarum, a w liceum śpiewałam w tercecie, mezzosopranem. Obie miałyśmy słuch i głos, tylko jego skala u Oli była inna, o wiele większa. Nieraz się dziwiłam, skąd ona ten głos bierze. I pytałam o to. Odpowiadała, pokazując: O tu, z dołu, od przepony. Jej głos był nieprawdopodobny. Bawiła się nim. A poza tym miała znakomitą dykcję. Każde jej słowo było słyszalne i zrozumiałe. Proszę przypomnieć sobie jej dubbingi – dubbingowała rolę Edny w Iniemamocni. Zazdrościłam jej, jak wyrzucała słowa, z szybkością karabinu maszynowego. A wszystkie były zrozumiałe.

Miała też talent aktorski.

Ale nie szkoliła tego w sobie. Wielką wagę przywiązywała natomiast do mówionego i pisanego słowa.

Pani była starsza od Kory o siedem lat, z pewnością trochę jej pani matkowała.

Matkowałam. Nasza mama umarła w 1971 roku. Oleńka miała niecałe 20 lat. A ja już mieszkałam w Olsztynie i tam pracowałam. Siłą rzeczy miałyśmy więc kontakt listowny i telefoniczny, bo komórek wtedy jeszcze nie było. Natomiast bywała u mnie w Olsztynie, a w ciągu ostatnich lat spędzała tu wakacje – w domu nad jeziorem. I wtedy widywałyśmy się codziennie. A gdy wyjeżdżała, prawie codziennie łączyłyśmy się przez telefon, ona z Warszawy lub z Roztocza, a ja z Warmii.

Nieraz dzwoniła z jakimś pytaniem: Rozmrażam koźlinę, jak ją przyrządzić? I zaczęłyśmy rozmowę, trwającą godzinę lub więcej. Dużo też pisałyśmy do siebie. Mam jej listy, są dla mnie bardzo cenne. Dają świadectwo tego, jaka była. Bo przecież miewała w życiu lepsze i gorsze okresy. Nieraz mi się wtedy żaliła. I zawsze powtarzała: Pisz do mnie, ty tak pięknie piszesz. Miałyśmy bardzo ciepły kontakt.

Bardzo ją Pani kochała?

Bardzo, bardzo. I z każdym dniem coraz bardziej mi jej brakuje. Bywała dla mnie bardzo czuła. W jednym z listów pisała: Idzie zima, koniecznie kup sobie ciepłe buty, żebyś nie marzła. Myślała o mnie z czułością i traktowała jako matkę.

Rozmawiałyście o mamie?

Bardzo często. Najczęściej cofałyśmy się w tych wspomnieniach do dzieciństwa i do naszej tęsknoty za mamą. Tej mamy miałyśmy za mało, ja może więcej, bo dopiero gdy skończyłam 11 lat, rozłączono mnie z nią, gdy zachorowała na gruźlicę. Mama była mądrą osobą, ale całe życie musiała się borykać, wiązać koniec z końcem. Do tej pory pamiętam wskazówki, jakie mi dawała. Na przykład, żeby do płukania włosów dodawać octu, bo wtedy za uszkami dobrze się spłucze. Mieszkałyśmy w trudnych warunkach, myłyśmy się w misce za parawanem, żeby bracia nas nie podglądali. Ale codzienna higiena musiała być. I potem człowiek już ma w sobie to dążenie do czystości.

O ojcu też rozmawiałyście czasem?

Ola czasem go wspominała. Mówiła, że jak wróciła od zakonnic, to ojciec brał ją nieraz na spacery. Prosił, aby mówiła do niego dziadziu. Był całkiem siwy. Ja miałam z ojcem bardzo bliskie kontakty. Bo przecież dłużej z nim byłam. Umarł, gdy Ola miała 9 lat, a ja 16. Gdy dotarła do mnie wiadomość o jego śmierci, a przebywałam wtedy na obozie harcerskim, bardzo rozpaczałam. Ta wiadomość mnie przybiła. Byłam jego ukochaną córeczką. Kiedy go wspominam, to zwykle przy szachach. Był świetnym szachistą. Sąsiedzi do nas przychodzili na turnieje.

Pani też grała?

Ja nie, i Ola też nie. Ale fascynowały nas te rozgrywki.

Kiedy się Pani dowiedziała, że Kora choruje?

Zaraz, jak tylko wydano diagnozę. Ale za bardzo się tym nie przejęłam, bo 10 lat wcześniej ja też chorowałam na raka. Obie jesteśmy obarczone mutacją tych genów. Miałam raka żołądka, przeszłam poważną operację, ale potem lekarze stwierdzili, że jestem wyleczona. Do dziś nie ma przerzutów. Kiedy więc dowiedziałam się, że Ola choruje, byłam przekonana, że pokona tę chorobę. Była taka dzielna. I chociaż lekarz onkolog brutalnie jej oświadczył, że ma najgorszą odmianę tego raka i nie dawał jej nadziei, ona walczyła. Przeszła wiele operacji, kilka chemii. Ale nie udało się.

Pani też wierzyła, że wyzdrowieje?

Tak. Przecież wiedziałam, że tak łatwo się nie podda. Chciała żyć, miała pomysły i coraz to nowe plany. Ola miała bardzo dużo do powiedzenia. Tym bardziej więc odczuwa się jej stratę. Dla mnie była ona jedyna. Mając takie pokłady energii, pomysłów, wyrażała się w wielu dziedzinach twórczych. Cudownie urządzała domy, wnętrza. I projektowała ogrody. Na Roztoczu miała taki cudny ogród, kochała tam być.

Kiedy widziałyście się ostatni raz?

To było na osiem dni przed jej śmiercią. Przyjechałam do niej na Roztocze, chociaż cały czas się z tym przyjazdem wstrzymywałam. Mówiła, że to ona przyjedzie do mnie nad jezioro, do swojej oazy pod Olsztyn. Mówiła: Przyjadę do ciebie z Małgosią. Małgosia to była jej przyjaciółka z Warszawy. I prosiła: Weź tą panią, co sprząta u ciebie, zawieź ją do mojego domku, bo bardzo bym chciała, aby mi wszystko pięknie wyczyściła. Ola była pedantką. Nie wiedziałam, w jakim jest stanie, dopóki nie zadzwonił do nas nasz przyjaciel z Rzeszowa. Zapytałam go, jak wygląda sytuacja, bo Ola wybiera się do Olsztyna. Odpowiedział: To niemożliwe, ona już nie wstaje z łóżka. Wtedy uzmysłowiłam sobie, że muszę natychmiast do niej pojechać. Wsiedliśmy z mężem w auto i ruszyliśmy na Roztocze. A potem byłam przy niej przez cały czas.

Kiedy przyjechałam, jeszcze kontaktowała i złościła się: Przecież to ja miałam do ciebie przyjechać. Odparłam, że posiedzę u niej i razem pojedziemy z powrotem. Wtedy się uspokoiła. Chciałam jej gotować – ona bardzo lubiła moje potrawy. Mówię: Zaraz wezmę się za pierogi, przywiozłam wszystkie produkty. Popatrzyła na mnie i powiedziała: Dobrze, dobrze, ale może trochę później, takim słabnącym głosem. Pomyślałam, że jak nie chce pierogów, to już jest bardzo źle. I nie zrobiłam nic dla niej. A teraz mam do siebie o to żal. Dzisiaj, kiedy słuchałam fragmentów tej książki w wykonaniu Katarzyny Herman, to wszystko do mnie wróciło. Tak, jakby zdarzyło się wczoraj. A przecież minął już rok. Cały rok bez Kory. 

Kora, Olga Jackowska, Viva! styczeń 2015
Fot. Bartek Wieczorek/LAF AM

Wideo

Byli małżeństwem przez 3 lata. Oto historia miłości Agnieszki i Piotra Woźniak-Staraków

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

„Mama przy stole jest szczęśliwa”, mówią o MAGDZIE GESSLER jej dzieci – LARA GESSLER i TADEUSZ MULLER. „Ta tęsknota jest jeszcze gorsza niż na początku…”, wyznaje MAGDALENA ADAMOWICZ, żona tragicznie zmarłego prezydenta Gdańska PAWŁA ADAMOWICZA. OLGA TOKARCZUK, noblistka z dredami. RAFAŁ i GRZEGORZ ZAWIERUCHA. Aktor i uczestnik „MasterChef” – na czym polega siła braci? EWA PACUŁA i NICOLE SALETA - jak nieuleczalna choroba determinuje ich życie.