Włodek Pawlik, "Viva!" marzec 2014
Fot. Bartek Wieczorek/LAF AM
Z archiwum

Dziś gala Viva! Photo Awards 2015. Do oglądania Marilyn Monroe, do słuchania Włodek Pawlik

Weronika Kostyra 17 listopada 2015 19:12
Włodek Pawlik, "Viva!" marzec 2014
Fot. Bartek Wieczorek/LAF AM

Dziś wieczorem gala konkursu Viva! Photo Awards 2015. W warszawskim Muzeum Polin ogłosimy laureatów i pokażemy zwycięskie prace, a wieczór uświetni wystawa fotografii Marilyn Monroe autorstwa Miltona H. Greena. Do tego występ Włodka Pawlika, pianisty i kompozytora muzyki jazzowej, filmowej i teatralnej, a także laureata nagrody Grammy.

 

W imieniu redakcji "Vivy!" dziękujemy za nadesłanych ponad 6 tys. zdjęć. W czwartek na łamach dwutygodnika zostaną opublikowane te, które zwyciężyły. Ponadto prace wszystkich laureatów konkursu będzie można obejrzeć od jutra na pokonkursowej wystawie w Muzeum Polin, która  potrwa do 2 grudnia, a później będzie dostępna w wybranych kinach sieci Multikino w całej Polsce.

 

nagłówek konkursu
Fot. Viva!

 

 

Już teraz przypominamy wywiad z Włodkiem Pawlikiem, którego udzielił "Vivie!" w marcu ub.r., krótko po tym, jak wygrał Grammy za płytę "Night in Calisia".

 

– Euforia powoli mija?

Nie mija i chyba tak prędko nie minie. Tym bardziej, że Grammy nie jest tylko moją osobistą satysfakcją. Widzę, że ludzie się z tego cieszą. Moi studenci mi dziękują, że uczyniłem osiągalnym coś, co dotąd było niepojęte.

 

– Wreszcie ktoś potwierdził, że polscy jazzmani są na światowym poziomie. Czujesz wdzięczność ze strony kolegów?

Cały czas mam przypływ dobrej energii od ludzi, a muzycy są faktycznie jej istotną częścią. Słowo „duma” rzadko mi przychodzi na usta, ale ja naprawdę czuję się dumny. W Ameryce jest mnóstwo wspaniałych artystów, a tu najważniejszą muzyczną nagrodę w Stanach, tym bardziej w jazzowej kategorii, zdobywa Polak! Ja też mówię „Polak”, a nie „Włodek Pawlik”.

 

– Na „Night in Calisia”, za którą zostałeś uhonorowany, zagrał Randy Brecker, wybitny amerykański trębacz, sześciokrotny laureat Grammy. Myślisz, że jego nazwisko pomogło przebić się tej płycie?

Tak, na pewno.

 

– Z Breckerem znacie się z czasów, kiedy studiowałeś w Hamburgu?

Tak. To były lata 90. Końcówka moich przygód na emigracji.

 

– A co Cię do Hamburga wywiało?

Wiatr historii. To była konsekwencja sytuacji, która w latach 80. zastała mnie tu, w Polsce.

 

– To znaczy?

Nie miałem roboty. Skończyłem studia, tutaj niedaleko…

 

– Warszawską Akademię Muzyczną...

Tak, w klasie fortepianu profesor Hesse-Bukowskiej. Miałem już żonę, dzieci i zerową perspektywę rozwoju. To był 1984 rok. Dzieci były małe, a ja jeździłem jako pianista z quasi-musicalem „Szalik w kratę” po jednostkach wojskowych w Polsce. I to był początek mojej kariery po studiach na Akademii Muzycznej. Fajnie, super…

 

– Po więzieniach też jeździliście?

Też, ale głównie po jednostkach. Najważniejszym elementem programu był taniec striptizerki.

 

Włodek Pawlik,
Fot. Bartek Wieczorek/LAF AM

 

– I Ty akompaniowałeś jej?

Tak. I kiedyś graliśmy w Warszawie, tam, gdzie teraz jest teatr Buffo. Zazwyczaj do striptizu grałem bossa novę albo walc angielski, bo to idealnie pasuje do tego typu „prezentacji”. To było ustalone, ale przyszedł moment, że pękłem. Widziałem, że striptizerka wychodzi już na scenę, i zacząłem tę bossa novę. Ona z tymi wijącymi rękami czaruje jak wąż boa. Zrzuca coś tam, jedno, drugie, ludzie biją brawo, szaleństwo. A ja nagle zacząłem grać patetycznie poloneza „Pożegnanie Ojczyzny”. Zobaczyć, jak striptizerka rozbiera się w rytmie poloneza, to było coś! (śmiech). Jej chłopak zaraz potem mi powiedział, że mi wszystkie palce wyłamie. Ale jakoś doszliśmy do porozumienia.

 

– To była manifestacja niezgody na zaistniałą sytuację?

Dopadła mnie świadomość, że po 20 latach ciężkiej pracy nad instrumentem, po dyplomie, czyli dwóch wielkich recitalach z etiudami Chopina i koncertem fortepianowym Prokofiewa, jedyne, co mogę robić, to akompaniować striptizerce. I tak dobrze, że to umiałem, bo gdybym nie umiał, nie miałbym z czego żyć.

 

– Wywalili Cię czy sam zrezygnowałeś?

Dostałem konkretną ofertę związaną z graniem w kurorcie w Alpach. To już piętro wyżej.

 

– Na czym polegało granie w kurorcie?

Człowiek ubierał się rano we frak, zakładał muszkę. Godzina 10.00 – pierwszy koncert w kurortowej sali koncertowej. Te wszystkie kurorty, jak Baden-Baden czy Garmisch-Partenkirchen, mają tradycje związane z muzyką. Są tam specjalne domy kurortowe, które kuracjuszom, zazwyczaj starszym, tworzą rajskie warunki. I jednym z elementów tej sielanki są orkiestry kurortowe. Profesjonalne orkiestry, tylko że założenie jest takie, że gra się muzykę popularną. Operetki czy opracowania znanych oper, jak „Tosca”, „Carmen”, te słynne tematy „Zabiłem byka…”. Wszystko w entourage’u bardzo poważnym, we frakach. Taka jakby filharmonia.

 

– Od rana do wieczora?

Miałem trzy występy, czyli o 10.00, 15.00 i trzeci, wieczorowy, najważniejszy, o wpół do ósmej, ale w konwencji nie przekraczającej przyjemności dla 70-latków (śmiech). Czyli musiała to być muzyka im znana. To uprawiałem przez rok i byłem z tego bardziej zadowolony niż z tej pani striptizerki. To był Zachód i zachodnie pieniądze. Stabilizacja.

 

– Popadłeś w stagnację związaną z przesadną wygodą?

Tak. To był błogostan. Takie ciepełko oborowe, bo to i „sianko”, i te Alpy, no przecudnie. Tylko że to jest kicz z jeleniem na rykowisku w czystej postaci. Trochę mnie to zaczęło wkurzać, na zasadzie ukąszenia estetycznego.

 

– Podejrzewam, że jeśli ktoś ma potrzeby twórcze, praca polegająca na odtwarzaniu może być uwierająca.

Absolutnie trafiłaś w sedno.

 

– I tej artystycznej wolności postanowiłeś szukać w Hamburgu?

Chciałem znów coś zmienić. Dlatego zdałem egzaminy na tamtejszy wydział jazzu.

 

– Do czego była Ci potrzebna kolejna szkoła?

Do tego, żebym mógł zostać w Niemczech. Nie chciałem grać w kurorcie, ale nie chciałem też wracać do Polski. Wiedziałem, że ciężko mi będzie dostać kolejne pozwolenie na pracę. To był 1985 czy 1986 rok. Musiałem coś wymyślić. W sumie spędziłem tam około sześciu, siedmiu lat jako student, ale też żyjąc już w rytmie hamburskiego środowiska artystycznego. Zaczął się nowy etap – jazzowy. Z polskiej perspektywy znalezienie się w tamtym czasie na wydziale jazzu w Hamburgu to był wyczyn prawie na miarę Grammy. To było dobre doświadczenie, bo szybko pozbyłem się złudzeń, tej bajkowości, która w PRL-u idealizowała życie za żelazną kurtyną. Jeżeli chodzi o jazz, to przejawy takiej idiotycznej postawy widać było choćby w przesadnym mitologizowaniu i uwielbieniu dla amerykańskich jazzmanów, którzy traktowani byli u nas jak bogowie.

 

– Czyli pozbyłeś się kompleksów.

Tak, szybko.

 

Włodek Pawlik, laureat Grammy
Fot. Bartek Wieczorek / LAF AM

 

– Jak poznałeś Randy’ego Breckera?

Najpierw poznałem Michaela, jego brata. Mój profesor, u którego byłem na fortepianie i na kompozycji, Dieter Glawischnig, był jednocześnie szefem hamburskiej orkiestry radiowej. Często Dieter zapraszał do współpracy amerykańskie gwiazdy. Zapraszał je też na wykłady. Był u nas Michael Brecker, a potem Randy. I to było tyle. Ale potem nawiązałem współpracę z amerykańskim jazzowym kwartetem Western Jazz Quartet, z którym zagrałem mnóstwo koncertów w Stanach, Azji i Europie. Wydaliśmy cztery płyty. Na jedną z tych tras w 1996 roku zaprosiliśmy Randy’ego i, będąc w Polsce, nagraliśmy studyjną płytę Włodek Pawlik Quartet/Randy Brecker „Turtles” dla Polonii Records. Notabene, ten album dostał cztery gwiazdki w prestiżowym amerykańskim magazynie „Down Beat”.

 

– To już był krok milowy w stronę międzynarodowej kariery?

Na pewno ważny krok. Warto przypomnieć, że Randy jest jednym z najbardziej znanych amerykańskich muzyków. Jego trąbkę można usłyszeć na płytach Zappy, Springsteena, Wondera. Brecker Brothers sprzedawali w latach 70., 80., 90. miliony płyt, porównywalnie do gwiazd popu. Z tej perspektywy nagranie z Randym wspólnej płyty było dla mnie nobilitującym wydarzeniem. Brecker Brothers grali muzykę komunikatywną, choć trudną. Instrumentalną, a jednak bardzo popularną.

 

– Dokładnie tak bym określiła Twoją muzykę. Jest wyrafinowana i komunikatywna równocześnie.

Dziękuję. A to jest cholernie trudne. Kto wie, czy nie najtrudniejsze w tej całej muzycznej przygodzie. W 2005 roku Michael Brecker zachorował na białaczkę. Do wszystkich muzyków, którzy znali Breckerów, wysłano maile, że Michael szuka dawcy szpiku. Michael Brecker jest do tej pory uważany za jednego z największych saksofonistów w historii jazzu. Wielka postać, bardzo kreatywny muzyk, no i przy okazji brat Randy’ego. Wtedy nie mieliśmy już tak intensywnych kontaktów muzycznych, ale ciągle pamiętałem nasze rozmowy, jak jeździliśmy po Polsce. On mi coś wtedy mówił, że ma rodzinę z Polski. Takie rozmowy się pamięta. Niby mało istotne, ale przychodzi moment, gdy czujesz, że były prowadzone po coś. I ja właśnie poczułem, że powinienem mu pomóc. Przeprowadziłem śledztwo i dotarłem do informacji, że rodzina Breckerów od strony matki mieszkała w Suchowoli, w okolicach Podlasia, i nazywali się Tykoccy. Tak jak Tykocin, który leży nieopodal. I z tych Tykockich bardzo wielu się znalazło w Stanach, w Izraelu. Michael, niestety, zmarł, ale ta historia pozostawiła głęboki ślad w moim sercu i też rodziny Breckerów. Bo zdarzyło się tu coś bardzo szlachetnego, odkrywającego brakujące ogniwo. Paradoksalnie śmierć Michaela wymusiła na tych amerykańskich kosmopolitach sięgnięcie do przeszłości. I okazało się, że ta przeszłość zakopana była w Tykocinie.

 

– Dlatego nagraliście wspólnie z Randym „Jazz Suite Tykocin”.

Tak. Ta historia była inspiracją do napisania przeze mnie siedmiu utworów ułożonych w suitę w konwencji jazzowo-symfonicznej. Randy przyleciał na próby do Białegostoku. Siedzieliśmy prawie dwa tygodnie i nagrywaliśmy ten materiał. Potem odbyły się dwa koncerty, w tym jeden na dziedzińcu synagogi w Tykocinie. Przepiękny koncert z orkiestrą Filharmonii Podlaskiej. Tamta płyta wyszła w 2008. Randy zabrał ją do Stanów i przedstawił swojemu wydawcy – Summit Records, który zdecydował, że wyda ją w Stanach. To jest ten sam wydawca, który wydał „Calisię”, za którą dostaliśmy Grammy. To jest taka droga.

 

– Pięknie. Utorowałeś ją sobie dobrym uczynkiem.

Tak, naprawdę w ten sposób czasami myślę.

 

– Do gali Grammy podszedłeś bez kompleksów czy na drżących nogach?

Miałem drżące nogi, ręce, byłem trochę „out of mind”. Byłem uczestnikiem wielu festiwali, byłem w Cannes, ale przy całym szacunku dla tych europejskich imprez, przy Grammy to jest chałupnictwo. Skala tego wydarzenia wymusiła na organizatorach wprowadzenie wyjątkowych środków bezpieczeństwa. Staples Center, gdzie wręcza się Grammy, było otoczone przez kordon policji. Wszyscy nominowani jechali wolniutko z hoteli specjalnymi limuzynami, które zatrzymywały się przy kolejnych posterunkach policji i wojska z psami. Dojazd z pobliskiego hotelu zajął nam godzinę.

 

– To się nazywa budowanie napięcia.

(Śmiech). Tak. Dostałem maila, w którym organizatorzy dokładnie wyjaśniali punkt po punkcie, co nas czeka, ale tego nie czytałem. A zaczęło się od trzepania wszystkich nas, nominowanych i osób towarzyszących, przez specjalne służby. Wtedy poczułem, że chyba jednak trochę przesadziłem z tym wyluzowaniem. Bo ja z żoną zakładałem, że my sobie pojedziemy tak trochę na zasadzie oderwania się od rzeczywistości. Odprężymy się, zobaczymy to z bliska. No, ale już ten dzień wręczania nagród stworzył zupełnie inną optykę. Z dużą dawką stresu.

 

Włodek Pawlik,
Fot. Bartek Wieczorek/LAF AM

 

– Przejście po czerwonym dywanie też okazało się stresujące?

Byłem oszołomiony. Kiedy wysiedliśmy z limuzyny, dziennikarze zaczęli mnie zaczepiać. Zobaczyłem, że jestem jedną nogą w takim dziennikarskim szpalerze. Obok widziałem Madonnę. Mój wydawca spytał, czy idę z nim do sali, czy zostaję, ale ja przestraszyłem się, że się zgubię. Tam były tysiące ludzi. Usiedliśmy więc razem z moimi amerykańskimi wydawcami, z moją żoną i z krytykiem muzycznym Markiem Duszą i rozpoczął się show. Moja kategoria była 40. z rzędu. Szybko to szło, niesamowity show, fantastyczna muzyka. Myślę: Jezu, super! Tak to powinno wyglądać! Ale im bliżej tej mojej kategorii, tym bardziej dociera do mnie, że ja tu jestem przecież nominowany. Pytam żonę: „Co my tu robimy?!”. Żona syczy, żebym się uspokoił. Zamiast fajnie, to się robi horror. I jeszcze ten mój wydawca, który siedzi za mną i też czuje, że ja już się robię nerwowy, więc żeby mnie uspokoić, kładzie mi ręce na ramionach. A ja czuję, że te jego ręce się trzęsą! Zamknąłem oczy i zaczęły się te jazzowe kategorie. Nagrodę w mojej wręczała Sarah Jarosz, wokalistka country. Marek mówi: „Słuchaj, ona ma polskie nazwisko, to dobry znak”. No i był… To była jakaś eksplozja szaleństwa. Cieszyłem się jak dziecko.

 

– Stajesz na scenie, widzisz te wszystkie twarze z okładek i co?

Bardzo trudno mi było opanować wzruszenie. Podziękowałem wszystkim muzykom, reżyserom dźwięku. Podziękowałem żonie, która była producentką i bez niej ta płyta by nie powstała, i amerykańskim wydawcom – Darby’emu i Kip Sullivanowi, którzy wyszli ze mną na scenę. Jola też powiedziała parę słów, a Amerykanie fantastycznie nas przyjęli.

 

– Kiedy dotarło do Ciebie, co się właśnie wydarzyło?

Każdy dzień od przyznania Grammy – a minął od tego wydarzenia już miesiąc – przynosi nowe, najczęściej bardzo przyjemne owoce związane z tą nagrodą. Nie jestem już prywatną osobą. „Night in Calisia” stała się od razu najlepiej sprzedającą się płytą w Polsce. W Stanach jest nowy nakład. To jest właśnie dowód na to, co znaczy być laureatem tej nagrody. Codziennie dostaję propozycje z całego świata. Zaproszenia na festiwale w Europie, Stanach, Kanadzie. Tylko że ja nie jestem typem globtrotera…

 

– A to niefortunnie. Nie lubisz podróżować?

Lubiłem, jak miałem 20, 30 lat. Wtedy grałem po 200 koncertów w roku i wracałem goły i wesoły. Zawsze się zastanawiałem, jak to się dzieje, że gram tak dużo, a tak mało mam pieniędzy w kieszeni.

 

– Może teraz proporcje się odwrócą?

Oczywiście zasób finansowy jest ważny, ale też nie chcę wchodzić w te tryby koncertowania za wszelką cenę. Ja muszę mieć czas na wyciszenie się i wejście w sferę koncentracji na komponowaniu. Jak mam być kreatywny, to jedynym sprawdzonym sposobem jest ucieczka od wszystkiego i wszystkich. Wtedy mnie nie ma przez miesiąc i nikt poza żoną nie wie, gdzie jestem. I wtedy coś powstaje. Nie potrafię grać, koncertować, być w trasie i skupiać się na pisaniu „w międzyczasie”. Ja póki co jeszcze myślę, że muzyka może być nabożeństwem. A do nabożeństwa trzeba się przygotować. Dla tworzenia moich kompozycji muszę mieć świątynię, w której wiem, że dobre duchy mi sprzyjają. Gdzie nikt nie zakłóca mi kontaktu z Tym, który mi da lub nie… Czasem muszę trochę poprosić i poczekać.

 

– Czyli to jest łaska?

Ja bym metafizykę w to włączył…

 

Rozmawiała Aleksandra Kwaśniewska

 

Wideo

Byli małżeństwem przez 3 lata. Oto historia miłości Agnieszki i Piotra Woźniak-Staraków

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

ANNA I TOMASZ SEKIELSCY – znany dziennikarz mówi o żonie, że jest jak… „żona mafiozo”. Dlaczego? BERENICE MARLOHE – kim by została, gdyby nie rola dziewczyny Bonda? MEGHAN i HARRY w osobistej krucjacie przeciwko brytyjskiej monarchii. REMIGIUSZ MRÓZ o tym, jak zarobił pierwszy milion, gdzie szuka natchnienia i o końcu miłości.