Wojciech Pszoniak
Fot. PIOTR KAMIONKA/REPORTER
WSPOMNIENIE

,,Miał niezwykłą osobowość, taką do zakochania". Przyjaciele wspominają Wojciecha Pszoniaka 

,,Pięknie widział świat i bardzo intensywnie dawał siebie światu”

Krystyna Pytlakowska 25 października 2020 08:25
Wojciech Pszoniak
Fot. PIOTR KAMIONKA/REPORTER

Wojciech Pszoniak (1942-2020) we wspomnieniach przyjaciół. ,,Kiedy usłyszałam wiadomość o śmierci Wojtka Pszoniaka wyrwał mi się okrzyk: „O nie, nie…”. To był jeden z naszych nielicznych przyjaciół, który wraz z żoną, wspaniałą Basią towarzyszył nam wiele lat. Nie potrafię ich zliczyć. Może czterdzieści, może pięćdziesiąt. Wojtek swoją śmiercią uczynił wielką wyrwę w naszej jeszcze niedawno bardzo aktywniej grupie znajomych – mówi Krystyna Cierniak-Morgenstern.

Nie tylko świat artystyczny jest wstrząśnięty tą śmiercią, opłakują go wszyscy wielbiciele jego ról w filmach i na teatralnych deskach. Wydawało im się, że Wojciech Pszoniak będzie żył wiecznie. Ze swoim optymizmem, poczuciem humoru i umiłowaniem życia mógł wydawać się nieśmiertelny. On sam jednak wiedział, że odchodzi. Ksiądz Andrzej Luter, duszpasterz środowisk artystycznych był w ostatnich tygodniach bardzo blisko Wojciecha Pszoniaka, który pragnął „..nie tylko sakramentów ale i rozmowy”. Ksiądz Luter zwierzył się na łamach pisma katolickiego „Więź”, że dwa tygodnie przed śmiercią Pszoniaka był u niego przez kilka godzin. Rozmawiali ale tydzień później panowało już między nimi milczenie i bezradność. „Każde słowo przychodziło Wojtkowi z trudnością” – opowiada ksiądz Andrzej Luter.         

Położyłem się na torach i czekałem

Chorował nie tylko na nowotwór, ale jak podała TV Polsat, został zakażony wirusem covid-19. I właśnie dlatego pod koniec życia znalazł się w szpitalu, odseparowany od przyjaciół, rodziny i swojej żony Basi, jego wielkiej miłości. O czym myślał przed śmiercią? Kiedy człowiek odchodzi, wraca często do lat dzieciństwa i do najdawniejszych wspomnień. Tak twierdzi znajomy lekarz Wiktor Chmielarczyk, który między innymi leczył z depresji Danutę Rinn, przyjaciółkę Pszoniaków.

Dzieciństwo Wojciecha Pszoniaka było jednocześnie wesołe i smutne, barwne i szare, na pewno pełnie niezwykłych zdarzeń. W wywiadzie dla PAP z okazji pięćdziesięciolecia swojej  pracy artystycznej opowiadał, że urodził się we Lwowie w rodzinie inteligenckiej. Jego dziadek z wykształcenia chemik był dyrektorem w fabryce Baczewskiego. Był we Lwowie znaną postacią, miał nawet w operze swoja lożę. A jego córka, matka Wojtka grała na skrzypcach i malowała. „W naszym domu zwracało się uwagę na to co czytamy, jak się zachowujemy przy stole, w jaki sposób budujemy zdania. Ale po wojnie to wszystko straciliśmy, została nam tylko muzyka teatr i książki”.

Wojtek był wybitnie zdolny. Dobry aktor składa się z umiejętności i talentu, ale też i osobowości.

Może dlatego poszedł w kierunku aktorstwa. Po wojnie było im bardzo trudno. W 1946 roku uciekli ze Lwowa, zamieszkali w Gliwicach, bracia już studiowali, a kiedy zmarł ojciec, matka nie umiała sobie poradzić. Wychowywała się w komfortowym domu, który miał dziesięć pokoi. Nigdy nie pracowała. Mały Wojtek chodził wiec pożyczać jedno jajko do sąsiadki. Przyznał się nawet, że chciał popełnić samobójstwo, czując że w życiu jest sam. „do serii nieszczęść, która mnie wtedy spotkała, doszło jeszcze to, że nie przyjęto mnie do gimnazjum z powodu złej oceny ze sprawowania. Miałem powtarzać ostatnią klasę podstawówki. To było straszne poniżenie. Wpadłem w straszną dziurę. Poszedłem na tory, położyłem się i czekałem. Napięcie jak u Bergmana. Pociąg przeleciał po torze obok. Wstałem, otrzepałem się i postanowiłem żyć”, opowiadał przed laty w wywiadzie dla „Playboya”. Jako trzynastolatek zaciągnął się do wojska, do pułku czołgów. Wyszedł po dwóch latach. Jak sam mówił był już wtedy „dojrzałym człowiekiem”. I dodawał: „Jakbym miał 45 lat”. Do szkoły teatralnej dostał się za trzecim podejściem. Jak wspominał na łamach „Tygodnika Powszechnego”: „Nie dostałem się za pierwszym razem do Warszawy. Dowiedziałem się, że nie mogę przystąpić do drugiego etapu egzaminów, bo nie mam warunków zewnętrznych, wrażliwości i mam wady wymowy. Wtedy otworzyłem drzwi do sali i krzyknąłem w kierunku komisji: Nich wam się k… nie wydaje, że nie będę aktorem. A w komisji byli - między innymi - Perzanowska, Świderski, Kreczmar, Wyrzykowski. Nie wiedzieli co tracą”.

Jak możesz tak grać Żyda, sam Żydem nie będąc?

Lwów tkwił w nim mocno, choć opuścił go jako kilkuletni chłopiec. Ale, jak przyznał w rozmowie z Tadeuszem Lubelskim, miał pod powiekami swój własny film o Lwowie. Jego ojciec tak to niezwykłe miasto, że zmarł z tęsknoty. Miał tylko 64 lata… Choć w Gliwicach pracował w bibliotece Politechniki, w otoczeniu książek, które znał od dziecka, to do końca był dla niego obcy świat.

To we Lwowie mały Wojtek poznał zwyczaje żydowskie i wrósł w kulturę  Bogdanówka, dzielnicy żydowskiej, w której przed wojną mieszkała jego matka. Gdy w krakowskiej szkole teatralnej grał w sztuce Babla, profesor Zofia Jaroszewska spytała: „Skąd ty tak umiesz grać Żyda sam Żydem nie będąc?”. Po latach opowiadał, że jego matka przyjaźniła się głównie z Żydówkami, w holokauście straciła wszystkie koleżanki. Może dlatego, nasiąknięty opowieściami matki o żydowskim Lwowie i jego mieszkańcach, był taki przekonywujący w roli Moryca Welta w „Ziemi Obiecanej” Andrzeja Wajdy. Wspominał tez na łamach Tygodnika Powszechnego że swój pierwszy wiersz w Krakowie napisał spacerując po Kazimierzu, opustoszałym ale pełnym wspomnień o Żydach, którzy tu kiedyś mieszkali. Potem żałował, że matka nie zostawiła mu przepisów na żydowskie cebulaki, które „bardzo mi smakowały w dzieciństwie”. Wile lat później jego teściowa próbowała usmażyć te placki i robiła to tak długo, aż wreszcie wyszły jej takie jak u matki Wojtka.

Przyjaźń od pierwszego wejrzenia

Daniel Olbrychski wspomina: „Wajda nie od razu wpadł, że Moryca Welta powinien zagrać Wojciech Pszoniak, przeprowadzał casting. Szukał aktorów w typie semickim. A Wojtek z wyglądu i temperamentu był bardzo słowiański i zupełnie nie kojarzy się z Żydem. Ja przed kamerą byłem takim sparing partnerem, grałem z różnymi kandydatami, ale na zdjęciach próbnych było widać w sposób oczywisty, kto powinien zagrać tę rolę. Pszoniak rzeczywiście stworzył kreacje niesamowitą, jego Moryc był do zjedzenia. I nie jest też żadnym zaskoczeniem, źe Wojtek był wybitnie zdolny. Dobry aktor składa się z umiejętności i talentu, ale też i osobowości. Nie jest tak, że ktoś jest podły, skąpy, obrzydliwy, a potem te wszystkie cechy chowa i stwarza fantastyczną postać. Wojtek miał niezwykłą osobowość, taką do zakochania. Był wspaniałym aktorem, człowiekiem i przyjacielem. Bardzo czułym i troskliwym. Pięknie widział świat i bardzo intensywnie dawał siebie światu”.

Daniel Olbrychski wspomina, że przyjaźnili się pięćdziesiąt lat, pierwszy raz zobaczył go na próbie generalnej „Biesów”. Mówi też, że to była przyjaźń od pierwszego wejrzenia. Oczywiście od razu zaczęła się wspólna praca. „Bodajże za pierwszym razem zagraliśmy w filmie „Piłat i inni”. Wojtek grał Jeszue Hano-cri a ja Mateusza Jewitę. To była produkcja dla zachodniej telewizji niemieckiej. Zaraz potem było „Wesele” Andrzeja Wajdy, Wojtek grał Dziennikarza i i Stańczyka, a ja Pana Młodego. A później była „Ziemia Obiecana”… Wojtek miał fantastyczną partnerkę, przyjaciółkę, żonę Basię. Jak ona da sobie bez niego radę? Jest bardzo mądra, ale wiadomo, że połowa jej ubyła. My się na jego odejście przygotowywaliśmy, bo chorował.

Jak się obudziłem i dowiedziałem się, że Wojtek odszedł poczułem, tak fizycznie, że trochę i mnie ubyło. Pół wieku przyjaźni, pracy nagle zostało odjęte. Już mniej jest mojej osobowości, mniej nieomal mojego ciała. Ubywa nas, jak odchodzą nam bliscy. A był dla mnie człowiekiem bardzo bliskim”.

Wojciech Pszoniak i Daniel Olbrychski:

Wojciech Pszoniak, Daniel Olbrychski
Fot. Wojciech Olszanka/East News

Krystyna Demska-Olbrychska dodaje: „Wojtek był czuły i uważny na innych. Mieli z Basią psa yorka o imieniu Leon. Wojtuś kupował mu w Paryżu pastę do zębów o smaku rosołku. My też mamy yorka, dlatego dla naszej suczki przywoził z Paryża tę pastę i tłumaczył mi jak nią suczce zęby smarować, żeby nie miała kamienia. Bardzo kochał swoje zwierzątko. Leon był dla niego jak synek. To jest dowód na niezwykłość. Stosunek do zwierzątka. A pasta do zębów dla pieska przyjaciół? Kto o tym myśli? Wojtek myślał. Był inteligentny, błyskotliwy, momentami złośliwy, ale nigdy w przykry sposób, tylko zawsze w dowcipny”.

W Paryżu zawsze chwalił się, że jest Polakiem

Agnieszka Holland wspomina: „Pierwszy raz spotkaliśmy się z Wojtkiem w Polsce, jeszcze w latach 70., gdy byłam na pokazie „Diabła” Andrzeja Żuławskiego. Potem jakoś tak spotykaliśmy głównie dzięki Andrzejowi Wajdzie, przy okazji projekcji, czy przedstawień, byłam też na premierze „Sprawy Dantona”, w której grał Wojtek. Znałam go jako „aktora Wajdy”. Zaprzyjaźniliśmy się w Paryżu, on przyjechał tak z żoną na emigrację. Basia jest aniołem, jest cudna, była najlepszą partnerką, jaką człowiek może mieć, a artysta szczególnie. W Paryżu mieszkaliśmy blisko siebie, często się odwiedzaliśmy, właściwie to ja ich odwiedzałam. Musieliśmy się wspierać, a oni byli wyjątkowo wspierający, bardzo otwarci na wszystko ciekawi, z mnóstwem kontaktów, polskich i francuskich. Pamiętam taką kolację, na której był Miłosz, Jeleński, jakiś lekarz, mnóstwo ciekawych ludzi i zawsze to były ciekawe rozmowy. Wojtek oczywiście dowcipny, ale zawsze mówił o sprawach istotnych w swój sposób, taki niewerbalny trochę.

I ciągle coś odkrywał, albo kogoś, czy jakieś miejsce, jakąś książkę, no i jedzenie. Był świetnym kucharzem i bardzo się tym pasjonował, lubił eksperymentować w kuchni. Robił polskie potrawy typu śledzie, ale pokochał Francję, kulturę francuską, również kulturę kulinarną - mieli świetne sery. Moja córka Kasia miała dziewięć lat, trudno znosiła odcięcie od kraju, była zamknięta, gniewna i Basia się z nią często spotykała jako terapeutka. Jest przecież psychologiem. To nie była regularna, płatna terapia. Basia po prostu zyskała zaufanie Kasi i bardzo jej rozmowami pomogła. Mam do niej wdzięczność ogromną za tamten czas. I potem żeśmy się spotykali nieregularnie, ale Wojtek zagrał u mnie jakieś niestety tylko epizodziki w „Księdzu” i w „Gorzkich żniwach”. Ale widziałam go też w teatrze w Londynie. Karel Reisz zrobił sztukę, obsadził Wojtka w głównej roli po angielsku, Wojtek to musiał okupić strasznym wysiłkiem, bo nie miał talentów językowych. Granie po francusku też nie było dla niego łatwe, a on zagrał w Paryżu kilka bardzo pięknych ról. Czy często się spotykaliśmy? Głównie troszkę wpadaliśmy na siebie, bo od momentu, kiedy to nasze wspólne paryskie życie się skończyło, ja byłam potem bardzo długo w Stanach. Choć tak całkiem to nigdy z Francji nie wyjechałam, bo mam dom w Bretanii, gdzie teraz właśnie mieszkam.

Spotkaliśmy się parę razy na lotniskach. I raz żeśmy spędzili bardzo dużo czasu na lotnisku, żeby wspólnie  z Wojtkiem i z Basią ratować człowieka, który się tam zgubił. To był Polak, robotnik, który wracał do kraju i go cofnięto z samolotu w Dubaju, bo znaleziono przy nim piwo. Potem wylądował w Paryżu i już nie miał połączenia swoim samolotem i pętał się po tym lotnisku nie wiem, jak długo, nikt go nie rozumiał, nikt go nie chciał wysłuchać i już był na granicy załamania nerwowego, wyglądało, że dostanie zawału zaraz, no i żeśmy go ratowali, pomogliśmy mu. Wtedy strasznie długo gadaliśmy, bo spóźniał się samolot. Zawsze się fajnie z Wojtkiem rozmawiało.

O jego projektach, o pracy, ale też o polityce, on komentował świat wokół, widział go w taki swój bardzo autentyczny sposób. Trochę plotek, anegdot, takie rozmowy przyjacielsko-koleżeńskie. Byłam z Wojtkiem dość blisko, jak kręcili „Korczaka”. To był mój scenariusz i dla mnie bardzo ważna postać. Najpierw nie byłam pewna, czy to jest dobra obsada, czy Wojtek, ten Korczak taki bardzo spokojny, taki introwertyczny i Wojtek, który był bardzo ekstrawertyczny dopasują się do siebie. Miałam niepokój, jak to wypadnie. A potem mi się spodobało, ale dopiero po latach, właściwie nie tak dawno temu obejrzałam ten film na nowo, i zobaczyłam, jak świetnie on zagrał, jak bardzo introwertycznie, jak bardzo wszedł jak gdyby w istotę Korczaka.

Nie wiem, czy widział mojego „Pana Jonesa”. Boję się, że już był chory wtedy. Ja nie wiedziałam, że się tak pogorszyło… Wiedziałam, że miał nowotwór, chociaż przed tym spotkaniem na lotnisku już jakby z tego wyszedł, wyglądało to optymistycznie. Ale że był nawrót, nie wiedziałam. Rozmawiałam z naszą wspólną przyjaciółką z Paryża, która go odwiedziła w lecie, mówiła, że był bardzo zmieniony. Chociaż mieszkał na stałe we Francji, zawsze podkreślał że jest Polakiem, że jest do Polski bardzo przywiązany i że ma tu dom, numer dowodu i pesel.. 

Nie znam nikogo, kto miałby taki apetyt na życie

Krystyna Janda trochę żałuje, że nie spotykali się towarzysko. Był zaprzyjaźniony z jej drugim mężem, a nawet został ojcem chrzestnym jego córki. Przyjaźnił się bardzo z Danuta Rinn, która zresztą poznała go z Basią, która później została jego żoną. Danuta Rinn piała peany na temat Basi i Wojtka. I z powodzeniem zabawiła się w swatkę, poznając ich ze sobą, chociaż pani Barbara była wtedy jeszcze żoną Zylbera. Widocznie jednak kto inny był jej pisany.

A Krystyna Cierniak-Morgenstern mówi, że Basia była wielkim szczęściem dla Wojtka Pszoniaka i że trwała przy nim aż do jego śmierci. „Wojtek był najwyższej klasy aktorem, z najmniejszego epizodu potrafił zrobić perełkę - wspomina Krystyna Cierniak-Morgenstern. - „Umiał też opowiadać ciekawe i równocześnie bardzo inteligentnie i z kulturą. Niestety coraz więcej krzeseł w moim ogrodzie jest opuszczonych. W czasie naszych czerwcowych spotkań nie ma już takich wspaniałych przyjaciół jak Konwicki, Łapicki, Holoubek, Wajda, Zuzia Łapicka, Dwurnik czy Jan Kulczyk. No i oczywiście nie ma już mojego męża Kuby Morgensterna. Wierzę, że dziś Wojtek się już z nimi spotkał, opowiada nowości o nas. A my? Nie czujemy się już tak dobrze jak kiedyś. Wojtku kochany, na pewno się kiedyś zobaczymy, w tym pięknym ogrodzie, gdzie teraz przebywasz. Mam taka nadzieje”.

A Marek Dutkiewicz proponuje: „Zapamiętajmy Wojtka, jako fenomenalnego biesiadnika, birbanta i króla stołu. Kolacja z nim, to był spektakl, teatr jednego aktora. Fruwał nad stołem, a nikt nie śmiał mu przerwać lotu. Gdy kończyliśmy wieczór, już myślałem jak zaaranżować następną ucztę. Poznaliśmy się pod mazurskim niebem, latem, w siedlisku Morena, u Zofii Nasierowskiej i Janusza Majewskiego. Połączyła nas miłość do Fernet Blanco, włoskiej słynnej nalewki, potwornie gorzkiej mieszanki piołunu i orzecha. Wojtek testował na nas swoje wytwory procentowe. Jego flagowym dziełem była chrzanówka. Nie dolecieliśmy nigdy do niego, do Paryża. Odkładałem z roku na rok tę wycieczkę. Nie polecimy już też do Prowansji, gdzie wraz z Basią przymierzał się do kupna domu. Nie znam nikogo, kto miałby taki apetyt na życie, kto tak hojnie obdarowywał przyjaciół swoim istnieniem. Nie był skromnym artystą, kroczył z talentem pod rękę, nigdy nie epatował swoim ego. Oczywiście jego strata, to wyłom w polskiej kulturze. Ale my, Joanna i ja, straciliśmy po prostu wspaniałego przyjaciela”.

Joanna Dark nie czuje się na siłach już wspominać Wojtka i opowiadać o Basi. Była z nimi bardzo blisko. Teraz, gdy Barbara Pszoniak przebywa na kwarantannie, wyprowadza ich psa yorka. Psy Pszoniak kochał nade wszystko. Raz tylko wyznał w którymś z wywiadów, że żałuje, iż nie miał dzieci. Ale jego dziećmi były role. I one po nim zostaną.

Tekst Krystyna Pytlakowska

Współpraca Katarzyna Piątkowska

Wojciech Pszoniak
Fot. Michal SKORUPSKI/East News

Wideo

Marynarki, kardigany, sukienki maxi, kozaki na słupku. Te produkty będą modne jesienią i zimą 2020/2021

Polecamy

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

ANITA WERNER I MICHAŁ KOŁODZIEJCZYK Dziennikarka TVN i dyrektor redakcji Canal+ Sport. Dziennikarskie DNA połączyli, pisząc razem książkę. A wcześniej... zakochali się w sobie. WOJOWNICZKI Marsz na Wersal, „długi piątek” w Islandii, protesty w wyniku zaostrzenia prawa aborcyjnego w Polsce… Kobiety od zawsze musiały walczyć o swoje prawa. EWA WACHOWICZ – zaskakujący bilans 50-latki. PIOTR MACHALICA o dorastaniu, życiowych rebeliach, miłości i wolności. W cyklu EXTRA Słynny fotograf – Steve McCurry uchwycił w obiektywie niezwykłe relacje między zwierzętami a ludźmi.